Wskazane przez pewien czas było dążenie w jednym, ściśle określonym kierunku- specjalizacji. Czasem jeszcze węższym. Synuś kroi żabę - o dostanie swój pierwszy skalpel i będzie chirurgiem. Synuś taki wyszczekany, polityk albo prawnik, najlepiej adwokat. Itp. itd. itp... Zarabiając pieniądze na specjalizowaniu się przeciętny człowiek nie rozwija się już w inne strony.
Nazwałabym to ograniczaniem się na własny użytek.
Ale im bardziej jesteśmy ekspertami w danej dziedzinie tym większa jest możliwość manipulacji a tym bardziej możliwość uzależnienia się od innych.
Żywym przykładem jest sytuacja, kiedy po zawieszeniu się nawigacji ludzie stają na poboczu bo nie wiedzą co dalej. Nie czytają znaków, nie wiedza przez co jadą - ot dojazd z miejsca A do miejsca B.
Kiedy nawigacja się odwiesi mogą jechać dalej.
Przykład taki: coraz mniej z nas umie szyć, bo po co, przecież materiały są drogie a szycie trudne. Owszem, potwierdzam: jest bardzo trudne, ale satysfakcja z gotowego, niepowtarzalnego dzieła jest niewspółmiernie większa, i dużo lepiej się wygląda.
Drugi: coraz więcej jemy na mieście albo odmrażanych gotowców. Ale co innego potrafić gotować i odmrażać z braku czasu, a co innego gdy ma się talent do "przypalania wody na herbatę". Drugi przypadek to typowe usprawiedliwienie osób bojących się spróbowania.
Jedzenie na mieście dla mnie jest dobre ale tylko wtedy gdy chce odkryć nowe połączenia czy smaki albo potraktować to jako pretekst do spotkania się z przyjaciółmi. Co prawda mi gotowanie idzie obecnie dobrze, ale jako 10 latka uważałam, ze jest to zajęcie dla bab i mamy a ja się będę zajmować czymś bardziej przydatnym w życiu. Kocham jeść :D
Kolejny przykład? Pochwała ignorancji albo "sadzenia" głupoty. Jeżeli nie wiem gdzie co jest to się przyznam. Nie będę udawać że wiem wszystko a nawet więcej.
Ale staram się poznawać miejsca do których jadę, pamiętać że dane miasto słynie z rogalików, inne z festiwali jeszcze inne ma cudowne Stare Miasto albo w niedalekiej odległości zamek.
Nie wszystkich to interesuje mówicie?
Nie.
Ale to nie są rzeczy po które trzeba specjalnie sięgać w otchłanie książek. Wystarczy porozmawiać.
Ilu już ludzi spotkałam w większych miastach (nie tylko w Warszawie) którzy poza swoim podwórkiem świata nie widzieli. Bo po co?
Oni są sprzedawcami, muszą wiedzieć gdzie jest najbliższa Biedra lub inny owad, gdzie pójść na melanż a gdzie jest nocny sklep z alkoholami. Czasem miejsce na wykwintną kolację z drugą połówką/szefem.
Zainteresowania; książki takie ten muzyka film..
Praktyczne zainteresowania: obgadywanie, picie piwa, oglądanie seriali, wyjście co najwyżej do baru lub do kosmetyczki. Wakacje w renomowanym miejscu oczywiście hotel najważniejszy co by ktoś nie pomyślał. Ale wódeczka musi być.
Specjalizowanie nas miało spowodować powstanie armii ekspertów. Poletkiem doświadczalnym jednak jest życie, w którym lekarz teoretyk nie wyleczy nietypowego przypadku, handlowiec nie namówi klienta ani innego człowieka żeby zrobił mu obiad.
Staram się rozwijać, nie mówię "nie" wielu rzeczom, bo mogą okazać się przydatne.
W weekend przydała mi się umiejętność analitycznego myślenia przy naprawianiu CO i umiejętność reagowania przy zalaniu łazienki. Pokonując strefę komfortu udało mi się własnoręcznie zrobić burgery z mięsa (a nie wege) umiem już zadbać o roślinki, zrobić własny ogródek ziołowy. Od kilku lat nie chodze do fryzjera, sama jestem swoją kosmetyczką i w końcu coś sobie uszyłam.
Grywam na gitarze jak się prąd skończy, wiem ile mam stopni na schodach jak zapadną egipskie ciemności. Umiem ułożyć i rozpalić ognisko. Sztuka przetrwania. potrafię naprawić komputer, wyczyścić elektronikę. Nie muszę z tym iść do specjalisty.
Nie zawsze pomaga mi wujek google - gdy mi w piątek "pomógł" zalałam łazienkę.
Staram się wiedzieć jak najwięcej rzeczy i nie przestawać uczyć i odkrywać, znać swoje możliwości i ograniczenia.
Przesuwać też granicę.
Tyle rzeczy możemy sami zrobić.... tylko niech się zechce. Prawda?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 29 lutego 2016
czwartek, 11 lutego 2016
W imię godziny
W imię godziny, minuty sekundy.
W imię migających za oknem pociągu ludzi i samochodów.
Dziennie na mojej drodze może stawać nawet 100 tysięcy ludzi.
Są mi obojętni.
Długo zbierałam się żeby napisać, aż rozciągnęłam to na kilka dni....
Zostaję w Warszawie na dłużej, wszelkie odejścia odwołane i na nowo uczę się zaginania czasoprzestrzeni. Moje życie przez ostatnie dwa miesiące to granie w Wiedźmina 3, chodzenie do pracy i unikanie znajomych i przyjaciół. Unikanie rozmów przez telefon, budowanie sobie bezpiecznego kokonu z czterech ścian i poduszek.
Kroję czas, na coraz mniejsze kawałeczki. Czuję że coś mi ucieka, nieubłaganie.
Każda godzina jest krótsza bo jest coraz mniejszym elementem naszego życia.
Kiedyś dzień to byłą 1/100 mojego życia.. dziś to idzie w milionach.
Jako ośmiolatka miałam wrażenie, że niedziela jest to podróż, niesamowicie długa, wyczerpująca i fajna.
Teraz wiem, że niedziela to jest ten kawałek dnia kiedy budzisz się po ciężkiej nocy grania, imprezowania i jak już się obudzisz, to wiesz ze następnego dnia nie pośpisz..Pstryk i już nie ma niedzieli.
Teraz ulubionym dniem jest czwartek po południu. Piątki są przyjemne, wszyscy w dobrym humorze, potem perspektywa robienia niczego albo robienia fajnych, ciekawych rzeczy.
Ale czas mi ucieka. Element patrzenia w przód:
byle do... piątku - nie znoszę, czuję sie wtedy jak trybik
byle do.. świąt - źle i niedobrze
byle do festiwali - ok
tik tak tik tak tik tak..
Jak tęsknie
"w gimbazie/liceum/na studiach będzie fajniej" Czy bycie w najdłuższym, najprawdopodobniej nieprzerywanym żadnym znacznym momencie życia nie powoduje w nikim zbierania się na wymioty?
Kiedyś marzyłam o tym, żeby mieszkać w jednym miejscu maksymalnie 3 lata. Znajdować swoje ścieżki, przyjaciół, miejsca i uciekać dalej.
Plan był prosty: Wrocław, Warszawa potem gdzieś dalej, życie zweryfikowało.
Nie chodzi o możliwość cofnięcia czasu. Tylko podjęcia innych decyzji.
Nie pokłócenia się z kimś, wybrania innego kierunku. Potrafię palcem wskazać te fragmenty w których decyzje decydowały o tym, gdzie jestem dzisiaj. Jest dobrze. Tylko... za jakiś czas nie chcę być dalej w tym samym miejscu.
A na koniec kilka podróży w głąb muzyki: Piosenka, której dzisiaj słuchałam praktycznie bez przerwy. Odrobina muzyki o inspiracjach dwóch półkul:
I druga którą uwielbiam od...zawsze?
W imię migających za oknem pociągu ludzi i samochodów.
Dziennie na mojej drodze może stawać nawet 100 tysięcy ludzi.
Są mi obojętni.
Długo zbierałam się żeby napisać, aż rozciągnęłam to na kilka dni....
Zostaję w Warszawie na dłużej, wszelkie odejścia odwołane i na nowo uczę się zaginania czasoprzestrzeni. Moje życie przez ostatnie dwa miesiące to granie w Wiedźmina 3, chodzenie do pracy i unikanie znajomych i przyjaciół. Unikanie rozmów przez telefon, budowanie sobie bezpiecznego kokonu z czterech ścian i poduszek.
Kroję czas, na coraz mniejsze kawałeczki. Czuję że coś mi ucieka, nieubłaganie.
Każda godzina jest krótsza bo jest coraz mniejszym elementem naszego życia.
Kiedyś dzień to byłą 1/100 mojego życia.. dziś to idzie w milionach.
Jako ośmiolatka miałam wrażenie, że niedziela jest to podróż, niesamowicie długa, wyczerpująca i fajna.
Teraz wiem, że niedziela to jest ten kawałek dnia kiedy budzisz się po ciężkiej nocy grania, imprezowania i jak już się obudzisz, to wiesz ze następnego dnia nie pośpisz..Pstryk i już nie ma niedzieli.
Teraz ulubionym dniem jest czwartek po południu. Piątki są przyjemne, wszyscy w dobrym humorze, potem perspektywa robienia niczego albo robienia fajnych, ciekawych rzeczy.
Ale czas mi ucieka. Element patrzenia w przód:
byle do... piątku - nie znoszę, czuję sie wtedy jak trybik
byle do.. świąt - źle i niedobrze
byle do festiwali - ok
tik tak tik tak tik tak..
Jak tęsknie
"w gimbazie/liceum/na studiach będzie fajniej" Czy bycie w najdłuższym, najprawdopodobniej nieprzerywanym żadnym znacznym momencie życia nie powoduje w nikim zbierania się na wymioty?
Kiedyś marzyłam o tym, żeby mieszkać w jednym miejscu maksymalnie 3 lata. Znajdować swoje ścieżki, przyjaciół, miejsca i uciekać dalej.
Plan był prosty: Wrocław, Warszawa potem gdzieś dalej, życie zweryfikowało.
Nie chodzi o możliwość cofnięcia czasu. Tylko podjęcia innych decyzji.
Nie pokłócenia się z kimś, wybrania innego kierunku. Potrafię palcem wskazać te fragmenty w których decyzje decydowały o tym, gdzie jestem dzisiaj. Jest dobrze. Tylko... za jakiś czas nie chcę być dalej w tym samym miejscu.
A na koniec kilka podróży w głąb muzyki: Piosenka, której dzisiaj słuchałam praktycznie bez przerwy. Odrobina muzyki o inspiracjach dwóch półkul:
I druga którą uwielbiam od...zawsze?
środa, 6 stycznia 2016
Koncertowe podsumowanie 2015
Gdyby tak podsumować... tyle koncertów, tyle festiwali.... ale właściwie ile muzyki w tym roku odkryłam?
Dlatego subiektywne, i nie wiem czy w odpowiedniej kolejnosci, wydarzenia:
07.12. XX lecie Myslovitz
27.10 urodziny radia Kampus (Taco Hemigway, Pablopavo i Ludziki, Rysy)
27.08 Das Moon, Vokuro, The Frozen North,
23.08 Benkisz Karolina Skrzyńska - miało byc w ramach Festivalu Singera wyszła jedna piosenka bo gorąc zabił
21.08 Oliver Heim
20.08 koncert Oly i Kortez w Cudzie nad Wisłą (i ktoś tam jeszcze grał..)
7-9.08 OFF Festival w Katowicach, relacja była tutaj
25.07 załapałam się na fragment koncertu Yasmine Hamdan
23.07. Rycerzyki i Łagodna Pianka, a tez Król (na bogato w ramach lato nad Wisłą)
17.07. Coals - Warszawa Powiśle
16.07 Natalia Przybysz
12.06 - Orange Warsaw Festiwal - relacja tutaj!
11.06 Manoid w Temacie Rzeka
24-26.04 Spring Break - relacja o tutaj!
06.06 Rebeka w Plażowej - te plażowe koncerty mają ten minus, ze wolimy gadać:)
16.05 w ramach Nocy Muzeów trafiło się na koncert muzyki powstańczej - fajnie:)
15 (?).05 - Fisz na Juwenaliach PW i jak zwykle tylko kawałek Sidneya Polaka
08.05 Julia Marcell na Juwenaliach UW
02.06 na premierze Męskiego Grania też byłam, bez szału...
18.01 koncert R.P.A. w Kici Koci (a potem jakiś czas później, pierwszy domowy mini koncert na jakim byłam:P)
No i chyba na razie tyle.... czy 20 oddzielnych wydarzeń, to dużo czy mało?
Ciekawe jak będzie w tym roku?
Dlatego subiektywne, i nie wiem czy w odpowiedniej kolejnosci, wydarzenia:
07.12. XX lecie Myslovitz
27.10 urodziny radia Kampus (Taco Hemigway, Pablopavo i Ludziki, Rysy)
27.08 Das Moon, Vokuro, The Frozen North,
23.08 Benkisz Karolina Skrzyńska - miało byc w ramach Festivalu Singera wyszła jedna piosenka bo gorąc zabił
21.08 Oliver Heim
20.08 koncert Oly i Kortez w Cudzie nad Wisłą (i ktoś tam jeszcze grał..)
7-9.08 OFF Festival w Katowicach, relacja była tutaj
25.07 załapałam się na fragment koncertu Yasmine Hamdan
23.07. Rycerzyki i Łagodna Pianka, a tez Król (na bogato w ramach lato nad Wisłą)
17.07. Coals - Warszawa Powiśle
16.07 Natalia Przybysz
12.06 - Orange Warsaw Festiwal - relacja tutaj!
11.06 Manoid w Temacie Rzeka
24-26.04 Spring Break - relacja o tutaj!
06.06 Rebeka w Plażowej - te plażowe koncerty mają ten minus, ze wolimy gadać:)
16.05 w ramach Nocy Muzeów trafiło się na koncert muzyki powstańczej - fajnie:)
15 (?).05 - Fisz na Juwenaliach PW i jak zwykle tylko kawałek Sidneya Polaka
08.05 Julia Marcell na Juwenaliach UW
02.06 na premierze Męskiego Grania też byłam, bez szału...
18.01 koncert R.P.A. w Kici Koci (a potem jakiś czas później, pierwszy domowy mini koncert na jakim byłam:P)
No i chyba na razie tyle.... czy 20 oddzielnych wydarzeń, to dużo czy mało?
Ciekawe jak będzie w tym roku?
niedziela, 11 października 2015
Jak znaleźć prace? Dramat w pięciu aktach.
Po długim (zwanym według urzędasów) okresie bezrobocia nadchodzi dzień, w którym znowu zajmę ciepły(mam nadzieję) fotelik przy niziutkim biureczku.
9 miesięcy bezrobocia,
1 umowa o dzieło
1 prawie umowa o dzieło
1 umowa zlecenie
Najniższa zaproponowana pensja: 800 zł na stażu na umowę o dzieło - za trzy miesiące pracy - za miesiąc wychodziło niecałe 300. Jeszcze pensja od efektów.
Najwyższa zaproponowana..no cóż, chyba tam zacznę zaraz pracować :)
Branże: medialna, marketingowa PR i new business, gry komputerowe, testowanie, analizy, sekretarki, asystentura, staże (płatne), project management, festiwalowa koncertowa, muzyczna, nieruchomości- raz.
Wysłanych CV/zgłoszeń/maili: podejrzewam ponad 200 nie wszystko mam na mailach ani w rekrutacjach.
Rozmów: koło 20 (jak widać, bez szału)
Źródła informacji o pracy: portale pracy, raz tzw "targi pracy", Facebook, strony firm, znajomi
1. Gdy zaproponowano mi te 400 zł po 2 miesiącach pracy bez możliwości negocjacji (a jeść będę powietrze)
2. Gdy uznałam, że nie podpiszę horrendalnie wysokiej kary umownej za "przypadkową utratę" - a raczej zapytałam o punkty w umowie o poufności. Dwie godziny przed podpisaniem umowy dowiedziałam się, że nie mam po co przyjeżdżać.
3. Gdy pewnego dość ciężkiego dla mnie dnia (tuż po pkt.2) zadzwonił do mnie rekruter a jak powiedziałam, że proszę o telefon później, bo nie mogę rozmawiać i muszę się przygotować ciągnął rozmowę jakby co najmniej garnki chciał mi sprzedać.
4. Gdy podczas rozmowy skajpowej padło pytanie - ile jestem w stanie zrobić dla pracy (lol) po czym okazało się, że aby zostać sekretarko-copywriterem wymaga się ode mnie założenia działalności. Jak już mam zakładać firmę to nie po to aby być zatrudnianą ale po to, aby zatrudniać.
Najdziwniejsze pytania które mi zadawano (zostawiam bez komentarza):
- Ile jesteś w stanie zrobić dla pracy/pracodawcy?/ Jakich granic nie przekroczysz dla pracy?
- Jak jesteś skłonna poświęcić się dla pracy?
- Czy mówiłaś, że czegoś nie zrobisz?
- Dlaczego brała Pani udział w dodatkowych zajęciach poza pracą?
Potrafi doprowadzić do depresji, potrafi doprowadzić do znaczącego spadku samooceny, doprowadza do wycofania, zamknięcia w sobie i obudzenia demonów.
Doprowadza do tego, że masz wrażenie że trzy lata bycia "specjalistą" można sobie rozbić.
Powoduje czasem nudę a czasem wyzwala inicjatywy.
Bezrobocie przez tak długi okres pokazuje człowiekowi, albo jak niewiele jest wart, albo jak niewiele umie, albo jak bardzo ludzie są bezczelni albo jak bardzo w dupie mają innych.
Wnioski (a raczej dramat):
1. Nie radzę chodzić na rozmowy w tzw "Agencjach reklamowych" na staże - nie zapłacą nigdy. Szkoda czasu i pieniędzy. Najwyższa kwota jaka mi zaproponowano na stanowisko copy - 1700 zł brutto - umowa o dzieło.
2. Warto popatrzeć, jak wygląda budynek. Jeżeli firma szczyci się dobrymi efektami PR a jak wchodzi się do budynku przez odrapane drzwi prosto do sekretiariato-pokoju...nie polecam. Do tego warto obserwować mijanych pracowników. Jeżeli suną gdzieś i są zmęczeni i nieszczęśliwi - ciężko, jeżeli robią pogaduchy - niewiele się nauczysz, musi być wypośrodkowane.
3. Nie zgadzać się na założenie działalności tylko po to, żeby zostać copywriterem (ta...) sekretarką, asystentką. Argumentowałam to, że działalność owszem, ale na swój rachunek i z dobrym pomysłem.
4. Nie otrzymałam od UP żadnej sensownej rady, oprócz comiesięcznego (!) nakazu zjawiania się w poniedziałek (bo przecież zgubię pani kartkę jak przyjdzie pani w inny dzień a w poniedziałki to pani miejscowość przychodzi). Profilowanie w UP to bzdura.
5. Targi pracy to bezsensowne wydawanie pieniędzy jedynie na PR, poszłam z zestawem CV wiosną na stadion narodowy. Okazało się, że nigdzie nie można zostawić CV, odsyłają na strony internetowe a do tego chcą, abyśmy wypełniali nic niewnoszące ankiety. Szukacie praktykantów na wakacje? Targi pracy? eee co? Staż ? TARGI PRACY?
6. Chcę zawiesić bezrobocie - muszę w UP zjawić się trzy razy - bo przecież przy umowie o dzieło musi być data od do. Firma u której działałam podeszła super (dziękuję!)
7. Nie brać pracy, której się człowiek będzie wstydzić.
8. Firmy/rekruterz/HR dzwonią po miesiącu- dwóch od wysłania CV. O ile dzwonią.
9. Nie iść w miejsce gdzie płacone jest jedynie za efekty a za darmo buduje się bazę. Nie masz efektów, nie masz za telefon oni mają bazę i nie muszą płacić.
10. Jeżeli firma szczyci się, że robi kampanie reklamowe dla gigantów z branży spożywczej itp. nie oznacza, że dobrze płaci.
11. Nie odzywają się po rozmowach, często jest tak, że już od razu wiedziałam, że się nie odezwą.
Pracuję już dwa tygodnie.
Po tygodniu w obecnej robocie dowiedziałam się, że jestem pozytywnym człowiekiem.
Podobno inaczej brzmię (jak zombie z rana).
Chce mi się różne rzeczy, uczę się rozmawiać z ludźmi, odgrzebuje zapomniane talenty/
Na powrót umiem zorganizować sobie czas, chociaż jeszcze nie ogarnęłam tematu jedzenia.
Jestem niewyspana, prawie wpadłam pod pociąg.
Wyszłam z domu.
I do tego nagle okazało się, że mam wybór pracy!
AKT I
Na początku kilka statystyk:9 miesięcy bezrobocia,
1 umowa o dzieło
1 prawie umowa o dzieło
1 umowa zlecenie
Najniższa zaproponowana pensja: 800 zł na stażu na umowę o dzieło - za trzy miesiące pracy - za miesiąc wychodziło niecałe 300. Jeszcze pensja od efektów.
Najwyższa zaproponowana..no cóż, chyba tam zacznę zaraz pracować :)
Branże: medialna, marketingowa PR i new business, gry komputerowe, testowanie, analizy, sekretarki, asystentura, staże (płatne), project management, festiwalowa koncertowa, muzyczna, nieruchomości- raz.
Wysłanych CV/zgłoszeń/maili: podejrzewam ponad 200 nie wszystko mam na mailach ani w rekrutacjach.
Rozmów: koło 20 (jak widać, bez szału)
Źródła informacji o pracy: portale pracy, raz tzw "targi pracy", Facebook, strony firm, znajomi
AKT II
Odmówiłam (specjalnie lub przypadkiem) cztery razy:1. Gdy zaproponowano mi te 400 zł po 2 miesiącach pracy bez możliwości negocjacji (a jeść będę powietrze)
2. Gdy uznałam, że nie podpiszę horrendalnie wysokiej kary umownej za "przypadkową utratę" - a raczej zapytałam o punkty w umowie o poufności. Dwie godziny przed podpisaniem umowy dowiedziałam się, że nie mam po co przyjeżdżać.
3. Gdy pewnego dość ciężkiego dla mnie dnia (tuż po pkt.2) zadzwonił do mnie rekruter a jak powiedziałam, że proszę o telefon później, bo nie mogę rozmawiać i muszę się przygotować ciągnął rozmowę jakby co najmniej garnki chciał mi sprzedać.
4. Gdy podczas rozmowy skajpowej padło pytanie - ile jestem w stanie zrobić dla pracy (lol) po czym okazało się, że aby zostać sekretarko-copywriterem wymaga się ode mnie założenia działalności. Jak już mam zakładać firmę to nie po to aby być zatrudnianą ale po to, aby zatrudniać.
AKT III
Najdziwniejsze pytania które mi zadawano (zostawiam bez komentarza):
- Ile jesteś w stanie zrobić dla pracy/pracodawcy?/ Jakich granic nie przekroczysz dla pracy?
- Jak jesteś skłonna poświęcić się dla pracy?
- Czy mówiłaś, że czegoś nie zrobisz?
- Dlaczego brała Pani udział w dodatkowych zajęciach poza pracą?
AKT IV
Szukanie pracy to najbardziej niewdzięczne zajęcie dla człowieka.Potrafi doprowadzić do depresji, potrafi doprowadzić do znaczącego spadku samooceny, doprowadza do wycofania, zamknięcia w sobie i obudzenia demonów.
Doprowadza do tego, że masz wrażenie że trzy lata bycia "specjalistą" można sobie rozbić.
Powoduje czasem nudę a czasem wyzwala inicjatywy.
Bezrobocie przez tak długi okres pokazuje człowiekowi, albo jak niewiele jest wart, albo jak niewiele umie, albo jak bardzo ludzie są bezczelni albo jak bardzo w dupie mają innych.
AKT V
Wnioski (a raczej dramat):
1. Nie radzę chodzić na rozmowy w tzw "Agencjach reklamowych" na staże - nie zapłacą nigdy. Szkoda czasu i pieniędzy. Najwyższa kwota jaka mi zaproponowano na stanowisko copy - 1700 zł brutto - umowa o dzieło.
2. Warto popatrzeć, jak wygląda budynek. Jeżeli firma szczyci się dobrymi efektami PR a jak wchodzi się do budynku przez odrapane drzwi prosto do sekretiariato-pokoju...nie polecam. Do tego warto obserwować mijanych pracowników. Jeżeli suną gdzieś i są zmęczeni i nieszczęśliwi - ciężko, jeżeli robią pogaduchy - niewiele się nauczysz, musi być wypośrodkowane.
3. Nie zgadzać się na założenie działalności tylko po to, żeby zostać copywriterem (ta...) sekretarką, asystentką. Argumentowałam to, że działalność owszem, ale na swój rachunek i z dobrym pomysłem.
4. Nie otrzymałam od UP żadnej sensownej rady, oprócz comiesięcznego (!) nakazu zjawiania się w poniedziałek (bo przecież zgubię pani kartkę jak przyjdzie pani w inny dzień a w poniedziałki to pani miejscowość przychodzi). Profilowanie w UP to bzdura.
5. Targi pracy to bezsensowne wydawanie pieniędzy jedynie na PR, poszłam z zestawem CV wiosną na stadion narodowy. Okazało się, że nigdzie nie można zostawić CV, odsyłają na strony internetowe a do tego chcą, abyśmy wypełniali nic niewnoszące ankiety. Szukacie praktykantów na wakacje? Targi pracy? eee co? Staż ? TARGI PRACY?
6. Chcę zawiesić bezrobocie - muszę w UP zjawić się trzy razy - bo przecież przy umowie o dzieło musi być data od do. Firma u której działałam podeszła super (dziękuję!)
7. Nie brać pracy, której się człowiek będzie wstydzić.
8. Firmy/rekruterz/HR dzwonią po miesiącu- dwóch od wysłania CV. O ile dzwonią.
9. Nie iść w miejsce gdzie płacone jest jedynie za efekty a za darmo buduje się bazę. Nie masz efektów, nie masz za telefon oni mają bazę i nie muszą płacić.
10. Jeżeli firma szczyci się, że robi kampanie reklamowe dla gigantów z branży spożywczej itp. nie oznacza, że dobrze płaci.
11. Nie odzywają się po rozmowach, często jest tak, że już od razu wiedziałam, że się nie odezwą.
EPILOG
Po tygodniu w obecnej robocie dowiedziałam się, że jestem pozytywnym człowiekiem.
Podobno inaczej brzmię (jak zombie z rana).
Chce mi się różne rzeczy, uczę się rozmawiać z ludźmi, odgrzebuje zapomniane talenty/
Na powrót umiem zorganizować sobie czas, chociaż jeszcze nie ogarnęłam tematu jedzenia.
Jestem niewyspana, prawie wpadłam pod pociąg.
Wyszłam z domu.
I do tego nagle okazało się, że mam wybór pracy!
środa, 29 lipca 2015
Moje podwórko...20 000 kilometrów wyjechanych ścieżek
Komunikacja.
Jak łatwo poszerza horyzonty myślowe i poznawcze.
Porządna infrastruktura w nowoczesnym państwie jest podstawą inwestycji. Dlatego tyle u nas wkłada się w drogi.
Kiedy dorobiłam się w końcu cudownie bezawaryjnego samochodu prawie dwa lata temu, zaczęłam dużo jeździć poza Warszawę. Wcześniej było to też możliwe, ale ograniczone busami i pociągami czy też strachem przed nagłym zatrzymaniu się w polu.
Podczas tych dwóch lat zrobiłam już ponad 20 000 km - jeżdżąc najczęściej na Śląsk albo też na różnej maści festiwale.
Mam w dalszym ciągu mnóstwo pomysłów gdzie jeszcze pojechać.
I teraz, wracając ze starych, wrocławskich śmieci doszłam do wniosku, że moje podwórko to tam, gdzie mogę dojechać w kilka godzin samochodem i wrócić tego samego lub następnego dnia.
Gdzie jest nasze podwórko?
Na początku, jest ograniczone domem i sąsiadami, ogrodzeniem, piaskownicą.
Granice wyznaczają rodzice i nauczyciele - musimy być w zasięgu wzroku.
Potem nasze podwórko to przyjaciele, do których biegniemy się bawić i z którymi widzimy się po szkole, zaczynamy wymykać się z ustalonych ram.
Gdy stajemy się dorośli zaczynamy wyznaczać własny obszar - możemy zostać w miejscu które nas wychowało, albo spróbować stworzyć własne.
Tu jest punkt trudności, bo ustalamy sobie własne granice za które potem nie możemy wyjść z przyzwyczajenia. Jesteśmy wtedy najbardziej wolni - gdy idziemy na studia to jest nasz jedyny punkt zaczepienia. Jeżeli mamy szczęście to z drugiej strony nie ogranicza nas ani praca ani zobowiązania.
Moje podwórko było we Wrocławiu, mieście które nie śpi, które jest widziane jako tolerancyjne, otwarte i młode. Można było bawić się do woli.
Po studiach jednak przyszedł czas na otrzeźwienie ze studenckiego trybu. Nie miałam super wymagań jednak gdy po raz kolejny rozmowa okazała sie stażem za koszty dojazdu... szczęśliwie znalazłam pracę ale w Stolicy.
Jednak miejsce, warunki i czas zmieniło wszystko diametralnie - każdy poszedł w swoją stronę. Żeby się spotkać z kimś to ja (a nie kto inny) musiałam przejechać mnóstwo kilometrów. Prawie nikomu się nie chciało. Najlepszym przyjaciołom nie przeszkadzała odległość.
I tak horyzonty zostały poszerzone o Warszawę.
Jednak Wrocław, oprócz tego cudownego czasu festiwali filmowych i krótkich ale bardzo treściwych spotkań przestał być moim podwórkiem. Widzę go teraz jak nowe, zupełnie inne miasto nałożone kalką na nostalgiczne zdjęcia sprzed kilku lat. Wiem, że już na stałe nie wrócę.
Warszawa jest trudnym podwórkiem. Robiąc kolejne kilometry w korkach, wściekając się na kierowców/rowerzystów/roboty drogowe/protesty/wypadki/autobusy/spalone mosty zaczęło mnie to bawić i nawet podobać. Ludzie są różni. Szukanie pracy to niewdzięczne zajęcie ale dzięki temu poznaję miasto.
Moje podwórko to teraz Polska,
Moje 20 000 km podróży to przez te dwa lata minimum 200 godzin jazdy.
Popołudniu chcę wypić kawę nad morzem.
Nie mam co robić a dawno nie zwiedzałam.
Podobno najlepsze prawdziwki rosną na Podlasiu.
Gdzieś tam zaczęła się historia mojej rodziny.
Lubię jeździć samochodem.
Lubię jak klimatyzacja wypala mi gardło.
Lubię zabierać ludzi na stopa.
Lubię spotkać dawno nie widzianą ważną dla mnie osobę, chociażbyśmy mieli mieć dla siebie tylko chwilę.
Lubię mój kraj.
Narzekać każdy potrafi, ale odnaleźć piękno czy coś dobrego nie jest tak łatwo.
Mamy najpiękniejsze niebo na świecie.
I trochę zdjęć zza szyby...
Jak łatwo poszerza horyzonty myślowe i poznawcze.
Porządna infrastruktura w nowoczesnym państwie jest podstawą inwestycji. Dlatego tyle u nas wkłada się w drogi.
Kiedy dorobiłam się w końcu cudownie bezawaryjnego samochodu prawie dwa lata temu, zaczęłam dużo jeździć poza Warszawę. Wcześniej było to też możliwe, ale ograniczone busami i pociągami czy też strachem przed nagłym zatrzymaniu się w polu.
Podczas tych dwóch lat zrobiłam już ponad 20 000 km - jeżdżąc najczęściej na Śląsk albo też na różnej maści festiwale.
Mam w dalszym ciągu mnóstwo pomysłów gdzie jeszcze pojechać.
I teraz, wracając ze starych, wrocławskich śmieci doszłam do wniosku, że moje podwórko to tam, gdzie mogę dojechać w kilka godzin samochodem i wrócić tego samego lub następnego dnia.
Gdzie jest nasze podwórko?
Na początku, jest ograniczone domem i sąsiadami, ogrodzeniem, piaskownicą.
Granice wyznaczają rodzice i nauczyciele - musimy być w zasięgu wzroku.
Potem nasze podwórko to przyjaciele, do których biegniemy się bawić i z którymi widzimy się po szkole, zaczynamy wymykać się z ustalonych ram.
Gdy stajemy się dorośli zaczynamy wyznaczać własny obszar - możemy zostać w miejscu które nas wychowało, albo spróbować stworzyć własne.
Tu jest punkt trudności, bo ustalamy sobie własne granice za które potem nie możemy wyjść z przyzwyczajenia. Jesteśmy wtedy najbardziej wolni - gdy idziemy na studia to jest nasz jedyny punkt zaczepienia. Jeżeli mamy szczęście to z drugiej strony nie ogranicza nas ani praca ani zobowiązania.
Moje podwórko było we Wrocławiu, mieście które nie śpi, które jest widziane jako tolerancyjne, otwarte i młode. Można było bawić się do woli.
Po studiach jednak przyszedł czas na otrzeźwienie ze studenckiego trybu. Nie miałam super wymagań jednak gdy po raz kolejny rozmowa okazała sie stażem za koszty dojazdu... szczęśliwie znalazłam pracę ale w Stolicy.
Jednak miejsce, warunki i czas zmieniło wszystko diametralnie - każdy poszedł w swoją stronę. Żeby się spotkać z kimś to ja (a nie kto inny) musiałam przejechać mnóstwo kilometrów. Prawie nikomu się nie chciało. Najlepszym przyjaciołom nie przeszkadzała odległość.
I tak horyzonty zostały poszerzone o Warszawę.
Jednak Wrocław, oprócz tego cudownego czasu festiwali filmowych i krótkich ale bardzo treściwych spotkań przestał być moim podwórkiem. Widzę go teraz jak nowe, zupełnie inne miasto nałożone kalką na nostalgiczne zdjęcia sprzed kilku lat. Wiem, że już na stałe nie wrócę.
Warszawa jest trudnym podwórkiem. Robiąc kolejne kilometry w korkach, wściekając się na kierowców/rowerzystów/roboty drogowe/protesty/wypadki/autobusy/spalone mosty zaczęło mnie to bawić i nawet podobać. Ludzie są różni. Szukanie pracy to niewdzięczne zajęcie ale dzięki temu poznaję miasto.
Moje podwórko to teraz Polska,
Moje 20 000 km podróży to przez te dwa lata minimum 200 godzin jazdy.
Popołudniu chcę wypić kawę nad morzem.
Nie mam co robić a dawno nie zwiedzałam.
Podobno najlepsze prawdziwki rosną na Podlasiu.
Gdzieś tam zaczęła się historia mojej rodziny.
Lubię jeździć samochodem.
Lubię jak klimatyzacja wypala mi gardło.
Lubię zabierać ludzi na stopa.
Lubię spotkać dawno nie widzianą ważną dla mnie osobę, chociażbyśmy mieli mieć dla siebie tylko chwilę.
Lubię mój kraj.
Narzekać każdy potrafi, ale odnaleźć piękno czy coś dobrego nie jest tak łatwo.
Mamy najpiękniejsze niebo na świecie.
I trochę zdjęć zza szyby...
wtorek, 5 maja 2015
Rozliczenie z zakazami/nakazami z dzieciństwa
Czy za dzieciaka/małego dzieciaka mieliście pewne zakazy albo nakazy?
Nie jedz słodyczy, nie oglądaj filmów bo głupie, nie rozmawiaj z nieznajomymi, wracaj o 20 do domu?
Podyktowane były najczęściej troską, strachem o nasze małe duszyczki. O to że możemy zrobić sobie krzywdę, że będziemy budzić się w nocy z lękiem.
Dziecięca wyobraźnia jest niesamowicie barwna i nieuładzona. Potem wchodzi w tryby zwyczajności i zanika.
Do czego zmierzam. Jest masa filmów/rzeczy których nie mogłam robić za dzieciaka, bo po prostu byłam dzieciakiem. Do tej listy zaliczam oglądanie kultowych seriali i filmów z lat 90, bo leciały za późno, bo były idiotyczne, bo nie były naukowe. Niektóre z nich nie przetrwały próby czasu, lub nadal nie budzą we mnie zainteresowania albo obecnie co najwyżej politowanie.
Niektóre mogłam oglądać (jak Simpsonów) ale wtedy mnie nie bawiły. Ale przez ostatnie kilka dni próbowałam sobie przypomnieć wszystkie zakazy i złapać sens.
Ale już się rozwijam a oto powstała lista, nad którą się zastanowiłam.
1. Nie można oglądac telenowel, głupie i złe
- a i owszem, złe, ale dobre do obiadu, prawie udało mi się teraz wciągnać we wspaniałe stulecie, a tak nie mam potrzeby nadrabiania..
2. Seriale to strata czasu
- właściwie mieli racje, nie miałam potrzeby oglądania ani odświeżania żadnego z seriali lat 90 (oprócz X-Files), ani Kiepskich, ani Opowieści z Krypty ani Ally McBeal a reszty nazw nie pamiętam.
3. O 22 w łóżku.
+ marzenie! wtedy to była tortura, ale obecnie czasem się staram, ale internety...
4. Nie mów z pełnymi ustami
+ Słuszna uwaga, można sie zakrztusić, opluć towarzystwo a do tego jeszcze paskudnie się wygląda..
5. Bałagan w pokoju bałagan w głowie
+ Ostatnio staram się jak mogę, ale niestety często jest 0:1 dla bałaganu
6. Japońskie bajki są złe, amerykańskie też
+ Oglądam i oglądam a jakoś nie zauważyłam, co prawda nie obejrzę trzeci raz serii Dragon Ball a teraz oglądam tylko odświeżoną Sailor Moon, ale fakt, amerykańskie często to dno i wiele metrów mułu (serialowe bajki, Disney poza kategorią)
7. Nie rozmawiaj z nieznajomymi
+ po wczorajszym przemiłym doświadczeniu z obcymi ludźmi. Czy jeżeli obcy człowiek nam się przedstawi to już nie jest obcy? Nieprawda. Właśnie zauważyłam, że Facebook jest pełen obcych ludzi, których w teorii zna się od lat.
8. Nie kupię ci furby
+ Jaka to była słuszna decyzja! tak samo jedno Tamagochi na 3 osoby. A co teraz by takie Tamago robiło? siedziało w szafie. Zabawki, lalki pluszaki po praniu się przydadzą. Reszta to pożywka dla bakterii
9. Nie można jeść tyle słodyczy
+ Bardzo nie można, nie powinno się wręcz! Chociaż ja od dawien dawna wydawałam najwięcej kieszonkowego na coś słodkiego, nawet zadłużałam się u pani w sklepiku. Teraz kulturalnie.. jem nieco mniej
10. Nie siedź na zimnym
+ Prawda, potem jestem chora
11. Ubieraj się ciepło
+ ubieram się na cebulkę, najgorsze uczucie to że jest zimno..
12. Odłóż rzeczy na miejsce
+inaczej powstanie..bałagan! najgorsze, to znaleźć miejsce w nowym mieszkaniu na rzeczy, odkładanie jest wtedy łatwiejsze. Gdy się nie ma tej pewności witaj punkcie 5!
13. Nie denerwuj się
+ 90% moich nerwów to z powodu innych ludzi, właściwie mogłabym ich uniknąć i zostawić te 10% słusznego denerwowania. Tak nerwowość wprowadzam wszędzie.
14. Nie siedź blisko przed telewizorem
+ Mieli rację.. gdzie są moje okulary...
15. Nie rysuj po książkach
-/+ i tak i nie, nie pisałam po książkach ale czasami szkoda bo nie mogłabym odczytać dawnych myśli(od tego są pamiętniki). Potem na studiach nabazgrałam się w kolorach tęczy. Wystarczy
16. Pisz starannie
+ Bardzo z tym walczyłam, no ale jak sie postaram to mogę napisać kartkę okolicznościową, szkoda że zapomniałam już pisania neogotykiem i runami. Ale nadrobię.
17. Zjedz obiad
+ Budzę się rano i myślę, co na obiad? Obiad musi być.
18. Wyjmij łyżeczkę przed piciem z kubka.
- ale ja lubię z łyżeczką.
O NIE! JESTEM DOROSŁA!!
Idę jeść sernik na śniadanie i kilka kawałków ptasiego mleczka. Oczywiście przy Archiwum X, potem będę się denerwować, że nie umiem uruchomić maszyny do szycia....
wtorek, 13 stycznia 2015
Ku pamięci...
Panował półmrok, za oknem leniwie przesuwały się ciężkie chmury wypełnione po brzegi płatkami śniegu.
Czuć było mróz w powietrzu a lekki wiatr zwiastował opady śniegu. Wstałam rano a krajobraz był pokryty kilkucentymetrową warstwą białego puchu. Było to jednak zdradliwe wrażenie, bo pod pierzynką skrywał się twardy lód. Długotrwałe mrozy zmroziły zarówno stawy jak i rzeczkę. Można było na niej przejść się do wsi obok.
Wypiłam poranną herbatkę, zjadłam kanapki. Miał być pracowity dzień.
Najpierw zawiesiłam nowy pokarm dla ptaków które zimą mają trudności w wygrzebaniu pożywienia spod lodu i śniegu. Potem rozsypałam trochę orzechów i połówek jabłek na parapecie - dosięgną tego większe ptaki i wiewiórki.
Świeży śnieg idealnie nadaje się do zimowego czyszczenia dywanów więc wzięłam jedyny dywan i kładąc włosiem do dołu wyczyściłam go z brudu pozostawiając kilka szarych kwadratów na białym śniegu.
Wyrzuciłam pościel do zmrożenia, -4 stopnie były idealne żeby wybić wszelkie roztocza, a będzie dobrze się spało na świeżej, wywietrzonej poduszce.
Zadzwoniłam do kilku znajomych, wzięliśmy sanki lub jabłuszka i poszliśmy na górkę, gdzie przez ponad godzinę zjeżdżaliśmy z szaleńczymi okrzykami. Rozwaliłam sanki. Chyba jestem już na nie za duża.
Szybko zjedliśmy obiad (w południe) i pojechałam z rodzicami na stawy, gdzie półmetrowa pokrywa lodu pozwalała na swobodne jeżdżenie na łyżwach.
Wzięliśmy ze sobą łopatę do odśnieżania - aby wyznaczyć sobie trasy, a także czekoladę - jakby przypadkiem zabrakło sił. Ponieważ wyszło słońce - lód zaczął strzelać i pojawiały się rysy z głuchym dudnieniem. Wrażenie było niesamowite.
Cisza, las, niekiedy przejeżdżające auto, świszczący wiatr i ten cichy zgrzyt, gdy pojawiała się kolejne pęknięcie tafli.
Trzeba było uważać i nie wpaść ostrzem łyżwy do takiej rozpadliny bo mogło to zaowocować skręceniem kostki.
Nie jeździło się nigdy wokół przerębli i ciemniejszego lodu - warstwa była cieńsza i mogła się załamać, a w ciemniejszych miejscach były źródełka. Mróz był przez ostatnie dwa tygodnie tak silny, że na śniegu widać było ślady zarówno zwierząt jak i quadów.
Wróciliśmy, zjedliśmy podwieczorek.
Wieczorem w świeżej pościeli położyłam się spać. Spałam dobrze, bo w zimie śpi się snem niedźwiedzim.
Muszę zapisywać takie wspomnienia. Z różnych lat.
Jak wyglądała zima.
Podobno jak się urodziłam, to dopiero po dwóch latach zobaczyłam pierwszy raz śnieg, więc nie panikuję.
Pierwsze wspomnienie ze śniegiem, to jak Tato ciągnął mnie na sankach po zamarzniętej rzece. Miałam może z 4 lata...
Ale... halo? 12 stopni? słońce? Bazie w styczniu?
Jest 13. dzień stycznia 2015 roku. Ciśnienie wysokie, niebo prawie bezchmurne, mocny wiatr, śnieg widziałam przedwczoraj jedynie w rowie w okolicach Lublińca.
Chcę pojeździć na sankach lub jabłuszku jak w tamtym roku w parku Praskim albo ze skarpy Zamkowej.
HALO
ZIMO!?
Ps. Jakby ktoś chciał porobić sobie takie ładne płatki śniegu, bo mu śniegu za mało to taką ciekawą stronę znalazłam : Snowflakes
czwartek, 9 października 2014
I bądź tu mądra...
Jesień nadeszła oczekiwanie.
Półki w domu uginają się od książek po dziadkach a ja zupełnie nie wiem co czytać.
Mitologia słowiańska Brücknera przeczytana. Efektem jest lekka depresja i chęć wyruszenia na wyprawę archeologiczną na Wolin i stworzenia nowej mitologii.
Klasyki literatury polskiej przeczytane już dawno temu, powieści Kraszewskiego. Ulubiona epoka romantyzmu też.
Ile można czytać wiersze Gałczyńskiego i jego Zieloną Gęś?
Nadal nie przepadam za Norwidem, także leży z dala ode mnie.
Wańkowicz przypadł w spadku komuś innemu. Fraszki i przyśpiewki polskie, z których chciałam wyciągnąć chociaż trochę prawdziwej historii kultury przeczytane (rubaszne i krwawe nie ma co!)
Ku pokrzepieniu serc też czytać nie mam dziś zamiaru.
Księgarnie
Prawda!
Ale co zrobić, kiedy właściwie NIC nie jest mnie zmusić do kupienia książki, którą przeczytam tylko raz? Muszę od razu wiedzieć, że przeczytam ją więcej razy.
Dlatego oprócz Sherlocka Holmesa nie czytuję kryminałów.
Dlatego z literatury klasycznej poluje na powieści z czasów wiktoriańskich. Nasze rodzime też nie są złe. Te z okresu międzywojennego które mam to raczej w stylu "romansów dla pensjonarek" o wielkiej miłości do pana dziedzica. Język oczarowuje składnią i wymarłymi słowami. ale co zrobić jak kartki powoli rozsypują się ze starości?
Książek historycznych nie przeczytam dziś, są o błędach, rzadko o właściwych działaniach.
Biografie? A i owszem. Chętnie czytuje, ale muszą być pełne anegdot. Takie są najlepsze i powodują, że chce się żyć.
W księgarniach kroki swoje kieruję nadal w stronę półki z literaturą tzw "młodzieżową" trafia się czasem tam na perełki w stylu "Morza Trolli" Nancy Farmer. Efekt Harrego Pottera z którym dorastałam?
Biblioteki, chyba czas najwyższy rozważyć zapis, w końcu mam prawie po drodze.
A jak nie, to będę słuchać muzyki i odsypiać zarwane noce i wpadać na nowe pomysły do realizacji.
Działam!
Dlatego zostają albumy... te czarno-białe zdjęcia, kolorowe z dzieciństwa, w technikolorze pradziadków, tu podobny nos, tu długie rzęsy, tu podobne brwi, tu ułożenie ust a tam uśmiech. Och! Wszystko już kiedyś było, jesteśmy wyjątkowi ale jednak tacy sami.
Jakie mam jeszcze wnioski? Całe życie myślałam, ze obok dziecięcego zdjęcia Babci siedzi Ciocia to okazało się, że to lalka naturalnych rozmiarów. Bądź tu mądra. Dlatego oglądam zdjęcia i zapamiętuje historie aby móc je kiedyś przekazać. Żeby następni wiedzieli, że mają też swoją mitologię i faktografię.
Legendy rodzinne... studnia bez dna.
Wcale nie chodzi tutaj o to 'co ciotka B powiedziała ciotce C i dlaczego obie nie odzywają się do wujka A.) Nie. Chodzi o historię rodzinną w stylu "dawno dawno temu.." i niepotwierdzonych wiadomości w stylu :
"nasi przodkowie przybyli ze Skandynawii"(niepotwierdzone ale jest)
Albo
"chłopu w Wielkopolsce podczas wojen szwedzkich Jan Kazimierz dał tytuł szlachecki w nagrodę że zabił kilku Szwedów i tak powstał nasz ród" (też nie jest potwierdzone)
Dopiero z czegoś takiego można powieść stworzyć!
Półki w domu uginają się od książek po dziadkach a ja zupełnie nie wiem co czytać.
Mitologia słowiańska Brücknera przeczytana. Efektem jest lekka depresja i chęć wyruszenia na wyprawę archeologiczną na Wolin i stworzenia nowej mitologii.
Klasyki literatury polskiej przeczytane już dawno temu, powieści Kraszewskiego. Ulubiona epoka romantyzmu też.
Ile można czytać wiersze Gałczyńskiego i jego Zieloną Gęś?
Nadal nie przepadam za Norwidem, także leży z dala ode mnie.
Wańkowicz przypadł w spadku komuś innemu. Fraszki i przyśpiewki polskie, z których chciałam wyciągnąć chociaż trochę prawdziwej historii kultury przeczytane (rubaszne i krwawe nie ma co!)
Ku pokrzepieniu serc też czytać nie mam dziś zamiaru.
Księgarnie
Prawda!
Ale co zrobić, kiedy właściwie NIC nie jest mnie zmusić do kupienia książki, którą przeczytam tylko raz? Muszę od razu wiedzieć, że przeczytam ją więcej razy.
Dlatego oprócz Sherlocka Holmesa nie czytuję kryminałów.
Dlatego z literatury klasycznej poluje na powieści z czasów wiktoriańskich. Nasze rodzime też nie są złe. Te z okresu międzywojennego które mam to raczej w stylu "romansów dla pensjonarek" o wielkiej miłości do pana dziedzica. Język oczarowuje składnią i wymarłymi słowami. ale co zrobić jak kartki powoli rozsypują się ze starości?
Książek historycznych nie przeczytam dziś, są o błędach, rzadko o właściwych działaniach.
Biografie? A i owszem. Chętnie czytuje, ale muszą być pełne anegdot. Takie są najlepsze i powodują, że chce się żyć.
W księgarniach kroki swoje kieruję nadal w stronę półki z literaturą tzw "młodzieżową" trafia się czasem tam na perełki w stylu "Morza Trolli" Nancy Farmer. Efekt Harrego Pottera z którym dorastałam?
Biblioteki, chyba czas najwyższy rozważyć zapis, w końcu mam prawie po drodze.
A jak nie, to będę słuchać muzyki i odsypiać zarwane noce i wpadać na nowe pomysły do realizacji.
Działam!
Dlatego zostają albumy... te czarno-białe zdjęcia, kolorowe z dzieciństwa, w technikolorze pradziadków, tu podobny nos, tu długie rzęsy, tu podobne brwi, tu ułożenie ust a tam uśmiech. Och! Wszystko już kiedyś było, jesteśmy wyjątkowi ale jednak tacy sami.
Jakie mam jeszcze wnioski? Całe życie myślałam, ze obok dziecięcego zdjęcia Babci siedzi Ciocia to okazało się, że to lalka naturalnych rozmiarów. Bądź tu mądra. Dlatego oglądam zdjęcia i zapamiętuje historie aby móc je kiedyś przekazać. Żeby następni wiedzieli, że mają też swoją mitologię i faktografię.
Legendy rodzinne... studnia bez dna.
Wcale nie chodzi tutaj o to 'co ciotka B powiedziała ciotce C i dlaczego obie nie odzywają się do wujka A.) Nie. Chodzi o historię rodzinną w stylu "dawno dawno temu.." i niepotwierdzonych wiadomości w stylu :
"nasi przodkowie przybyli ze Skandynawii"(niepotwierdzone ale jest)
Albo
"chłopu w Wielkopolsce podczas wojen szwedzkich Jan Kazimierz dał tytuł szlachecki w nagrodę że zabił kilku Szwedów i tak powstał nasz ród" (też nie jest potwierdzone)
Dopiero z czegoś takiego można powieść stworzyć!
niedziela, 7 września 2014
Kwestia wspomnień
Genealogia, zabawa, pewien rodzaj nauki historycznej.
Znanie źródeł swojego pochodzenia, miejsc pochodzenia.
Rozbudowana sieć powiązań, gdzie "wyglądasz jak babcia N" nie jest niczym dziwnym i każdy wie o co chodzi.
Gdzie ze starych zdjęć spoglądają zapomniane twarze. Gdzie fotografia odzierała z intymności w ten delikatny czarno-biały sposób. Gdzie nic nie identyfikowało twarzy a aparat nie mógł wysłać nikogo w kosmos i nie liczyło się jego mocy obliczeniowej.
Gdzie zrobienie zdjęcia było aktem: pozowania, ustawiania parametrów, kolorów.
I dochodząc do takich zdjęć sprzed stu lat widzimy rysy ludzi, którymi jesteśmy teraz.
Genealogia była kiedyś sposobem na udowodnienie swoich praw.
Jestem potomkiem "X"dlatego to miejsce należy do mnie, z dziada pradziada.
Także utarło się, że to wiedza dla "stanów wyższych" jednak i mniejsi, jak chłopi (robotnicy nigdy, oni wędrowali w poszukiwaniu pracy wyrywając się ze swoich miejsc rodzinnych, jak teraz my robimy). musieli też wiedzieć czy są swoi czy obcy.
Jak zdobywać więc wiedzę o genealogii?
podstawowe: zacząć JAK NAJSZYBCIEJ!
U mnie zaczęła Mama, a potem Babcia, która z moją niewielką pomocą opisała, posegregowała korespondowała z ludźmi i uzupełniła drzewo genealogiczne.
Mama naniosła je na papier a teraz jest tylko uzupełniane o kolejne pokolenia.
Mierzy już kilka metrów.
Ja zbieram historie.
Spędziłam poprzedni weekend na poznawaniu takich historii przez przyjaciółkę dziadków. Śmiechu co niemiara z kotem na kolanach przesiedziałam praktycznie 10 godzin rozmawiając, śmiejąc się, czasem wpadając w zadumę.
Odpoczęłam
Spotkania rodzinne mają to do tego, że są meczące, wszyscy chcą wiedzieć, nadążyć co jest TU i TERAZ. Ale wystarczy jedno jedyne umiejętnie zadane pytanie "Co było" i zaczyna się otwierać świat gdzie Babcia do tajnej szkoły przechodziła przez chlewik aby naziści nie zauważyli, gdzie praprapra dziadek tak umiejętnie zatarł ślady o tym, że brał udział w powstaniu styczniowym że już nie ma szans dotrzeć co było dalej.Gdy okazuje się że do początków XX wieku moi prapradziadkowie byli z jednej strony najstarszymi synami Jana Janowica...
Gdzie druga Babcia trzymając swojego ojca za rękę widziała skutki rzezi wołyńskiej o czym niechętnie wspomina.
Gdy okazało się, że wszystkie wesela u mnie w rodzinie są spóźnione bo ktoś czegoś zapomniał i to jest częścią tradycji.
Gdy wspomnienia drewnianych domów, ucieczek, koligacji rodzinnych i zaskoczeń po niekiedy dopiero 70 latach wychodzą na wierzch.
Trzeba zacząć słuchać.
Trzeba zacząć pytać.
Żeby było co opowiadać.
Znanie źródeł swojego pochodzenia, miejsc pochodzenia.
Rozbudowana sieć powiązań, gdzie "wyglądasz jak babcia N" nie jest niczym dziwnym i każdy wie o co chodzi.
Gdzie ze starych zdjęć spoglądają zapomniane twarze. Gdzie fotografia odzierała z intymności w ten delikatny czarno-biały sposób. Gdzie nic nie identyfikowało twarzy a aparat nie mógł wysłać nikogo w kosmos i nie liczyło się jego mocy obliczeniowej.
Gdzie zrobienie zdjęcia było aktem: pozowania, ustawiania parametrów, kolorów.
I dochodząc do takich zdjęć sprzed stu lat widzimy rysy ludzi, którymi jesteśmy teraz.
Genealogia była kiedyś sposobem na udowodnienie swoich praw.
Jestem potomkiem "X"dlatego to miejsce należy do mnie, z dziada pradziada.
Także utarło się, że to wiedza dla "stanów wyższych" jednak i mniejsi, jak chłopi (robotnicy nigdy, oni wędrowali w poszukiwaniu pracy wyrywając się ze swoich miejsc rodzinnych, jak teraz my robimy). musieli też wiedzieć czy są swoi czy obcy.
Jak zdobywać więc wiedzę o genealogii?
podstawowe: zacząć JAK NAJSZYBCIEJ!
U mnie zaczęła Mama, a potem Babcia, która z moją niewielką pomocą opisała, posegregowała korespondowała z ludźmi i uzupełniła drzewo genealogiczne.
Mama naniosła je na papier a teraz jest tylko uzupełniane o kolejne pokolenia.
Mierzy już kilka metrów.
Ja zbieram historie.
Spędziłam poprzedni weekend na poznawaniu takich historii przez przyjaciółkę dziadków. Śmiechu co niemiara z kotem na kolanach przesiedziałam praktycznie 10 godzin rozmawiając, śmiejąc się, czasem wpadając w zadumę.
Odpoczęłam
Spotkania rodzinne mają to do tego, że są meczące, wszyscy chcą wiedzieć, nadążyć co jest TU i TERAZ. Ale wystarczy jedno jedyne umiejętnie zadane pytanie "Co było" i zaczyna się otwierać świat gdzie Babcia do tajnej szkoły przechodziła przez chlewik aby naziści nie zauważyli, gdzie praprapra dziadek tak umiejętnie zatarł ślady o tym, że brał udział w powstaniu styczniowym że już nie ma szans dotrzeć co było dalej.Gdy okazuje się że do początków XX wieku moi prapradziadkowie byli z jednej strony najstarszymi synami Jana Janowica...
Gdzie druga Babcia trzymając swojego ojca za rękę widziała skutki rzezi wołyńskiej o czym niechętnie wspomina.
Gdy okazało się, że wszystkie wesela u mnie w rodzinie są spóźnione bo ktoś czegoś zapomniał i to jest częścią tradycji.
Gdy wspomnienia drewnianych domów, ucieczek, koligacji rodzinnych i zaskoczeń po niekiedy dopiero 70 latach wychodzą na wierzch.
Trzeba zacząć słuchać.
Trzeba zacząć pytać.
Żeby było co opowiadać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









