Gdyby tak podsumować... tyle koncertów, tyle festiwali.... ale właściwie ile muzyki w tym roku odkryłam?
Dlatego subiektywne, i nie wiem czy w odpowiedniej kolejnosci, wydarzenia:
07.12. XX lecie Myslovitz
27.10 urodziny radia Kampus (Taco Hemigway, Pablopavo i Ludziki, Rysy)
27.08 Das Moon, Vokuro, The Frozen North,
23.08 Benkisz Karolina Skrzyńska - miało byc w ramach Festivalu Singera wyszła jedna piosenka bo gorąc zabił
21.08 Oliver Heim
20.08 koncert Oly i Kortez w Cudzie nad Wisłą (i ktoś tam jeszcze grał..)
7-9.08 OFF Festival w Katowicach, relacja była tutaj
25.07 załapałam się na fragment koncertu Yasmine Hamdan
23.07. Rycerzyki i Łagodna Pianka, a tez Król (na bogato w ramach lato nad Wisłą)
17.07. Coals - Warszawa Powiśle
16.07 Natalia Przybysz
12.06 - Orange Warsaw Festiwal - relacja tutaj!
11.06 Manoid w Temacie Rzeka
24-26.04 Spring Break - relacja o tutaj!
06.06 Rebeka w Plażowej - te plażowe koncerty mają ten minus, ze wolimy gadać:)
16.05 w ramach Nocy Muzeów trafiło się na koncert muzyki powstańczej - fajnie:)
15 (?).05 - Fisz na Juwenaliach PW i jak zwykle tylko kawałek Sidneya Polaka
08.05 Julia Marcell na Juwenaliach UW
02.06 na premierze Męskiego Grania też byłam, bez szału...
18.01 koncert R.P.A. w Kici Koci (a potem jakiś czas później, pierwszy domowy mini koncert na jakim byłam:P)
No i chyba na razie tyle.... czy 20 oddzielnych wydarzeń, to dużo czy mało?
Ciekawe jak będzie w tym roku?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szperacz muzyczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szperacz muzyczny. Pokaż wszystkie posty
środa, 6 stycznia 2016
wtorek, 1 września 2015
The Away Days - muzyka ze wschodu
Jeszcze nie zapuszczałam się w te rejony.
Mimo tego, że słucham muzyki gdy jestem szczęśliwa, szukam muzyki gdy jestem smutna.
Znajduję odpowiednie dźwięki.
Ale żeby przypadkiem znaleźć zespół z Turcji grajacy dream pop i shoegaze?
Nie wpadłabym na to, zwłaszcza, że obecnie mam tylko skojarzenie z Sulejmanem, tą rudą Hurrem i Mahidevran. A jak zwykle na wschód patrzę jedynie na muzykę z Australii i Japonii.
Kilka słów bio:
Grupa The Away Days powstała w 2012 roku w Istambule, skład wg. wiki:
Oğuz Can Özen - wokale, gitara,
Sezer Koç - gitara, bas,
Haktan İlhan - kolejna gitara,
Orkun Atik - klawisze
Ulaş Ozbiçer perkusja
W ubiegłym roku mieli trasę koncertową po Wielkiej Brytanii
Pierwsze co na myśl przeszło mi, po przesłuchaniu utworu Best Rebellious było: znam to skadś.
I mam pewne wrażenie, że kiedyś przez gatunek i wpływy wylądują na Rojkowym OFFie. W końcu jako inspiracje wymieniaja Ride (tegoroczną gwiazdę) oraz Slowdive ( ubiegłoroczną gwiazdę OFF Festivalu)
Ich muzyka pokazuje nam pewną świadomośc, nie ślepe podążanie za modą, ale też fakt- na wschodzie jest jakaś muzyczna cywilizacja nie ograniczająca się do kałasznikowa, matrioszek czy też dramatycznego zaśpiewu muzułmanów. W wywiadach Oguz(wokalista) podkreśla, jak trudno jest być kapelą z Istambułu i zaistnieć w muzyce indie. Która zresztą zdominowana jest przez brytyjskie zespoły.
Sami opisują swoją muzykę jako senną/rozmarzoną z melodyjnym brzmieniem gitar i wokalu, popartą rytmiczną sekcją perkusyjną i prostym brzmieniem klawiszy.
Bardzo mi się podoba, i to słychać, że w pierwszej linii budują dźwięki a w procesie tworzenia utworu element wokalny i tekstowy jest dopracowywany na końcu.
Także...
Nic, tylko muzyka, i mój ulubiony kawałek:
Źródła/wywiady:
http://www.redbull.com/en/music/stories/1331709082355/turkish-rockers-the-away-days-play-a-stripped-session
http://www.itsallindie.com/2014/04/interview-with-away-days.html
http://www.subba-cultcha.com/features/exclusive-interview-jon-away-days/
https://www.facebook.com/theawaydays
niedziela, 16 sierpnia 2015
Pamięci OFF 2015
Na pewno doskwierał żar lejący się z nieba.
Lejący się tym dotkliwiej, gdy jakaś awionetka krążyła nad nami od 7 rano.
Złośliwa
Przed żarem zabezpieczenia były różne: od folii termicznych przez podwójne baldachimy namiotów/ daszki/ rozpięcie koców.
NIE
Najlepsze było NIE BYĆ w okolicach namiotów od rana do późnego wieczora.
Dlatego przegapione zostały pierwsze koncerty.
Dlatego namiot miał sens tylko wtedy, gdy człowiek całkowicie zmęczony wracał nad ranem po niespodziewanej (i w związku z tym bez ręcznika) kąpieli pod prysznicem i troszkę marzł.
W końcu 20 stopni w nocy jest to prawie mróz.
Tak jakby przy 20 stopniach w dzień w nocy temperatura spadała do 0....
Nawadnianie, kapelusze, cień i kurtyny wodne i ulubione "zamoczyć się pod wężem strażackim ale nie tak bardzo żeby nie zostać miss festiwalowego wdzianka"
Festiwal uznałam za udany.
Hejty na wodę i nakaz odkręcania butelek - hejty rozumiem i nakaz odkręcania też.
Była woda ? była
Były hejty? były, a kiedy nie było?
Pamiętam Openera kiedy spiekłam się niesamowicie na słońcu, na teren (gigantyczny) openerowy wody nigdy nie było można wnieść. NIGDY.
Nie ten rozmach festiwalu- powiecie.
Nie ten, ale temperatury bywały podobne i snuliśmy się strasznie.
Wracam jednak do muzyki. Będzie chaotycznie bo nie mogę się zdecydować, czy poukładać według "upodobań" czy według "czasu". Dlatego zaskakujcie się, jak ja się zaskakiwałam.
Udało się spełnić jeden z moich celów: Susanne Sundfor.
Zbyt szwedzko-popowa dla mnie jednak głos ma cudowny. Szkoda tylko że nie potrafi się zdecydować, czy grać typowy norweski pop czy może przejść do elektroniki.
Zastanawiało mnie, głównie przy bardziej obciachowych dźwiękach znanych nam jedynie z piosenek DiscoPolo i parodystów. Czy u nich też to jest lekki obciach?
Wpływy Abby widoczne.
Ale koncert na plus bo można było się pobujać.
Na pewno zawodem i właściwie szybka ucieczką (ledwo wytrzymanie dwóch utworów jak to mam w zwyczaju nawet kiedy mi się nie bardzo podoba) skończyły się spotkanie z Mickiem Harvey grającym utwory Serge'a Gainsbourga. Byłam ciekawa, jednak nie przypadło mi do gustu.
Również Xiu Xiu z nieznośnym wokalem nie zachęcił do słuchania muzyki z Twin Peaks - wytrzymałam ale przysnęło mi się (i nie tylko mi) rotacja ludzi była bardzo duża.
Pianie z zachwytu zostawiłam na głośny już koncert Ogoya Nengo & The Dodo Women’s Group - trzech pań słusznej postury i jeszcze słuszniejszego wieku, szamana i bębniarza - doskonale przybliżyli nam specyfikę, energię i szaleństwo Afryki. Nadal uśmiecham się na myśl, że na początku koncertu chciałam usiąść bo "to takie spokojne będzie".
NIE BYŁO.
Bardzo głośny i jeden z najbardziej oczekiwanych koncertów, czyli Sun o))) przesiedziałam pod wiklinową konstrukcją. Słychać było wiele, ale jak przy każdym koncercie (zarówno tym jak i Twin Peaks) gryzła się discomuzyka z żółtoczerwonego namiotu.
Psuła klimat, ale dla mnie Sun o))) było niesamowicie mroczne, ciemne, ciężkie i właściwie idealne na końcowe stadium depresji.
Ride - dopadło mnie zmęczenie materiału, czy to upał czy brak snu. Najprzyjemniejszym podczas tego koncertu uczuciem było zawieszenie między snem a jawą kiedy leżąc na trawie otaczały mnie dźwięki i zapadałam się w nie powoli. A cisza powodowała niepokój i całkowite wybudzenie.
Ten Typ Mes - nie tracąc nic ze swojej świeżości, dali radę opowiadać z lekkością historię i bawiąc się konwencją.
Kontynuując wątek polski miałam okazję słuchać duetu Coals z porządnym nagłośnieniem.
Nareszcie słuchać było (chociaż z pewnymi wpadkami) i muzykę i głos. Uważam, że przy obecnym rynku muzycznym mają jedno z najoryginalniejszych brzmień bez potrzeby odcinania kuponów.
A Rycerzyki odpuściłam - trzeci raz są zbyt monotonni.
Coleen Green - młoda dziewczyna śpiewająca piosenki. Pasowałyby do filmu o nastolatkach, mogły by być śpiewane w Juno, taki pop-rock prościutko z różowego pokoju nastolatki. Jednak bardzo przyjemny chociaż troszkę monotonny.
Patti Smith - niekwestionowana gwiazda. Spróbowalibyście tylko zaprzeczyć... Koncert obfitował w momenty energetyczne, gdy aż żałowałam że nie jestem pod sceną, ale też w momenty liryczne. Właściwie dla mnie granie przez nia płyty Horses jest pewnego rodzaju rozliczeniem.
Ale miałam dreszcze, gdy wymieniała zmarłych, legendarnych muzyków. Ona ich wszystkich znała, mogła znać, rozmawiać, spotkać. To taki łącznik miedzy tym, co nierzeczywiste już dla naszego pokolenia, dzieci kwiaty, bunty przeciwko systemowi, wojnie. Miliard Ochów i Achów i jak nie byłam zbytnio jej fanką (przyznaje się do zaiste jakże modnej obecnie ignorancji) tak teraz ma jako jeden z niewielu artystów - szacunek. Respekt.
Bardzo przypadkowo napotkany świetny koncert, czyli w najlepszej offowej formie, był występ Kwadrofonik z gościnnym udziałem Adama Struga. Dwa fortepiany... nie wiem, dla mnie to była niesamowita magia, czary, splecione dźwięki z głosem i perfekcja wykonania w każdym momencie.
I kilka zdjęć...
Lejący się tym dotkliwiej, gdy jakaś awionetka krążyła nad nami od 7 rano.
Złośliwa
Przed żarem zabezpieczenia były różne: od folii termicznych przez podwójne baldachimy namiotów/ daszki/ rozpięcie koców.
NIE
Najlepsze było NIE BYĆ w okolicach namiotów od rana do późnego wieczora.
Dlatego przegapione zostały pierwsze koncerty.
Dlatego namiot miał sens tylko wtedy, gdy człowiek całkowicie zmęczony wracał nad ranem po niespodziewanej (i w związku z tym bez ręcznika) kąpieli pod prysznicem i troszkę marzł.
W końcu 20 stopni w nocy jest to prawie mróz.
Tak jakby przy 20 stopniach w dzień w nocy temperatura spadała do 0....
Nawadnianie, kapelusze, cień i kurtyny wodne i ulubione "zamoczyć się pod wężem strażackim ale nie tak bardzo żeby nie zostać miss festiwalowego wdzianka"
Festiwal uznałam za udany.
Hejty na wodę i nakaz odkręcania butelek - hejty rozumiem i nakaz odkręcania też.
Była woda ? była
Były hejty? były, a kiedy nie było?
Pamiętam Openera kiedy spiekłam się niesamowicie na słońcu, na teren (gigantyczny) openerowy wody nigdy nie było można wnieść. NIGDY.
Nie ten rozmach festiwalu- powiecie.
Nie ten, ale temperatury bywały podobne i snuliśmy się strasznie.
Wracam jednak do muzyki. Będzie chaotycznie bo nie mogę się zdecydować, czy poukładać według "upodobań" czy według "czasu". Dlatego zaskakujcie się, jak ja się zaskakiwałam.
Udało się spełnić jeden z moich celów: Susanne Sundfor.
Zbyt szwedzko-popowa dla mnie jednak głos ma cudowny. Szkoda tylko że nie potrafi się zdecydować, czy grać typowy norweski pop czy może przejść do elektroniki.
Zastanawiało mnie, głównie przy bardziej obciachowych dźwiękach znanych nam jedynie z piosenek DiscoPolo i parodystów. Czy u nich też to jest lekki obciach?
Wpływy Abby widoczne.
Ale koncert na plus bo można było się pobujać.
Na pewno zawodem i właściwie szybka ucieczką (ledwo wytrzymanie dwóch utworów jak to mam w zwyczaju nawet kiedy mi się nie bardzo podoba) skończyły się spotkanie z Mickiem Harvey grającym utwory Serge'a Gainsbourga. Byłam ciekawa, jednak nie przypadło mi do gustu.
Również Xiu Xiu z nieznośnym wokalem nie zachęcił do słuchania muzyki z Twin Peaks - wytrzymałam ale przysnęło mi się (i nie tylko mi) rotacja ludzi była bardzo duża.
Pianie z zachwytu zostawiłam na głośny już koncert Ogoya Nengo & The Dodo Women’s Group - trzech pań słusznej postury i jeszcze słuszniejszego wieku, szamana i bębniarza - doskonale przybliżyli nam specyfikę, energię i szaleństwo Afryki. Nadal uśmiecham się na myśl, że na początku koncertu chciałam usiąść bo "to takie spokojne będzie".
NIE BYŁO.
Bardzo głośny i jeden z najbardziej oczekiwanych koncertów, czyli Sun o))) przesiedziałam pod wiklinową konstrukcją. Słychać było wiele, ale jak przy każdym koncercie (zarówno tym jak i Twin Peaks) gryzła się discomuzyka z żółtoczerwonego namiotu.
Psuła klimat, ale dla mnie Sun o))) było niesamowicie mroczne, ciemne, ciężkie i właściwie idealne na końcowe stadium depresji.
Ride - dopadło mnie zmęczenie materiału, czy to upał czy brak snu. Najprzyjemniejszym podczas tego koncertu uczuciem było zawieszenie między snem a jawą kiedy leżąc na trawie otaczały mnie dźwięki i zapadałam się w nie powoli. A cisza powodowała niepokój i całkowite wybudzenie.
Ten Typ Mes - nie tracąc nic ze swojej świeżości, dali radę opowiadać z lekkością historię i bawiąc się konwencją.
Kontynuując wątek polski miałam okazję słuchać duetu Coals z porządnym nagłośnieniem.
Nareszcie słuchać było (chociaż z pewnymi wpadkami) i muzykę i głos. Uważam, że przy obecnym rynku muzycznym mają jedno z najoryginalniejszych brzmień bez potrzeby odcinania kuponów.
A Rycerzyki odpuściłam - trzeci raz są zbyt monotonni.
Coleen Green - młoda dziewczyna śpiewająca piosenki. Pasowałyby do filmu o nastolatkach, mogły by być śpiewane w Juno, taki pop-rock prościutko z różowego pokoju nastolatki. Jednak bardzo przyjemny chociaż troszkę monotonny.
Patti Smith - niekwestionowana gwiazda. Spróbowalibyście tylko zaprzeczyć... Koncert obfitował w momenty energetyczne, gdy aż żałowałam że nie jestem pod sceną, ale też w momenty liryczne. Właściwie dla mnie granie przez nia płyty Horses jest pewnego rodzaju rozliczeniem.
Ale miałam dreszcze, gdy wymieniała zmarłych, legendarnych muzyków. Ona ich wszystkich znała, mogła znać, rozmawiać, spotkać. To taki łącznik miedzy tym, co nierzeczywiste już dla naszego pokolenia, dzieci kwiaty, bunty przeciwko systemowi, wojnie. Miliard Ochów i Achów i jak nie byłam zbytnio jej fanką (przyznaje się do zaiste jakże modnej obecnie ignorancji) tak teraz ma jako jeden z niewielu artystów - szacunek. Respekt.
Bardzo przypadkowo napotkany świetny koncert, czyli w najlepszej offowej formie, był występ Kwadrofonik z gościnnym udziałem Adama Struga. Dwa fortepiany... nie wiem, dla mnie to była niesamowita magia, czary, splecione dźwięki z głosem i perfekcja wykonania w każdym momencie.
I kilka zdjęć...
| Wielka susza.... |
| Ogoya Nengo & The Dodo Women’s Group |
| Son Lux |
| Patti Smith |
niedziela, 17 maja 2015
Ciemne chmury ....
Ostatnie dwa tygodnie to była lekka masakra.
1. Na szybko szyłam pierwszą w życiu spódnicę z tiulu. Falbany doprowadzały mnie do szału przeżyłam chyba wszystkie możliwe "wypadki":
- złamaną igłę maszyny
- niezliczoną ilość razy urwaną nitkę
- źle napiętą nitkę
- złamaną stopkę i do tego wymianę stopki
- przyszpilkowanie się
- przyszycie się.
Efekt prawie końcowy już jest. a swoją prapremierę miał na wernisażu Epok Warszawy (dzięki!).
2. Testowałam kolejną wersję This War of Mine. Jeżeli wyjdzie, to rozgrywka będzie jeszcze ciekawsza, fajnie brać udział w takich rzeczach
3. Miałam różnego rodzaju rozmowy kwalifikacyjne i nie, nawysyłałam się CV jak zwykle.
4. Udzielam się marketingowo nad nowym projektem eventowym z Wrocławia (też będę dawać znać).
5. Powkurzałam się na OWF że tak słabo...potem to przemyślałam.
I właśnie o tym ostatnim będzie. Chyba w tym roku ostatni raz wybieram się na komercyjny festiwal.
W ubiegłym najlepsze wrażenia były na koncertach mniej popularnych festiwali. w tym również (Spring Break). Dlatego chyba będę iść tym torem. Dotarliśmy do średnich cenowych europejskich..ale.. zrobiło się już dość ciasno na mapie festiwalowej i niestety jak widać, fundusze nie pozwalają już tak bardzo na zapraszanie gwiazd wielkiego formatu, tym bardziej co roku.
Rosną też wymagania odbiorców. Nie wiem o czym oni marzą, ale ja zawsze przeliczałam na koncert: jeżeli chce się wybrać jeden zespół i mieć go na wyłączność przez półtorej do dwóch godzin to trzeba iść na KONCERT. Festiwale nie ułatwiają odbioru muzyki a jedynie stwarzają możliwości do odkrycia nowych zespołów i innych typów. Zawsze koncertowo słabszy jest występ festiwalowy.
Zespół się spieszy że nie wyrobi w czasie przed kolejnym.
Mogą być niedociągnięcia i wypadki losowe.
Koncerty kosztują średnio od 150 do 300 zł za indywidualny bilet na płytę. Dlatego wieszanie psów na OWF za słaby line up za 470 zeta... no proszę. Jednak fakt, że irytujące jest robienie promocji pod koniec sprzedaży biletów. totalnie nie fair i psuje to markę.
Ja to liczę tak(zawsze na podstawie grup które chcę zobaczyć):
MUSE - koszt najtańszego biletu na płytę byłby około 220 - 250 zeta
Bastille - też około 150 zeta bilet.
FKA Twigs - która nagle wypłynęłą i koniecznie ją chcę zobaczyć - podejrzewam ze 100 zeta minimum.
Łapiecie?
Metronomy - w lutym byłam w stanie wydać 50 zeta - no to niech będzie te 50 zeta.
Paloma Faith - hmm też chyba około 100 zł
I w tym momencie przy kalkulacji wyszło, że mi się opłaca.
Dziękuję.
Nie wieszam psów ale.. mamy trudny rynek festiwalowy, dlatego co rusz jakiś festiwal jest zawieszany, bo kończą się pomysły.
Opener jest jałowy z tym połączeniem sztuki. Dla mnie to porażka całkowita, ale cóż. Może raz byłam coś obejrzeć a raz na Fashion Stage. Ale ponieważ morze obok - duży plus
Zarówno OWF jak i LMF były zawsze w podobnej formie, również Selector. Oprócz muzyki i imprezy nie dają dodatkowych atrakcji. Nie przywiązują do marki.
Woodstock przywiązuje wagę do marki i właściwie na stare lata rozważam w końcu wycieczkę w te rejony.
OFF to OFF - nie złapiemy w schemat, chociaż ile można zwiedzać Katowice ;)
Free Form Festival- mimo lekkiej porażki organizacyjnej wyszedł wspaniale.
Audioriver - grupa odbiorców zupełnie inna, plaża nad Wisłą w Płocku - bardzo duży plus.
Patrzymy na zachodnie festiwale tak bardzo, że nie zauważamy jaka to maszyna promocyjna, Jak wszyscy marzą o rozmachu Glastonbury - a to jest festiwal który działa od 1970 roku! (polecam dokument) albo o wolności Woodstock '69 - nie ma już tej możliwości.
Szukać nowej formy spotkań z muzyką. Jak Spring Break który faktycznie wyrasta na coś bardzo ciekawego i długotrwałego i mam nadzieje, że nie zostanie przeniesiony do innego miasta.
Koniec.
1. Na szybko szyłam pierwszą w życiu spódnicę z tiulu. Falbany doprowadzały mnie do szału przeżyłam chyba wszystkie możliwe "wypadki":
- złamaną igłę maszyny
- niezliczoną ilość razy urwaną nitkę
- źle napiętą nitkę
- złamaną stopkę i do tego wymianę stopki
- przyszpilkowanie się
- przyszycie się.
Efekt prawie końcowy już jest. a swoją prapremierę miał na wernisażu Epok Warszawy (dzięki!).
2. Testowałam kolejną wersję This War of Mine. Jeżeli wyjdzie, to rozgrywka będzie jeszcze ciekawsza, fajnie brać udział w takich rzeczach
3. Miałam różnego rodzaju rozmowy kwalifikacyjne i nie, nawysyłałam się CV jak zwykle.
4. Udzielam się marketingowo nad nowym projektem eventowym z Wrocławia (też będę dawać znać).
5. Powkurzałam się na OWF że tak słabo...potem to przemyślałam.
I właśnie o tym ostatnim będzie. Chyba w tym roku ostatni raz wybieram się na komercyjny festiwal.
W ubiegłym najlepsze wrażenia były na koncertach mniej popularnych festiwali. w tym również (Spring Break). Dlatego chyba będę iść tym torem. Dotarliśmy do średnich cenowych europejskich..ale.. zrobiło się już dość ciasno na mapie festiwalowej i niestety jak widać, fundusze nie pozwalają już tak bardzo na zapraszanie gwiazd wielkiego formatu, tym bardziej co roku.
Rosną też wymagania odbiorców. Nie wiem o czym oni marzą, ale ja zawsze przeliczałam na koncert: jeżeli chce się wybrać jeden zespół i mieć go na wyłączność przez półtorej do dwóch godzin to trzeba iść na KONCERT. Festiwale nie ułatwiają odbioru muzyki a jedynie stwarzają możliwości do odkrycia nowych zespołów i innych typów. Zawsze koncertowo słabszy jest występ festiwalowy.
Zespół się spieszy że nie wyrobi w czasie przed kolejnym.
Mogą być niedociągnięcia i wypadki losowe.
Koncerty kosztują średnio od 150 do 300 zł za indywidualny bilet na płytę. Dlatego wieszanie psów na OWF za słaby line up za 470 zeta... no proszę. Jednak fakt, że irytujące jest robienie promocji pod koniec sprzedaży biletów. totalnie nie fair i psuje to markę.
Ja to liczę tak(zawsze na podstawie grup które chcę zobaczyć):
MUSE - koszt najtańszego biletu na płytę byłby około 220 - 250 zeta
Bastille - też około 150 zeta bilet.
FKA Twigs - która nagle wypłynęłą i koniecznie ją chcę zobaczyć - podejrzewam ze 100 zeta minimum.
Łapiecie?
Metronomy - w lutym byłam w stanie wydać 50 zeta - no to niech będzie te 50 zeta.
Paloma Faith - hmm też chyba około 100 zł
I w tym momencie przy kalkulacji wyszło, że mi się opłaca.
Dziękuję.
Nie wieszam psów ale.. mamy trudny rynek festiwalowy, dlatego co rusz jakiś festiwal jest zawieszany, bo kończą się pomysły.
Opener jest jałowy z tym połączeniem sztuki. Dla mnie to porażka całkowita, ale cóż. Może raz byłam coś obejrzeć a raz na Fashion Stage. Ale ponieważ morze obok - duży plus
Zarówno OWF jak i LMF były zawsze w podobnej formie, również Selector. Oprócz muzyki i imprezy nie dają dodatkowych atrakcji. Nie przywiązują do marki.
Woodstock przywiązuje wagę do marki i właściwie na stare lata rozważam w końcu wycieczkę w te rejony.
OFF to OFF - nie złapiemy w schemat, chociaż ile można zwiedzać Katowice ;)
Free Form Festival- mimo lekkiej porażki organizacyjnej wyszedł wspaniale.
Audioriver - grupa odbiorców zupełnie inna, plaża nad Wisłą w Płocku - bardzo duży plus.
Patrzymy na zachodnie festiwale tak bardzo, że nie zauważamy jaka to maszyna promocyjna, Jak wszyscy marzą o rozmachu Glastonbury - a to jest festiwal który działa od 1970 roku! (polecam dokument) albo o wolności Woodstock '69 - nie ma już tej możliwości.
Szukać nowej formy spotkań z muzyką. Jak Spring Break który faktycznie wyrasta na coś bardzo ciekawego i długotrwałego i mam nadzieje, że nie zostanie przeniesiony do innego miasta.
Koniec.
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Na maratonie zwanym Spring Break
Minęły już ponad 24 godziny od mojego powrotu do domu pod Warszawę praktycznie pustą autostradą z Poznania (nie licząc kilku ciężarówek). Przed nieuchronną sennością obok kawy chroniła nas muzyka i poczucie dobrze spełnionego czasu i jeszcze lepszego Chilloutu.Poznań jako miasto dawał mi się poznać z różnych stron: śnieżna Malta i sylwestrowe centrum, jesienne spacery, nocne szalone wyprawy na jeden koncert.
Tym razem skorzystałam z wiosennej okazji jaką był Spring Break.
Z uwagi na naprawdę mnogość polskich (i nie tylko) zespołów słuchaliśmy ich kawałków w internecie a potem decydowaliśmy na co idziemy. Niekiedy było to pod wpływem chwili (bo koncert obok) a momentami nie dawaliśmy rady i odpuszczaliśmy. Odległości między klubami - niby niewielkie- powodowały że niekiedy udawało się trafić tylko na dwie ostatnie piosenki godzinnego koncertu (w przypadku Years &Years) a niekiedy na oklaski końcowe. Logistyka, przy realizowanym remoncie wiaduktu i ronda obok CK Zamek i trudne dla obcomiastowców odległości była utrudniona. To miał być w końcu Spring Break a nie wyścig. Co mnie niesamowicie zaskoczyło, to nagłośnienie - dawno nie miałam się do czego przyczepić w tej kwestii, było oprócz kilku niewielkich niedociągnięć, naprawdę dobrze.
Pisze same recenzje, bez opisów zespołów. Pod każdą odnośnik do ich stron oficjalnych.Miały być zdjęcia ale tak bardzo nie wyszły..
CZWARTEK:
Dojechaliśmy. Pierwsze godziny przyszło spędzić nam w dwóch przyjemnych klubach: Stare Kino - klub założony przez miłośników filmów, jak większość takich obiektów w Poznaniu- starym mieszkaniu. Pozostały sufitowe drewniane sztukaterie. ściany ozdobione plakatami i zdjęciami z kultowych filmów.
Mjut - bardzo sympatyczny zespół zebrał sporą widownię jak na wczesną godzinę (18:30), jeżeli ktoś lubi klimaty melodyjnego indie rocka którego u nas przedstawicielami są Myslovitz czy też KDZKPW. Gitarowo, czysto. Dla mnie nie jest to odkrycie w jakiś sposób muzyczne, ale na rozgrzewkę - bardzo dobre!
Tuż obok Starego Kina jest drugie miejsce. Pod Minogą Te poplątania - że wchodzi się głównym wejściem a potem schodami do oficyny i na piętro. To jest tak niesamowicie klimatyczne. Trafiliśmy lekko spóźnieni. Ale było warto.
Mokrofon - nie wiem czemu, ale drobne filigranowe dziewczyny z reguły nadrabiają głosem. Kwestia chyba stania w odpowiedniej kolejce. Zainteresowałam się przez brzmienie grupy odwołujące się do początków O.N.A. i czystego, surowego rocka. Tłumów nie było, a powinny. Chociaż to prawda że od kilku lat rock jest w odwrocie na rzecz elektroniki (jest łatwiejsza i w wykonaniu i w odbiorze). Bardzo dobrze grali i chętnie będę obserwować ich rozwój.
Tu nadchodzi kwestia wyborów, ponieważ strasznie chciałam iść na Latające Pięści a jednocześnie też strasznie chciałam iść na Oliviera Heima.Ta...
.
Jestem totalnie zachwycona lumperpunkiem
Latające Pięści - chyba jedyny jak na razie przedstawiciel tego gatunku. schludne ubrane w garniaki chłopaki śpiewające soczyste piosenki. Meat me on the love parade wsiąknęło i przykleiło mi się do mojego prawie wegańskiego mózgu.
po 15 minutach wrzącego punku i 9 minutowym marszu Olivier Heim był niczym chłodna woda kojąca nadwyrężone rockiem uszy. Usiadłam w fotelu w Scenie na Piętrze i chillowałam. Ludzi było naprawdę sporo a koncert został przyjęty również bardzo dobrze. Wydawało mi się lekko monotonnie jednak bardzo przyjemnie.
Popędziłam, korzystając z luksusu tramwaju, do Centrum Festiwalowego - Zamku Cesarskiego.
Tam też występował, przy dość szczelnie wypełnionej ludźmi sali - Król. Głęboko męski głos, ciekawe aranżacje i przede wszystkim nowe kawałki. Tak! Towarzystwo zachwycone ja mniej, bo oddechu złapać nie mogłam a tu kolejne bujania. Wybujałam się zatem.
Kolejny melodyjny głęboki czy można powiedzieć "alternatywny"? nie, prędzej folkowy klimat Skubasa. Gdzie odrobina polskiego smęcenia (w tym jesteśmy dobrzy w muzyce) przeplatała się z typowo amerykańskimi zagraniami w stylu Mumford and Sons. Nie jestem jego fanką i mimo bardzo ciepłej atmosfery koncertu nie zrobiło to tak dużego wrażenia. Może to to zmęczenie? W końcu to był już tego dnia szósty koncert.
Ponieważ kolejna była MIN t , i to daleko mimo biegu nie udało nam się niestety zdążyć. Pogubiliśmy się podczas poszukiwań słabo oznaczonego klubu Oczy(na mapce ale i też nie było widać od ulicy...), do tego, sądząc po zadowoleniu i oklaskach po ostatnim utworze- wiele straciliśmy. Drobna osoba za konsolą, totalna elektronika z wizualizacjami! Wybraliśmy zatem Zakręt a potem jednak żałowałam, że nie poszłam na moich festiwalowych pewniaków czyli Cosovel. :( (pozdrawiam z miejsca i obiecuję że nadrobię!)
Byliśmy strasznie zmęczeni. SPAĆ!
PIĄTEK
Po całym dniu chillowania na Malcie (kolejne miejsce poznańskie warte odwiedzenia) znowu rozpoczęliśmy koncertowanie od Starego Kina. Sprzyjała pogoda lenieniu się i zwiedzaniu więc dopiero o 19.30 wylądowaliśmy na...
Rusty Cage - Rockowo, ale w klimacie amerykańskiego rocka z festiwalowej półki a'la Imagine Dragons itp. wokalnie bardzo dobrze, chociaż wzięcie na warsztat piosenki Muse "Psycho" wyższa szkoła jazdy, podziwiam że się udało. Rockują dobrze, ale czy wprowadza coś nowego? Ciężko w tym temacie cokolwiek powiedzieć.
Ps. Nastawiałam się bardzo na Natalię Nykiel, ale jak zinterpretowała piosenkę Bat for Lashes bardzo szybko wykreślona została z lineupu.
Szybka przebieżka bliżej rynku czyli do Dragona na Rycerzyki - muzyka poduszkowa - kołysankowa nie zachwyciła mną jak mogłabym się spodziewać ale była wystarczająco urocza żebym chciała się zatrzymać na chwilę. I znowu pokiwać nóżka w takt muzyki.
poszliśmy jeść (strasznie dużo i dobrze tam jadłam ale to był fragment ogólnego chillu) przegapiliśmy jeden zespół. E tam. w końcu wakacje.
Spóźniliśmy się na Ten Typ Mes +live band
NO NIE! Jak nie słucham tego gatunku (hip hop), to i tłumy i mój zachwyt były chyba podobne. Wybawiłam się nieziemsko, wyskakałam, wyśmiałam i w ogóle. Coś w tym jest, że na koncerty hiphopowe chodzić mogę ale już słuchać w radio czy na odtwarzaczu średnio. Pewnie chodzi tu o charyzmę. Na wyidealizowanej wersji płytowej nie czuć charyzmy.
Także całkowicie wycieńczeni padliśmy w piąteczek.
Mieliśmy dotrzeć jeszcze do Good Time Radio na We Draw A - ale były tłumy. Nie udało się wbić.
Także wieczór zakończył się pochłanianiem piwa na Rynku i totalnie zaskakującym zbiegiem okoliczności (pozdrawiam z miejsca jak piszę!). Nie udało mi się przebrać za lisa.
SOBOTA
Dzień ostateczny.
Warunki skutecznego powrotu do domu z KAŻDEGO festiwalu: 1. trzeźwość 2. nie przesadzić z szaleństwem 3. Ostatni koncert przed północą.
wszystkie zostały spełnione aby o 4 rano smacznie spać we własnym łóżku.
Zagi - w ogrodzie różanym. Po obejrzanym video na yt spodziewałam się elektryzującej dawki szaleństwa w neonowych kolorach. Było... plumkająco, delikatnie, bez zadziorów, dziewczęco. Zachowawczo. Nuda.
Daniel Spaleniak - ten to ma głos! Opowiadałam o charyzmie? Też ma. Forma "półgodzinna" jednak widocznie stresowała wszystkich muzyków. Zdążą? Wyrobią się? Koncert w Blue Note przyjemny i na pewno pójdę jeszcze raz na pełnowymiarowy występ bez presji czasu. Zwłaszcza że nie doczekaliśmy, jak wiele innych do końca (szkoda).
Kiedy jakieś 90% ludzi pędziło pod scenę na Years &Years zgodnie (po oczywiście wcześniejszym odsłuchaniu) poszliśmy(spacer zajął 10 minut) na koncert Milky Wishlake.
Jak się rozpoczął było kilkanaście osób, potem jednak niewielki klub się zapełnił i wyszło z tego coś naprawdę fajnego i bujającego. Grają jeszcze w tym roku na Openerze. Jak trafię, to zobaczę. Jak nie trafię to będą na pewno inne wydarzenia i też zobaczę. Warto, Elektroniczny pop? Oklepane, bliżej ambientu. Bardzo dobre jednak, brzmi bardzo przemyślanie. Poza tym, fajnie znaleźć się poza mainstreamem.
Zdążyliśmy na 2,5 piosenki(!) Years&Years (resztę nadrobiliśmy w drodze powrotnej). Wiedziałam że tak będzie. Doskonały kontakt z publicznością, motyw naszej flagi i podejrzewam, że będą hitem na Openerze. Doskonała muzyka taneczna do klubów. aż dziw że tak rzadko słyszana. Lub też nie do tych miejsc już chodzę..a przepraszam, graja lata 80 jakby później disco nie istniało.
Mela Koteluk - nie wiem, ale miałam wrażenie, że jest zmęczona, poza tym bardziej podobał mi się jej koncert kiedyś tam... dawno, jeszcze przy pierwszej płycie. Ludzie nie zawiedli, najbardziej znane utwory też były. Bardzo ładna gra świateł, wszystko bez zarzutu, uroczo.
![]() |
| Jedyne zdjęcie do którego nie mogę się przyczepić tak bardzo... |
Ostatnim przystankiem na festiwalowej mapie była Jazzpospolita w Blue Note. O tak! Bardzo elektryzujący występ kwartetu(czy można tak powiedzieć w przypadku muzyki rozrywkowej?) - ludzi znających się na graniu. Żywe kawałki przeplatały się z wolniejszymi. Aż przypomniały mi się pierwsze doświadczenia z koncertami tego typu we wrocławskim klubie Rura. (długo zamkniętym)
Skoro doczytaliście do końca:
3 dni
16 zespołów na scenie i poza sceną (tak! można potem było natknąć się na nich w klubach)
trochę znanych twarzy w tłumie
lekka chrypka
totalne zmęczenie
i uczucie całkowitego wypełnienia chilloutem tej przerwy wiosennej.
BYŁO WARTO, BĘDĘ ZA ROK PRZY SPRZYJAJĄCYCH WIATRACH
poniedziałek, 9 marca 2015
Przedwiośnie, post-zimie, post-rock! - relacja
Weekend szybciutko minął, zostawił po sobie ścianę dźwięków, i bardzo bardzo dobre wrażenie.
W sobotę, jak planowałam od kilku tygodniu, zjawiłam się na nowym dla mnie festiwalu Expect Delays Fest.
Festiwal może zbyt szumnie powiedziane, jednak słowo "przegląd" wypadło już dawno ze słownika "pozytywnych wydarzeń muzycznych".
Był to faktyczny "przegląd" zespołów polskich i zagranicznych grających muzykę post-rock
Czym charakteryzuje się ten gatunek?
- Długie utwory, czasem nawet kilkunastominutowe.
- Wokal właściwie nie występuje, jeżeli już, to w bardzo okrojonej formie.
- Wiodąca rola gitary, budowana jest ściana dźwięku z efektami (między innymi delay) oraz solówki gitarowe.
- Istotne jest zbudowanie odpowiedniego klimatu. Sama muzyka dla mnie najlepiej ilustrowałaby wszelkie produkcje postapokaliptyczne.
- Jest melancholijna, przyciężka, wciągająca, można nawet czasem powiedzieć, że depresyjna.
- Rzadko korzysta się z syntezatorów/klawiszy - bazuje jednak na pewnej surowości. Zabawa elektroniką powoduje skierowanie się stylu w stronę shoegaze.
Grupy jakie zagrały w sobotę?
Kolejno:
Niestety, jako weteran festiwalowy, nie mam pojecia dlaczego Progresja została przeniesiona do tego nowego miejsca a także, dlaczego w tak słabych warunkach odbywało się prawie 6 godzinne wydarzenie.
Miejsca - mało,co powodowało ścisk: bar obok szatni z drugiej strony baru sklepik z koszulkami i płytami a jeszcze dalej toalety (sztuk dwie) wciśnięte między scenę a sklepik.
Jedno wytchnienie dawał słup pośrodku pomieszczenia - niewielkie ale jednak, ponieważ nie było możliwości nawet żeby usiąść (chyba że podłoga grożąca zadeptaniem, bo oświetlenie wiadomo, festiwalowo-przyciemnione. Nie wychodziłam na fajkę ale również, przez chłód nie mogłam wyjść na zewnątrz, para skraplała się na zamkniętych oknach a klimatyzacja (o ile w ogóle była bo nie zauważyłam) całkowicie nie dawała rady przy tej ilości osób.
Rozumiem, że nie wolno otworzyć okna, bo dźwięk się będzie niósł po godzinach nocnych, ale odbiór muzyki był dla mnie bardzo utrudniony bo w którymś momencie nie dało się oddychać. Także niestety następnym razem baaardzo długo będę się zastanawiać, nim trafię znów do Progresji.
Kolejny minus? - Godziny otwarcia - na biletach mieliśmy napisane 18, wpuszczali od 19 a koncerty zaczynały się o 19:30. Poza tym, dla nieznających klubu, były dwa wejścia: bar i boczne, tam gdzie odbywał się fest: Niestety nie widziałam żadnych plakatów..(chociażby jeden) informujących, którędy do sceny).
Skupię się na muzyce, mimo pewnych problemów z komunikacją nagłośnieniowcy-muzycy.
Tides From Nebula - rewelacyjny koncert, energiczny, fascynujący
Spoiwo - odkrycie! brzmią bardzo profesjonalnie(czy wspominałam, że post-rocka słucha się najlepiej na żywo?)
No i gwiazda wieczoru (jak dumnie):
i muzyka.... polecam słuchać głośno.
W sobotę, jak planowałam od kilku tygodniu, zjawiłam się na nowym dla mnie festiwalu Expect Delays Fest.
Festiwal może zbyt szumnie powiedziane, jednak słowo "przegląd" wypadło już dawno ze słownika "pozytywnych wydarzeń muzycznych".
Był to faktyczny "przegląd" zespołów polskich i zagranicznych grających muzykę post-rock
Czym charakteryzuje się ten gatunek?
- Długie utwory, czasem nawet kilkunastominutowe.
- Wokal właściwie nie występuje, jeżeli już, to w bardzo okrojonej formie.
- Wiodąca rola gitary, budowana jest ściana dźwięku z efektami (między innymi delay) oraz solówki gitarowe.
- Istotne jest zbudowanie odpowiedniego klimatu. Sama muzyka dla mnie najlepiej ilustrowałaby wszelkie produkcje postapokaliptyczne.
- Jest melancholijna, przyciężka, wciągająca, można nawet czasem powiedzieć, że depresyjna.
- Rzadko korzysta się z syntezatorów/klawiszy - bazuje jednak na pewnej surowości. Zabawa elektroniką powoduje skierowanie się stylu w stronę shoegaze.
Grupy jakie zagrały w sobotę?
Kolejno:
Niestety, jako weteran festiwalowy, nie mam pojecia dlaczego Progresja została przeniesiona do tego nowego miejsca a także, dlaczego w tak słabych warunkach odbywało się prawie 6 godzinne wydarzenie.
Miejsca - mało,co powodowało ścisk: bar obok szatni z drugiej strony baru sklepik z koszulkami i płytami a jeszcze dalej toalety (sztuk dwie) wciśnięte między scenę a sklepik.
Jedno wytchnienie dawał słup pośrodku pomieszczenia - niewielkie ale jednak, ponieważ nie było możliwości nawet żeby usiąść (chyba że podłoga grożąca zadeptaniem, bo oświetlenie wiadomo, festiwalowo-przyciemnione. Nie wychodziłam na fajkę ale również, przez chłód nie mogłam wyjść na zewnątrz, para skraplała się na zamkniętych oknach a klimatyzacja (o ile w ogóle była bo nie zauważyłam) całkowicie nie dawała rady przy tej ilości osób.
Rozumiem, że nie wolno otworzyć okna, bo dźwięk się będzie niósł po godzinach nocnych, ale odbiór muzyki był dla mnie bardzo utrudniony bo w którymś momencie nie dało się oddychać. Także niestety następnym razem baaardzo długo będę się zastanawiać, nim trafię znów do Progresji.
Kolejny minus? - Godziny otwarcia - na biletach mieliśmy napisane 18, wpuszczali od 19 a koncerty zaczynały się o 19:30. Poza tym, dla nieznających klubu, były dwa wejścia: bar i boczne, tam gdzie odbywał się fest: Niestety nie widziałam żadnych plakatów..(chociażby jeden) informujących, którędy do sceny).
Skupię się na muzyce, mimo pewnych problemów z komunikacją nagłośnieniowcy-muzycy.
Tides From Nebula - rewelacyjny koncert, energiczny, fascynujący
Spoiwo - odkrycie! brzmią bardzo profesjonalnie(czy wspominałam, że post-rocka słucha się najlepiej na żywo?)
No i gwiazda wieczoru (jak dumnie):
![]() |
| Tides Fron Nebula |
i muzyka.... polecam słuchać głośno.
niedziela, 15 lutego 2015
Rae Morris - nigdy nie słyszałam o niej w radiu...a Wy?
Odkrywanie muzyki to bardzo pasjonujące i coraz łatwiejsze zajęcie.
Właściwie to jest największy pożytek z mojego internetu.
RAE MORRIS - angielska muzyczka, kompozytorka, tekściarka, piosenkarka.
Pech? nazywa się tak samo jak makijażystka gwiazd
Debiutuje w tym roku płytą Unguarded jednak na rynku muzycznym jest juz od kilku lat.
Zadebiutowała singlem Don't Go który został użyty w jednym z odcinków serialu Skins (jeden z najbardziej kultowych seriali dla młodzieży ostatnich lat).
Supportowała takie zespoły jak Bombai Bicycle Club, Toma Odell oraz Georga Ezrę (z tym drugim również zaśpiewała, a u pierwszych występuje gościnnie na albumie So Long, See you Tomorrow ).
Nagrywać zaczęła w wieku 17 lat, a jej debiutancki album został wyprodukowany przez Ariela Rechtshaida (również producent Haim). Obecnie ma 23 lata i coraz bardziej o niej słychać.
Coś mi się dzieje z mózgiem, skoro ostatnio coraz bardziej lubię kobiece wokale.
Przygodę z jej muzyka rozpoczęłam od piosenki "Cold" którą zaśpiewała z brytyjskim muzykiem zwanym Fryars.
Kompozycja rozwija się od delikatnych dźwięków pianina do elektroniki, nie od dziś uwielbiam lekko połamane bity na cztery. Zmienność rytmu i rozwój dźwięków tworzy progresję utworu który można zapętlać i zapętlać. Jak właściwie większość jej piosenek.
Pozostałe utwory należą do gatunku delikatnego, melodyjnego popu z elementami elektroniki i pianina. Oddzielnymi elementami są wysmakowane teledyski, które dopełniają swoimi obrazami porywającą muzykę.
Bardzo eterycznym i wykorzystującym delikatną urodę Rae Morris jest video do Skin - gdzie artystka w początku śpiewa ucharakteryzowana na popiersie antycznej rzeźby. Biel, czerń, płótno, ciało.
Jeden z najlepszych zmysłowych teledysków jakie widziałam w ostatnim czasie.
Taniec i charakter artystki kojarzą mi się z Kate Bush.
Skojarzenie z Boską Kate miałam również przy piosence Under the shadows gdzie rytm melodii jest bardzo podobny do "Running Up That Hill" a video też ma znamiona inspiracji K.B. - jak sama artystka przyznaje, obok Kate inspiruje ją też Feist i PJ Harvey.
Koncert najbliżej Polski? Berlin - 19 kwietnia.
w Polsce? Brak informacji, ale nie mogłabym się doczekać :)
Źródła:
Wywiad w The Independent : Tu
Właściwie to jest największy pożytek z mojego internetu.
RAE MORRIS - angielska muzyczka, kompozytorka, tekściarka, piosenkarka.
Pech? nazywa się tak samo jak makijażystka gwiazd
Debiutuje w tym roku płytą Unguarded jednak na rynku muzycznym jest juz od kilku lat.
Zadebiutowała singlem Don't Go który został użyty w jednym z odcinków serialu Skins (jeden z najbardziej kultowych seriali dla młodzieży ostatnich lat).
Supportowała takie zespoły jak Bombai Bicycle Club, Toma Odell oraz Georga Ezrę (z tym drugim również zaśpiewała, a u pierwszych występuje gościnnie na albumie So Long, See you Tomorrow ).
Nagrywać zaczęła w wieku 17 lat, a jej debiutancki album został wyprodukowany przez Ariela Rechtshaida (również producent Haim). Obecnie ma 23 lata i coraz bardziej o niej słychać.
Coś mi się dzieje z mózgiem, skoro ostatnio coraz bardziej lubię kobiece wokale.
Przygodę z jej muzyka rozpoczęłam od piosenki "Cold" którą zaśpiewała z brytyjskim muzykiem zwanym Fryars.
Pozostałe utwory należą do gatunku delikatnego, melodyjnego popu z elementami elektroniki i pianina. Oddzielnymi elementami są wysmakowane teledyski, które dopełniają swoimi obrazami porywającą muzykę.
Bardzo eterycznym i wykorzystującym delikatną urodę Rae Morris jest video do Skin - gdzie artystka w początku śpiewa ucharakteryzowana na popiersie antycznej rzeźby. Biel, czerń, płótno, ciało.
Jeden z najlepszych zmysłowych teledysków jakie widziałam w ostatnim czasie.
Taniec i charakter artystki kojarzą mi się z Kate Bush.
Skojarzenie z Boską Kate miałam również przy piosence Under the shadows gdzie rytm melodii jest bardzo podobny do "Running Up That Hill" a video też ma znamiona inspiracji K.B. - jak sama artystka przyznaje, obok Kate inspiruje ją też Feist i PJ Harvey.
Koncert najbliżej Polski? Berlin - 19 kwietnia.
w Polsce? Brak informacji, ale nie mogłabym się doczekać :)
Źródła:
Wywiad w The Independent : Tu
sobota, 17 stycznia 2015
Muzyka na dziś jutro i jeszcze dłużej: Vaults
VAULTS
O nich chciałam napisać już dawno, a chcę zdążyć, nim będzie głośno ponieważ użyczają swojego utworu do ścieżki dźwiękowej ekranizacji pewnej podobno skandalizującej książki dla gospodyń domowych (będzie to utwór "Where You Belong").
Niesamowicie zmysłowy (nawet mnie, zdecydowaną wielbicielkę męskich głosów) wokal kobiecy,
specyficzna rytmika odwołująca się do d&b i elektroniki. Wręcz hipnotyczne dźwięki i jak widzę po relacjach z coraz większej liczby koncertów (grają support przed koncertami Paolo Nutini) świetne stroje i charyzma wokalistki. Często zaskakujące połączenia dźwięków i sampli stanowią jednak spójną całość. Właściwie dla mnie zostali mistrzami przejść w utworach.
Odniosą niesamowity sukces a ja będę stać w pierwszym rzędzie i będę maniakalnie namawiać znajomych na koncert.
Jak strasznie trudno znaleźć jakieś konkretne informacje na temat zespołu! te internety.. Na szczęście udzielają już wywiadów.
Pierwszy ich singiel (piosenka?) pojawił się 9 sierpnia 2013 r. - Cry No More. Rozpoczyna się wibrującymi dźwiękami czy to dzwonków, czy cymbałków wraz z rytmem wyznaczanym przez akordy pianina przechodząc w głęboko zaznaczoną basami mantrę. Właściwie ten spokój, jednak nie monotonny dominuje w ich utworach.
. (jest jeszcze inny zespół o tej nazwie - bardziej rockowy, ale nie o to nie o to..)
Wiadomo, że są triem z Londynu, powstali 3 lata temu (w 2011 r.)
Blythe - śpiew, klawisze
Barney - perkusja
Ben - bas
Barney z Benem spotkali się na uniwersytecie i eksperymentowali z muzyką klubową i innymi projektami. Poźniej poznali Blythe i w pewnej knajpeczce uznali, że zakładają zespół.
Jako inspiracje wymieniają: PJ Harvey i Kate Bush a także Alt-J.
Ich EP została wydana 23 listopada 2014 r.
Jest to najlepsza muzyka do budzenia się rano, do zbierania motywacji i energii.
Źródło:
Vaults Inverview
Co wrzucę do słuchania? Tytułowy utwór ich epki:
Vultures
poniedziałek, 24 listopada 2014
Śmiechy - chichy z polskich piosenek
Jakimś cudem DJowałam w weekend na imprezie. Zabawa była niezła, tylko okazało się, że za bardzo rozmijałam się z "zagraj coś fajnego" albo "puść szybszy kawałek" albo "coś dobregoi polskiego". Ale o gustach się nie dyskutuje jak mówi stare łacińskie przysłowie.
Mówię to ja, która jest prze zachwycona piątkowym koncertem Julii i Marcella oraz Co-Sovel. ot co!
Za to przez weekend miałam okazję jeździć w nocy autem. W nocy, kiedy głownie puszczana jest polska muzyka, niekiedy dobra, niekiedy błagająca o pomstę. Ale chodzi żeby wypełnić misję POLSKIEJ stacji radiowej czyli pewne przydziały (wydaje mi się że 33%)muzyki.
Nie ma informacji czy dobrej.
Ponieważ dane mi było przeskakując audycje i jadąc kulturalnie nocą przez Warszawę podsumować statystyki. Poniżej je przedstawiam. Rozwlekle. Prześmiewczo.
1. Mnóstwo jest piosenek o miłości, słów: kocham, kochasz, nie kochasz, miłość, nienawiść. Ale co się dziwić. Ulubione zdanie "już nie kochasz mnie" interpretacja dowolna.Kochaj mnie kochanie moje..
Piosenki przykładowe:
Już nie kochasz mnie - Łzy,
Nie kłam że kochasz mnie - E. Flinta Ł. Zagrobelny
Już nie kochasz mnie jak dawniej - Czerwone Gitary
Da-da-da - Formacja nieżywych Schabuff
2. Potem pada pytanie: DLACZEGO!? (przykład angielski Whyyyyy-yyy-yyy-yyyy - Annie Lennox)
Dlaczego ja, dlaczego nie kochasz mnie, dlaczego dlaczegooo...
Dlaczego - Boys
Dlaczego - Zabili mi żółwia
plus milion pytań egzystencjalnych...
Dlaczego ja? - Strachy na lachy
lub mniej egzystencjalne:
Dlaczego niedźwiedź w zimie śpi - Alibabki
3. O dziwo najczęściej w rodzimych piosenkach pada pytanie o CZAS? Kiedy ? Czekam cały czas? Muzyka polska to jedna wielka poczekalnia.
Czekają na siebie, wokalist(k)a czeka na nieokreślonego "ciebie"(większość), czeka na wspomnianą miłość (G. Łobaszewska), Czekają na wyjaśnienia, czekają a on(a) nigdy nie wróci. Ciągle czekają (De-mono)
Jest ciemno i jest im wszystko jedno ale mają nadzieje... Czekają na dni których nie znają.
Czas płynie, czas nas uczy pogody, a zakochani czekają na maj.
4. Kolejną rzeczą klującą w oczy jest tryb rozkazujący. Nazywam to piosenkami motywująco-irytującymi:
Wstań i walcz!
Powiedz, nie jesteś sam!
Idź i nie wracaj!
Spadaj!
Zaufaj! Zobacz, na co cię stać!
i oczywiście:
Sto lat sto lat niech żyje żyje naaaam! NIEEECH ŻY-JE NAAAM!
5. Przebogato wypadają też piosenki identyfikujące. Idealne pod identyfikacje grupy docelowej jak i osoby która jest adresatem danej piosenki
Jesteś zerem białym żołnierzem,
Ale jestem!
Jestem bogiem wyobraź to sobie(4)
Jesteś szalona mówię ci,
My Słowianie...
Jestem jaki jestem,
Jestem kobietą,
Ty draniu!
Już tylko Kiler..
6. Od zera do milionera - piosenki liczbowe, zarówno w trybie oznaczania kogoś jako nic nie znaczącej jednostki albo wręcz przeciwnie, również wyliczanki:
Jesteś zerem (podchodzi pod piosenkę identyfikującą) śpiewała Beata Kozidrak z Bajmem
Mniej niż zero
Sto lat (ponownie)
Miliony monet u Mroza
Raz! dwa! trzy! cztery! maszerują wyższe sfery u Maleńczuka.
Również pod to podchodzi pytanie ILE? które doskonale łączy się z pkt. 3(czas):
Ile mam jeszcze czekać..?
Nie licząc godzin i lat...
7. Wypełniacze:
To nic,
niczego nie rozumiesz oh yeaaa...
bejbe..yeeeaaah w tym akurat celują Wilki z "Moja Babe"
nigdy nie..(zrozumiesz/zapomnę).
Już dawno...
Kiedyś...(czas i wypełniacz)
Każdego dnia (czas i wypełniacz)
8. Piosenki negacyjne, których cały pomysł polega na tym, że wokalista gra na stereotypach lub też definitywnie czegoś NIE robi.
Nie nie nie...
Chłopaki nie płaczą
nie ma nikt, takiej nadziei jak ja..
Nie, nie, nie, mówię nie gdy myślę nie!
Idealne słowa do popowego "mastersongu"?
Mniej więcej tak:
Powiedz (rozkaz) dlaczego (poszukiwanie odpowiedzi) mnie nie (negacja) kochałeś (miłość)?
To nic (wypełniacz) że czekam (czas...) już tysiąc lat (liczba) patafianie!(określenie adresata) Ooooch yeah!!
Bardzo natomiast lubię piosenki, opowiadające historię. Nie mam wtedy wrażenia,że to lanie wody.
A zakończę piosenką, która spełnia powyższe, jednak to, jak jest napisana i zaśpiewana nie sprawia wrażenia tworzenia "na siłę".
Mówię to ja, która jest prze zachwycona piątkowym koncertem Julii i Marcella oraz Co-Sovel. ot co!
Za to przez weekend miałam okazję jeździć w nocy autem. W nocy, kiedy głownie puszczana jest polska muzyka, niekiedy dobra, niekiedy błagająca o pomstę. Ale chodzi żeby wypełnić misję POLSKIEJ stacji radiowej czyli pewne przydziały (wydaje mi się że 33%)muzyki.
Nie ma informacji czy dobrej.
Ponieważ dane mi było przeskakując audycje i jadąc kulturalnie nocą przez Warszawę podsumować statystyki. Poniżej je przedstawiam. Rozwlekle. Prześmiewczo.
1. Mnóstwo jest piosenek o miłości, słów: kocham, kochasz, nie kochasz, miłość, nienawiść. Ale co się dziwić. Ulubione zdanie "już nie kochasz mnie" interpretacja dowolna.Kochaj mnie kochanie moje..
Piosenki przykładowe:
Już nie kochasz mnie - Łzy,
Nie kłam że kochasz mnie - E. Flinta Ł. Zagrobelny
Już nie kochasz mnie jak dawniej - Czerwone Gitary
Da-da-da - Formacja nieżywych Schabuff
2. Potem pada pytanie: DLACZEGO!? (przykład angielski Whyyyyy-yyy-yyy-yyyy - Annie Lennox)
Dlaczego ja, dlaczego nie kochasz mnie, dlaczego dlaczegooo...
Dlaczego - Boys
Dlaczego - Zabili mi żółwia
plus milion pytań egzystencjalnych...
Dlaczego ja? - Strachy na lachy
lub mniej egzystencjalne:
Dlaczego niedźwiedź w zimie śpi - Alibabki
3. O dziwo najczęściej w rodzimych piosenkach pada pytanie o CZAS? Kiedy ? Czekam cały czas? Muzyka polska to jedna wielka poczekalnia.
Czekają na siebie, wokalist(k)a czeka na nieokreślonego "ciebie"(większość), czeka na wspomnianą miłość (G. Łobaszewska), Czekają na wyjaśnienia, czekają a on(a) nigdy nie wróci. Ciągle czekają (De-mono)
Jest ciemno i jest im wszystko jedno ale mają nadzieje... Czekają na dni których nie znają.
Czas płynie, czas nas uczy pogody, a zakochani czekają na maj.
4. Kolejną rzeczą klującą w oczy jest tryb rozkazujący. Nazywam to piosenkami motywująco-irytującymi:
Wstań i walcz!
Powiedz, nie jesteś sam!
Idź i nie wracaj!
Spadaj!
Zaufaj! Zobacz, na co cię stać!
i oczywiście:
Sto lat sto lat niech żyje żyje naaaam! NIEEECH ŻY-JE NAAAM!
5. Przebogato wypadają też piosenki identyfikujące. Idealne pod identyfikacje grupy docelowej jak i osoby która jest adresatem danej piosenki
Jesteś zerem białym żołnierzem,
Ale jestem!
Jestem bogiem wyobraź to sobie(4)
Jesteś szalona mówię ci,
My Słowianie...
Jestem jaki jestem,
Jestem kobietą,
Ty draniu!
Już tylko Kiler..
6. Od zera do milionera - piosenki liczbowe, zarówno w trybie oznaczania kogoś jako nic nie znaczącej jednostki albo wręcz przeciwnie, również wyliczanki:
Jesteś zerem (podchodzi pod piosenkę identyfikującą) śpiewała Beata Kozidrak z Bajmem
Mniej niż zero
Sto lat (ponownie)
Miliony monet u Mroza
Raz! dwa! trzy! cztery! maszerują wyższe sfery u Maleńczuka.
Również pod to podchodzi pytanie ILE? które doskonale łączy się z pkt. 3(czas):
Ile mam jeszcze czekać..?
Nie licząc godzin i lat...
7. Wypełniacze:
To nic,
niczego nie rozumiesz oh yeaaa...
bejbe..yeeeaaah w tym akurat celują Wilki z "Moja Babe"
nigdy nie..(zrozumiesz/zapomnę).
Już dawno...
Kiedyś...(czas i wypełniacz)
Każdego dnia (czas i wypełniacz)
8. Piosenki negacyjne, których cały pomysł polega na tym, że wokalista gra na stereotypach lub też definitywnie czegoś NIE robi.
Nie nie nie...
Chłopaki nie płaczą
nie ma nikt, takiej nadziei jak ja..
Nie, nie, nie, mówię nie gdy myślę nie!
Idealne słowa do popowego "mastersongu"?
Mniej więcej tak:
Powiedz (rozkaz) dlaczego (poszukiwanie odpowiedzi) mnie nie (negacja) kochałeś (miłość)?
To nic (wypełniacz) że czekam (czas...) już tysiąc lat (liczba) patafianie!(określenie adresata) Ooooch yeah!!
Bardzo natomiast lubię piosenki, opowiadające historię. Nie mam wtedy wrażenia,że to lanie wody.
A zakończę piosenką, która spełnia powyższe, jednak to, jak jest napisana i zaśpiewana nie sprawia wrażenia tworzenia "na siłę".
wtorek, 19 sierpnia 2014
Moim życiem, także muzycznym rządzi przypadek.
Wchodzę w melancholijne, hipnotyzujące dźwięki.
Ile można słuchać Teardrop, ile można powtarzać ulubione piosenki?
Nadchodzi ten moment, kiedy muzyka w radiu drażni, jakąkolwiek stację się nie włączy słyszało się każdy utwór miliony razy (o ile nadawał się do słuchania). Prezencje drażnią.
Nadchodzi ten moment, kiedy muzyka w radiu drażni, jakąkolwiek stację się nie włączy słyszało się każdy utwór miliony razy (o ile nadawał się do słuchania). Prezencje drażnią.
Więc bawię się myszką i skaczę na YT niczym pilotem z utworu na utwór, z filmu na pokrewny.
i znajduje.. pokłady dobrej muzyki....
W rejony pełne szklanych zwierząt przyciągnęła mnie najpierw muzyka, a później plastelinowe teledyski pełne kolorów. O takich:
Glass Animals to zespół grający też indie rock (ciekawe... raczej bym tego tak nie zakwalifikowała, miałam skojarzenia z Massive Attack prędzej) z Oxfordu. Pod ich projektem podpisuje się współpracujący dotychczas między innymi z Adele, FATM, Plan B - Paul Epworth.
W skład grupy wchodzą; Dave Bayley, Drew MacFarlane Edmund Irwin-Singer i Joe Seaward którzy znają się od dzieciństwa/ Współprace muzyczną rozpoczęli w 2010 r. co zakończyło się stworzeniem EP "Leaflings EP"
Co mi niesamowicie podchodzi to część rytmiczna, nie jest to nierówna, rozbudowana perkusja a jakby grane na pojedynczym bębnie dźwięki uzupełniane o inne elementy perkusyjne (co słychać w Pools). Rowneiz nie stronią od wręcz standardowej elektroniki. Czysty Independent Rock? Nie sądzę, za mało rocka...
Chętnie pobujałabym się do tej muzyki na imprezie.
W lutym 2014 roku grupa wydała płytę ZABA (żaba?hihihi)
A to dwa utwory(oczywiście, że jeden jest animowany- plastelinowy)
pierwszy brzmi jak połączenie rytmu Teardrop z Kristenem Linderem.
A drugi...
to taka mała zapowiedź, czego można spodziewać się na koncercie w Warszawie :)
W POLSCE GRAJĄ W LISTOPADZIE (BASEN dnia 20.11.2014)
Ps. dzisiaj Gerard Way wrzucił na swój YT singiel.... podpisuję się rękami i nogami pod jednym z postów który brzmi: "Back to MCR!".
Dodatkowo: jest tak przesterowany w tej piosence (No Shows) że juz na 100% wiadomo, że jednak facet śpiewać nie umie. Szkoda.
sobota, 9 sierpnia 2014
Hopium - zostałam zaczarowana
KIM ONI SĄ?
Wiem tylko, że w piosence Dreamer głosu użycza Phoebe Liu która opuściła (niestety) Snakadaktal.
Wiem tylko, że nagrywali w Melbourne...
Wiem, że są z Australii.
Wiem, że ich kip do "CUT" stworzył Yoav Lester, Chris Mitchell i Floating World Films, Ribal &Gil
wiem, że żeby dostać się na ich stronę internetową trzeba wpisać w wyszukiwarkę http://hopium.voyage/
Jest to duet grający muzykę elektroniczną,
Ale kim są Muzycy?
bo George Sand i Acton Bell brzmi to jak jedynie pseudonimy.
Grali na pewno w jakiś innych grupach muzycznych.
Czekam z niecierpliwością na rozwój.
i zbieram do kupy wrażenia z ubiegłotygodniowego Offa.
Wygrał z Openerem? Podejrzewam, że tak.
ale zrobię kompilację moich trzech festiwali: Offa Openera i Orendźa.
O.o.o?
Tymczasem muzyka! Jedyne, do tej pory, ale już dwa kawałki Hopium
wtorek, 29 lipca 2014
Jazz: Muzyka chłodząca
Kontynuujemy temat upałów.
Jaka muzyka najlepiej sprawdza się w te upalne dni, kiedy nie możemy słuchać jedynie szumu liści, śpiewu ptaków, pokrzykiwań mew czy szumu fal?
Ukochana!
Słowo - wytrych, to rozwińmy.
Podczas upałów dobrze sprawdzają się piosenki o stałej linii melodycznej, z równym rytmem.
Powinny być spokojne nie zawierać dźwięków drażniących. Prawie jak muzyka marketingowa.
Dźwięki te powinny działać na nas jak przysłowiowy "miód na uszy".
Warto sięgać po muzykę ze strefy zwrotnikowej. Ze swojej strony niesamowicie polecam muzykę Kubańską a także jazz nowoorleański.
Pierwsza łagodzi bo któż nie zna Buena Vista Social Club a druga? Druga w tym upalnym lenistwie tworzy chęć ruchu (z naciskiem na "jak dobrze, że mogę ruszyć jedynie nóżką!). Strasznie żałuję, że tego typu styl nie króluje już na dancingach.
Każdy kto wytrzymał to do końca ruszał to nóżką to w którymś momencie rwał się aż do podrygiwania. a tu tym razem wersja wokalna
Także moje plany na wieczór? jeszcze odrobina nowoorleańskiego Jazzu brzmiącego tak jak brzmiał kilkadziesiąt lat temu i tak, jak brzmieć będzie pewnie przez następne dużo lat...
Całkowite Vintage
Zostawiam was więc z kobietami o potężnych głosach, prawdziwymi muzykami i brakiem całkowitym brakiem sampli i elektroniki. Jak na załączonym obrazku
Jaka muzyka najlepiej sprawdza się w te upalne dni, kiedy nie możemy słuchać jedynie szumu liści, śpiewu ptaków, pokrzykiwań mew czy szumu fal?
Ukochana!
Słowo - wytrych, to rozwińmy.
Podczas upałów dobrze sprawdzają się piosenki o stałej linii melodycznej, z równym rytmem.
Powinny być spokojne nie zawierać dźwięków drażniących. Prawie jak muzyka marketingowa.
Dźwięki te powinny działać na nas jak przysłowiowy "miód na uszy".
Warto sięgać po muzykę ze strefy zwrotnikowej. Ze swojej strony niesamowicie polecam muzykę Kubańską a także jazz nowoorleański.
Pierwsza łagodzi bo któż nie zna Buena Vista Social Club a druga? Druga w tym upalnym lenistwie tworzy chęć ruchu (z naciskiem na "jak dobrze, że mogę ruszyć jedynie nóżką!). Strasznie żałuję, że tego typu styl nie króluje już na dancingach.
Każdy kto wytrzymał to do końca ruszał to nóżką to w którymś momencie rwał się aż do podrygiwania. a tu tym razem wersja wokalna
Zauważcie ten power!!!
Drugą grupą, obok powyższej Tuba Skinny jest
Meschiya Lake & the Little Big Horns
wytatuowana pin-up girl śpiewa bardzo mocnym głosem piosenki jazzowe... Rozleniwiają.
Także moje plany na wieczór? jeszcze odrobina nowoorleańskiego Jazzu brzmiącego tak jak brzmiał kilkadziesiąt lat temu i tak, jak brzmieć będzie pewnie przez następne dużo lat...
Całkowite Vintage
Zostawiam was więc z kobietami o potężnych głosach, prawdziwymi muzykami i brakiem całkowitym brakiem sampli i elektroniki. Jak na załączonym obrazku
środa, 9 lipca 2014
Festiwalowiczankóweczka
![]() |
| Zielona trawa przed festiwalem...już nie długo |
I tyle słów.
Tyle muzyki odkrytej i potwierdzonej wielkości.
Jako moja 6 edycja Opener nie powalał już ani rozmachem, ani organizacja, być może się przyzwyczaiłam do tego co dobre.
Po poznaniu pełnego line-up nie słuchałam już żadnego z zespołów będących na Openerze, z czystą premedytacją, żeby się nie znudzić, nie rozczarować, że nie graja jak na płycie czy żeby w końcu odkryć organoleptyczne (w tym przypadku uchem) czy naprawdę warto ?
Ponieważ minusów jest niewiele, zacznę od nich:
1. Największy zawód:
- kiedy okazało się że Lykke Li naprawdę jest smutnym człowiekiem i nie warto bylo jej dawać na scenę główną. Od tego momentu przestaję jej słuchać, nie warto. Utwierdziłam się również z Interpolem, że nadal grają na jedno kopyto. Piewsza wypadła z moich playlist drudzy nadal na nie nie wrócą.
2. Nagłośnienie na The Horrors
- nie sądziłam, że dadzą de z takim koncertem, muzyka była bardzo dobra ale prawie nie było słychać wokalisty zza ściany gitar. Charakterystyczny niski głos Farisa Badwana nie został przez to dobrze wyeksponowany. Ma on ciepły wokal - gdzie on utonął?
3. Ludzie
- litości...dwie naparzające się kobiety daleko od sceny bo jedna drugą szturchnęła? hahahaha, agresja jest większa na festiwalach u dziewczyn niż u chłopaków. Socjologicznie nie mam pojęcia czym jest to podyktowane.
PLUSY (najcudowniejsze, resztę zachowam dla siebie) :
1. Pogoda - mimo początkowych dziwactw była jedną z najlepszych jakie udało się uświadczyć, żadnych ostrzeżeń o gradobiciach, żadnych totalnych oberwań chmur. Moje gumiaczki nadal kwitną w samochodzie.
2. Odkrycia muzyczne:
- gdybym odsłuchiwała Jagwar Ma przed festiwalem, nie poszłabym na koncert. Ujęli mnie energią, radością z muzyki i ogólnym świetnym brzmieniem. A także tym. jak bardzo porwali ludzi do skoków. Nie wiem czy jeszcze oprócz tego koncertu zdarzyło się tupanie parkiet żeby wrócili i śpiewanie piosenek żeby wrócili.
Nie wrócili, ale patrząc na ich reakcje - wrócą na ban już na inny koncert.
- Daughter - ponieważ leciałam na Bastille nie byłam na całym koncercie (kwestia wyboru jest dramatem na festiwalach) ujęli mnie lekkością śpiewu, doskonałymi kompozycjami i lekkością.
- Foals - jeden właściwie z najlepszych koncertów na Opener Stage - szkoda tylko że w pełnym słońcu
- Rudimental - muszę powiedzieć, że jak oni rozbujali tą zastaną zmęczoną publikę o tej 1 w nocy, i ja mimo całkowitego zmęczenia materiału byłam w stanie jeszcze pobiegać, poskakać pokrzyczeć yeeeah!
- Bastille - energia, dziki tłum "słuchających eski" jednodniowych festiwalowiczów nie przeszkodził mi, chociaż miałam wrażenie że bawię się najlepiej w okolicy,
- Haim - od ich koncertu żałuje, że nie przywiązałam się do gitary na stałe (tak, zawsze mogę to nadrobić), i że efekt cheerlederki działa. Bardzo podoba mi się głos wokalistki prowadzącej i czuć mnóstwo inspiracji latami 80-tymi.
O dziwo nie zauważyłam żadnych lanserów, albo tez chodziłam innymi ścieżkami niż oni.
Jak dobrze...
Odchorowuję zatem swoje, i pozostawiam się z wrażeniami muzycznymi, nauką na przyszłość i muzyką, która łączy.
![]() |
| zółta trawa..odrośnie :) |
poniedziałek, 2 czerwca 2014
Sam Brookes - dla uspokojenia umysłu
i trafiłam tutaj, na całkowicie świeży remix od Phaeleh piosenki Numb - Sam Brookes
I to był strzał w dziesiątkę, odgonił moje zmęczenie.
Ale nie byłabym sobą, nie sprawdzając oryginału, i to było jeszcze lepsze ! Ponad pięciominutowy teledysk w brunatnych jasnych kolorach, oszczędny w formie, delikatny i odrobinę samotny, plus miękki uspokajający przenikający się z dźwiękami gitary, głos wokalisty.
Niesamowicie czysty głos z lekkimi zagraniami jak to nazywam "osobistych chórków".
Mogłabym oglądać bez końca.
Sam Brookes tworzy i mieszka obecnie w Londynie Wśród swoich inspiracji wymieni\a: Joni Mitchell , szkocki muzyk folkowy Bert Jansch, gitarzysta Davy Graham, a także Joni Mitchell. Ich wpływy przebrzmiewają w lekkim folkowym, surowym brzmieniu gitary, jednak Sam nie ogranicza się do folku (brał udział w nagrywaniu singla Basement Jaxx)
Koncertuje - a jakże! chociaż spodziewam się, że obecna jego muzyka (płyta Kairos wyszła w marcu tego roku) pozwoli mu wybić się poza Wyspy Brytyjskie. Faktycznie starsze kawałki ( np. In Weeks czy Breath me In ) brzmią dla mnie zbyt "country" jednak nadal są przyjemne dla ucha i kwalifikuje je do playlisty "autostradowej" do słuchania w aucie i przyciskania pedału gazu.
Obecny album jest drugi w jego karierze i mam wrażenie, że lepiej wykorzystuje swoje możliwości wokalne.
Ach! i właśnie to znalazłam, skojarzyło mi się, że jego głos ma podobną barwę (sic!) do wokalistki z London Grammar i bardzo proszę, świeżutkie bo z wczoraj: Bardzo ciekawe podejście do utworu jednego z moich ostatnio ulubionych zespołów.
Ciekawe czy doczekam się jego koncertu u nas czy będę musiała frunąć do Londynu? Niesamowicie przyciąga mnie barwą głosu . Słucham do snu.
Źródłą:
zdjęcie z oficjalnej strony Sam Brookes
Youtube
niedziela, 11 maja 2014
Dawno dawno temu, w odległej galaktyce...
....działy się dziwne rzeczy
W stacjach muzycznych grała muzyka, w dziecięcych leciały seriale familijne i bajki, były bloki dla dzieci młodszych starszych i dorosłych. Były programy podróżnicze i czytała Krystyna Czubówna.
W sporcie pokazywano piłkę nożną i ogólnie człowiek się cieszył i dziwił jak było coś innego...
Dużo było o Papieżu, dużo o polityce i aferach.
Kręcono komedie zwane później "kultowymi" których jako dziecko nie mogłam oglądać ale i tak każdy jakimś cudem w końcu trafiał na film...
W takich to czasach ktoś mądry wymyślił, aby wszelkie gatunki, podgatunki wsadzić do jednego cyklu.
Unplugged - bez wtyczki (bez prądu) - idea prosta: muzycy grali przy akompaniamencie wyłącznie na instrumentach nie wymagających podłączania do prądu.
Nastrojowe oświetlenie i bardzo "klubowo- intymny" klimat dawały niesamowite efekty.
Sama koncepcja jest dosłownie "tak stara jak Elvis i Beatles" : Grywali oni w studio rejestrowane koncerty przy dokładnie takim akompaniamencie (plus wrzaski rozhisteryzowanych fanek). Pod koniec lat 70 i w latach 80 nagrany został w formie filmów pełnometrażowych projekt brytyjskiej Amnesty International "The Secret Policeman's Ball" z 1979 r. oraz jego następne wersje np. "The Secret Policeman's Other Ball" z 1982 r.
Występowali w nim muzycy, grając właśnie w stylu unplugged . Byli to między innymi: Sting, Phill Collins, Bob Gedolf i Bono. Wystąpili w pierwszej części TSPB którą wyreżyserował jeden z Monthy Pythonów John Cleese.
W kolejnych wersjach zagrali, oprócz wyżej wymienionych, również z bardziej nam znanych: Eric Clapton, Rowan Atkinson, Pete Townshend (z The Who), Donovan, i inni twórcy Monthy Python.
Znalazłam też wersję Amerykańską link Tu.
(Filmy te odkryłam szukając materiałów do tego tematu i muszę zobaczyć, dlatego na ich temat jeszcze się nie wypowiem, chociaż to co przeczytałam zwiastuje coś naprawdę dobrego)
Pierwszym występem zarejestrowanym 31 października 1989 r. był występ brytyjskiej grupy pop Squeeze.
A potem pomysł chwycił jeszcze bardziej, występowały zarówno grupy brytyjskie jak i amerykańskie.
Idea pozostała ta sama, jednak wprowadzane były urozmaicenia takie jak zapraszanie gości czy też granie coverów innych artystów (co bardzo ładnie zostało połączone w Angeleine przy Hey Unplugged z gościnnym "głosem" Agnieszki Chylińskiej).
Nagrania były ważne były też pod innym względem:
W przypadku koncertu Nirvany w listopadzie 1993 r był to ich ostatni zarejestrowany występ przed tragiczną śmiercią Kurta Cobaina. Pierwszy raz też tam został wykonany cover, w tym przypadku Davida Bowiego "The Man who Sold the World"
Podobnie było, gdy Layne Staley zagrał z Alice In Chains swój ostatni wspólny koncert - właśnie przy Unplugged. Muzyk uzależniony wtedy już poważnie od narkotyków dał niesamowicie przejmujący występ a ta wersja Nutshell zawsze doprowadza mnie do odrętwienia i wytrąca z równowagi gdziekolwiek bym nie była. Jest to równocześnie moje najbardziej ukochane, zakatowane DVD ever.
Ach no i Pearl Jam, przecudownie przecudowne też jedno z moich ulubionych.
Na początku było to typowo gitarowe granie ( w końcu powstało równolegle z Grunge), jednak w późniejszym okresie do grona Unplugged dołączyli Shakira, Jay-Z i inni artyści. Nie można było tylko skupiać się na anglojęzycznych wykonawcach i lista zaczęła się poszerzać również o inne nacje.
Pierwszy koncert w Polsce, który odbył się pod szyldem MTV Unplugged, nagrała Kayah (był to pierwszy tego typu projekt w Europie Środkowo-Wschodniej) - był to 26 listopada 2006 r. Album został wydany jako pierszy pod szyldem Kayaxu
Kolejne koncerty polskich wykonawców:
- już wcześniej wspomniany Hey (wrzesień 2007)
- Wilki w lutym roku 2009 z gościnnym udziałem Kasi Kowalskiej,
- Kult również we wrześniu roku 2010
Obecnie nie mogę znaleźć, czy szykowane jest kolejne nagranie z tej serii, czy może pomysł u nas padł, a może MTV nie wie kogo zaprosić? Szkoda że już nie stare Myslovitz... szkoda...
Ostatnie nagranie w serii MTV to Miley Cyrus, pominę milczeniem.
Wcześniej w 2013 jedno: Scorpions - ok, jest lepiej.
ale na dobranoc polecam Florence and The Machine i jej akustyczne wersje piosenek.
Piszę przy świecach żeby stworzyć sobie klimat. już po odsłuchaniu Koncertów:\
Pearl Jam
Annie Lennox
Alice in Chains
Lykke Li
a teraz Flo
Źródła:
Wiki
Consequence of sound
History.com
W stacjach muzycznych grała muzyka, w dziecięcych leciały seriale familijne i bajki, były bloki dla dzieci młodszych starszych i dorosłych. Były programy podróżnicze i czytała Krystyna Czubówna.
W sporcie pokazywano piłkę nożną i ogólnie człowiek się cieszył i dziwił jak było coś innego...
Dużo było o Papieżu, dużo o polityce i aferach.
Kręcono komedie zwane później "kultowymi" których jako dziecko nie mogłam oglądać ale i tak każdy jakimś cudem w końcu trafiał na film...
W takich to czasach ktoś mądry wymyślił, aby wszelkie gatunki, podgatunki wsadzić do jednego cyklu.
Unplugged - bez wtyczki (bez prądu) - idea prosta: muzycy grali przy akompaniamencie wyłącznie na instrumentach nie wymagających podłączania do prądu.
Nastrojowe oświetlenie i bardzo "klubowo- intymny" klimat dawały niesamowite efekty.
Sama koncepcja jest dosłownie "tak stara jak Elvis i Beatles" : Grywali oni w studio rejestrowane koncerty przy dokładnie takim akompaniamencie (plus wrzaski rozhisteryzowanych fanek). Pod koniec lat 70 i w latach 80 nagrany został w formie filmów pełnometrażowych projekt brytyjskiej Amnesty International "The Secret Policeman's Ball" z 1979 r. oraz jego następne wersje np. "The Secret Policeman's Other Ball" z 1982 r.
Występowali w nim muzycy, grając właśnie w stylu unplugged . Byli to między innymi: Sting, Phill Collins, Bob Gedolf i Bono. Wystąpili w pierwszej części TSPB którą wyreżyserował jeden z Monthy Pythonów John Cleese.
W kolejnych wersjach zagrali, oprócz wyżej wymienionych, również z bardziej nam znanych: Eric Clapton, Rowan Atkinson, Pete Townshend (z The Who), Donovan, i inni twórcy Monthy Python.
Znalazłam też wersję Amerykańską link Tu.
(Filmy te odkryłam szukając materiałów do tego tematu i muszę zobaczyć, dlatego na ich temat jeszcze się nie wypowiem, chociaż to co przeczytałam zwiastuje coś naprawdę dobrego)
Pierwszym występem zarejestrowanym 31 października 1989 r. był występ brytyjskiej grupy pop Squeeze.
Idea pozostała ta sama, jednak wprowadzane były urozmaicenia takie jak zapraszanie gości czy też granie coverów innych artystów (co bardzo ładnie zostało połączone w Angeleine przy Hey Unplugged z gościnnym "głosem" Agnieszki Chylińskiej).
Nagrania były ważne były też pod innym względem:
W przypadku koncertu Nirvany w listopadzie 1993 r był to ich ostatni zarejestrowany występ przed tragiczną śmiercią Kurta Cobaina. Pierwszy raz też tam został wykonany cover, w tym przypadku Davida Bowiego "The Man who Sold the World"
Podobnie było, gdy Layne Staley zagrał z Alice In Chains swój ostatni wspólny koncert - właśnie przy Unplugged. Muzyk uzależniony wtedy już poważnie od narkotyków dał niesamowicie przejmujący występ a ta wersja Nutshell zawsze doprowadza mnie do odrętwienia i wytrąca z równowagi gdziekolwiek bym nie była. Jest to równocześnie moje najbardziej ukochane, zakatowane DVD ever.
Ach no i Pearl Jam, przecudownie przecudowne też jedno z moich ulubionych.
Na początku było to typowo gitarowe granie ( w końcu powstało równolegle z Grunge), jednak w późniejszym okresie do grona Unplugged dołączyli Shakira, Jay-Z i inni artyści. Nie można było tylko skupiać się na anglojęzycznych wykonawcach i lista zaczęła się poszerzać również o inne nacje.
Pierwszy koncert w Polsce, który odbył się pod szyldem MTV Unplugged, nagrała Kayah (był to pierwszy tego typu projekt w Europie Środkowo-Wschodniej) - był to 26 listopada 2006 r. Album został wydany jako pierszy pod szyldem Kayaxu
Kolejne koncerty polskich wykonawców:
- już wcześniej wspomniany Hey (wrzesień 2007)
- Wilki w lutym roku 2009 z gościnnym udziałem Kasi Kowalskiej,
- Kult również we wrześniu roku 2010
Obecnie nie mogę znaleźć, czy szykowane jest kolejne nagranie z tej serii, czy może pomysł u nas padł, a może MTV nie wie kogo zaprosić? Szkoda że już nie stare Myslovitz... szkoda...
Ostatnie nagranie w serii MTV to Miley Cyrus, pominę milczeniem.
Wcześniej w 2013 jedno: Scorpions - ok, jest lepiej.
ale na dobranoc polecam Florence and The Machine i jej akustyczne wersje piosenek.
Piszę przy świecach żeby stworzyć sobie klimat. już po odsłuchaniu Koncertów:\
Pearl Jam
Annie Lennox
Alice in Chains
Lykke Li
a teraz Flo
Źródła:
Wiki
Consequence of sound
History.com
wtorek, 8 kwietnia 2014
Gem Club - Incredibly Sadness
Nieznane są ścieżki poznawania, po cudownym koncercie Ólafura Arnaldsa trafiła mi się całkiem przypadkiem muzyka w iście skandynawsko- islandzkim klimacie.
![]() |
| okładka In Roses |
Mroźne dźwięki, ciężki, wręcz żałobny fortepian, brak lub bardzo niewiele sekcji rytmicznej powtarzająca się linia wiolonczeli i przejmujący głos. Do tej pory powstały dwie płyty w podobnym, depresyjnym i nieszczęśliwym klimacie.
Tym poszczycić może się amerykański zespół Gem Club w składzie: Christopher Barnes (wokal, pianino/keyboard) , Kristen Drymala (wiolonczela), Ieva Berberian (drugi wokal na drugiej płycie). Historia zespołu zaczęła się od solowego projektu pianisty Christophera Barnesa który napotkał na swojej drodze Kristen Drymala. Rozpoczęli bardzo owocną współpracę zwieńczoną pierwsza płytą Breakers z 2011 r.
Utwór tytułowy nieco przypomina mi wcześniejsze dokonania M83, być może przez spokojny głos wokalisty. Jednak bardziej przypadł mi do gustu Animals.
Im dłużej się słucha tej muzyki tym przestrzeń jest ciaśniejsza, mroczniejsza a jednocześnie pełna tęsknoty i ciepła aż do utraty tchu.
Dźwięki są niesamowicie uspokajające ale nie w ten dobry sposób, powodują zaszywanie się we własnej głowie, wypełnianie jej po brzegi czarnością. Jak dobrze, że nie ma jesieni....
Druga płyta In Roses pachnie jeszcze nowością, bo została wydana już w lutym tego roku. I z tego krążka pochodzą pierwsze stworzone przez nich dźwięki, które dotarły do moich uszu:
Właściwie po usłyszeniu - Polly z nie wiedziałam co mnie bardziej przeszyło: przejmujące teledysk czy muzyka? Widea ocierają się o turpizm i nie pokazują idealnych ludzi. Porównałam to również 252 i Twins.
A tekst tej piosenki mnie zmiażdżył...
Just your touch could cure my lonesome blood.
You let go of everything you had.
And everything got left here,
Waiting for what comes next.
The state of things is tied to me.
Cudowne odkrycie!
Źródła/dodatkowe informacje:
wtorek, 25 marca 2014
John And The Volta -Muzyka po francusku
Przez przypadek, szukając nowej muzyki trafiłam na grupe John And The Volta.
W szufladce brzmieniowej jest gdzieś pomiędzy Jonsi a M83, słyszę też wpływy Radiohead Air a także pewne podobieństwo do Kwoon i Stateless.Być może przez melancholie z utworu Ghosts a może też elektroniczną ścianę dźwięków w Paralized. Sami jako swoj
Jest to bardzo młody zespół z Francji obecnie działający w Belgii (powiązanie z francuskim M83 jak najbardziej) który wydał w 2013 roku swoją debiutancką EP i jak na razie nie grał poza granicami swojego kraju.
Całe wydawnictwo składa się z 10 utworów: czterech oryginalnych kompozycji oraz sześciu remiksów.
Do przesłuchania są też na ich stronie.
Pewna eteryczność muzyki i wyraźne brzmienie syntezatorów stawiają ich jako najprawdopodobniej dobrych kontynuatorów francuskiej elektroniki. Sama epka jednak nie wskazuje na konkretny kierunek, w który mają zamiar iść. Jest bardziej rockowy kawałek Lover's Eyes brzmiący z początku nieco przewidująco natomiast zyskuje na oryginalności podczas słuchania przy "przestrzennych" wstawkach zaskakujących i nie dających zapakować utworu i wrzucić go do "fajne ale nudne" nic z tego.
Często uważane za mezalians muzyczny surowe brzmienie gitar z lekkim przesterem plus hałas elektroniczny tworzą ciekawą kompozycję.
Z tego co dobrze dogrzebałam się w internecie longplay będzie w 2014 roku!
Lista utworów z EP:
1. Paralized
2. Lover's Eyes
3. Empirical SYnth
4. Ghosts
5. Paralized (Laikó Rework)
6. Paralized (Hotel International remix)
7. Lover's eyes (Cargo remix)
8. Ghosts (Dorian and the Dawnrider)
9. Paralized (Piano Club remix)
10. Paralized (Sovnger remix)
do odsłuchania płyta jest na oficjalnej stronie zespołu Johnandthevolta
To muzyczne odkrycie zaczęło się od niepozornie wyglądającego kawałka Paralized.
Czas podreperować francuski, bo bez tego kraj Moliera i Joanny D'Arc to muzyczna terra incognita.
a tak sprawują się koncertowo :
źródła:
Johnandthevolta - strona oficjalna(grafika)
Pandoramusicagency
YT
sobota, 14 grudnia 2013
Kilka dni temu znalazłam moją urodzinową płytę.
Cel był taki(miałam gdzieś 16 też i 18..) : znaleźć piosenki najważniejsze na ten dany moment w moim życiu.
i za każdym razem więcej.
Poniżej lista, z adnotacjami:
1. Alice in Chains - Man in the Box- tej grupy zaczęłam słuchać z całą premedytacją - nie chciałam mieć takiej samej playlisty jak moja siostra :) wystarczyło, że przejęłam od niej Myslovitz. Spodobał mi się bardzo, a zwłaszcza płyta MTV Unplugged której kupiłam sobie DVD (ale już około 18-tki). Man in the box - bo była w moim dramatycznie smutnym klimacie
2. Evanescence - My Immortal - mieli wtedy jeden hit, "Bring Me To life' i strasznie mi się podobało połączenie głosu Amy Lee z dźwiękami fortepianu które przechodziły w regularną gitaroszarpaninę. I zawsze chciałam tak wyglądać
3. Radiohead - Street Spirit - nie przepadałam wtedy za Radiohead, ta piosenka, obok Creep i przejmującego teledysku There There trafiała do mojego nastoletniego serca.
4. Coldplay - Clocks - uwielbiałam tą nakładkę winampa (RiP [']) z ich płyty A Rush of blood to the head, sama muzyka urzekła mnie melancholią a Clocks... cóż, było moje ukochane pianino, a potem ta piosenka stałą się tłem do jednej z ładniejszych ekranizacji Piotrusia Pana
5. Placebo - Running Up That Hill - to jest dopiero, Kate Bush nie słuchałam wówczas, Placebo zaczęłam słuchać, gdy w Minimaxie p. Piotra Kaczkowskiego usłyszałam Sleeping with ghosts, przegrzebałam wtedy jeszcze nie tak bogate zasoby internetowe i znalazłam. Potem znalazłam płytę, a potem usłyszałam jakimś przypadkiem w internetach tą piosenkę. I do dziś jest jednym z najlepszych coverów
6. jeszcze nie zidentyfikowałam ale jakiś hardcore metal...lubiłam takie klimaty
7. Moby - Flower - lekka, w formie przyśpiewki, z klaskaniem, z pianinem (ach) no i dość monotonna.... ale jaka przyjemna, tym bardziej, że kilka lat później skakałam do Lift me Up na Openerze;)
8. Creed - What is life for - kolejna dramatyczna ciężka piosenka...
9. Reamonn - nie pamiętam co to za piosenka, ale słuchałam wtedy Reamonn może dlatego, że dwie pozycje dalej Rea (czyli wokalista) zaśpiewał Set Me free co mi się strasznie podobało rytmicznie.
10. dziko nie mam pojęcia, gitarowe smuty...
11. Jam and Spoon - Set me free - tum tum tutu tum tum tutut utm tum... kojarzyła mi się z pierwszym dorosłym wyjazdem bez rodziców na Era Nowe Horyzonty do Cieszyna (2004). i kojarzyć mi się zawsze będzie z krótkim chociaż przyjemnym wyjazdem w tamte strony. Dobrze, że co roku wracam i na Nowe Horyzonty i do Cieszyna;)
12. Unkle - In a state - masakra! nie mam pojęcia gdzie ich wynalazłam, ale zafascynowali mnie! 1. intro z pianinem, później elektronika. A, i ich nazwę pisało się wówczas U.N.K.L.E. (z kropkami) i mieli świetną "maskotkę" i za tą maskotkę wciągnęłam się do ich świata... Pierwszy mój odkryty zespół elektroniczny, a płyta Never Never Land.. jedna z najlepszych na świecie.
13. Incubus - Megalomaniac - dobra, tu bardzo laickie podejście bo to jedyny wokalista którego w swoim czasie chciałam mieć na plakacie na ścianie. Był słitaśny. W końcu jednak udało mi się mieć tylko Slipknota. Bardzo oryginalne, chociaż nie słucham już ich późniejszych dokonań
14. White Stripes - Black Math - powód prosty- bo skład prosty. Dziewczyna introwertyczna na perkusji, chłopak ekstrawertyczny na gitarze i śpiewał. Uwielbiam ich za prostotę muzyczną, połączenie czerni-bieli-czerwieni i styl. Do dziś
15. Adioslave - Like a stone - Głos Chrisa Cornella jest hipnotyzujący.
16. SOAD - Toxicity - System of a Down a po drugie wszyscy dosłownie Katowali Chop Suey a ja już miałam dość tej piosenki. Toxicity było jednak w podobnym klimacie
17. Nine Inch Nails - Perfect Drug -Trent Reznor ma świetny głos, piosenka była bardzo nieprzewidywalna, a teledysk wampirzy i psychodeliczny ujął moje mroczne JA. Do dziś...
Czas by było stworzyć współczesną playliste.... dwudziestu kawałków najważniejszych dla mnie w danym momencie.
Zrobię...ciekawe co to będzie?
Większości tych utworów słucham nadal, zespoły rozwinęły się, zwinęły, zawiesiły, rozpadły.
Muzyka pozostała i jest kawałkiem mojego życia, wspomnienia. A taki soundtrack miałam jako siedemnastolatka. Właśnie wtedy zdecydowałam się, że dorosłość jest zła.
Jednak zmian dużo nadeszło, ale tym, jak bardzo nie chcąc się zmieniać lub działać dobrze, zmieniamy się i przeradzamy w zło (patrz Anakin Skywalker aka Lord Vader) opowiem kiedy indziej...
Cel był taki(miałam gdzieś 16 też i 18..) : znaleźć piosenki najważniejsze na ten dany moment w moim życiu.
i za każdym razem więcej.
Poniżej lista, z adnotacjami:
1. Alice in Chains - Man in the Box- tej grupy zaczęłam słuchać z całą premedytacją - nie chciałam mieć takiej samej playlisty jak moja siostra :) wystarczyło, że przejęłam od niej Myslovitz. Spodobał mi się bardzo, a zwłaszcza płyta MTV Unplugged której kupiłam sobie DVD (ale już około 18-tki). Man in the box - bo była w moim dramatycznie smutnym klimacie
2. Evanescence - My Immortal - mieli wtedy jeden hit, "Bring Me To life' i strasznie mi się podobało połączenie głosu Amy Lee z dźwiękami fortepianu które przechodziły w regularną gitaroszarpaninę. I zawsze chciałam tak wyglądać
3. Radiohead - Street Spirit - nie przepadałam wtedy za Radiohead, ta piosenka, obok Creep i przejmującego teledysku There There trafiała do mojego nastoletniego serca.
4. Coldplay - Clocks - uwielbiałam tą nakładkę winampa (RiP [']) z ich płyty A Rush of blood to the head, sama muzyka urzekła mnie melancholią a Clocks... cóż, było moje ukochane pianino, a potem ta piosenka stałą się tłem do jednej z ładniejszych ekranizacji Piotrusia Pana
5. Placebo - Running Up That Hill - to jest dopiero, Kate Bush nie słuchałam wówczas, Placebo zaczęłam słuchać, gdy w Minimaxie p. Piotra Kaczkowskiego usłyszałam Sleeping with ghosts, przegrzebałam wtedy jeszcze nie tak bogate zasoby internetowe i znalazłam. Potem znalazłam płytę, a potem usłyszałam jakimś przypadkiem w internetach tą piosenkę. I do dziś jest jednym z najlepszych coverów
6. jeszcze nie zidentyfikowałam ale jakiś hardcore metal...lubiłam takie klimaty
7. Moby - Flower - lekka, w formie przyśpiewki, z klaskaniem, z pianinem (ach) no i dość monotonna.... ale jaka przyjemna, tym bardziej, że kilka lat później skakałam do Lift me Up na Openerze;)
8. Creed - What is life for - kolejna dramatyczna ciężka piosenka...
9. Reamonn - nie pamiętam co to za piosenka, ale słuchałam wtedy Reamonn może dlatego, że dwie pozycje dalej Rea (czyli wokalista) zaśpiewał Set Me free co mi się strasznie podobało rytmicznie.
10. dziko nie mam pojęcia, gitarowe smuty...
11. Jam and Spoon - Set me free - tum tum tutu tum tum tutut utm tum... kojarzyła mi się z pierwszym dorosłym wyjazdem bez rodziców na Era Nowe Horyzonty do Cieszyna (2004). i kojarzyć mi się zawsze będzie z krótkim chociaż przyjemnym wyjazdem w tamte strony. Dobrze, że co roku wracam i na Nowe Horyzonty i do Cieszyna;)
12. Unkle - In a state - masakra! nie mam pojęcia gdzie ich wynalazłam, ale zafascynowali mnie! 1. intro z pianinem, później elektronika. A, i ich nazwę pisało się wówczas U.N.K.L.E. (z kropkami) i mieli świetną "maskotkę" i za tą maskotkę wciągnęłam się do ich świata... Pierwszy mój odkryty zespół elektroniczny, a płyta Never Never Land.. jedna z najlepszych na świecie.
13. Incubus - Megalomaniac - dobra, tu bardzo laickie podejście bo to jedyny wokalista którego w swoim czasie chciałam mieć na plakacie na ścianie. Był słitaśny. W końcu jednak udało mi się mieć tylko Slipknota. Bardzo oryginalne, chociaż nie słucham już ich późniejszych dokonań
14. White Stripes - Black Math - powód prosty- bo skład prosty. Dziewczyna introwertyczna na perkusji, chłopak ekstrawertyczny na gitarze i śpiewał. Uwielbiam ich za prostotę muzyczną, połączenie czerni-bieli-czerwieni i styl. Do dziś
15. Adioslave - Like a stone - Głos Chrisa Cornella jest hipnotyzujący.
16. SOAD - Toxicity - System of a Down a po drugie wszyscy dosłownie Katowali Chop Suey a ja już miałam dość tej piosenki. Toxicity było jednak w podobnym klimacie
17. Nine Inch Nails - Perfect Drug -Trent Reznor ma świetny głos, piosenka była bardzo nieprzewidywalna, a teledysk wampirzy i psychodeliczny ujął moje mroczne JA. Do dziś...
Czas by było stworzyć współczesną playliste.... dwudziestu kawałków najważniejszych dla mnie w danym momencie.
Zrobię...ciekawe co to będzie?
Większości tych utworów słucham nadal, zespoły rozwinęły się, zwinęły, zawiesiły, rozpadły.
Muzyka pozostała i jest kawałkiem mojego życia, wspomnienia. A taki soundtrack miałam jako siedemnastolatka. Właśnie wtedy zdecydowałam się, że dorosłość jest zła.
Jednak zmian dużo nadeszło, ale tym, jak bardzo nie chcąc się zmieniać lub działać dobrze, zmieniamy się i przeradzamy w zło (patrz Anakin Skywalker aka Lord Vader) opowiem kiedy indziej...
wtorek, 3 grudnia 2013
Jaymes Young
Jaymes Young - i pierwsza jego piosenka którą usłyszałam - Two More Minutes
Jaymes Young - amerykański muzyk, to co mnie zachwyciło to jego głos, nie pretensjonalny, o niecodziennej, specyficznej barwie W niektórych piosenkach niedaleko mu do barwy Michaela Buble.
Niewiele wiadomo o nim samym. Internet nie udostępnia jeszcze takich informacji.
Ten 21(22-23)* latek urodził się w Seattle obecnie mieszka w Los Angeles, Jego pierwszy album zostanie wydany w 2014 roku.
Obecnie dostępna jest jego EP Tutaj która wyszła na światło muzyczne w sierpniu tego roku.
W tym roku występował jako support na amerykańskiej trasie zespołu London Grammar (którzy grali w tym roku na koncercie na Tauron Nowa Muzyka)
Jaymes w swojej muzyce korzysta z dobrodziejstw muzyki elektronicznej, tworzenia przestrzennych dźwięków.
Tytułową piosenkę z EP Dark Star nagrał w swojej sypialni (a któż teraz nie ma sprzętu żeby tworzyć w domu? Tylko trzeba go umieć dobrze wykorzystać) podstawowymi narzędziami był więc w kolejności: gitara (na której gra od 10 lat) i komputer. Jeżeli prawdą jest to, co mówi w wywiadzie, że jednocześnie komponował i nagrywał, to czym będzie jego przemyślana płyta w przyszłym roku?
Jego muzyka ociera się o R&B, soul, ambient, Drum and bass i rock alternatwyny Różne, naprawdę różne wpływy słychać a po przesłuchaniu całej EPki mam problem z jednoznaczną klasyfikacją stylu . Na pewno jest do pobujania.
O! i jest na 10 miejscu w odkryciach LastFm na 2013 r.
Jako inspiracje podaje cały nurt R&B, a jako wykonawców i muzyków ceni: Coldplay, Death Cab for Cutie, Radiohead Maroon5 i Iron & Wine. Dość mainstreamowe grupy ale tym bardziej ciekawe, co wyjdzie z takiego miksu. (cały wywiad w linku 4.)
Jaymes Young Moondust
Źródła:
Jaymes Young
* różnie podają jego wiek..naprawdę!
1. fanpage artysty na Facebooku
2 Noisey
3 Nylonmag
4 Music Ninja
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















