Wskazane przez pewien czas było dążenie w jednym, ściśle określonym kierunku- specjalizacji. Czasem jeszcze węższym. Synuś kroi żabę - o dostanie swój pierwszy skalpel i będzie chirurgiem. Synuś taki wyszczekany, polityk albo prawnik, najlepiej adwokat. Itp. itd. itp... Zarabiając pieniądze na specjalizowaniu się przeciętny człowiek nie rozwija się już w inne strony.
Nazwałabym to ograniczaniem się na własny użytek.
Ale im bardziej jesteśmy ekspertami w danej dziedzinie tym większa jest możliwość manipulacji a tym bardziej możliwość uzależnienia się od innych.
Żywym przykładem jest sytuacja, kiedy po zawieszeniu się nawigacji ludzie stają na poboczu bo nie wiedzą co dalej. Nie czytają znaków, nie wiedza przez co jadą - ot dojazd z miejsca A do miejsca B.
Kiedy nawigacja się odwiesi mogą jechać dalej.
Przykład taki: coraz mniej z nas umie szyć, bo po co, przecież materiały są drogie a szycie trudne. Owszem, potwierdzam: jest bardzo trudne, ale satysfakcja z gotowego, niepowtarzalnego dzieła jest niewspółmiernie większa, i dużo lepiej się wygląda.
Drugi: coraz więcej jemy na mieście albo odmrażanych gotowców. Ale co innego potrafić gotować i odmrażać z braku czasu, a co innego gdy ma się talent do "przypalania wody na herbatę". Drugi przypadek to typowe usprawiedliwienie osób bojących się spróbowania.
Jedzenie na mieście dla mnie jest dobre ale tylko wtedy gdy chce odkryć nowe połączenia czy smaki albo potraktować to jako pretekst do spotkania się z przyjaciółmi. Co prawda mi gotowanie idzie obecnie dobrze, ale jako 10 latka uważałam, ze jest to zajęcie dla bab i mamy a ja się będę zajmować czymś bardziej przydatnym w życiu. Kocham jeść :D
Kolejny przykład? Pochwała ignorancji albo "sadzenia" głupoty. Jeżeli nie wiem gdzie co jest to się przyznam. Nie będę udawać że wiem wszystko a nawet więcej.
Ale staram się poznawać miejsca do których jadę, pamiętać że dane miasto słynie z rogalików, inne z festiwali jeszcze inne ma cudowne Stare Miasto albo w niedalekiej odległości zamek.
Nie wszystkich to interesuje mówicie?
Nie.
Ale to nie są rzeczy po które trzeba specjalnie sięgać w otchłanie książek. Wystarczy porozmawiać.
Ilu już ludzi spotkałam w większych miastach (nie tylko w Warszawie) którzy poza swoim podwórkiem świata nie widzieli. Bo po co?
Oni są sprzedawcami, muszą wiedzieć gdzie jest najbliższa Biedra lub inny owad, gdzie pójść na melanż a gdzie jest nocny sklep z alkoholami. Czasem miejsce na wykwintną kolację z drugą połówką/szefem.
Zainteresowania; książki takie ten muzyka film..
Praktyczne zainteresowania: obgadywanie, picie piwa, oglądanie seriali, wyjście co najwyżej do baru lub do kosmetyczki. Wakacje w renomowanym miejscu oczywiście hotel najważniejszy co by ktoś nie pomyślał. Ale wódeczka musi być.
Specjalizowanie nas miało spowodować powstanie armii ekspertów. Poletkiem doświadczalnym jednak jest życie, w którym lekarz teoretyk nie wyleczy nietypowego przypadku, handlowiec nie namówi klienta ani innego człowieka żeby zrobił mu obiad.
Staram się rozwijać, nie mówię "nie" wielu rzeczom, bo mogą okazać się przydatne.
W weekend przydała mi się umiejętność analitycznego myślenia przy naprawianiu CO i umiejętność reagowania przy zalaniu łazienki. Pokonując strefę komfortu udało mi się własnoręcznie zrobić burgery z mięsa (a nie wege) umiem już zadbać o roślinki, zrobić własny ogródek ziołowy. Od kilku lat nie chodze do fryzjera, sama jestem swoją kosmetyczką i w końcu coś sobie uszyłam.
Grywam na gitarze jak się prąd skończy, wiem ile mam stopni na schodach jak zapadną egipskie ciemności. Umiem ułożyć i rozpalić ognisko. Sztuka przetrwania. potrafię naprawić komputer, wyczyścić elektronikę. Nie muszę z tym iść do specjalisty.
Nie zawsze pomaga mi wujek google - gdy mi w piątek "pomógł" zalałam łazienkę.
Staram się wiedzieć jak najwięcej rzeczy i nie przestawać uczyć i odkrywać, znać swoje możliwości i ograniczenia.
Przesuwać też granicę.
Tyle rzeczy możemy sami zrobić.... tylko niech się zechce. Prawda?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinie. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 29 lutego 2016
czwartek, 11 lutego 2016
W imię godziny
W imię godziny, minuty sekundy.
W imię migających za oknem pociągu ludzi i samochodów.
Dziennie na mojej drodze może stawać nawet 100 tysięcy ludzi.
Są mi obojętni.
Długo zbierałam się żeby napisać, aż rozciągnęłam to na kilka dni....
Zostaję w Warszawie na dłużej, wszelkie odejścia odwołane i na nowo uczę się zaginania czasoprzestrzeni. Moje życie przez ostatnie dwa miesiące to granie w Wiedźmina 3, chodzenie do pracy i unikanie znajomych i przyjaciół. Unikanie rozmów przez telefon, budowanie sobie bezpiecznego kokonu z czterech ścian i poduszek.
Kroję czas, na coraz mniejsze kawałeczki. Czuję że coś mi ucieka, nieubłaganie.
Każda godzina jest krótsza bo jest coraz mniejszym elementem naszego życia.
Kiedyś dzień to byłą 1/100 mojego życia.. dziś to idzie w milionach.
Jako ośmiolatka miałam wrażenie, że niedziela jest to podróż, niesamowicie długa, wyczerpująca i fajna.
Teraz wiem, że niedziela to jest ten kawałek dnia kiedy budzisz się po ciężkiej nocy grania, imprezowania i jak już się obudzisz, to wiesz ze następnego dnia nie pośpisz..Pstryk i już nie ma niedzieli.
Teraz ulubionym dniem jest czwartek po południu. Piątki są przyjemne, wszyscy w dobrym humorze, potem perspektywa robienia niczego albo robienia fajnych, ciekawych rzeczy.
Ale czas mi ucieka. Element patrzenia w przód:
byle do... piątku - nie znoszę, czuję sie wtedy jak trybik
byle do.. świąt - źle i niedobrze
byle do festiwali - ok
tik tak tik tak tik tak..
Jak tęsknie
"w gimbazie/liceum/na studiach będzie fajniej" Czy bycie w najdłuższym, najprawdopodobniej nieprzerywanym żadnym znacznym momencie życia nie powoduje w nikim zbierania się na wymioty?
Kiedyś marzyłam o tym, żeby mieszkać w jednym miejscu maksymalnie 3 lata. Znajdować swoje ścieżki, przyjaciół, miejsca i uciekać dalej.
Plan był prosty: Wrocław, Warszawa potem gdzieś dalej, życie zweryfikowało.
Nie chodzi o możliwość cofnięcia czasu. Tylko podjęcia innych decyzji.
Nie pokłócenia się z kimś, wybrania innego kierunku. Potrafię palcem wskazać te fragmenty w których decyzje decydowały o tym, gdzie jestem dzisiaj. Jest dobrze. Tylko... za jakiś czas nie chcę być dalej w tym samym miejscu.
A na koniec kilka podróży w głąb muzyki: Piosenka, której dzisiaj słuchałam praktycznie bez przerwy. Odrobina muzyki o inspiracjach dwóch półkul:
I druga którą uwielbiam od...zawsze?
W imię migających za oknem pociągu ludzi i samochodów.
Dziennie na mojej drodze może stawać nawet 100 tysięcy ludzi.
Są mi obojętni.
Długo zbierałam się żeby napisać, aż rozciągnęłam to na kilka dni....
Zostaję w Warszawie na dłużej, wszelkie odejścia odwołane i na nowo uczę się zaginania czasoprzestrzeni. Moje życie przez ostatnie dwa miesiące to granie w Wiedźmina 3, chodzenie do pracy i unikanie znajomych i przyjaciół. Unikanie rozmów przez telefon, budowanie sobie bezpiecznego kokonu z czterech ścian i poduszek.
Kroję czas, na coraz mniejsze kawałeczki. Czuję że coś mi ucieka, nieubłaganie.
Każda godzina jest krótsza bo jest coraz mniejszym elementem naszego życia.
Kiedyś dzień to byłą 1/100 mojego życia.. dziś to idzie w milionach.
Jako ośmiolatka miałam wrażenie, że niedziela jest to podróż, niesamowicie długa, wyczerpująca i fajna.
Teraz wiem, że niedziela to jest ten kawałek dnia kiedy budzisz się po ciężkiej nocy grania, imprezowania i jak już się obudzisz, to wiesz ze następnego dnia nie pośpisz..Pstryk i już nie ma niedzieli.
Teraz ulubionym dniem jest czwartek po południu. Piątki są przyjemne, wszyscy w dobrym humorze, potem perspektywa robienia niczego albo robienia fajnych, ciekawych rzeczy.
Ale czas mi ucieka. Element patrzenia w przód:
byle do... piątku - nie znoszę, czuję sie wtedy jak trybik
byle do.. świąt - źle i niedobrze
byle do festiwali - ok
tik tak tik tak tik tak..
Jak tęsknie
"w gimbazie/liceum/na studiach będzie fajniej" Czy bycie w najdłuższym, najprawdopodobniej nieprzerywanym żadnym znacznym momencie życia nie powoduje w nikim zbierania się na wymioty?
Kiedyś marzyłam o tym, żeby mieszkać w jednym miejscu maksymalnie 3 lata. Znajdować swoje ścieżki, przyjaciół, miejsca i uciekać dalej.
Plan był prosty: Wrocław, Warszawa potem gdzieś dalej, życie zweryfikowało.
Nie chodzi o możliwość cofnięcia czasu. Tylko podjęcia innych decyzji.
Nie pokłócenia się z kimś, wybrania innego kierunku. Potrafię palcem wskazać te fragmenty w których decyzje decydowały o tym, gdzie jestem dzisiaj. Jest dobrze. Tylko... za jakiś czas nie chcę być dalej w tym samym miejscu.
A na koniec kilka podróży w głąb muzyki: Piosenka, której dzisiaj słuchałam praktycznie bez przerwy. Odrobina muzyki o inspiracjach dwóch półkul:
I druga którą uwielbiam od...zawsze?
czwartek, 10 grudnia 2015
Typy w metrze
Typowy korpoludek, wstaje rano z mniejszym lub większym ociąganiem.
Je ewentualnie śniadanie i pędzi, żeby dojechać do pracy.
Dużo szczęscia i cierpliwości trzeba mieć, żeby jeździć samochodem. Po kilku opcjach dojazdów (autkiem, pociągiem lub składową warszawskiego ZTM) jednak najwygodniej jest wsiąść w miejscu A wysiąść w miejscu B bez przejmowania się.
Niezbyt odkrywcze.
Jako świeżo upieczony korpoludek odkrywam uroki i cienie jeżdzenia komunikacją.
Odkrywam, ze metro dogania pociągi.
Odkrywam ludzi...gdy skończy mi się zajęcie.
Typy relacji miejsce A. do miejsca B. dzielą się na :
1. Korpoludziki
2. Emeryci
3. Dzieci
4. Rodzice
5. Studenty
Korpoludziki dzielą się subiektywnie i totalnie powierzchownie:
1. Starsze korpoludziki
2. Młode korpoludziki
Ponieważ mam problem z rozpoznawaniem starszych korpoludzików, opiszę tylko jedną, elegancką babeczkę z która codziennie wysiadam: ma długie, ciemnoblond włosy, elegancki kapelusz, długi płaszcz i kozaki z obcasem w panterkę.Nie człapie, nie kroczy ale idzie elegancko.Szacun
Młode korpoludziki... temat rzeka,to między innymi:
1. Aktywne kobietki z wielka torbą (pewnie maja tam ręcznik i podręczny zestaw Active Wear!) - widać, że mimo godzin śmiercioporannych i zgonowopopołudniowych mają mnóstwo energii.
2. Kobietki eleganckie - zadbane, świadome swojego wyglądu, z reguły bez czapki i czytające coś na Ajfonach, nie uświadczyłam jeszcze żadnej z kindlem ani innym czytnikiem
3. Korpomyszki - nie wyróżniające się niczym szczególnym dziewczyny. okutane zimą od stóp do głów, ku ich chwale często z książką.
4. Korposzczurki - typowy wygląd: kwadratowe okulary, włoski na żel, budowa ciała kierująca w stronę sylwetki podtatusiałej. Mam wrażenie, że wszyscy mają jednego fryzjera (albo bardzo krótko, albo tak, żeby żelik się dało wetrzeć) i kupują w HM lub pokrewnych.
5. Eleganccy faceci - niewiele, często w płaszczach, zadziwiające, jak łatwo rozpoznać początkujacego prawnika.
6. Aktywni - ubrani wygodnie z duzą torba, bo przecież zaraz biegną na squasha lub piłeczkę. Książki nie uświadczysz
7. Buntownicze korpo - długie włosy, najmodniejsi, z nonszalancko zarzuconym szalem bo przecież jest jedyne 3 stopnie ciepła. Często czytają dziwne książki, mają wielkie słuchawki i patrzą w zamyśleniu w okno.
Każda z tych osób jest niegroźna w pojedynkę, jednak gdy spotkają się znajomi...oj koniec spokoju. Rozmowy (o porodzie, i co z tego że cały pociąg słyszy o traumie przedporodowej, o dupie maryny, o hajsie, o siłowni, o wyższości rond nad skrzyżowaniami, o wiadomościach itp. itd. normalna wymiana myśli). Chichy śmiechy a czasem milczenie powalające swoim chłodem co bliższych sąsiadów.
Lubie spotykać na swojej drodze dobrych znajomych, pary, ludzi którzy mimo wczesnej pory są szczęśliwi, kiedy się śmieją szczerze i rozmawiają. Naprawdę, nastrój się poprawia. I trochę zazdroszczę...
Charakterki można również dzielić:
1. Stęki -ludzie, którym nic się nie podoba, którzy narzekają na stary rząd, nowy rząd, pogodę, szefa i stękają obok, lub nad człowiekiem
2. Wesołki i gaduły - rozmawiają i śmieją się byleby gadać, nie zawsze są to fajne rzeczy, najwiecej wśród takich porannych wesołków jest dzieci i co ciekawe, w większości jest to zabawne. Odliczając chłopczyka lat na oko 3 który próbował śpiewać piosenkę. a skoro już o dzieciach mowa:
3. Zmęczeni rodzice - jadą ze swoimi pociechami do szkoły/ do przedszkola/do dziadków/ do opiekunki. Ulubione słowa : "Zostaw", "ciszej", "nie", chociaż ostatnio jechałam z tatusiem który dokładnie wyjaśniał córce wszytko co chciała wiedzieć. Anielsko cierpliwi. Dzieci też mogą należeć do stęków - jednak są to odosobnione przypadki i z reguły rano.
4. Wielbiciele muzyki- lubią muzykę, najlepiej mocną elektronikę, mocny rock jednak niestety w tych rejonach do których jeżdżę rządzi disco-polo... Oni lubią muzykę tak bardzo, że wielkie słuchawki obsługują również najbliższe sąsiedztwo. Nie raz już widziałam jak byli proszeni o ściszenie muzyki przez innych współpasażerów. Sama raz trafiłam na jadącego obok fana SOAD.
5. Podglądacze-czytacze - muszę się przyznać, że czasem to ja, patrzę co czyta współpasażer, wczoraj z jednym zaczęłam oglądać Star Wars New Hope, czytam nagłówki, zastanawiam się nad książkami i ogólnie gdyby nie moja wada wzroku przewiercałabym niektóre książki na bieżąco tylko prosząc o przewrócenie strony.
6. Burmuchy - czekają tylko aż ktoś zahaczy o ich nogę,czy też rękę czy szarpnie od razu przechodzą do ataku i wrzasków, też nie bezpośrednio tylko szmerając czy poszturchując, odezwać się nie odezwą, a jak już to będą krzyczeć.
A czy dopisalibyście jakieś typy?
Je ewentualnie śniadanie i pędzi, żeby dojechać do pracy.
Dużo szczęscia i cierpliwości trzeba mieć, żeby jeździć samochodem. Po kilku opcjach dojazdów (autkiem, pociągiem lub składową warszawskiego ZTM) jednak najwygodniej jest wsiąść w miejscu A wysiąść w miejscu B bez przejmowania się.
Niezbyt odkrywcze.
Jako świeżo upieczony korpoludek odkrywam uroki i cienie jeżdzenia komunikacją.
Odkrywam, ze metro dogania pociągi.
Odkrywam ludzi...gdy skończy mi się zajęcie.
Typy relacji miejsce A. do miejsca B. dzielą się na :
1. Korpoludziki
2. Emeryci
3. Dzieci
4. Rodzice
5. Studenty
Korpoludziki dzielą się subiektywnie i totalnie powierzchownie:
1. Starsze korpoludziki
2. Młode korpoludziki
Ponieważ mam problem z rozpoznawaniem starszych korpoludzików, opiszę tylko jedną, elegancką babeczkę z która codziennie wysiadam: ma długie, ciemnoblond włosy, elegancki kapelusz, długi płaszcz i kozaki z obcasem w panterkę.Nie człapie, nie kroczy ale idzie elegancko.Szacun
Młode korpoludziki... temat rzeka,to między innymi:
1. Aktywne kobietki z wielka torbą (pewnie maja tam ręcznik i podręczny zestaw Active Wear!) - widać, że mimo godzin śmiercioporannych i zgonowopopołudniowych mają mnóstwo energii.
2. Kobietki eleganckie - zadbane, świadome swojego wyglądu, z reguły bez czapki i czytające coś na Ajfonach, nie uświadczyłam jeszcze żadnej z kindlem ani innym czytnikiem
3. Korpomyszki - nie wyróżniające się niczym szczególnym dziewczyny. okutane zimą od stóp do głów, ku ich chwale często z książką.
4. Korposzczurki - typowy wygląd: kwadratowe okulary, włoski na żel, budowa ciała kierująca w stronę sylwetki podtatusiałej. Mam wrażenie, że wszyscy mają jednego fryzjera (albo bardzo krótko, albo tak, żeby żelik się dało wetrzeć) i kupują w HM lub pokrewnych.
5. Eleganccy faceci - niewiele, często w płaszczach, zadziwiające, jak łatwo rozpoznać początkujacego prawnika.
6. Aktywni - ubrani wygodnie z duzą torba, bo przecież zaraz biegną na squasha lub piłeczkę. Książki nie uświadczysz
7. Buntownicze korpo - długie włosy, najmodniejsi, z nonszalancko zarzuconym szalem bo przecież jest jedyne 3 stopnie ciepła. Często czytają dziwne książki, mają wielkie słuchawki i patrzą w zamyśleniu w okno.
Każda z tych osób jest niegroźna w pojedynkę, jednak gdy spotkają się znajomi...oj koniec spokoju. Rozmowy (o porodzie, i co z tego że cały pociąg słyszy o traumie przedporodowej, o dupie maryny, o hajsie, o siłowni, o wyższości rond nad skrzyżowaniami, o wiadomościach itp. itd. normalna wymiana myśli). Chichy śmiechy a czasem milczenie powalające swoim chłodem co bliższych sąsiadów.
Lubie spotykać na swojej drodze dobrych znajomych, pary, ludzi którzy mimo wczesnej pory są szczęśliwi, kiedy się śmieją szczerze i rozmawiają. Naprawdę, nastrój się poprawia. I trochę zazdroszczę...
Charakterki można również dzielić:
1. Stęki -ludzie, którym nic się nie podoba, którzy narzekają na stary rząd, nowy rząd, pogodę, szefa i stękają obok, lub nad człowiekiem
2. Wesołki i gaduły - rozmawiają i śmieją się byleby gadać, nie zawsze są to fajne rzeczy, najwiecej wśród takich porannych wesołków jest dzieci i co ciekawe, w większości jest to zabawne. Odliczając chłopczyka lat na oko 3 który próbował śpiewać piosenkę. a skoro już o dzieciach mowa:
3. Zmęczeni rodzice - jadą ze swoimi pociechami do szkoły/ do przedszkola/do dziadków/ do opiekunki. Ulubione słowa : "Zostaw", "ciszej", "nie", chociaż ostatnio jechałam z tatusiem który dokładnie wyjaśniał córce wszytko co chciała wiedzieć. Anielsko cierpliwi. Dzieci też mogą należeć do stęków - jednak są to odosobnione przypadki i z reguły rano.
4. Wielbiciele muzyki- lubią muzykę, najlepiej mocną elektronikę, mocny rock jednak niestety w tych rejonach do których jeżdżę rządzi disco-polo... Oni lubią muzykę tak bardzo, że wielkie słuchawki obsługują również najbliższe sąsiedztwo. Nie raz już widziałam jak byli proszeni o ściszenie muzyki przez innych współpasażerów. Sama raz trafiłam na jadącego obok fana SOAD.
5. Podglądacze-czytacze - muszę się przyznać, że czasem to ja, patrzę co czyta współpasażer, wczoraj z jednym zaczęłam oglądać Star Wars New Hope, czytam nagłówki, zastanawiam się nad książkami i ogólnie gdyby nie moja wada wzroku przewiercałabym niektóre książki na bieżąco tylko prosząc o przewrócenie strony.
6. Burmuchy - czekają tylko aż ktoś zahaczy o ich nogę,czy też rękę czy szarpnie od razu przechodzą do ataku i wrzasków, też nie bezpośrednio tylko szmerając czy poszturchując, odezwać się nie odezwą, a jak już to będą krzyczeć.
A czy dopisalibyście jakieś typy?
środa, 11 listopada 2015
Jakie seriale oglądać jesienią? sezon 2015/2016
Jesień dla fanów seriali to istny dylemat:
Czy warto oglądać nowe seriale/zaczynać sezony?
Czy warto jeszcze kontynuować serie, które są z nami od lat?
Czy może lepiej rzucić to wszystko i wyjść z domu?
Czy lepiej wziąć się za krótkie serie (maks 2-3 sezony) i zrobić maraton?
Stare tematy tutaj:
2013
2014
podsumowanie sezonu 2014/2015
Co teraz oglądam dla czystej rozrywki?
Nadal Once Upon a Time, jednak ten serial lepiej oglądać po 3 odcinki niż co tydzień po jednym, także jeszcze sobie poczekam. Zawiłości fabuły i miliardy bohaterów powodują, że jest co odkrywać. Poza tym nowa Mroczna ...
Kontynuuję Gotham które coraz bardziej oddala się od pierwowzoru, nadal tęsknie za Fish Mooney - niestety obecny antagonista za dużo grał czarnych charakterów. Nie dorasta jej do pięt. Za to przemiana Edwarda Nygmy - mniam!
IZombie - przestało być tak strasznie rozlazłe a aktorka która gra rolę tytułową zaskakuje mnie każdorazowo swoją przemianą charakteru. Podbija cechy charakterystyczne i udowadnia wszechstronność
Odkryciem sezonu jest dla mnie serial Scream Queens - dawno nie widziałam tak udanego pastiszu. Jak American Horror Story jest to bólu poważny krwawy i właściwie bezsensownie obrzydliwy tak Królowe Krzyku są odświeżeniem tego sztywnego gatunku. Obowiązkowy element dla każdego fana horrorów.
Obsada : znana z AHS Emma Roberts (demoniczna), Jamie Lee Curtis (zimna), Lea Michele (irytująca jak w Glee) oraz pomniejsze role amerykańskich gwiazdek: jednego z Braci Ha...Jonas, i Ariany Grande.
Jednak największa uwagę zwracam na Billie Lourd - czyli córkę Carrie Fisher. Bardzo ciekawa aktorsko z dobrym głosem - ciekawe jak się jej rola rozwinie.
Fabuły nie zdradzę za bardzo, jeżeli powiem, że w KappaGammBeta pojawia się morderca w stroju maskotki szkolnej drużyny i zaczyna się bawić.
Z nowości obejrzałam Supergirl, i odliczajac główna bohaterkę (znana z ostatnich części Glee...mam nadzieję, ze ten serial się nie odrodzi) to dla samej Calisty Flockhart (Ally McBeal) warto poświecić czasem godzinkę.
Dość ciekawie zapowiada się też odgrzebywany w stylu typowych historii Penny Dreadful - Jekyll and Hyde. Niestety za dużo będzie w tym magii, także pewnie zarzucę. Chociaż dla samego klimatu uliczek mglistego Londynu..może warto?
Przestałam oglądać American Horror Story, dwa odcinki piekielnego hotelu mnie nie przekonały a pomysły Twórców przechodzą w kolejne koszmary. Podziękuję
Właściwie na inne już nie mam czasu. Kilka czeka na lepsze dni czy mokre i zimne wieczory.
Czy warto oglądać nowe seriale/zaczynać sezony?
Czy warto jeszcze kontynuować serie, które są z nami od lat?
Czy może lepiej rzucić to wszystko i wyjść z domu?
Czy lepiej wziąć się za krótkie serie (maks 2-3 sezony) i zrobić maraton?
Stare tematy tutaj:
2013
2014
podsumowanie sezonu 2014/2015
Co teraz oglądam dla czystej rozrywki?
Nadal Once Upon a Time, jednak ten serial lepiej oglądać po 3 odcinki niż co tydzień po jednym, także jeszcze sobie poczekam. Zawiłości fabuły i miliardy bohaterów powodują, że jest co odkrywać. Poza tym nowa Mroczna ...
Kontynuuję Gotham które coraz bardziej oddala się od pierwowzoru, nadal tęsknie za Fish Mooney - niestety obecny antagonista za dużo grał czarnych charakterów. Nie dorasta jej do pięt. Za to przemiana Edwarda Nygmy - mniam!
IZombie - przestało być tak strasznie rozlazłe a aktorka która gra rolę tytułową zaskakuje mnie każdorazowo swoją przemianą charakteru. Podbija cechy charakterystyczne i udowadnia wszechstronność
Odkryciem sezonu jest dla mnie serial Scream Queens - dawno nie widziałam tak udanego pastiszu. Jak American Horror Story jest to bólu poważny krwawy i właściwie bezsensownie obrzydliwy tak Królowe Krzyku są odświeżeniem tego sztywnego gatunku. Obowiązkowy element dla każdego fana horrorów.
Obsada : znana z AHS Emma Roberts (demoniczna), Jamie Lee Curtis (zimna), Lea Michele (irytująca jak w Glee) oraz pomniejsze role amerykańskich gwiazdek: jednego z Braci Ha...Jonas, i Ariany Grande.
Jednak największa uwagę zwracam na Billie Lourd - czyli córkę Carrie Fisher. Bardzo ciekawa aktorsko z dobrym głosem - ciekawe jak się jej rola rozwinie.
Fabuły nie zdradzę za bardzo, jeżeli powiem, że w KappaGammBeta pojawia się morderca w stroju maskotki szkolnej drużyny i zaczyna się bawić.
Z nowości obejrzałam Supergirl, i odliczajac główna bohaterkę (znana z ostatnich części Glee...mam nadzieję, ze ten serial się nie odrodzi) to dla samej Calisty Flockhart (Ally McBeal) warto poświecić czasem godzinkę.
Dość ciekawie zapowiada się też odgrzebywany w stylu typowych historii Penny Dreadful - Jekyll and Hyde. Niestety za dużo będzie w tym magii, także pewnie zarzucę. Chociaż dla samego klimatu uliczek mglistego Londynu..może warto?
Przestałam oglądać American Horror Story, dwa odcinki piekielnego hotelu mnie nie przekonały a pomysły Twórców przechodzą w kolejne koszmary. Podziękuję
Właściwie na inne już nie mam czasu. Kilka czeka na lepsze dni czy mokre i zimne wieczory.
wtorek, 20 października 2015
Mdli mnie
Mdli mnie, kiedy są wybory.
Kiedy polityka wyłazi drzwiami i oknami a ja mam ochotę latać z pieczątką i markerem i zamalowywać te radosne twarze i pomarańczowo-granatową (lub niebieską) czcionkę.
Hasła wyborcze brzmią odmiennie, ale muszą być oryginalne, godzące w nasza troskę, strach, tradycję, wychowanie.
W internecie padło hasło: nie głosować na ludzi którzy zaśmiecają przestrzeń publiczną plakatami.
Tak,w mojej okolicy plakaty wiszą na słupach telefonicznych i elektrycznych, na ogrodzeniach, na ścianach budynków. Wszędzie. Rządzi tektura.
Nikt mnie nie reprezentuje.
Mdli mnie od rozmów o polityce, z każdej rozmowy wynika, że faktycznie nie ma na kogo głosować. Bo ile można głosować na mniejsze zło? Ile można wybierać między obawą, że inni będą gorsi?
Mdli mnie, kiedy trąbią o debacie politycznej, która wnosi do mojego życia tyle samo co House M.D. sezon 8 (oglądany ponownie).
Mdli mnie, kiedy szukam pozytywnych informacji w internecie, gdy poszukuję wartościowych treści a nie mielarkopapki do tego powtarzanej z zaskakującą częstotliwością.
Mdli mnie, kiedy szukam informacji o Festiwalu Chopinowskim a wszędzie same skróty - bo w końcu słucham muzyki poważnej częściej niż by ktoś podejrzewał. W tym roku wybitnie też oglądam bo fascynujący i demoniczny jest Łotysz - Georgijs Osokins, który przyciąga swoim zachowaniem nie tylko do muzyki ale i do oglądania relacji. Do tego w finale jest Polak! I tak, mam zamiar zapamiętać, kto w tym roku wygra, więc czekam na wyniki.
Mdli mnie, że jest tyle do zobaczenia i do przeczytania. Ale marketing wygrywa i pewnych rzeczy nigdy nie zobaczę na oczy. Martwi mnie brak refleksji. Czytam sobie Kapuścińskiego jadąc rano pociągiem i przeraża mnie, jak niewiele wyciąganej jest nauki z historii. Rwący nurt historii. Zapiski o XX i XXI wieku to książka, która nigdy chyba nie była tak aktualna jak teraz i tak bardzo boli mnie to, że w komunikacji widzę 50szarychtwarzy lub inne Steele.
Nowa zabawa? Przeczytaj książkę, która została wydana więcej niż 20 lat temu. Albo chociaż podaj tytuł.
Lektury się nie liczą. Jestem na etapie nadrabiania książek Trumana Capote, teraz znane wszystkim "Śniadanie u Tiffaniego" - mam wątpliwości, bo na razie nie znoszę Holly Golightly. Audrey była urocza..ale Holly jest irytująca. Po "Psy szczekają" jest to moje drugie spotkanie z Mr. Capote.
Zobaczymy czy udane.
Kiedy polityka wyłazi drzwiami i oknami a ja mam ochotę latać z pieczątką i markerem i zamalowywać te radosne twarze i pomarańczowo-granatową (lub niebieską) czcionkę.
Hasła wyborcze brzmią odmiennie, ale muszą być oryginalne, godzące w nasza troskę, strach, tradycję, wychowanie.
W internecie padło hasło: nie głosować na ludzi którzy zaśmiecają przestrzeń publiczną plakatami.
Tak,w mojej okolicy plakaty wiszą na słupach telefonicznych i elektrycznych, na ogrodzeniach, na ścianach budynków. Wszędzie. Rządzi tektura.
Nikt mnie nie reprezentuje.
Mdli mnie od rozmów o polityce, z każdej rozmowy wynika, że faktycznie nie ma na kogo głosować. Bo ile można głosować na mniejsze zło? Ile można wybierać między obawą, że inni będą gorsi?
Mdli mnie, kiedy trąbią o debacie politycznej, która wnosi do mojego życia tyle samo co House M.D. sezon 8 (oglądany ponownie).
Mdli mnie, kiedy szukam pozytywnych informacji w internecie, gdy poszukuję wartościowych treści a nie mielarkopapki do tego powtarzanej z zaskakującą częstotliwością.
Mdli mnie, kiedy szukam informacji o Festiwalu Chopinowskim a wszędzie same skróty - bo w końcu słucham muzyki poważnej częściej niż by ktoś podejrzewał. W tym roku wybitnie też oglądam bo fascynujący i demoniczny jest Łotysz - Georgijs Osokins, który przyciąga swoim zachowaniem nie tylko do muzyki ale i do oglądania relacji. Do tego w finale jest Polak! I tak, mam zamiar zapamiętać, kto w tym roku wygra, więc czekam na wyniki.
Mdli mnie, że jest tyle do zobaczenia i do przeczytania. Ale marketing wygrywa i pewnych rzeczy nigdy nie zobaczę na oczy. Martwi mnie brak refleksji. Czytam sobie Kapuścińskiego jadąc rano pociągiem i przeraża mnie, jak niewiele wyciąganej jest nauki z historii. Rwący nurt historii. Zapiski o XX i XXI wieku to książka, która nigdy chyba nie była tak aktualna jak teraz i tak bardzo boli mnie to, że w komunikacji widzę 50szarychtwarzy lub inne Steele.
Nowa zabawa? Przeczytaj książkę, która została wydana więcej niż 20 lat temu. Albo chociaż podaj tytuł.
Lektury się nie liczą. Jestem na etapie nadrabiania książek Trumana Capote, teraz znane wszystkim "Śniadanie u Tiffaniego" - mam wątpliwości, bo na razie nie znoszę Holly Golightly. Audrey była urocza..ale Holly jest irytująca. Po "Psy szczekają" jest to moje drugie spotkanie z Mr. Capote.
Zobaczymy czy udane.
niedziela, 16 sierpnia 2015
Pamięci OFF 2015
Na pewno doskwierał żar lejący się z nieba.
Lejący się tym dotkliwiej, gdy jakaś awionetka krążyła nad nami od 7 rano.
Złośliwa
Przed żarem zabezpieczenia były różne: od folii termicznych przez podwójne baldachimy namiotów/ daszki/ rozpięcie koców.
NIE
Najlepsze było NIE BYĆ w okolicach namiotów od rana do późnego wieczora.
Dlatego przegapione zostały pierwsze koncerty.
Dlatego namiot miał sens tylko wtedy, gdy człowiek całkowicie zmęczony wracał nad ranem po niespodziewanej (i w związku z tym bez ręcznika) kąpieli pod prysznicem i troszkę marzł.
W końcu 20 stopni w nocy jest to prawie mróz.
Tak jakby przy 20 stopniach w dzień w nocy temperatura spadała do 0....
Nawadnianie, kapelusze, cień i kurtyny wodne i ulubione "zamoczyć się pod wężem strażackim ale nie tak bardzo żeby nie zostać miss festiwalowego wdzianka"
Festiwal uznałam za udany.
Hejty na wodę i nakaz odkręcania butelek - hejty rozumiem i nakaz odkręcania też.
Była woda ? była
Były hejty? były, a kiedy nie było?
Pamiętam Openera kiedy spiekłam się niesamowicie na słońcu, na teren (gigantyczny) openerowy wody nigdy nie było można wnieść. NIGDY.
Nie ten rozmach festiwalu- powiecie.
Nie ten, ale temperatury bywały podobne i snuliśmy się strasznie.
Wracam jednak do muzyki. Będzie chaotycznie bo nie mogę się zdecydować, czy poukładać według "upodobań" czy według "czasu". Dlatego zaskakujcie się, jak ja się zaskakiwałam.
Udało się spełnić jeden z moich celów: Susanne Sundfor.
Zbyt szwedzko-popowa dla mnie jednak głos ma cudowny. Szkoda tylko że nie potrafi się zdecydować, czy grać typowy norweski pop czy może przejść do elektroniki.
Zastanawiało mnie, głównie przy bardziej obciachowych dźwiękach znanych nam jedynie z piosenek DiscoPolo i parodystów. Czy u nich też to jest lekki obciach?
Wpływy Abby widoczne.
Ale koncert na plus bo można było się pobujać.
Na pewno zawodem i właściwie szybka ucieczką (ledwo wytrzymanie dwóch utworów jak to mam w zwyczaju nawet kiedy mi się nie bardzo podoba) skończyły się spotkanie z Mickiem Harvey grającym utwory Serge'a Gainsbourga. Byłam ciekawa, jednak nie przypadło mi do gustu.
Również Xiu Xiu z nieznośnym wokalem nie zachęcił do słuchania muzyki z Twin Peaks - wytrzymałam ale przysnęło mi się (i nie tylko mi) rotacja ludzi była bardzo duża.
Pianie z zachwytu zostawiłam na głośny już koncert Ogoya Nengo & The Dodo Women’s Group - trzech pań słusznej postury i jeszcze słuszniejszego wieku, szamana i bębniarza - doskonale przybliżyli nam specyfikę, energię i szaleństwo Afryki. Nadal uśmiecham się na myśl, że na początku koncertu chciałam usiąść bo "to takie spokojne będzie".
NIE BYŁO.
Bardzo głośny i jeden z najbardziej oczekiwanych koncertów, czyli Sun o))) przesiedziałam pod wiklinową konstrukcją. Słychać było wiele, ale jak przy każdym koncercie (zarówno tym jak i Twin Peaks) gryzła się discomuzyka z żółtoczerwonego namiotu.
Psuła klimat, ale dla mnie Sun o))) było niesamowicie mroczne, ciemne, ciężkie i właściwie idealne na końcowe stadium depresji.
Ride - dopadło mnie zmęczenie materiału, czy to upał czy brak snu. Najprzyjemniejszym podczas tego koncertu uczuciem było zawieszenie między snem a jawą kiedy leżąc na trawie otaczały mnie dźwięki i zapadałam się w nie powoli. A cisza powodowała niepokój i całkowite wybudzenie.
Ten Typ Mes - nie tracąc nic ze swojej świeżości, dali radę opowiadać z lekkością historię i bawiąc się konwencją.
Kontynuując wątek polski miałam okazję słuchać duetu Coals z porządnym nagłośnieniem.
Nareszcie słuchać było (chociaż z pewnymi wpadkami) i muzykę i głos. Uważam, że przy obecnym rynku muzycznym mają jedno z najoryginalniejszych brzmień bez potrzeby odcinania kuponów.
A Rycerzyki odpuściłam - trzeci raz są zbyt monotonni.
Coleen Green - młoda dziewczyna śpiewająca piosenki. Pasowałyby do filmu o nastolatkach, mogły by być śpiewane w Juno, taki pop-rock prościutko z różowego pokoju nastolatki. Jednak bardzo przyjemny chociaż troszkę monotonny.
Patti Smith - niekwestionowana gwiazda. Spróbowalibyście tylko zaprzeczyć... Koncert obfitował w momenty energetyczne, gdy aż żałowałam że nie jestem pod sceną, ale też w momenty liryczne. Właściwie dla mnie granie przez nia płyty Horses jest pewnego rodzaju rozliczeniem.
Ale miałam dreszcze, gdy wymieniała zmarłych, legendarnych muzyków. Ona ich wszystkich znała, mogła znać, rozmawiać, spotkać. To taki łącznik miedzy tym, co nierzeczywiste już dla naszego pokolenia, dzieci kwiaty, bunty przeciwko systemowi, wojnie. Miliard Ochów i Achów i jak nie byłam zbytnio jej fanką (przyznaje się do zaiste jakże modnej obecnie ignorancji) tak teraz ma jako jeden z niewielu artystów - szacunek. Respekt.
Bardzo przypadkowo napotkany świetny koncert, czyli w najlepszej offowej formie, był występ Kwadrofonik z gościnnym udziałem Adama Struga. Dwa fortepiany... nie wiem, dla mnie to była niesamowita magia, czary, splecione dźwięki z głosem i perfekcja wykonania w każdym momencie.
I kilka zdjęć...
Lejący się tym dotkliwiej, gdy jakaś awionetka krążyła nad nami od 7 rano.
Złośliwa
Przed żarem zabezpieczenia były różne: od folii termicznych przez podwójne baldachimy namiotów/ daszki/ rozpięcie koców.
NIE
Najlepsze było NIE BYĆ w okolicach namiotów od rana do późnego wieczora.
Dlatego przegapione zostały pierwsze koncerty.
Dlatego namiot miał sens tylko wtedy, gdy człowiek całkowicie zmęczony wracał nad ranem po niespodziewanej (i w związku z tym bez ręcznika) kąpieli pod prysznicem i troszkę marzł.
W końcu 20 stopni w nocy jest to prawie mróz.
Tak jakby przy 20 stopniach w dzień w nocy temperatura spadała do 0....
Nawadnianie, kapelusze, cień i kurtyny wodne i ulubione "zamoczyć się pod wężem strażackim ale nie tak bardzo żeby nie zostać miss festiwalowego wdzianka"
Festiwal uznałam za udany.
Hejty na wodę i nakaz odkręcania butelek - hejty rozumiem i nakaz odkręcania też.
Była woda ? była
Były hejty? były, a kiedy nie było?
Pamiętam Openera kiedy spiekłam się niesamowicie na słońcu, na teren (gigantyczny) openerowy wody nigdy nie było można wnieść. NIGDY.
Nie ten rozmach festiwalu- powiecie.
Nie ten, ale temperatury bywały podobne i snuliśmy się strasznie.
Wracam jednak do muzyki. Będzie chaotycznie bo nie mogę się zdecydować, czy poukładać według "upodobań" czy według "czasu". Dlatego zaskakujcie się, jak ja się zaskakiwałam.
Udało się spełnić jeden z moich celów: Susanne Sundfor.
Zbyt szwedzko-popowa dla mnie jednak głos ma cudowny. Szkoda tylko że nie potrafi się zdecydować, czy grać typowy norweski pop czy może przejść do elektroniki.
Zastanawiało mnie, głównie przy bardziej obciachowych dźwiękach znanych nam jedynie z piosenek DiscoPolo i parodystów. Czy u nich też to jest lekki obciach?
Wpływy Abby widoczne.
Ale koncert na plus bo można było się pobujać.
Na pewno zawodem i właściwie szybka ucieczką (ledwo wytrzymanie dwóch utworów jak to mam w zwyczaju nawet kiedy mi się nie bardzo podoba) skończyły się spotkanie z Mickiem Harvey grającym utwory Serge'a Gainsbourga. Byłam ciekawa, jednak nie przypadło mi do gustu.
Również Xiu Xiu z nieznośnym wokalem nie zachęcił do słuchania muzyki z Twin Peaks - wytrzymałam ale przysnęło mi się (i nie tylko mi) rotacja ludzi była bardzo duża.
Pianie z zachwytu zostawiłam na głośny już koncert Ogoya Nengo & The Dodo Women’s Group - trzech pań słusznej postury i jeszcze słuszniejszego wieku, szamana i bębniarza - doskonale przybliżyli nam specyfikę, energię i szaleństwo Afryki. Nadal uśmiecham się na myśl, że na początku koncertu chciałam usiąść bo "to takie spokojne będzie".
NIE BYŁO.
Bardzo głośny i jeden z najbardziej oczekiwanych koncertów, czyli Sun o))) przesiedziałam pod wiklinową konstrukcją. Słychać było wiele, ale jak przy każdym koncercie (zarówno tym jak i Twin Peaks) gryzła się discomuzyka z żółtoczerwonego namiotu.
Psuła klimat, ale dla mnie Sun o))) było niesamowicie mroczne, ciemne, ciężkie i właściwie idealne na końcowe stadium depresji.
Ride - dopadło mnie zmęczenie materiału, czy to upał czy brak snu. Najprzyjemniejszym podczas tego koncertu uczuciem było zawieszenie między snem a jawą kiedy leżąc na trawie otaczały mnie dźwięki i zapadałam się w nie powoli. A cisza powodowała niepokój i całkowite wybudzenie.
Ten Typ Mes - nie tracąc nic ze swojej świeżości, dali radę opowiadać z lekkością historię i bawiąc się konwencją.
Kontynuując wątek polski miałam okazję słuchać duetu Coals z porządnym nagłośnieniem.
Nareszcie słuchać było (chociaż z pewnymi wpadkami) i muzykę i głos. Uważam, że przy obecnym rynku muzycznym mają jedno z najoryginalniejszych brzmień bez potrzeby odcinania kuponów.
A Rycerzyki odpuściłam - trzeci raz są zbyt monotonni.
Coleen Green - młoda dziewczyna śpiewająca piosenki. Pasowałyby do filmu o nastolatkach, mogły by być śpiewane w Juno, taki pop-rock prościutko z różowego pokoju nastolatki. Jednak bardzo przyjemny chociaż troszkę monotonny.
Patti Smith - niekwestionowana gwiazda. Spróbowalibyście tylko zaprzeczyć... Koncert obfitował w momenty energetyczne, gdy aż żałowałam że nie jestem pod sceną, ale też w momenty liryczne. Właściwie dla mnie granie przez nia płyty Horses jest pewnego rodzaju rozliczeniem.
Ale miałam dreszcze, gdy wymieniała zmarłych, legendarnych muzyków. Ona ich wszystkich znała, mogła znać, rozmawiać, spotkać. To taki łącznik miedzy tym, co nierzeczywiste już dla naszego pokolenia, dzieci kwiaty, bunty przeciwko systemowi, wojnie. Miliard Ochów i Achów i jak nie byłam zbytnio jej fanką (przyznaje się do zaiste jakże modnej obecnie ignorancji) tak teraz ma jako jeden z niewielu artystów - szacunek. Respekt.
Bardzo przypadkowo napotkany świetny koncert, czyli w najlepszej offowej formie, był występ Kwadrofonik z gościnnym udziałem Adama Struga. Dwa fortepiany... nie wiem, dla mnie to była niesamowita magia, czary, splecione dźwięki z głosem i perfekcja wykonania w każdym momencie.
I kilka zdjęć...
| Wielka susza.... |
| Ogoya Nengo & The Dodo Women’s Group |
| Son Lux |
| Patti Smith |
środa, 29 lipca 2015
Moje podwórko...20 000 kilometrów wyjechanych ścieżek
Komunikacja.
Jak łatwo poszerza horyzonty myślowe i poznawcze.
Porządna infrastruktura w nowoczesnym państwie jest podstawą inwestycji. Dlatego tyle u nas wkłada się w drogi.
Kiedy dorobiłam się w końcu cudownie bezawaryjnego samochodu prawie dwa lata temu, zaczęłam dużo jeździć poza Warszawę. Wcześniej było to też możliwe, ale ograniczone busami i pociągami czy też strachem przed nagłym zatrzymaniu się w polu.
Podczas tych dwóch lat zrobiłam już ponad 20 000 km - jeżdżąc najczęściej na Śląsk albo też na różnej maści festiwale.
Mam w dalszym ciągu mnóstwo pomysłów gdzie jeszcze pojechać.
I teraz, wracając ze starych, wrocławskich śmieci doszłam do wniosku, że moje podwórko to tam, gdzie mogę dojechać w kilka godzin samochodem i wrócić tego samego lub następnego dnia.
Gdzie jest nasze podwórko?
Na początku, jest ograniczone domem i sąsiadami, ogrodzeniem, piaskownicą.
Granice wyznaczają rodzice i nauczyciele - musimy być w zasięgu wzroku.
Potem nasze podwórko to przyjaciele, do których biegniemy się bawić i z którymi widzimy się po szkole, zaczynamy wymykać się z ustalonych ram.
Gdy stajemy się dorośli zaczynamy wyznaczać własny obszar - możemy zostać w miejscu które nas wychowało, albo spróbować stworzyć własne.
Tu jest punkt trudności, bo ustalamy sobie własne granice za które potem nie możemy wyjść z przyzwyczajenia. Jesteśmy wtedy najbardziej wolni - gdy idziemy na studia to jest nasz jedyny punkt zaczepienia. Jeżeli mamy szczęście to z drugiej strony nie ogranicza nas ani praca ani zobowiązania.
Moje podwórko było we Wrocławiu, mieście które nie śpi, które jest widziane jako tolerancyjne, otwarte i młode. Można było bawić się do woli.
Po studiach jednak przyszedł czas na otrzeźwienie ze studenckiego trybu. Nie miałam super wymagań jednak gdy po raz kolejny rozmowa okazała sie stażem za koszty dojazdu... szczęśliwie znalazłam pracę ale w Stolicy.
Jednak miejsce, warunki i czas zmieniło wszystko diametralnie - każdy poszedł w swoją stronę. Żeby się spotkać z kimś to ja (a nie kto inny) musiałam przejechać mnóstwo kilometrów. Prawie nikomu się nie chciało. Najlepszym przyjaciołom nie przeszkadzała odległość.
I tak horyzonty zostały poszerzone o Warszawę.
Jednak Wrocław, oprócz tego cudownego czasu festiwali filmowych i krótkich ale bardzo treściwych spotkań przestał być moim podwórkiem. Widzę go teraz jak nowe, zupełnie inne miasto nałożone kalką na nostalgiczne zdjęcia sprzed kilku lat. Wiem, że już na stałe nie wrócę.
Warszawa jest trudnym podwórkiem. Robiąc kolejne kilometry w korkach, wściekając się na kierowców/rowerzystów/roboty drogowe/protesty/wypadki/autobusy/spalone mosty zaczęło mnie to bawić i nawet podobać. Ludzie są różni. Szukanie pracy to niewdzięczne zajęcie ale dzięki temu poznaję miasto.
Moje podwórko to teraz Polska,
Moje 20 000 km podróży to przez te dwa lata minimum 200 godzin jazdy.
Popołudniu chcę wypić kawę nad morzem.
Nie mam co robić a dawno nie zwiedzałam.
Podobno najlepsze prawdziwki rosną na Podlasiu.
Gdzieś tam zaczęła się historia mojej rodziny.
Lubię jeździć samochodem.
Lubię jak klimatyzacja wypala mi gardło.
Lubię zabierać ludzi na stopa.
Lubię spotkać dawno nie widzianą ważną dla mnie osobę, chociażbyśmy mieli mieć dla siebie tylko chwilę.
Lubię mój kraj.
Narzekać każdy potrafi, ale odnaleźć piękno czy coś dobrego nie jest tak łatwo.
Mamy najpiękniejsze niebo na świecie.
I trochę zdjęć zza szyby...
Jak łatwo poszerza horyzonty myślowe i poznawcze.
Porządna infrastruktura w nowoczesnym państwie jest podstawą inwestycji. Dlatego tyle u nas wkłada się w drogi.
Kiedy dorobiłam się w końcu cudownie bezawaryjnego samochodu prawie dwa lata temu, zaczęłam dużo jeździć poza Warszawę. Wcześniej było to też możliwe, ale ograniczone busami i pociągami czy też strachem przed nagłym zatrzymaniu się w polu.
Podczas tych dwóch lat zrobiłam już ponad 20 000 km - jeżdżąc najczęściej na Śląsk albo też na różnej maści festiwale.
Mam w dalszym ciągu mnóstwo pomysłów gdzie jeszcze pojechać.
I teraz, wracając ze starych, wrocławskich śmieci doszłam do wniosku, że moje podwórko to tam, gdzie mogę dojechać w kilka godzin samochodem i wrócić tego samego lub następnego dnia.
Gdzie jest nasze podwórko?
Na początku, jest ograniczone domem i sąsiadami, ogrodzeniem, piaskownicą.
Granice wyznaczają rodzice i nauczyciele - musimy być w zasięgu wzroku.
Potem nasze podwórko to przyjaciele, do których biegniemy się bawić i z którymi widzimy się po szkole, zaczynamy wymykać się z ustalonych ram.
Gdy stajemy się dorośli zaczynamy wyznaczać własny obszar - możemy zostać w miejscu które nas wychowało, albo spróbować stworzyć własne.
Tu jest punkt trudności, bo ustalamy sobie własne granice za które potem nie możemy wyjść z przyzwyczajenia. Jesteśmy wtedy najbardziej wolni - gdy idziemy na studia to jest nasz jedyny punkt zaczepienia. Jeżeli mamy szczęście to z drugiej strony nie ogranicza nas ani praca ani zobowiązania.
Moje podwórko było we Wrocławiu, mieście które nie śpi, które jest widziane jako tolerancyjne, otwarte i młode. Można było bawić się do woli.
Po studiach jednak przyszedł czas na otrzeźwienie ze studenckiego trybu. Nie miałam super wymagań jednak gdy po raz kolejny rozmowa okazała sie stażem za koszty dojazdu... szczęśliwie znalazłam pracę ale w Stolicy.
Jednak miejsce, warunki i czas zmieniło wszystko diametralnie - każdy poszedł w swoją stronę. Żeby się spotkać z kimś to ja (a nie kto inny) musiałam przejechać mnóstwo kilometrów. Prawie nikomu się nie chciało. Najlepszym przyjaciołom nie przeszkadzała odległość.
I tak horyzonty zostały poszerzone o Warszawę.
Jednak Wrocław, oprócz tego cudownego czasu festiwali filmowych i krótkich ale bardzo treściwych spotkań przestał być moim podwórkiem. Widzę go teraz jak nowe, zupełnie inne miasto nałożone kalką na nostalgiczne zdjęcia sprzed kilku lat. Wiem, że już na stałe nie wrócę.
Warszawa jest trudnym podwórkiem. Robiąc kolejne kilometry w korkach, wściekając się na kierowców/rowerzystów/roboty drogowe/protesty/wypadki/autobusy/spalone mosty zaczęło mnie to bawić i nawet podobać. Ludzie są różni. Szukanie pracy to niewdzięczne zajęcie ale dzięki temu poznaję miasto.
Moje podwórko to teraz Polska,
Moje 20 000 km podróży to przez te dwa lata minimum 200 godzin jazdy.
Popołudniu chcę wypić kawę nad morzem.
Nie mam co robić a dawno nie zwiedzałam.
Podobno najlepsze prawdziwki rosną na Podlasiu.
Gdzieś tam zaczęła się historia mojej rodziny.
Lubię jeździć samochodem.
Lubię jak klimatyzacja wypala mi gardło.
Lubię zabierać ludzi na stopa.
Lubię spotkać dawno nie widzianą ważną dla mnie osobę, chociażbyśmy mieli mieć dla siebie tylko chwilę.
Lubię mój kraj.
Narzekać każdy potrafi, ale odnaleźć piękno czy coś dobrego nie jest tak łatwo.
Mamy najpiękniejsze niebo na świecie.
I trochę zdjęć zza szyby...
czwartek, 18 czerwca 2015
OWF w pigułce podsumowanie najbardziej znienawidzonego festiwalu na FB - plusy i minusy
Czas najwyższy opisać OWF
Moje rozwinięcie skrótu?
Olej Wielkie Festiwale
OWF się zmniejszył, może to przez mniejsze fundusze mniejszych graczy, może to przez zapraszanie mniej popularnych artystów...
Ale przepraszam bardzo, po pierwsze był bardzo dobry skład reprezentantów muzyki, kiedyś popularnej obecnie zepchniętej do garaży - czyli rocka.
Po drugie formuła na siłę masowej imprezy i samych gwiazd jest już lekko oklepana.
Po trzecie: jeśli się skład nie podoba to się nie jedzie a nie obrabia jak to słaby skład, bo by się pojechało, a się nie jedzie.
MINUSY
Ponieważ jednak dla mnie był to festiwalowy sukces to te kilka słabych rzeczy opiszę teraz:
1. Akcja z cenami biletów. Przebolałam, ale następnym razem porządnie się zastanowię, czy warto w ogóle kupować jakiekolwiek earlybird
2. Akcja z, podejrzewam, nadmierna ilością biletów na ostatni dzień. Koszmarne były godzinne kolejki wszędzie i niemniej koszmarny upał, kiedy jedynym ratunkiem stała się nędzna pianka frapee w barbarzyńskiej cenie. I to, że ludzie brali po 6 piw "na potem" żeby czekać pod scena na zespół i pić jedno po drugim.
3. Koszmarne było też to, że mimo to, że ludzie mieli karnety, w końcu kupowali je tylko dlatego, żeby iść na Muse, nie chodzi tutaj mi już o organizatorów i ceny biletów, ale o fakt, że po co ODKRYWAĆ muzykę skoro można iść na popularnego pewniaka?
Festiwale nie są po to, żeby się lansować, słuchać muzyki którą zakatowaliśmy, ale też sprawdzać, jakie nowości pojawiły się w muzyce, jakie są trendy, czego się słucha. Co mają inni do przekazania.
Tu mi było szkoda doskonale przygotowanych zespołów o światowej sławie, gdzie pod sceną nie było tłumów. Powie się "taki mamy klimat" niestety to usprawiedliwianie rzeczywistości, do której zaczyna nam być niebezpiecznie blisko, nikomu nic się nie chce, a każdy chodzi wydeptaną lub modną ścieżką.
PLUSY
1. Organizacja: wszyscy ale to naprawdę WSZYSCY byli niesamowicie mili - zarówno obsługa jak i wolontariusze.
2. Można było wygrać płyty, gratisy, pobawić się
3. Można było trafić na część ulubionego zespołu piwkującego pod daszkiem. Artyści po koncertach wychodzili do ludzi pod główna scenę i naprawdę, było zabawnie :) (zwłaszcza pierwszy i drugi dzień).
4. Małe kolejki - dużo fajnych rzeczy można było odkryć, sprawdzić, poleżeć na leżakach - przenieść pufę z jednego końca festiwalu na drugi. I co w tym dziwnego że po drugim dniu mówiliśmy ze to off? Skojarzenie nieprzypadkowe
5. Można było z jedzeniem/piciem przyjść pod samą scenę - superaśnie!
6. Dzięki akcji "czyścicielskiej" można bylo w niespełna 10 minut uzbierac wymaganą pulę kubków.
7. Nagłośnienie! Cudownie poprawione, tylko w niektórych przypadkach (Bastille) miałabym małe uwagi, ale tak to przecudownie! FKA Twigs wijąca się - cudo.
8. Namiot - genialne posunięcie na ten upał, przewiewnie i przyjemnie można było poleżeć w cieniu a nie tylko prażyć się na słońcu lub moknąć w piątkowej ulewie.
9. Ulewa - nic się nie zawaliło, co prawda padał,a raczej wirował, deszcz a powietrze było tak naelektryzowane, że iskry przeskakiwały po rusztowaniach, niemniej jednak klimat był.
10. Muzyka!
MUZYKA:
Muse - dali PEWNIACKI koncert - było doskonale, chyba rozmachem przebiło mi ich koncert Coke.
Bastille - nieco słabiej niż w ubiegłym roku na Openerze, może gorsza forma, ale i tak doskonale porwali wszystkich.
FKA Twigs - jak ona się rusza! Jej wygibasy (spróbujcie się tak ruszać i nie dostać zadyszki) nie miały praktycznie wpływu na jakość śpiewu. Piękna kobieta. Cieszę sie że miałam okazję zobaczyć jej koncert.
Paloma Faith - zmiksowanie białej kobiety o czarnym głosie z naleciałościami gospel i muzyki w stylu lat 60 - coś pięknego! Układy taneczne, jej uśmiech no i cudowny kontakt z nami, człowiek momentalnie się uśmiechał oglądając i słuchając koncertu.
Chemical Brother(s)- wizualizacje, lasery, pomrukująca burza, błoto, woda wszędzie i to, że tak bardzo nie przejmowałam się zimnem i tym, że moja energia jest na wykończeniu. Taki power! i ROBOTY!!
Mark Ronson - totalny set DJ. Wiedział co zagrać, żeby wszyscy się bawili zamiast iść spać po ostatnim koncercie w namiocie. Jeszcze zmęczeni wybraliśmy się na odpoczynek na...
Baasch -bardzo pozytywne odkrycie, właściwie w stylu ostatnich głębokich męskich głosów których bez przerwy słucham
Metronomy - po bojach zimowych, żeby tylko trafić na ich koncert w końcu się udało i czułam dużą satysfakcję, koncert super!
Zarówno Papa Roach jak i Three Days Grace dali radę, jednak było dla mnie to już bardziej jak sentymentalna podróż do czasów, kiedy wykrzykiwałam emocje i pogowałam. Dali radę i namiot szalał całkowicie. Zwłaszcza na nowych kawałkach PR - mimo że lepiej znałam starsze.
Big Sean - meh, meh - facet za bardzo nie wiedział o czym gadać do nas, także uraczeni zostaliśmy wzruszajacymi historiami o Detroit i Babci B.S. - rapował bardzo dobrze ale na tle innych raperów niczym się nie wyróżnia. Dla mnie poprawny koncert.
Benjamin Clementine - tak, ale jego koncert powinien być raczej pod gwiazdami, bardzo przyjemnie gra i jeszcze lepiej śpiewa.
Noel -eeee nie bleh nic nie kojarzę
Crystal Fighters - bez szału, byłam na czymś innym
Polskich pewniaków : Meli, Nosowskiej solo jak i z Hey nie muszę opisywać,chociaż Mela zagrała według mnie lepiej niż na Spring Break w Poznaniu.
Cosovel - jak ja ich uwielbiam, z każdym koncertem są coraz bardziej zaskakujący i cieszę się tym rozwojem.
i największa porażka : Incubus - chciałam mieć plakat zespołu nad łóżkiem ale los chciał inaczej. Styl zespołu poprawny tylko wskazuje to, jak bardzo oddaliłam się od rockowej muzyki w tym klimacie i jak teraz trudno jest znaleźć pomysł na kontynuowanie kariery. Nie był to dla mnie porywający koncert. Jak wszystkie, ostatniego dnia zebrał tłumy widzów. Nowe piosenki nie powtórzą już sukcesu Megalomaniaca.
Seria zdjęć? proszę bardzo:
Moje rozwinięcie skrótu?
Olej Wielkie Festiwale
OWF się zmniejszył, może to przez mniejsze fundusze mniejszych graczy, może to przez zapraszanie mniej popularnych artystów...
Ale przepraszam bardzo, po pierwsze był bardzo dobry skład reprezentantów muzyki, kiedyś popularnej obecnie zepchniętej do garaży - czyli rocka.
Po drugie formuła na siłę masowej imprezy i samych gwiazd jest już lekko oklepana.
Po trzecie: jeśli się skład nie podoba to się nie jedzie a nie obrabia jak to słaby skład, bo by się pojechało, a się nie jedzie.
MINUSY
Ponieważ jednak dla mnie był to festiwalowy sukces to te kilka słabych rzeczy opiszę teraz:
1. Akcja z cenami biletów. Przebolałam, ale następnym razem porządnie się zastanowię, czy warto w ogóle kupować jakiekolwiek earlybird
2. Akcja z, podejrzewam, nadmierna ilością biletów na ostatni dzień. Koszmarne były godzinne kolejki wszędzie i niemniej koszmarny upał, kiedy jedynym ratunkiem stała się nędzna pianka frapee w barbarzyńskiej cenie. I to, że ludzie brali po 6 piw "na potem" żeby czekać pod scena na zespół i pić jedno po drugim.
3. Koszmarne było też to, że mimo to, że ludzie mieli karnety, w końcu kupowali je tylko dlatego, żeby iść na Muse, nie chodzi tutaj mi już o organizatorów i ceny biletów, ale o fakt, że po co ODKRYWAĆ muzykę skoro można iść na popularnego pewniaka?
Festiwale nie są po to, żeby się lansować, słuchać muzyki którą zakatowaliśmy, ale też sprawdzać, jakie nowości pojawiły się w muzyce, jakie są trendy, czego się słucha. Co mają inni do przekazania.
Tu mi było szkoda doskonale przygotowanych zespołów o światowej sławie, gdzie pod sceną nie było tłumów. Powie się "taki mamy klimat" niestety to usprawiedliwianie rzeczywistości, do której zaczyna nam być niebezpiecznie blisko, nikomu nic się nie chce, a każdy chodzi wydeptaną lub modną ścieżką.
PLUSY
1. Organizacja: wszyscy ale to naprawdę WSZYSCY byli niesamowicie mili - zarówno obsługa jak i wolontariusze.
2. Można było wygrać płyty, gratisy, pobawić się
3. Można było trafić na część ulubionego zespołu piwkującego pod daszkiem. Artyści po koncertach wychodzili do ludzi pod główna scenę i naprawdę, było zabawnie :) (zwłaszcza pierwszy i drugi dzień).
4. Małe kolejki - dużo fajnych rzeczy można było odkryć, sprawdzić, poleżeć na leżakach - przenieść pufę z jednego końca festiwalu na drugi. I co w tym dziwnego że po drugim dniu mówiliśmy ze to off? Skojarzenie nieprzypadkowe
5. Można było z jedzeniem/piciem przyjść pod samą scenę - superaśnie!
6. Dzięki akcji "czyścicielskiej" można bylo w niespełna 10 minut uzbierac wymaganą pulę kubków.
7. Nagłośnienie! Cudownie poprawione, tylko w niektórych przypadkach (Bastille) miałabym małe uwagi, ale tak to przecudownie! FKA Twigs wijąca się - cudo.
8. Namiot - genialne posunięcie na ten upał, przewiewnie i przyjemnie można było poleżeć w cieniu a nie tylko prażyć się na słońcu lub moknąć w piątkowej ulewie.
9. Ulewa - nic się nie zawaliło, co prawda padał,a raczej wirował, deszcz a powietrze było tak naelektryzowane, że iskry przeskakiwały po rusztowaniach, niemniej jednak klimat był.
10. Muzyka!
MUZYKA:
Muse - dali PEWNIACKI koncert - było doskonale, chyba rozmachem przebiło mi ich koncert Coke.
Bastille - nieco słabiej niż w ubiegłym roku na Openerze, może gorsza forma, ale i tak doskonale porwali wszystkich.
FKA Twigs - jak ona się rusza! Jej wygibasy (spróbujcie się tak ruszać i nie dostać zadyszki) nie miały praktycznie wpływu na jakość śpiewu. Piękna kobieta. Cieszę sie że miałam okazję zobaczyć jej koncert.
Paloma Faith - zmiksowanie białej kobiety o czarnym głosie z naleciałościami gospel i muzyki w stylu lat 60 - coś pięknego! Układy taneczne, jej uśmiech no i cudowny kontakt z nami, człowiek momentalnie się uśmiechał oglądając i słuchając koncertu.
Chemical Brother(s)- wizualizacje, lasery, pomrukująca burza, błoto, woda wszędzie i to, że tak bardzo nie przejmowałam się zimnem i tym, że moja energia jest na wykończeniu. Taki power! i ROBOTY!!
Mark Ronson - totalny set DJ. Wiedział co zagrać, żeby wszyscy się bawili zamiast iść spać po ostatnim koncercie w namiocie. Jeszcze zmęczeni wybraliśmy się na odpoczynek na...
Baasch -bardzo pozytywne odkrycie, właściwie w stylu ostatnich głębokich męskich głosów których bez przerwy słucham
Metronomy - po bojach zimowych, żeby tylko trafić na ich koncert w końcu się udało i czułam dużą satysfakcję, koncert super!
Zarówno Papa Roach jak i Three Days Grace dali radę, jednak było dla mnie to już bardziej jak sentymentalna podróż do czasów, kiedy wykrzykiwałam emocje i pogowałam. Dali radę i namiot szalał całkowicie. Zwłaszcza na nowych kawałkach PR - mimo że lepiej znałam starsze.
Big Sean - meh, meh - facet za bardzo nie wiedział o czym gadać do nas, także uraczeni zostaliśmy wzruszajacymi historiami o Detroit i Babci B.S. - rapował bardzo dobrze ale na tle innych raperów niczym się nie wyróżnia. Dla mnie poprawny koncert.
Benjamin Clementine - tak, ale jego koncert powinien być raczej pod gwiazdami, bardzo przyjemnie gra i jeszcze lepiej śpiewa.
Noel -eeee nie bleh nic nie kojarzę
Crystal Fighters - bez szału, byłam na czymś innym
Polskich pewniaków : Meli, Nosowskiej solo jak i z Hey nie muszę opisywać,chociaż Mela zagrała według mnie lepiej niż na Spring Break w Poznaniu.
Cosovel - jak ja ich uwielbiam, z każdym koncertem są coraz bardziej zaskakujący i cieszę się tym rozwojem.
i największa porażka : Incubus - chciałam mieć plakat zespołu nad łóżkiem ale los chciał inaczej. Styl zespołu poprawny tylko wskazuje to, jak bardzo oddaliłam się od rockowej muzyki w tym klimacie i jak teraz trudno jest znaleźć pomysł na kontynuowanie kariery. Nie był to dla mnie porywający koncert. Jak wszystkie, ostatniego dnia zebrał tłumy widzów. Nowe piosenki nie powtórzą już sukcesu Megalomaniaca.
Seria zdjęć? proszę bardzo:
![]() |
| Brak tłumów przez pierwsze dwa dni był super wygodny |
| Chemicals Brothers with robots |
| Chemical Brother(s) |
![]() |
| Paloma Faith |
| Jedyne fajne zdjęcie FKA |
| Baasch |
| Jakie Metronomy zebrali tłumy! |
| Incubus zebrali tłumy |
| A Muse nie dość, że zebrali tłumy to zrobili bałagan |
| Muse |
| Muse |
![]() |
| Muse -balony! |
| Muse Bałagan! |
wtorek, 5 maja 2015
Rozliczenie z zakazami/nakazami z dzieciństwa
Czy za dzieciaka/małego dzieciaka mieliście pewne zakazy albo nakazy?
Nie jedz słodyczy, nie oglądaj filmów bo głupie, nie rozmawiaj z nieznajomymi, wracaj o 20 do domu?
Podyktowane były najczęściej troską, strachem o nasze małe duszyczki. O to że możemy zrobić sobie krzywdę, że będziemy budzić się w nocy z lękiem.
Dziecięca wyobraźnia jest niesamowicie barwna i nieuładzona. Potem wchodzi w tryby zwyczajności i zanika.
Do czego zmierzam. Jest masa filmów/rzeczy których nie mogłam robić za dzieciaka, bo po prostu byłam dzieciakiem. Do tej listy zaliczam oglądanie kultowych seriali i filmów z lat 90, bo leciały za późno, bo były idiotyczne, bo nie były naukowe. Niektóre z nich nie przetrwały próby czasu, lub nadal nie budzą we mnie zainteresowania albo obecnie co najwyżej politowanie.
Niektóre mogłam oglądać (jak Simpsonów) ale wtedy mnie nie bawiły. Ale przez ostatnie kilka dni próbowałam sobie przypomnieć wszystkie zakazy i złapać sens.
Ale już się rozwijam a oto powstała lista, nad którą się zastanowiłam.
1. Nie można oglądac telenowel, głupie i złe
- a i owszem, złe, ale dobre do obiadu, prawie udało mi się teraz wciągnać we wspaniałe stulecie, a tak nie mam potrzeby nadrabiania..
2. Seriale to strata czasu
- właściwie mieli racje, nie miałam potrzeby oglądania ani odświeżania żadnego z seriali lat 90 (oprócz X-Files), ani Kiepskich, ani Opowieści z Krypty ani Ally McBeal a reszty nazw nie pamiętam.
3. O 22 w łóżku.
+ marzenie! wtedy to była tortura, ale obecnie czasem się staram, ale internety...
4. Nie mów z pełnymi ustami
+ Słuszna uwaga, można sie zakrztusić, opluć towarzystwo a do tego jeszcze paskudnie się wygląda..
5. Bałagan w pokoju bałagan w głowie
+ Ostatnio staram się jak mogę, ale niestety często jest 0:1 dla bałaganu
6. Japońskie bajki są złe, amerykańskie też
+ Oglądam i oglądam a jakoś nie zauważyłam, co prawda nie obejrzę trzeci raz serii Dragon Ball a teraz oglądam tylko odświeżoną Sailor Moon, ale fakt, amerykańskie często to dno i wiele metrów mułu (serialowe bajki, Disney poza kategorią)
7. Nie rozmawiaj z nieznajomymi
+ po wczorajszym przemiłym doświadczeniu z obcymi ludźmi. Czy jeżeli obcy człowiek nam się przedstawi to już nie jest obcy? Nieprawda. Właśnie zauważyłam, że Facebook jest pełen obcych ludzi, których w teorii zna się od lat.
8. Nie kupię ci furby
+ Jaka to była słuszna decyzja! tak samo jedno Tamagochi na 3 osoby. A co teraz by takie Tamago robiło? siedziało w szafie. Zabawki, lalki pluszaki po praniu się przydadzą. Reszta to pożywka dla bakterii
9. Nie można jeść tyle słodyczy
+ Bardzo nie można, nie powinno się wręcz! Chociaż ja od dawien dawna wydawałam najwięcej kieszonkowego na coś słodkiego, nawet zadłużałam się u pani w sklepiku. Teraz kulturalnie.. jem nieco mniej
10. Nie siedź na zimnym
+ Prawda, potem jestem chora
11. Ubieraj się ciepło
+ ubieram się na cebulkę, najgorsze uczucie to że jest zimno..
12. Odłóż rzeczy na miejsce
+inaczej powstanie..bałagan! najgorsze, to znaleźć miejsce w nowym mieszkaniu na rzeczy, odkładanie jest wtedy łatwiejsze. Gdy się nie ma tej pewności witaj punkcie 5!
13. Nie denerwuj się
+ 90% moich nerwów to z powodu innych ludzi, właściwie mogłabym ich uniknąć i zostawić te 10% słusznego denerwowania. Tak nerwowość wprowadzam wszędzie.
14. Nie siedź blisko przed telewizorem
+ Mieli rację.. gdzie są moje okulary...
15. Nie rysuj po książkach
-/+ i tak i nie, nie pisałam po książkach ale czasami szkoda bo nie mogłabym odczytać dawnych myśli(od tego są pamiętniki). Potem na studiach nabazgrałam się w kolorach tęczy. Wystarczy
16. Pisz starannie
+ Bardzo z tym walczyłam, no ale jak sie postaram to mogę napisać kartkę okolicznościową, szkoda że zapomniałam już pisania neogotykiem i runami. Ale nadrobię.
17. Zjedz obiad
+ Budzę się rano i myślę, co na obiad? Obiad musi być.
18. Wyjmij łyżeczkę przed piciem z kubka.
- ale ja lubię z łyżeczką.
O NIE! JESTEM DOROSŁA!!
Idę jeść sernik na śniadanie i kilka kawałków ptasiego mleczka. Oczywiście przy Archiwum X, potem będę się denerwować, że nie umiem uruchomić maszyny do szycia....
wtorek, 7 kwietnia 2015
Wymówkowo
Temat rósł kilka tygodni, i przeszedł sam siebie.
Internet, a raczej formy komunikacji online są najprostsze i wymagające najmniej energii. Ot, możemy oglądać film, grać w gry, robić cokolwiek innego i równocześnie rozmawiać z ludźmi.
Sztuczka polega na tym, że media społecznościowe spowodowały, że jeżeli nie jesteśmy online czujemy się winni.
Wydarzenia w których można wziąć udział, to kolejna sprawa, nie ma już "bo mi się nie chce" brak aktywności to nie jest strona człowieka, który działa. Osoby aktywnej i w świecie i online.
I tu przechodzę do wymówek. Powstała długa lista wymówek, którymi również i ja się posługuję. Nie możemy nie mieć ochoty na rozmowę, musimy mieć wymówkę, przecież świeci się zielone światełko. Często po takiej wymianie zdań ostatnie słowa to "ok, na razie" a potem już się nie wraca.
Jeżeli po kilkunastu sekundach nie odpowiemy na wiadomość, to przy zielonej kropce druga strona może poczuć się zignorowana.
Wymówki/przyczyny braku chęci rozmawiania możemy podzielić na:
1. Prozaiczne
2. Nadzwyczajne
Grupa prozaicznych wymówek to:
- idę pozmywać/posprzątać/zjeść
- muszę popracować (częste w godz. 8-17)
- sorki mam autobus/jadę gdzieś
- zaraz nie będzie zasięgu (rzadko ale się zdarza)
- idę na zakupy
- idę pod prysznic(i inne tematy łazienkowe)
- gram w grę(mogę odpowiadać tylko przez WASD 1234 ZXC)
- mama/tato/babcia/dziewczyna/chłopak/żona/mąż/dziecko woła
Nadzwyczajne to:
- dzwoni telefon (tak! mam jeszcze znajomych którzy dzwonią)
- sorki, jestem na imprezie, wiesz jak to jest... muszę (!) gadać z ludźmi
- przepraszam mam gości
- muszę napisać tekst na bloga
- mój facet/dziewczyna przyszedł/przyszła
- źle się czuje (tu następuje długa konwersacja na temat objawów)
Nie można odpowiedzieć,
- gram na gitarze a fb działa w tle, bo wyszukuję chwyty online - gitara poczeka
- mam zły humor - jak to, ja do Ciebie pisze a Ty masz zły humor? podziel się tym
- Zignorować - tylko falujące kropeczki obok imienia...
- nie można NIE ODPOWIEDZIEĆ
- nie mam czasu - nie masz czasu? Jak to możliwe? Jak mogą być ważniejsze rzeczy od naszej rozmowy? MOGĄ.
Nie możemy nic nie robić, każda reakcja wymaga kontry. Uzupełnienia. Nie chcemy przecież wypaść w złym świetle? Nie możemy zrobić czegoś, na co zwyczajnie nie mamy ochoty bez bardzo konkretnej wymówki. Zwykłe lenistwo, spędzenie wieczoru przy filmie i misce popcornu - ależ skąd! To takie bezproduktywne.
Kiedyś przez GG/Tleny i inne teraz komunikacja online robi z nas społeczeństwo wymówek.
Każdy z nas zna więcej zdań rozpoczynających się od NIE.
NIE....BO....
Zrobiło się poważnie?
Idę sobie, popatrzeć na chmury które są najpiękniejsze o tej porze roku. Posłuchać śpiewu ptaków i powściekać, że nie jestem w stanie zabić Kościeja.
Internet, a raczej formy komunikacji online są najprostsze i wymagające najmniej energii. Ot, możemy oglądać film, grać w gry, robić cokolwiek innego i równocześnie rozmawiać z ludźmi.
Sztuczka polega na tym, że media społecznościowe spowodowały, że jeżeli nie jesteśmy online czujemy się winni.
Wydarzenia w których można wziąć udział, to kolejna sprawa, nie ma już "bo mi się nie chce" brak aktywności to nie jest strona człowieka, który działa. Osoby aktywnej i w świecie i online.
I tu przechodzę do wymówek. Powstała długa lista wymówek, którymi również i ja się posługuję. Nie możemy nie mieć ochoty na rozmowę, musimy mieć wymówkę, przecież świeci się zielone światełko. Często po takiej wymianie zdań ostatnie słowa to "ok, na razie" a potem już się nie wraca.
Jeżeli po kilkunastu sekundach nie odpowiemy na wiadomość, to przy zielonej kropce druga strona może poczuć się zignorowana.
Wymówki/przyczyny braku chęci rozmawiania możemy podzielić na:
1. Prozaiczne
2. Nadzwyczajne
Grupa prozaicznych wymówek to:
- idę pozmywać/posprzątać/zjeść
- muszę popracować (częste w godz. 8-17)
- sorki mam autobus/jadę gdzieś
- zaraz nie będzie zasięgu (rzadko ale się zdarza)
- idę na zakupy
- idę pod prysznic(i inne tematy łazienkowe)
- gram w grę(mogę odpowiadać tylko przez WASD 1234 ZXC)
- mama/tato/babcia/dziewczyna/chłopak/żona/mąż/dziecko woła
Nadzwyczajne to:
- dzwoni telefon (tak! mam jeszcze znajomych którzy dzwonią)
- sorki, jestem na imprezie, wiesz jak to jest... muszę (!) gadać z ludźmi
- przepraszam mam gości
- muszę napisać tekst na bloga
- mój facet/dziewczyna przyszedł/przyszła
- źle się czuje (tu następuje długa konwersacja na temat objawów)
Nie można odpowiedzieć,
- gram na gitarze a fb działa w tle, bo wyszukuję chwyty online - gitara poczeka
- mam zły humor - jak to, ja do Ciebie pisze a Ty masz zły humor? podziel się tym
- Zignorować - tylko falujące kropeczki obok imienia...
- nie można NIE ODPOWIEDZIEĆ
- nie mam czasu - nie masz czasu? Jak to możliwe? Jak mogą być ważniejsze rzeczy od naszej rozmowy? MOGĄ.
Nie możemy nic nie robić, każda reakcja wymaga kontry. Uzupełnienia. Nie chcemy przecież wypaść w złym świetle? Nie możemy zrobić czegoś, na co zwyczajnie nie mamy ochoty bez bardzo konkretnej wymówki. Zwykłe lenistwo, spędzenie wieczoru przy filmie i misce popcornu - ależ skąd! To takie bezproduktywne.
Kiedyś przez GG/Tleny i inne teraz komunikacja online robi z nas społeczeństwo wymówek.
Każdy z nas zna więcej zdań rozpoczynających się od NIE.
NIE....BO....
Zrobiło się poważnie?
Idę sobie, popatrzeć na chmury które są najpiękniejsze o tej porze roku. Posłuchać śpiewu ptaków i powściekać, że nie jestem w stanie zabić Kościeja.
poniedziałek, 9 marca 2015
Przedwiośnie, post-zimie, post-rock! - relacja
Weekend szybciutko minął, zostawił po sobie ścianę dźwięków, i bardzo bardzo dobre wrażenie.
W sobotę, jak planowałam od kilku tygodniu, zjawiłam się na nowym dla mnie festiwalu Expect Delays Fest.
Festiwal może zbyt szumnie powiedziane, jednak słowo "przegląd" wypadło już dawno ze słownika "pozytywnych wydarzeń muzycznych".
Był to faktyczny "przegląd" zespołów polskich i zagranicznych grających muzykę post-rock
Czym charakteryzuje się ten gatunek?
- Długie utwory, czasem nawet kilkunastominutowe.
- Wokal właściwie nie występuje, jeżeli już, to w bardzo okrojonej formie.
- Wiodąca rola gitary, budowana jest ściana dźwięku z efektami (między innymi delay) oraz solówki gitarowe.
- Istotne jest zbudowanie odpowiedniego klimatu. Sama muzyka dla mnie najlepiej ilustrowałaby wszelkie produkcje postapokaliptyczne.
- Jest melancholijna, przyciężka, wciągająca, można nawet czasem powiedzieć, że depresyjna.
- Rzadko korzysta się z syntezatorów/klawiszy - bazuje jednak na pewnej surowości. Zabawa elektroniką powoduje skierowanie się stylu w stronę shoegaze.
Grupy jakie zagrały w sobotę?
Kolejno:
Niestety, jako weteran festiwalowy, nie mam pojecia dlaczego Progresja została przeniesiona do tego nowego miejsca a także, dlaczego w tak słabych warunkach odbywało się prawie 6 godzinne wydarzenie.
Miejsca - mało,co powodowało ścisk: bar obok szatni z drugiej strony baru sklepik z koszulkami i płytami a jeszcze dalej toalety (sztuk dwie) wciśnięte między scenę a sklepik.
Jedno wytchnienie dawał słup pośrodku pomieszczenia - niewielkie ale jednak, ponieważ nie było możliwości nawet żeby usiąść (chyba że podłoga grożąca zadeptaniem, bo oświetlenie wiadomo, festiwalowo-przyciemnione. Nie wychodziłam na fajkę ale również, przez chłód nie mogłam wyjść na zewnątrz, para skraplała się na zamkniętych oknach a klimatyzacja (o ile w ogóle była bo nie zauważyłam) całkowicie nie dawała rady przy tej ilości osób.
Rozumiem, że nie wolno otworzyć okna, bo dźwięk się będzie niósł po godzinach nocnych, ale odbiór muzyki był dla mnie bardzo utrudniony bo w którymś momencie nie dało się oddychać. Także niestety następnym razem baaardzo długo będę się zastanawiać, nim trafię znów do Progresji.
Kolejny minus? - Godziny otwarcia - na biletach mieliśmy napisane 18, wpuszczali od 19 a koncerty zaczynały się o 19:30. Poza tym, dla nieznających klubu, były dwa wejścia: bar i boczne, tam gdzie odbywał się fest: Niestety nie widziałam żadnych plakatów..(chociażby jeden) informujących, którędy do sceny).
Skupię się na muzyce, mimo pewnych problemów z komunikacją nagłośnieniowcy-muzycy.
Tides From Nebula - rewelacyjny koncert, energiczny, fascynujący
Spoiwo - odkrycie! brzmią bardzo profesjonalnie(czy wspominałam, że post-rocka słucha się najlepiej na żywo?)
No i gwiazda wieczoru (jak dumnie):
i muzyka.... polecam słuchać głośno.
W sobotę, jak planowałam od kilku tygodniu, zjawiłam się na nowym dla mnie festiwalu Expect Delays Fest.
Festiwal może zbyt szumnie powiedziane, jednak słowo "przegląd" wypadło już dawno ze słownika "pozytywnych wydarzeń muzycznych".
Był to faktyczny "przegląd" zespołów polskich i zagranicznych grających muzykę post-rock
Czym charakteryzuje się ten gatunek?
- Długie utwory, czasem nawet kilkunastominutowe.
- Wokal właściwie nie występuje, jeżeli już, to w bardzo okrojonej formie.
- Wiodąca rola gitary, budowana jest ściana dźwięku z efektami (między innymi delay) oraz solówki gitarowe.
- Istotne jest zbudowanie odpowiedniego klimatu. Sama muzyka dla mnie najlepiej ilustrowałaby wszelkie produkcje postapokaliptyczne.
- Jest melancholijna, przyciężka, wciągająca, można nawet czasem powiedzieć, że depresyjna.
- Rzadko korzysta się z syntezatorów/klawiszy - bazuje jednak na pewnej surowości. Zabawa elektroniką powoduje skierowanie się stylu w stronę shoegaze.
Grupy jakie zagrały w sobotę?
Kolejno:
Niestety, jako weteran festiwalowy, nie mam pojecia dlaczego Progresja została przeniesiona do tego nowego miejsca a także, dlaczego w tak słabych warunkach odbywało się prawie 6 godzinne wydarzenie.
Miejsca - mało,co powodowało ścisk: bar obok szatni z drugiej strony baru sklepik z koszulkami i płytami a jeszcze dalej toalety (sztuk dwie) wciśnięte między scenę a sklepik.
Jedno wytchnienie dawał słup pośrodku pomieszczenia - niewielkie ale jednak, ponieważ nie było możliwości nawet żeby usiąść (chyba że podłoga grożąca zadeptaniem, bo oświetlenie wiadomo, festiwalowo-przyciemnione. Nie wychodziłam na fajkę ale również, przez chłód nie mogłam wyjść na zewnątrz, para skraplała się na zamkniętych oknach a klimatyzacja (o ile w ogóle była bo nie zauważyłam) całkowicie nie dawała rady przy tej ilości osób.
Rozumiem, że nie wolno otworzyć okna, bo dźwięk się będzie niósł po godzinach nocnych, ale odbiór muzyki był dla mnie bardzo utrudniony bo w którymś momencie nie dało się oddychać. Także niestety następnym razem baaardzo długo będę się zastanawiać, nim trafię znów do Progresji.
Kolejny minus? - Godziny otwarcia - na biletach mieliśmy napisane 18, wpuszczali od 19 a koncerty zaczynały się o 19:30. Poza tym, dla nieznających klubu, były dwa wejścia: bar i boczne, tam gdzie odbywał się fest: Niestety nie widziałam żadnych plakatów..(chociażby jeden) informujących, którędy do sceny).
Skupię się na muzyce, mimo pewnych problemów z komunikacją nagłośnieniowcy-muzycy.
Tides From Nebula - rewelacyjny koncert, energiczny, fascynujący
Spoiwo - odkrycie! brzmią bardzo profesjonalnie(czy wspominałam, że post-rocka słucha się najlepiej na żywo?)
No i gwiazda wieczoru (jak dumnie):
![]() |
| Tides Fron Nebula |
i muzyka.... polecam słuchać głośno.
wtorek, 17 lutego 2015
Wujek Oswald trafia do...typuję
IDY!
Tak, to jest pierwsze polskie marzenie, ponieważ doceniamy dopiero to, co zyska uznanie na świecie. Ale nie zawsze patrząc na przypadek zmarłego niedawno Igora Mitoraja.
Przyznam, nie widziałam jeszcze wszystkich, nominowanych do Wujków Oswaldów( Oscarów(R)) , filmów.
Mogę tylko wytypować po zachowaniu mediów i innych przesłankach, dlatego nie będą to typy dokładne. Jeżeli coś widziałam a nie typuję, to też to wyjaśnię.
Ubiegły rok kształtował się następująco, najgłośniejsze tytułu (ktoś jeszcze pamięta?) : Grawitacja, Ona, Zniewolony, Blue Jasmine, Witaj w Klubie, Tajemnica Filomeny, American Hustle, Wilk z Wall Street, a wszyscy i tak śpiewali Let it Go!
Na mnie największe wrażenie zrobił Zniewolony. American Hustle - nawet nie pamiętam o czym był, Wilk - uszedł, Let it Go! (na punkcje Frozen zwariowałam i obejrzałam go trzy razy pod rząd..ale to jest faza maniaka)
W tym roku ciekawych nominacji jest sporo.
Zacznę od najważniejszych dla fanki animacji:
Jak wytresowac smoka 2 - nie nie nie nie nie! słaby film naprawdę, scenariusz dziurawy muzyka się mogli bronić, ale nie
Wielka szóstka - bardzo standardowy film, bez szału też nie
Pudłaki - ciekawa akcja i bardzo ładna animacja kukiełkowa, historia z happy endem i jeżeli o mnie chodzi również mogłyby wygrać, jednak nie w tym roku.
Kaguyahime no Monogatari - nie, kreska jest zbyt japońska na amerykańskie gusta
wygra: Song of the sea - śpiewam Peany na cześć tej baśni już po obejrzeniu trailera, ufam też że jest równie dobra jak Księga z Kells - która niestety mimo nominacji nie dostała posążka.
Najlepszy film?
z nominacji stawiam na Boyhood, jest to najciekawszy projekt jaki się pojawił a też samo pojęcie uchwycenia mijającego czasu na jednym filmie. Mistrzostwo! Jest u mnie w kolejce do obejrzenia w kinie.
Rywale: Birdman. Gra Tajemnic, Grand Budapest Hotel, Selma, Snajper, Teoria Wszystkiego, Whiplash.
Aktor?
Mam problem między Benedict Cumberbatch/ Eddie Redmayn?, jednak uważam, że ten drugi wygra. Żadnego z filmów nie widziałam. Strzał na ślepo jak przy zakładach.
Aktorka?
Julian Moore zagrała ostatnio w wielu dziwnych (Jak Siódmy syn) filmach, należy jej się po prostu. Mój typ. Jednak widzę że większą promocję mogła mieć Zaginiona Dziewczyna z Rosamund Pike.
Aktor drugoplanowy?
Zdecydowanie Robert Duvall. Film "Sędzia" bardzo przypadł mi do gustu z uwagi na właśnie jego świetną dramatyczną rolę wielowymiarowej, nie do końca złej ale i nie dobrej postaci. Takiej ludzkiej nie wyidealizowanej.
Aktorka drugoplanowa ?
Meryl Streep - umie śpiewać (w Mamma Mia nie przypadła mi do gustu bo to Abba..) a i jej filmowa metamorfoza była interesująca, chociaż w Tajemnicach Lasu akcja pędziła na złamanie karku sam film broni się obsadą. Jest pewniakiem dla chyba większości.
Reżyser ?
Wes Anderson, Grand Budapest Hotel jest u mnie w kolejce (nie udało mi się go obejrzeć w ubiegłym tygodniu niestety, kiedy to miałam okazję) - ale kojarzę go bardzo dobrze z reżyserii Fantastycznego Pana Lisa.
Scenariusz oryginalny - znowu Boyhood
Adaptacja? Teoria Wszystkiego. Dziękuję.
Nieanglojęzyczny... mam wrażenie że będą to Dzikie Historie mimo tego, że Ida ma naprawdę duże szanse. Dlaczego? Nie i koniec.
Charakteryzacja - nie nominuję obejrzanych Strażników Galaktyki. Zbytnio tandetne i mało odkrywcze kostiumy (Groot to nie był kostium), wole Grand Budapest Hotel (strzelam całkowicie)
Muzyka, scenografia, dźwięk? - Interstellar - dlaczego ten film ma tak mało nominacji? Historia bardzo dobra, zgrabnie poprowadzona, te efekty specjalne i wizualizacje super! Czyżby zbyt pesymistyczny dla Akademii Wuja Olbrechta?
Piosenka ?- Lost Stars - Keira Knightley - Jest urocza
Kostiumy ? - Jednak Maleficient.. dostanie Oswalda z rogami.
Co do zdjęć, nie wypowiem się, nie ma żadnego polskiego operatora.
A film dokumentalny?
Być może ten o Snowdenie...ale nie, to by było zbyt groźne.
Film o amatorce-fotografce jest powtórzeniem nieco historii o Sugarmanie dlatego tez nie podejrzewam wygranej.
W niedzielę siadam przed kompem i szukam relacji na żywo...
Tak, to jest pierwsze polskie marzenie, ponieważ doceniamy dopiero to, co zyska uznanie na świecie. Ale nie zawsze patrząc na przypadek zmarłego niedawno Igora Mitoraja.
Przyznam, nie widziałam jeszcze wszystkich, nominowanych do Wujków Oswaldów( Oscarów(R)) , filmów.
Mogę tylko wytypować po zachowaniu mediów i innych przesłankach, dlatego nie będą to typy dokładne. Jeżeli coś widziałam a nie typuję, to też to wyjaśnię.
Ubiegły rok kształtował się następująco, najgłośniejsze tytułu (ktoś jeszcze pamięta?) : Grawitacja, Ona, Zniewolony, Blue Jasmine, Witaj w Klubie, Tajemnica Filomeny, American Hustle, Wilk z Wall Street, a wszyscy i tak śpiewali Let it Go!
Na mnie największe wrażenie zrobił Zniewolony. American Hustle - nawet nie pamiętam o czym był, Wilk - uszedł, Let it Go! (na punkcje Frozen zwariowałam i obejrzałam go trzy razy pod rząd..ale to jest faza maniaka)
W tym roku ciekawych nominacji jest sporo.
Zacznę od najważniejszych dla fanki animacji:
Jak wytresowac smoka 2 - nie nie nie nie nie! słaby film naprawdę, scenariusz dziurawy muzyka się mogli bronić, ale nie
Wielka szóstka - bardzo standardowy film, bez szału też nie
Pudłaki - ciekawa akcja i bardzo ładna animacja kukiełkowa, historia z happy endem i jeżeli o mnie chodzi również mogłyby wygrać, jednak nie w tym roku.
Kaguyahime no Monogatari - nie, kreska jest zbyt japońska na amerykańskie gusta
wygra: Song of the sea - śpiewam Peany na cześć tej baśni już po obejrzeniu trailera, ufam też że jest równie dobra jak Księga z Kells - która niestety mimo nominacji nie dostała posążka.
Najlepszy film?
z nominacji stawiam na Boyhood, jest to najciekawszy projekt jaki się pojawił a też samo pojęcie uchwycenia mijającego czasu na jednym filmie. Mistrzostwo! Jest u mnie w kolejce do obejrzenia w kinie.
Rywale: Birdman. Gra Tajemnic, Grand Budapest Hotel, Selma, Snajper, Teoria Wszystkiego, Whiplash.
Aktor?
Mam problem między Benedict Cumberbatch/ Eddie Redmayn?, jednak uważam, że ten drugi wygra. Żadnego z filmów nie widziałam. Strzał na ślepo jak przy zakładach.
Aktorka?
Julian Moore zagrała ostatnio w wielu dziwnych (Jak Siódmy syn) filmach, należy jej się po prostu. Mój typ. Jednak widzę że większą promocję mogła mieć Zaginiona Dziewczyna z Rosamund Pike.
Aktor drugoplanowy?
Zdecydowanie Robert Duvall. Film "Sędzia" bardzo przypadł mi do gustu z uwagi na właśnie jego świetną dramatyczną rolę wielowymiarowej, nie do końca złej ale i nie dobrej postaci. Takiej ludzkiej nie wyidealizowanej.
Aktorka drugoplanowa ?
Meryl Streep - umie śpiewać (w Mamma Mia nie przypadła mi do gustu bo to Abba..) a i jej filmowa metamorfoza była interesująca, chociaż w Tajemnicach Lasu akcja pędziła na złamanie karku sam film broni się obsadą. Jest pewniakiem dla chyba większości.
Reżyser ?
Wes Anderson, Grand Budapest Hotel jest u mnie w kolejce (nie udało mi się go obejrzeć w ubiegłym tygodniu niestety, kiedy to miałam okazję) - ale kojarzę go bardzo dobrze z reżyserii Fantastycznego Pana Lisa.
Scenariusz oryginalny - znowu Boyhood
Adaptacja? Teoria Wszystkiego. Dziękuję.
Nieanglojęzyczny... mam wrażenie że będą to Dzikie Historie mimo tego, że Ida ma naprawdę duże szanse. Dlaczego? Nie i koniec.
Charakteryzacja - nie nominuję obejrzanych Strażników Galaktyki. Zbytnio tandetne i mało odkrywcze kostiumy (Groot to nie był kostium), wole Grand Budapest Hotel (strzelam całkowicie)
Muzyka, scenografia, dźwięk? - Interstellar - dlaczego ten film ma tak mało nominacji? Historia bardzo dobra, zgrabnie poprowadzona, te efekty specjalne i wizualizacje super! Czyżby zbyt pesymistyczny dla Akademii Wuja Olbrechta?
Piosenka ?- Lost Stars - Keira Knightley - Jest urocza
Kostiumy ? - Jednak Maleficient.. dostanie Oswalda z rogami.
Co do zdjęć, nie wypowiem się, nie ma żadnego polskiego operatora.
A film dokumentalny?
Być może ten o Snowdenie...ale nie, to by było zbyt groźne.
Film o amatorce-fotografce jest powtórzeniem nieco historii o Sugarmanie dlatego tez nie podejrzewam wygranej.
W niedzielę siadam przed kompem i szukam relacji na żywo...
czwartek, 8 stycznia 2015
FFFFUUUUTRO czyli przeglądnik tragikomiczny 2014
Ponieważ humor zawsze jest w cenie a nie wszyscy potrafią się śmiać.
Przegląd 10 tragikomedii z 2014 roku:
10. Końcowka 2013 ale... TWERK! Już nikt nie ćwierka ale Twerka, twerkanie jest to hmm...ee.. trzepanie tyłkiem /datass/ tak, żeby zrobiła się z tego istna galareta. Niesmaczne to to, i trzeba posiadać wielkie 4litery jak Nicki o francuskim nazwisku. Najlepiej zrobić implanty. Twerkanie jest w większości popowych obecnie teledysków made in USA, Raperzy mają twerkające babeczki a ostatnio widziałam że Snoop Lion/Dog wypuścił teledysk z gronem twerkających focząt. A teraz wyobraźcie sobie proszę jakby tak ci niektórzy raperzy twerkali w tych swoich gatkach opuszczonych do połowy.
9. Instagram zawojował polski internet, a razem z nim #hasztag #hasztagatodobre #całeżycienahasztagu. Co ciekawe najpopularniejsze są #instafoodie a nie na przykład #pyszne #smaczne #pożywienie. Hasztagi są na fejsie, u Jimmiego Fallone, Justin Timberlake, w teledyskach. #hasztag wszyscy nadal jedzą na #placzbawiciela a ja nadal nim zjem coś, gdy nie jestem mega głodna robię zdjęcie i #hasztagomnomnom
8. Wojna na Ukrainie, jaka wojna? Przecież nic się nie dzieje, to przyjazne manewry naszych wschodnich sąsiadów. Tak, bądźmy spokojni i szkólmy się w papierkologi. Enten.... NATO na pewno coś z tym zrobi.
7. Moje prywatne stanięcie z łosiem twarzą - w pysk (co prawda dzieliło nas jakieś 20 metrów ) tak, w Warszawie i pod Warszawą jest dużo dzikiej zwierzyny, łosie, lisy, bażanty, sarenki. Podobno dziki i lisy też.
Mam za to prywatną wiewiórkę. Wymiar komiczny jest taki, że to ja byłam w tym momencie nieproszonym gościem w lesie, nie łoś.
6. NUDA. Trzecia cześć Hobbita - nie zobaczę definitywnie Bo nudne. Do tego spotkanie na temat Nowej Zelandii w Muzeum Azji i Pacyfiku, ponad godzina oglądania slajdów, goście tam byli trzy miesiące po czym prowadzący po opisie mniej więcej "wchodzimy na górę, schodzimy, jedziemy autem, płyniemy łodzią, śpimy w szałasie" i o żadnej owcy powiedział, że Nowa Zelandia jest nudna? Nie zgadzam się.
5. Naoliwiony tyłek grubej, brzydkiej, niskiej baby (o dziwo bez twerkania) vs. lądowanie na asteroidzie (notabene, podobno stracili łączność z jednym z łazików..) Pierwsza doczekała się parodii i stron w "poważnych" periodykach. O drugiej mam nadzieje że będę mieć okazję poczytać obszerne sprawozdania badań. Kosmos to jest to!
4. Panująca wszechobecna tolerancja amatorszczyzny, wszędzie paraseriale paradokumenty, grające na stereotypach, nie mają żadnych właściwości edukacyjnych ani artystycznych. Pamiętam jak nabijałam się z włoskiego RAI, że puszczają babki które walczą w basenie.
Już się nie nabijam, wiem do czego telewizja zmierza. Moje szczęście, że się jej pozbyłam.
3. Trzecie miejsce należy się wirusowi Ebola, jeszcze w podstawówce czytałam w podręczniku od geografii w ramach "Afryki" o panującej tam od lat śmiertelnej gorączce krwotocznej która od dawna jest. że względu na obyczaje i warunki sanitarne, potencjalną epidemią. Oczywiście tylko biały człowiek może dostać fundusze nad pracą nad antidotum. Być może to jest proste, jak szczepienie na ospę. Być może nie. Przerażające na pewno.
2. Cudowne drugie miejsce to festiwal Eurowizji, media zamiast zastanawiać się nad sensem promocji wiejskiego widowiska, z patetycznym show i utrzymywaniem konwencji stereotypów i głosowania na kraje na wzajem (przewidywalnie) największym problemem był pomalowany facet z brodą w sukience. Dla mnie żaden show po wędrówkach we Wrocławiu, gdzie pewien wykładowca ubiera się tak od lat i nikogo już to nie szokuje.
1. Zaszczytne pierwsze miejsce otrzymuje śmierć Anny Przybylskiej w połączeniu ze śmiercią Igora Mitoraja. Pierwsza osoba to prześliczna aktorka, która zagrała w kilku filmach (niewielu dobrych) wielu sitcomach i słabych komediach. Oczywiście w teatrze też. Popularna w Polsce.
Druga osoba to znany na cały świat rzeźbiarz, jeszcze za życia najbardziej rozpoznawalny polski artysta za granicą. Twórca monumentalnych rzeźb nawiązujących do kultury klasycznej.
Komedia była z wielkim żalem po A.P. w mediach i brakiem informacji (albo wymaganym minimum) o śmierci I.M. który został pochowany we Włoszech.
Przegląd 10 tragikomedii z 2014 roku:
10. Końcowka 2013 ale... TWERK! Już nikt nie ćwierka ale Twerka, twerkanie jest to hmm...ee.. trzepanie tyłkiem /datass/ tak, żeby zrobiła się z tego istna galareta. Niesmaczne to to, i trzeba posiadać wielkie 4litery jak Nicki o francuskim nazwisku. Najlepiej zrobić implanty. Twerkanie jest w większości popowych obecnie teledysków made in USA, Raperzy mają twerkające babeczki a ostatnio widziałam że Snoop Lion/Dog wypuścił teledysk z gronem twerkających focząt. A teraz wyobraźcie sobie proszę jakby tak ci niektórzy raperzy twerkali w tych swoich gatkach opuszczonych do połowy.
9. Instagram zawojował polski internet, a razem z nim #hasztag #hasztagatodobre #całeżycienahasztagu. Co ciekawe najpopularniejsze są #instafoodie a nie na przykład #pyszne #smaczne #pożywienie. Hasztagi są na fejsie, u Jimmiego Fallone, Justin Timberlake, w teledyskach. #hasztag wszyscy nadal jedzą na #placzbawiciela a ja nadal nim zjem coś, gdy nie jestem mega głodna robię zdjęcie i #hasztagomnomnom
8. Wojna na Ukrainie, jaka wojna? Przecież nic się nie dzieje, to przyjazne manewry naszych wschodnich sąsiadów. Tak, bądźmy spokojni i szkólmy się w papierkologi. Enten.... NATO na pewno coś z tym zrobi.
7. Moje prywatne stanięcie z łosiem twarzą - w pysk (co prawda dzieliło nas jakieś 20 metrów ) tak, w Warszawie i pod Warszawą jest dużo dzikiej zwierzyny, łosie, lisy, bażanty, sarenki. Podobno dziki i lisy też.
Mam za to prywatną wiewiórkę. Wymiar komiczny jest taki, że to ja byłam w tym momencie nieproszonym gościem w lesie, nie łoś.
6. NUDA. Trzecia cześć Hobbita - nie zobaczę definitywnie Bo nudne. Do tego spotkanie na temat Nowej Zelandii w Muzeum Azji i Pacyfiku, ponad godzina oglądania slajdów, goście tam byli trzy miesiące po czym prowadzący po opisie mniej więcej "wchodzimy na górę, schodzimy, jedziemy autem, płyniemy łodzią, śpimy w szałasie" i o żadnej owcy powiedział, że Nowa Zelandia jest nudna? Nie zgadzam się.
5. Naoliwiony tyłek grubej, brzydkiej, niskiej baby (o dziwo bez twerkania) vs. lądowanie na asteroidzie (notabene, podobno stracili łączność z jednym z łazików..) Pierwsza doczekała się parodii i stron w "poważnych" periodykach. O drugiej mam nadzieje że będę mieć okazję poczytać obszerne sprawozdania badań. Kosmos to jest to!
4. Panująca wszechobecna tolerancja amatorszczyzny, wszędzie paraseriale paradokumenty, grające na stereotypach, nie mają żadnych właściwości edukacyjnych ani artystycznych. Pamiętam jak nabijałam się z włoskiego RAI, że puszczają babki które walczą w basenie.
Już się nie nabijam, wiem do czego telewizja zmierza. Moje szczęście, że się jej pozbyłam.
3. Trzecie miejsce należy się wirusowi Ebola, jeszcze w podstawówce czytałam w podręczniku od geografii w ramach "Afryki" o panującej tam od lat śmiertelnej gorączce krwotocznej która od dawna jest. że względu na obyczaje i warunki sanitarne, potencjalną epidemią. Oczywiście tylko biały człowiek może dostać fundusze nad pracą nad antidotum. Być może to jest proste, jak szczepienie na ospę. Być może nie. Przerażające na pewno.
2. Cudowne drugie miejsce to festiwal Eurowizji, media zamiast zastanawiać się nad sensem promocji wiejskiego widowiska, z patetycznym show i utrzymywaniem konwencji stereotypów i głosowania na kraje na wzajem (przewidywalnie) największym problemem był pomalowany facet z brodą w sukience. Dla mnie żaden show po wędrówkach we Wrocławiu, gdzie pewien wykładowca ubiera się tak od lat i nikogo już to nie szokuje.
1. Zaszczytne pierwsze miejsce otrzymuje śmierć Anny Przybylskiej w połączeniu ze śmiercią Igora Mitoraja. Pierwsza osoba to prześliczna aktorka, która zagrała w kilku filmach (niewielu dobrych) wielu sitcomach i słabych komediach. Oczywiście w teatrze też. Popularna w Polsce.
Druga osoba to znany na cały świat rzeźbiarz, jeszcze za życia najbardziej rozpoznawalny polski artysta za granicą. Twórca monumentalnych rzeźb nawiązujących do kultury klasycznej.
Komedia była z wielkim żalem po A.P. w mediach i brakiem informacji (albo wymaganym minimum) o śmierci I.M. który został pochowany we Włoszech.
![]() |
| TO BYŁ DRAMAT ten 2014 |
poniedziałek, 5 stycznia 2015
Fantastyka prawdziwych mężczyzn?
Szkoda czasu.
Tak zdarza mi się kwitować coraz częściej powieści fantastyczne tworzone nie tylko przez rodzimych pisarzy.
Fantastyka, oprócz chlubnych wyjątków Ziemiomorza Ursuli Le Guin, Nancy Farmer i mniej chlubnych Trudi Canawan.zdominowana jest przez mężczyzn. Nie zaprzeczam.
Świat fantasy jest niczym surowe pogranicze starożytności i średniowiecza w połączeniu z elementami Deux ex machina czy magii. Świat patriarchalny, na pograniczu kraju/wojen. Targany bezprawiem lub ustalajacym się nowym prawem niczym Dziki Zachód.
W takich realiach istnieje niezwyciężony brutal, lub Zawadiaka-Ochlejmorda. Zawsze z żelaznymi zasadami, zawsze wyrobnik, nigdy szef. W toku historii ewentualnie może dostać awans, tytuł od usatysfakcjonowanego jego umiejętnościami wielmoży.
Zawsze posiada niewiarygodnie utalentowanych towarzyszy (rodzaju męskiego), sam może i jest przeciętny albo wyróżniać się jedną cechą,. Lubi wykorzystywać innych, często bardziej utalentowanych ale większych socjopatów niż on sam.
Nigdy nie jest starym człowiekiem, rzadko jest gołodupcem, średni wiek, określona szkoła i umiejętności.
Wie na czym świat stoi, jest cyniczny, o dziwo umie czytać i posiada wykształcenie nierzadko większe od szlachetnie urodzonych.
Jest ręką boga, władcy, sprawiedliwości.
Sprawiedliwość zaś dotyczy wszystkich, tylko nie kobiet.
Z przerażeniem zdarza mi się odłożyć książkę, gdzie bez sentymentów tzw "bohater" po wykorzystaniu kobiety (wychędożenie/zdobycie informacji lub udzielenie pomocy w celu nagrody- wychędożenia) zostawia ją na pastwę kolegów/obcych/kruków.
Zaczęło mnie zastanawiać dlaczego tak jest? W literaturze fantasy nie ma kobiet naturalnie silnych.
Nie ma takich, które pod nieobecność małżonka potrafią rządzić, które z braku takowego potrafią sobie radzić.
Bez faceta, jak w średniowieczu są czarownicami, przeklętymi, mają konszachty z diabłem. Potrafią zarabiać jedynie ciałem, przez łóżko do męża albo trując ludzi.
Mam wrażenie, że własnie na okresie wczesnego średniowiecza, gdzie silny był patriarchat umacniany przez muzułmanów ale też chrześcijan, kończy się znajomość realiów. Wszelkie informacje o kobietach są zamiatane pod fotel pisarza, są jak szary pył tłumów i tła. Niewiasty to nagroda, stateczność.
Mogłabym też zrozumieć, dlaczego w zachodniej literaturze jest to tak bardzo umocnione. Jednak w polskiej nie świadczy to dobrze o znajomości historii pozycji kobiet w naszym społeczeństwie, na którym podobno wzorują się pisarze.
A w Polsce była jedna z najlepszych można by powiedzieć, to szlachcianki pod nieobecność mężów i ojców zajmowały się domem i gospodarstwem, nie rzadko też zaprowadzały porządek przy pomocy ekonomów.
Co z królowymi? Mieliśmy silne i poważane księżne i królowe: Bona, królowa Jadwiga, Dobrawa.
W końcu w naszym kraju skądś się musiało wziąć hasło "Gdzie diabeł nie może tam babę pośle"
Dlaczego więc tak mocno uprzedmiotowiona jest kobieta w literaturze fantasy? Dlaczego jest poślednia, jest środkiem do celu, jest upośledzona często mentalnie i głupia?
Nie potrafię tego wyjaśnić inaczej niż tym, że faceci boją się silnych kobiet, i to przekłada się na tak lubianą przez męską część literaturę fantasy.
Tak zdarza mi się kwitować coraz częściej powieści fantastyczne tworzone nie tylko przez rodzimych pisarzy.
Fantastyka, oprócz chlubnych wyjątków Ziemiomorza Ursuli Le Guin, Nancy Farmer i mniej chlubnych Trudi Canawan.zdominowana jest przez mężczyzn. Nie zaprzeczam.
Świat fantasy jest niczym surowe pogranicze starożytności i średniowiecza w połączeniu z elementami Deux ex machina czy magii. Świat patriarchalny, na pograniczu kraju/wojen. Targany bezprawiem lub ustalajacym się nowym prawem niczym Dziki Zachód.
W takich realiach istnieje niezwyciężony brutal, lub Zawadiaka-Ochlejmorda. Zawsze z żelaznymi zasadami, zawsze wyrobnik, nigdy szef. W toku historii ewentualnie może dostać awans, tytuł od usatysfakcjonowanego jego umiejętnościami wielmoży.
Zawsze posiada niewiarygodnie utalentowanych towarzyszy (rodzaju męskiego), sam może i jest przeciętny albo wyróżniać się jedną cechą,. Lubi wykorzystywać innych, często bardziej utalentowanych ale większych socjopatów niż on sam.
Nigdy nie jest starym człowiekiem, rzadko jest gołodupcem, średni wiek, określona szkoła i umiejętności.
Wie na czym świat stoi, jest cyniczny, o dziwo umie czytać i posiada wykształcenie nierzadko większe od szlachetnie urodzonych.
Jest ręką boga, władcy, sprawiedliwości.
Sprawiedliwość zaś dotyczy wszystkich, tylko nie kobiet.
Z przerażeniem zdarza mi się odłożyć książkę, gdzie bez sentymentów tzw "bohater" po wykorzystaniu kobiety (wychędożenie/zdobycie informacji lub udzielenie pomocy w celu nagrody- wychędożenia) zostawia ją na pastwę kolegów/obcych/kruków.
Zaczęło mnie zastanawiać dlaczego tak jest? W literaturze fantasy nie ma kobiet naturalnie silnych.
Nie ma takich, które pod nieobecność małżonka potrafią rządzić, które z braku takowego potrafią sobie radzić.
Bez faceta, jak w średniowieczu są czarownicami, przeklętymi, mają konszachty z diabłem. Potrafią zarabiać jedynie ciałem, przez łóżko do męża albo trując ludzi.
Mam wrażenie, że własnie na okresie wczesnego średniowiecza, gdzie silny był patriarchat umacniany przez muzułmanów ale też chrześcijan, kończy się znajomość realiów. Wszelkie informacje o kobietach są zamiatane pod fotel pisarza, są jak szary pył tłumów i tła. Niewiasty to nagroda, stateczność.
Mogłabym też zrozumieć, dlaczego w zachodniej literaturze jest to tak bardzo umocnione. Jednak w polskiej nie świadczy to dobrze o znajomości historii pozycji kobiet w naszym społeczeństwie, na którym podobno wzorują się pisarze.
A w Polsce była jedna z najlepszych można by powiedzieć, to szlachcianki pod nieobecność mężów i ojców zajmowały się domem i gospodarstwem, nie rzadko też zaprowadzały porządek przy pomocy ekonomów.
Co z królowymi? Mieliśmy silne i poważane księżne i królowe: Bona, królowa Jadwiga, Dobrawa.
W końcu w naszym kraju skądś się musiało wziąć hasło "Gdzie diabeł nie może tam babę pośle"
Dlaczego więc tak mocno uprzedmiotowiona jest kobieta w literaturze fantasy? Dlaczego jest poślednia, jest środkiem do celu, jest upośledzona często mentalnie i głupia?
Nie potrafię tego wyjaśnić inaczej niż tym, że faceci boją się silnych kobiet, i to przekłada się na tak lubianą przez męską część literaturę fantasy.
piątek, 2 stycznia 2015
Filozofia na początek roku
Czyli jak przeżyć bez komputera, bycia na "bieżąco" z internetem 14 dni,DWA TYGODNIE?
Da się spokojnie, jeżeli jest się posiadaczem smartfona.
I tak głównie grałam w moją ulubioną grę Plants vs Zombies.
Spotykałam się z dawno nie widzianymi personaliami.
Przetestowałam na sobie, czym właściwie jest Zumba.
Pichciłam.
Siedziałam u Babci
Jeździłam po zakupy i sprzątałam czylu Kurarzyłam domowo.
Zrobiłam przespontanicznego Sylwestra w 24 godziny, z tematem przewodnim i bogatym menu którego hasłem przewodnim było 'Carramba ostre".
Ale nie o tym, czeka mnie teraz niezbyt sympatyczny okres.
Szukania pracy ciąg dalszy (nowy rok to nowe możliwości, a może i nowa energia?).
Czytania praw i obowiązków obywatela RP (na razie więcej obowiązków i papierkologii..)
Dlatego najważniejsze jest, żeby w ciągły sposób motywować się do działania, i to nawet przez minimalne przyjemności. Ponieważ staram się nie być maruderem, cieszą mnie i zachwycają niewielkie rzeczy.
To, że mogę wstać o 10 (póki co). To że codziennie na obiad mogę jeść grzanki z serem i pomidorem.
To, że mogę wypić trzy kawy pod rząd (nie wpływa to na zwiększenie energii ale dobre i smaczne to..)
Że czeka mnie teraz zakup roku tj. nowego kompa, na którego, aby nie wpaść w kredyty, oszczędzałam ponad pół roku i na niego idą moje wszystkie premie.
To, że dziś mój kot znowu sam chciał się dać pogłaskać, a nie musiałam jej gonić.
To, że ogarnęłam chałupkę i zakwitły znowu inne rośliny, a moje pierniczki nadal są jadalne.
Oglądałam dzisiaj w tv program o błędach w budowaniu domów przez deweloperów.
Szczególną uwagę zwróciłam na temat wstawiania coraz mniejszych okien, cięcie kosztów.
Człowiek, przez tydzień siedzenia w takim pomieszczeniu bez przerwy miał b. podwyższony poziom cukru (stan przedcukrzycowy) i stany depresyjne. Sztuczne światło nie było tym prawdziwym i tak to też odczuwał organizm.
Również metraż domu - zamykanie się w klitko-klatkach nie polepszało nastroju.
Małe okna mają swoje plusy: mniejsza utrata ciepła, ale więcej minusów: brak światła, wrażenie siedzenia w jaskini. Małe pomieszczenia są za to klaustrofobiczne i przygnębiające.
Takie wnioski sobie nasunęłam: brak światła... można wyjść z domu, ale substytutem wychodzenia stał się internet. Sieć to okno na świat, zamiast teraz podglądać znajomych przez okno podglądamy na fejsie, jeszcze w bardziej intymny sposób.
Zamiast otwierać te okna, zasłaniamy je, alienując się od ludzi.
Myślałam kiedyś, żeby zrobić grilla na ulicy dla sąsiadów (tam, gdzie teraz mieszkam) są rodziny z dziećmi, takie święto ulicy byłoby coś bardzo spoko. Jak amerykańskie barbecue.
Jednak, po trzyletnich bojach z sąsiadką, która nie dość że staje na moim miejscu parkingowym, to jeszcze w taki sposób na 10 metrach, że nic więcej nie stanie, po bojach z sąsiadem, który jak odśnieża chodnik to sypie górkę śniegu na środek ulicy a jak myje auto to obok nie da się przejechać bo wszędzie myjki lub auta. Po prostu wpadam do moich ulubionych sąsiadów z jakimś małym prezentem, chlebkiem, lub po prostu porozmawiać.
Nie ma społeczności lokalnych, jesteśmy zintegrowani w internecie, ale całkowicie zagubieni w realnym życiu.
Nikt nikomu nie zaufa.
A miało być optymistycznie.
To teraz optymistycznym akcentem, niczym Ania z Zielonego Wzgórza czy tam Pollyanna( Od Poli-annoying) :cieszy mnie to, że są ludzie, na których można liczyć.
Oby takich więcej.
czwartek, 18 grudnia 2014
Big Eyes i Interstellar
![]() |
| Grafika ze strony: http://sand-rae.deviantart.com/ |
Czyli film na który pójdę i film na którym byłam.
Film którego oczekuję z niecierpliwością i film który miałam ominąć jak Grawitację ( z premedytacją).
Czemu kusi mnie Big Eyes?
są trzy powody:
1. Reżyser - Tim Burton - w jego całej filmografii są dwie jego produkcję, których nie przetrawiłam: Big Fish i Marsjanie atakują.
2. Christopher Waltz, którego uwielbiam za akcent komiczny w rolach złych charakterów. Jest on na tyle diaboliczny ze swoją mimiką, z gestami, że aż groteskowo. Doskonale pasuje do stylu T.B.
3. Amy Adams - nie przepadam za nią, nie wiem czemu, ale jest naprawdę znakomitą aktorką.
Kolejnym powodem jest sama historia. do czego prowadzi uzależnienie od drugiej osoby?
Historia opiera się na kanwie życia malarki Margaret Keane, która maluje niepokojące i jednocześnie piękne obrazy dzieci z dużymi oczami. Jednak cały splendor i blask przypada jej mężowi -Walterowi który jako mierny malarz przypisuje sobie autorstwo portretów.
Rzecz się dzieje na przełomie lat 50 i 60 a więc w momencie kiedy o emancypacji przycichło a kobieta miał być żoną. (tak zwane cudowne lata, których dramatyzm pokazano w wielu już filmach). W produkcji T.B. ma być pokazana walka Margaret Keane o prawa do własnych dzieł i do własnego Zachęcam do przeczytania bardzo dobrego artykułu nakreślającego historię w The Guardian.
Drugi film, który widziałam, to Interstellar Christophera Nolana.
Poleciłabym:
1. ludziom którzy chcieliby zobaczyć teorie czarnych dziur w wersji artystycznej. a najlepsze, że nikt nie może powiedzieć, że tak nie może być.
2. Osobom znudzonym powtarzalną muzyką Hansa Zimmera, w końcu stworzył oryginalną scieżkę dźwiękową - jego autoplagiaty były męczące.
3. Fanom filmów postapokaliptycznych ( do których i ja się zaliczam) jest to ciężka i smutna historia.
4. Wielbicielom efektów specjalnych, nie rozbuchanych, i fabuły ! Przede wszystkim.
Sądzę, że to jest film o kosmosie, samotności, przerażająco smutny i jednocześnie beznadziejnie optymistyczny. O bezsensowności ludzkiego działania.
Namnożyło się tych wizji apokalipsy.
5. i oczywiście tym, którzy uwielbiają Christophera Nolana (ja do fanatyków nie należę).
Miałam niewielkie skojarzenia z Odyseją Kosmiczną 2001, i podobało mi się, że właściwie efektowność zredukowana została do minimum.
Nie polecam:
1. cierpiącym na chorobę lokomocyjną, jednak widok wirującej stacji kosmicznej nie jest najprzyjemniejszy (być może dla mnie nie był, bo najadłam się słodyczy)
2. Osobom które szukają dużej ilości efektów, wybuchów, zwrotów akcji a kosmos znają tylko z Gwiezdych Wojen.
3. Fanom Matta Damona
Strasznie dużo obejrzałam w ostatnim czasie trailerów na rok 2015 i końcówkę 2014. Jeszcze nie trafiłam na film, który by mnie mógł w przyszłym roku zachwycić.
Ale zobaczymy?
środa, 10 grudnia 2014
Ogłoszenia ogłoszenia ogłoszenia...
Nadchodzi czas, kiedy przebudzają się Early Tickets i można "zaoszczędzić" jadąc na festiwale.
Dziś Opener ogłosi pierwszego Headlinera
Orange ogłosiło
Off jeszcze czekamy...
Free Form cisza...
Co to będzie co to będzie?
Oczywiście walka między festiwalami o wykonawców trwa.
W tym roku, z uwagi na to, że właściwie jestem weteranem festiwalowym musiałby przyjechać naprawdę znany zespół (na którym dotychczas nie byłam, lub wydał jeszcze lepszą płytę niż poprzednio), lub też odkryte przeze mnie niedawno perełki.
Będę lecieć jak na skrzydłach na:
Vaults - brytyjską grupę indie, grająca obecnie jedynie po dwóch stronach Kanału La Manche.
Zola Jesus - znana ze współpracy z M83 a także przez to, że jej muzyka zaczyna pojawiać się w trailerach filmowych
London Grammar - gwiazdy! Chociaż ich to bym chętniej zobaczyła na jakimś niewielkim koncercie...
a także takie, które opisywałam już na blogu:
Gem Club
Jaymes Young
Sam Brookies
Najmniej wyczekuję w tym roku Openera, forma mi się znudziła, ceny biletów powalają.
Nie podeszła mi też forma łączenia z teatrem czy sztuką.
Najbardziej oczekuję młodych rozwijających się festiwali. Również bardzo podszedł mi w tym roku Off... właściwie sen był dla słabych (co to jest 10 godzin w ciągu trzech dni) bo było tyle ciekawych rzeczy,tyle do obejrzenia i do tego zabrałam w trasę osobę bez której koncert mogłby się nie odbyć w sobotę ;) (pozdrawiam z miejsca).
Off jest dobry bo naprawdę jest OFFowy, najwięcej nowej muzyki. Mało mainstreamu dzieki czemu trafiają tam ludzie, którzy chcą coś odkryć. minus? baza jedzeniowo - alkoholowa. Cena nie zabija.
Orange spoko, jeżeli tylko poradzą sobie z nagłośnieniem, ceny biletów zabójcze pewnie jak zwykle. Jednak warto, ponieważ odpada wydawanie kasy na podróż (jeżeli z zawirowaniami w poszukiwaniu pracy nie wyląduje w innym mieście) i na stołowanie się. Trochę się zastanawiam, czy to będzie na głównym torze, czy tak z boku jak Selector. ale może im się uda to zmieścić.
Free Form Festival - dla mnie odkrycie roku! szaleństwo weekendowe przemieniło się w coś... dzikiego. Zimno straszliwie, hartowaliśmy się w zimnych halach a dla rozgrzewki zaczynaliśmy skakać. Genialnie. I równie blisko. Przypadkowych ludzi też nie było.
Dlatego z ciekawością przyjmuję informacje, kto w tym roku.
Ciężko będzie mnie zaskoczyć, Muse po raz drugi -warto, Chemical Brothers po raz trzeci (?) - nadal warto. Mela Koteluk po raz trzeci ? - wystarczy.
z wielkich gwiazd do zobaczenia zostali mi:
Foo Fighters, AC/DC, Iron Maiden, You Me at Six, White Lies Editors (jak widać, rockowe zespoły), Lisa Gerard, Yoko Kanno (tu poważnie), z bardziej popowych biegłabym na Taylor Swift (mała słabość od kilku lat..) a takżę na Flight Facilities.
Koniec, bo się rozmarzam.
Wracam do szukania pracy a nie bujania w obłokach.
Edit: po wczorajszych ogłoszeniach jestem oczywiście nieco rozczarowana, nie wiem co Ziółek się dziwił, że Alt-J jest bardzo oczekiwany.. OCZYWIŚCIE ZE JEST! (i właściwie tyle zaaferowania z mojej strony).
St. Vincent (jakoś zapamiętałam nazwę) bez szału zupełnie, to samo jak z Johnnym Greenwoodem
Dziś Opener ogłosi pierwszego Headlinera
Orange ogłosiło
Off jeszcze czekamy...
Free Form cisza...
Co to będzie co to będzie?
Oczywiście walka między festiwalami o wykonawców trwa.
W tym roku, z uwagi na to, że właściwie jestem weteranem festiwalowym musiałby przyjechać naprawdę znany zespół (na którym dotychczas nie byłam, lub wydał jeszcze lepszą płytę niż poprzednio), lub też odkryte przeze mnie niedawno perełki.
Będę lecieć jak na skrzydłach na:
Vaults - brytyjską grupę indie, grająca obecnie jedynie po dwóch stronach Kanału La Manche.
Zola Jesus - znana ze współpracy z M83 a także przez to, że jej muzyka zaczyna pojawiać się w trailerach filmowych
London Grammar - gwiazdy! Chociaż ich to bym chętniej zobaczyła na jakimś niewielkim koncercie...
a także takie, które opisywałam już na blogu:
Gem Club
Jaymes Young
Sam Brookies
Najmniej wyczekuję w tym roku Openera, forma mi się znudziła, ceny biletów powalają.
Nie podeszła mi też forma łączenia z teatrem czy sztuką.
Najbardziej oczekuję młodych rozwijających się festiwali. Również bardzo podszedł mi w tym roku Off... właściwie sen był dla słabych (co to jest 10 godzin w ciągu trzech dni) bo było tyle ciekawych rzeczy,tyle do obejrzenia i do tego zabrałam w trasę osobę bez której koncert mogłby się nie odbyć w sobotę ;) (pozdrawiam z miejsca).
Off jest dobry bo naprawdę jest OFFowy, najwięcej nowej muzyki. Mało mainstreamu dzieki czemu trafiają tam ludzie, którzy chcą coś odkryć. minus? baza jedzeniowo - alkoholowa. Cena nie zabija.
Orange spoko, jeżeli tylko poradzą sobie z nagłośnieniem, ceny biletów zabójcze pewnie jak zwykle. Jednak warto, ponieważ odpada wydawanie kasy na podróż (jeżeli z zawirowaniami w poszukiwaniu pracy nie wyląduje w innym mieście) i na stołowanie się. Trochę się zastanawiam, czy to będzie na głównym torze, czy tak z boku jak Selector. ale może im się uda to zmieścić.
Free Form Festival - dla mnie odkrycie roku! szaleństwo weekendowe przemieniło się w coś... dzikiego. Zimno straszliwie, hartowaliśmy się w zimnych halach a dla rozgrzewki zaczynaliśmy skakać. Genialnie. I równie blisko. Przypadkowych ludzi też nie było.
Dlatego z ciekawością przyjmuję informacje, kto w tym roku.
Ciężko będzie mnie zaskoczyć, Muse po raz drugi -warto, Chemical Brothers po raz trzeci (?) - nadal warto. Mela Koteluk po raz trzeci ? - wystarczy.
z wielkich gwiazd do zobaczenia zostali mi:
Foo Fighters, AC/DC, Iron Maiden, You Me at Six, White Lies Editors (jak widać, rockowe zespoły), Lisa Gerard, Yoko Kanno (tu poważnie), z bardziej popowych biegłabym na Taylor Swift (mała słabość od kilku lat..) a takżę na Flight Facilities.
Koniec, bo się rozmarzam.
Wracam do szukania pracy a nie bujania w obłokach.
Edit: po wczorajszych ogłoszeniach jestem oczywiście nieco rozczarowana, nie wiem co Ziółek się dziwił, że Alt-J jest bardzo oczekiwany.. OCZYWIŚCIE ZE JEST! (i właściwie tyle zaaferowania z mojej strony).
St. Vincent (jakoś zapamiętałam nazwę) bez szału zupełnie, to samo jak z Johnnym Greenwoodem
niedziela, 30 listopada 2014
Sieciówkowy grubas.
Dawno dawno temu myślałam o założeniu bloga w stylu "szafiarskim" jednak idea spełzła na niczym.
Najpierw musiałabym nauczyć się szyć.
Jakość, styl, rozmiary ubrań w tzw "sieciówkach" są dalekie od moich potrzeb.
Nie sztuką jest ubrać szczupłą, zazwyczaj drobną dziewczynę bez grama zbędnego tłuszczu. Sztuką byłoby ubrać mnie.
Wady ubrań w sklepach?
Długość - coraz lepiej idzie sklepom stricte-spodniowym - tam rozmiarówka jest szeroka. W innych sklepach zwiększenie rozmiaru automatycznie oznacza nie "masz dluższe nogi" ale "masz większy tyłek i grube łydki" depresyjne. Do tego długość rękawów. Większy rozmiar oznacza - masz szersze bary, także na pierwszy rzut oka staje się dłuższy. Dlatego ostatnio kupuję bluzy z długim rękawem na działach chłopięcych.
Czyli szerokość to też problem. Zwłaszcza jak człowiek chce się wbić w obcisła sukienkę to nie może, bo właściwy rozmiar i tak podjeżdża do góry.
Umiejscowienie talii - osoby wyższe talię mają niżej. Dziwna sprawa ale tak jest. Ułatwieniem jest noszenie ubrań w stylu empire. ale takie sukienki przy klepsydrowo-bogatszych kształtach "nosiciela" a także przy sztywności materiału powodują efekt szafy. Zawsze można by nosić męskie koszule, Jednak trzeba by było je za każdym razem przeszyć tutaj tutaj i tutaj, tworząc tu mniej a tam więcej.
Jakość materiałów - po kilku praniach nie nadają się do noszenia. Po czym to poznaję? są bardzo niemiłe w dotyku. Właściwie nie szukam ubrań wzrokiem ale dotykiem. Rzadko zdarza się miły materiał.
Ubrania nie spełniające swojej funkcji: swetry z krótkimi rękawami - ni to ogrzewa ale nie, trzeba kupić żakiet. To samo tyczyło się niedawno mody na płaszcze z krótszymi rękawami - Po co ja się pytam? Cieniutkie bluzeczki, przezroczyste, Żakiety z plastiku które już na wieszaku wyglądają na pomięte.
Kolorystyka - szaro buro i ponuro. Jako że moje ulubione kolory to łączenie czerwieni i czerni albo zieleni i czerni ewentualnie niebieskie to w sklepach ostatnio eliminując powyższe wady zaopatruję się w czarno-białe rzeczy. Idę na łatwiznę. Wkurza mnie też to, że męskie koszulki mają ciekawsze wzory niż damskie - jakiś superbohater lub ciekawe hasło, a dziewczyny to albo mają nadruk fauny albo flory albo jakiejś nieznanej modelki.
Jednocześnie sieciówki jak wypuszczają jakiś kolor, to wszystkie na raz, efektem są wesela, gdzie nagle sukienki gości były w dwóch możliwych kolorach: czerwieni i chabrowym błękicie.
Buty - idea butów z dziurami po bokach, lub zimowych nieocieplanych niczym. do tego plastikowych. plastik nie grzeje. Co prawda można się czepić, ze skórzane buty to nie buty ekologiczne. Ale jak mogę jednak wole skórzane, sztuczne są z pochodnych ropy naftowej i plastiku. Be.
Żeby przestać marudzić, że nie mam się w co ubrać, rozpoczynam bieganie po sklepach z materiałami (adresy już mam) w poszukiwaniu materiałów i mam zamiar nauczyć się kroić aby z tego coś wyszło.
I może w końcu nauczę się na drutach, bo szydełkiem dziergać sobie szalik...to zadziergam się na śmierć.
Najpierw musiałabym nauczyć się szyć.
Jakość, styl, rozmiary ubrań w tzw "sieciówkach" są dalekie od moich potrzeb.
Nie sztuką jest ubrać szczupłą, zazwyczaj drobną dziewczynę bez grama zbędnego tłuszczu. Sztuką byłoby ubrać mnie.
Wady ubrań w sklepach?
Długość - coraz lepiej idzie sklepom stricte-spodniowym - tam rozmiarówka jest szeroka. W innych sklepach zwiększenie rozmiaru automatycznie oznacza nie "masz dluższe nogi" ale "masz większy tyłek i grube łydki" depresyjne. Do tego długość rękawów. Większy rozmiar oznacza - masz szersze bary, także na pierwszy rzut oka staje się dłuższy. Dlatego ostatnio kupuję bluzy z długim rękawem na działach chłopięcych.
Czyli szerokość to też problem. Zwłaszcza jak człowiek chce się wbić w obcisła sukienkę to nie może, bo właściwy rozmiar i tak podjeżdża do góry.
Umiejscowienie talii - osoby wyższe talię mają niżej. Dziwna sprawa ale tak jest. Ułatwieniem jest noszenie ubrań w stylu empire. ale takie sukienki przy klepsydrowo-bogatszych kształtach "nosiciela" a także przy sztywności materiału powodują efekt szafy. Zawsze można by nosić męskie koszule, Jednak trzeba by było je za każdym razem przeszyć tutaj tutaj i tutaj, tworząc tu mniej a tam więcej.
Jakość materiałów - po kilku praniach nie nadają się do noszenia. Po czym to poznaję? są bardzo niemiłe w dotyku. Właściwie nie szukam ubrań wzrokiem ale dotykiem. Rzadko zdarza się miły materiał.
Ubrania nie spełniające swojej funkcji: swetry z krótkimi rękawami - ni to ogrzewa ale nie, trzeba kupić żakiet. To samo tyczyło się niedawno mody na płaszcze z krótszymi rękawami - Po co ja się pytam? Cieniutkie bluzeczki, przezroczyste, Żakiety z plastiku które już na wieszaku wyglądają na pomięte.
Kolorystyka - szaro buro i ponuro. Jako że moje ulubione kolory to łączenie czerwieni i czerni albo zieleni i czerni ewentualnie niebieskie to w sklepach ostatnio eliminując powyższe wady zaopatruję się w czarno-białe rzeczy. Idę na łatwiznę. Wkurza mnie też to, że męskie koszulki mają ciekawsze wzory niż damskie - jakiś superbohater lub ciekawe hasło, a dziewczyny to albo mają nadruk fauny albo flory albo jakiejś nieznanej modelki.
Jednocześnie sieciówki jak wypuszczają jakiś kolor, to wszystkie na raz, efektem są wesela, gdzie nagle sukienki gości były w dwóch możliwych kolorach: czerwieni i chabrowym błękicie.
Buty - idea butów z dziurami po bokach, lub zimowych nieocieplanych niczym. do tego plastikowych. plastik nie grzeje. Co prawda można się czepić, ze skórzane buty to nie buty ekologiczne. Ale jak mogę jednak wole skórzane, sztuczne są z pochodnych ropy naftowej i plastiku. Be.
Żeby przestać marudzić, że nie mam się w co ubrać, rozpoczynam bieganie po sklepach z materiałami (adresy już mam) w poszukiwaniu materiałów i mam zamiar nauczyć się kroić aby z tego coś wyszło.
I może w końcu nauczę się na drutach, bo szydełkiem dziergać sobie szalik...to zadziergam się na śmierć.
sobota, 29 listopada 2014
Memo-zyna Kinowa
Mem/meme- od mimesis (naśladownictwo), jednostka informacji kulturowej.
Po przeczytaniu wszystkich definicji z Wikipedii oraz zapuszczeniu żurawia w otchłanie internetu mam jedna definicję: wirus mentalny.
Dlaczego wyciągam definicję memu? Bo mam dość kina rozrywkowego. Dość kolejnej adaptacji baśni, "co by było gdyby", dość historii Kopciuszka która i tak zawsze dostaje to co chce. (najlepsza wersja: Długo i szczęśliwie z Drew Barrymore). Dość superbohaterów wskrzeszanych z coraz to inną twarzą i coraz to innymi wrogami, gdzie treść samego filmu mieściłaby się w krótkim metrażu.
Za grube miliony sprowadza się aktorów z pierwszych stron. Najlepszym tego przykładem są obecnie filmy z serii Marwella - mimo całej sympatii do świata superbohaterów nie mogę przetrawić tego z kilku względów: pozytywni bohaterowie są zadufani w sobie i pompatyczni akcja biegnie na tyle szybko, że nie mamy szans się zidentyfikować. Sympatyczni i przystojni są antagoniści którzy chcąc zając należne (według ich mniemania) miejsce staja się wrogami nie tyle głównych bohaterów co przez przypadek całego wszechświata. Późniejsze odkrywanie historii (w kolejnych wersjach) utwierdza nas w przekonaniu, że ci ŹLI zostali potraktowani niesprawiedliwie.
Kino autorskie ma się coraz gorzej, serwowane są kolejne "papki" medialne z samymi efektami specjalnymi i brakiem treści. Hobbit na przykład i rozbicie krótkiej książki na 3 pełnometrażowe filmy. Co prawda film odnosi się też do Czerwonej Księgi, ale z marnym skutkiem.
Kwestia memów. Wybierając film w recenzji czy opisie staramy się znaleźć punkt zaczepienia który w jakiś sposób nakreśli nam stereotypowa fabułę.
Kiedy matka z trojgiem dzieci/studentka historii sztuki/hipsterka spotyka bogatego pana X nie wie, że jej życie przewróci się do góry nogami... - historia Kopciuszka, Wiemy że skończy się happy endem, wiemy też, że w 3/4 filmu będzie kryzys (jak w każdym) a w 2/3 scena miłosna (również jak w każdym).
Ziemia zmierza ku zagładzie przez działania czynnika X (kosmici, antagonista, planetoida), tylko jeden człowiek/grupka ludzi mających problemy natury psychologicznej jest w stanie ich powstrzymać. Czy uratują Ziemię ?(tak/nie/ pytanie było tendencyjne). - uda im się uratować, o ile w opisie filmu nie ma określenia "nieuchronnej zagładzie" wówczas przetrwa tylko garstka ludzi, zwłaszcza jak nie ma kto uratować. - w tym przypadku mamy rycerskość, archetyp błędnego rycerza który nie wiedząc kim jest i dokąd zmierza, od niechcenia ratuje świat (lub tą garstkę ludzi).
Poznaj historię, której się nie spodziewałeś! Oto nieznana wcześniej historia baśni o Śpiącej Królewnie/Kopciuszku/Śnieżce/Czerwonym Kapturku. (pewnie że nieznana, w końcu scenarzyści kombinują jak mogą) - jest to całkowicie nowa historia, ale ubrana w magię przez co możliwe jest zastosowanie Deux Ex Machina. Nowe adaptacje klasycznych baśni wychodzą mniej więcej co 10-15 lat. Memy czerwonego płaszczyka, kopciuszek ma zawsze skrzącą się, jeżeli nie błękitną, sukienkę.
Widzimy elementy oswojone baśni. Piękne historie.
Potem tworzymy memy, które próbujemy dostosować do naszego życia, jak ten, że książę zawsze przyjeżdża na białym koniu (jest to nasz rodzimy mitologizm, ponieważ białe wierzchowce były kiedyś święte i symbolizowały władzę). Jak ten, ze zmiany są nieuchronne.
Jest to tzw "oczywista oczywistość" i "capitan obvious" - w wersji rysunkowej są to bardzo znane memy. W sieci jeszcze łatwiej się rozpowszechniają jako "virale" w kampaniach reklamowych nazywanych buzz marketingiem. Są szybkie jak myśli, potrafią żyć w niebycie internetu przez kilka lat i nagle zdobyć popularność.
Dlatego : ) czytamy już nie jako dwukropek-nawias a uśmiechniętą buźkę. Można by to potraktować, jako jeden z pierwszych memów.
Jakie widzę zagrożenie? Rzeczy autorskie, oryginalne stają się inne, a to co inne jest niepopularne i się nie sprzeda.
Scenariusze są adaptowane, oryginalne historie występują w kinach niszowych i również na takich festiwalach. Kino głównego nurtu zaczyna zjadać własny ogon.
Hollywood od dawna jest maszynką do robienia pieniędzy. Rolę oryginalnych historii przejęły seriale, czy to nisko czy wysokobudżetowe.
Po przeczytaniu wszystkich definicji z Wikipedii oraz zapuszczeniu żurawia w otchłanie internetu mam jedna definicję: wirus mentalny.
Dlaczego wyciągam definicję memu? Bo mam dość kina rozrywkowego. Dość kolejnej adaptacji baśni, "co by było gdyby", dość historii Kopciuszka która i tak zawsze dostaje to co chce. (najlepsza wersja: Długo i szczęśliwie z Drew Barrymore). Dość superbohaterów wskrzeszanych z coraz to inną twarzą i coraz to innymi wrogami, gdzie treść samego filmu mieściłaby się w krótkim metrażu.
Za grube miliony sprowadza się aktorów z pierwszych stron. Najlepszym tego przykładem są obecnie filmy z serii Marwella - mimo całej sympatii do świata superbohaterów nie mogę przetrawić tego z kilku względów: pozytywni bohaterowie są zadufani w sobie i pompatyczni akcja biegnie na tyle szybko, że nie mamy szans się zidentyfikować. Sympatyczni i przystojni są antagoniści którzy chcąc zając należne (według ich mniemania) miejsce staja się wrogami nie tyle głównych bohaterów co przez przypadek całego wszechświata. Późniejsze odkrywanie historii (w kolejnych wersjach) utwierdza nas w przekonaniu, że ci ŹLI zostali potraktowani niesprawiedliwie.
Kino autorskie ma się coraz gorzej, serwowane są kolejne "papki" medialne z samymi efektami specjalnymi i brakiem treści. Hobbit na przykład i rozbicie krótkiej książki na 3 pełnometrażowe filmy. Co prawda film odnosi się też do Czerwonej Księgi, ale z marnym skutkiem.
Kwestia memów. Wybierając film w recenzji czy opisie staramy się znaleźć punkt zaczepienia który w jakiś sposób nakreśli nam stereotypowa fabułę.
Kiedy matka z trojgiem dzieci/studentka historii sztuki/hipsterka spotyka bogatego pana X nie wie, że jej życie przewróci się do góry nogami... - historia Kopciuszka, Wiemy że skończy się happy endem, wiemy też, że w 3/4 filmu będzie kryzys (jak w każdym) a w 2/3 scena miłosna (również jak w każdym).
Ziemia zmierza ku zagładzie przez działania czynnika X (kosmici, antagonista, planetoida), tylko jeden człowiek/grupka ludzi mających problemy natury psychologicznej jest w stanie ich powstrzymać. Czy uratują Ziemię ?(tak/nie/ pytanie było tendencyjne). - uda im się uratować, o ile w opisie filmu nie ma określenia "nieuchronnej zagładzie" wówczas przetrwa tylko garstka ludzi, zwłaszcza jak nie ma kto uratować. - w tym przypadku mamy rycerskość, archetyp błędnego rycerza który nie wiedząc kim jest i dokąd zmierza, od niechcenia ratuje świat (lub tą garstkę ludzi).
Poznaj historię, której się nie spodziewałeś! Oto nieznana wcześniej historia baśni o Śpiącej Królewnie/Kopciuszku/Śnieżce/Czerwonym Kapturku. (pewnie że nieznana, w końcu scenarzyści kombinują jak mogą) - jest to całkowicie nowa historia, ale ubrana w magię przez co możliwe jest zastosowanie Deux Ex Machina. Nowe adaptacje klasycznych baśni wychodzą mniej więcej co 10-15 lat. Memy czerwonego płaszczyka, kopciuszek ma zawsze skrzącą się, jeżeli nie błękitną, sukienkę.
Widzimy elementy oswojone baśni. Piękne historie.
Potem tworzymy memy, które próbujemy dostosować do naszego życia, jak ten, że książę zawsze przyjeżdża na białym koniu (jest to nasz rodzimy mitologizm, ponieważ białe wierzchowce były kiedyś święte i symbolizowały władzę). Jak ten, ze zmiany są nieuchronne.
Jest to tzw "oczywista oczywistość" i "capitan obvious" - w wersji rysunkowej są to bardzo znane memy. W sieci jeszcze łatwiej się rozpowszechniają jako "virale" w kampaniach reklamowych nazywanych buzz marketingiem. Są szybkie jak myśli, potrafią żyć w niebycie internetu przez kilka lat i nagle zdobyć popularność.
Dlatego : ) czytamy już nie jako dwukropek-nawias a uśmiechniętą buźkę. Można by to potraktować, jako jeden z pierwszych memów.
Jakie widzę zagrożenie? Rzeczy autorskie, oryginalne stają się inne, a to co inne jest niepopularne i się nie sprzeda.
Scenariusze są adaptowane, oryginalne historie występują w kinach niszowych i również na takich festiwalach. Kino głównego nurtu zaczyna zjadać własny ogon.
Hollywood od dawna jest maszynką do robienia pieniędzy. Rolę oryginalnych historii przejęły seriale, czy to nisko czy wysokobudżetowe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















