Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myślę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myślę. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 lutego 2016

Co możemy zrobić sami...

Wskazane przez pewien czas było dążenie w jednym, ściśle określonym kierunku- specjalizacji. Czasem jeszcze węższym.  Synuś kroi żabę - o dostanie swój pierwszy skalpel i będzie chirurgiem. Synuś taki wyszczekany, polityk albo prawnik, najlepiej adwokat. Itp. itd. itp... Zarabiając pieniądze na specjalizowaniu się przeciętny człowiek nie rozwija się już w inne strony.
Nazwałabym to ograniczaniem się na własny użytek.
Ale im bardziej jesteśmy ekspertami w danej dziedzinie tym większa jest możliwość manipulacji a tym bardziej możliwość uzależnienia się od innych.
Żywym przykładem jest sytuacja, kiedy po zawieszeniu się nawigacji ludzie stają na poboczu bo nie wiedzą co dalej. Nie czytają znaków, nie wiedza przez co jadą - ot dojazd z miejsca A do miejsca B.
Kiedy nawigacja się odwiesi mogą jechać dalej.

Przykład taki: coraz mniej z nas umie szyć, bo po co, przecież materiały są drogie a szycie trudne. Owszem, potwierdzam: jest bardzo trudne, ale satysfakcja z gotowego, niepowtarzalnego dzieła jest niewspółmiernie większa, i dużo lepiej się wygląda.
Drugi: coraz więcej jemy na mieście albo odmrażanych gotowców. Ale co innego potrafić gotować i odmrażać z braku czasu, a co innego gdy ma się talent do "przypalania wody na herbatę". Drugi przypadek to typowe usprawiedliwienie osób bojących się spróbowania.
Jedzenie na mieście dla mnie jest dobre ale tylko wtedy gdy chce odkryć nowe połączenia czy smaki albo potraktować to jako pretekst do spotkania się z przyjaciółmi. Co prawda mi gotowanie idzie obecnie dobrze, ale jako 10 latka uważałam, ze jest to zajęcie dla bab i mamy a ja się będę zajmować czymś bardziej przydatnym w życiu. Kocham jeść :D
Kolejny przykład? Pochwała ignorancji albo "sadzenia" głupoty. Jeżeli nie wiem gdzie co jest to się przyznam. Nie będę udawać że wiem wszystko a nawet więcej.
Ale staram się poznawać miejsca do których jadę, pamiętać że dane miasto słynie z rogalików, inne z festiwali jeszcze inne ma cudowne Stare Miasto albo w niedalekiej odległości zamek.
Nie wszystkich to interesuje mówicie?
Nie.
Ale to nie są rzeczy po które trzeba specjalnie sięgać w otchłanie książek. Wystarczy porozmawiać.
Ilu już ludzi spotkałam w większych miastach (nie tylko w Warszawie) którzy poza swoim podwórkiem świata nie widzieli. Bo po co?
Oni są sprzedawcami, muszą wiedzieć gdzie jest najbliższa Biedra lub inny owad, gdzie pójść na melanż a gdzie jest nocny sklep z alkoholami. Czasem miejsce na wykwintną kolację z drugą połówką/szefem.
Zainteresowania; książki takie ten muzyka film..
Praktyczne zainteresowania: obgadywanie, picie piwa, oglądanie seriali, wyjście co najwyżej do baru lub do kosmetyczki. Wakacje w renomowanym miejscu oczywiście hotel najważniejszy co by ktoś nie pomyślał. Ale wódeczka musi być.

Specjalizowanie nas miało spowodować powstanie armii ekspertów. Poletkiem doświadczalnym jednak jest życie, w którym lekarz teoretyk nie wyleczy nietypowego przypadku, handlowiec nie namówi klienta ani innego człowieka żeby zrobił mu obiad.

Staram się rozwijać, nie mówię "nie" wielu rzeczom, bo mogą okazać się przydatne.
W weekend przydała mi się umiejętność analitycznego myślenia przy naprawianiu CO i umiejętność reagowania przy zalaniu łazienki. Pokonując strefę komfortu udało mi się własnoręcznie zrobić burgery z mięsa (a nie wege) umiem już zadbać o roślinki, zrobić własny ogródek ziołowy. Od kilku lat nie chodze do fryzjera, sama jestem swoją kosmetyczką i w końcu coś sobie uszyłam.
Grywam na gitarze jak się prąd skończy, wiem ile mam stopni na schodach jak zapadną egipskie ciemności. Umiem ułożyć i rozpalić ognisko. Sztuka przetrwania. potrafię naprawić komputer, wyczyścić elektronikę. Nie muszę z tym iść do specjalisty.
Nie zawsze pomaga mi wujek google - gdy mi w piątek "pomógł" zalałam łazienkę.
Staram się wiedzieć jak najwięcej rzeczy i nie przestawać uczyć i odkrywać, znać swoje możliwości i ograniczenia.
Przesuwać też granicę.
Tyle rzeczy możemy sami zrobić.... tylko niech się zechce. Prawda?

czwartek, 11 lutego 2016

W imię godziny

W imię godziny, minuty sekundy.
W imię migających za oknem pociągu ludzi i samochodów.
Dziennie na mojej drodze może stawać nawet 100 tysięcy ludzi.
Są mi obojętni.

Długo zbierałam się żeby napisać, aż rozciągnęłam to na kilka dni....
Zostaję w Warszawie na dłużej, wszelkie odejścia odwołane i na nowo uczę się zaginania czasoprzestrzeni. Moje życie przez ostatnie dwa miesiące to granie w Wiedźmina 3, chodzenie do pracy i unikanie znajomych i przyjaciół. Unikanie rozmów przez telefon, budowanie sobie bezpiecznego kokonu z czterech ścian i poduszek.

Kroję czas, na coraz mniejsze kawałeczki. Czuję że coś mi ucieka, nieubłaganie.
Każda godzina jest krótsza bo jest coraz mniejszym elementem naszego życia.
Kiedyś dzień to byłą 1/100 mojego życia.. dziś to idzie w milionach.
Jako ośmiolatka miałam wrażenie, że niedziela jest to podróż, niesamowicie długa, wyczerpująca i fajna.
Teraz wiem, że niedziela to jest ten kawałek dnia kiedy budzisz się po ciężkiej nocy grania, imprezowania i jak już się obudzisz, to wiesz ze następnego dnia nie pośpisz..Pstryk i już nie ma niedzieli.
Teraz ulubionym dniem jest czwartek po południu. Piątki są przyjemne, wszyscy w dobrym humorze, potem perspektywa robienia niczego albo robienia fajnych, ciekawych rzeczy.
Ale czas mi ucieka. Element patrzenia w przód:
byle do... piątku - nie znoszę, czuję sie wtedy jak trybik
byle do.. świąt - źle i niedobrze
byle do festiwali - ok
tik tak tik tak tik tak..

Jak tęsknie
"w gimbazie/liceum/na studiach będzie fajniej" Czy bycie w najdłuższym, najprawdopodobniej nieprzerywanym żadnym znacznym momencie życia nie powoduje w nikim zbierania się na wymioty?
Kiedyś marzyłam o tym, żeby mieszkać w jednym miejscu maksymalnie 3 lata. Znajdować swoje ścieżki, przyjaciół, miejsca i uciekać dalej.
Plan był prosty: Wrocław, Warszawa potem gdzieś dalej, życie zweryfikowało.

Nie chodzi o możliwość cofnięcia czasu. Tylko podjęcia innych decyzji.
Nie pokłócenia się z kimś, wybrania innego kierunku. Potrafię palcem wskazać te fragmenty w których decyzje decydowały o tym, gdzie jestem dzisiaj. Jest dobrze. Tylko... za jakiś czas nie chcę być dalej w tym samym miejscu. 

A na koniec kilka podróży w głąb muzyki: Piosenka, której dzisiaj słuchałam praktycznie bez przerwy. Odrobina muzyki o inspiracjach dwóch półkul:


I druga którą uwielbiam od...zawsze?



środa, 29 lipca 2015

Moje podwórko...20 000 kilometrów wyjechanych ścieżek

Komunikacja.
Jak łatwo poszerza horyzonty myślowe i poznawcze.
Porządna infrastruktura w nowoczesnym państwie jest podstawą inwestycji. Dlatego tyle u nas wkłada się w drogi.

Kiedy dorobiłam się w końcu cudownie bezawaryjnego samochodu prawie dwa lata temu, zaczęłam dużo jeździć poza Warszawę. Wcześniej było to też możliwe, ale ograniczone busami i pociągami czy też strachem przed nagłym zatrzymaniu się w polu.
Podczas tych dwóch lat zrobiłam już ponad 20 000 km - jeżdżąc najczęściej na Śląsk albo też na różnej maści festiwale.
Mam w dalszym ciągu mnóstwo pomysłów gdzie jeszcze pojechać.
I teraz, wracając ze starych, wrocławskich śmieci doszłam do wniosku, że moje podwórko to tam, gdzie mogę dojechać w kilka godzin samochodem i wrócić tego samego lub następnego dnia.

Gdzie jest nasze podwórko?
Na początku, jest ograniczone domem i sąsiadami, ogrodzeniem, piaskownicą.
Granice wyznaczają rodzice i nauczyciele  - musimy być w zasięgu wzroku.
Potem nasze podwórko to przyjaciele, do których biegniemy się bawić i z którymi widzimy się po szkole, zaczynamy wymykać się z ustalonych ram.
Gdy stajemy się dorośli zaczynamy wyznaczać własny obszar - możemy zostać w miejscu które nas wychowało, albo spróbować stworzyć własne.
Tu jest punkt trudności, bo ustalamy sobie własne granice za które potem nie możemy wyjść z przyzwyczajenia. Jesteśmy wtedy najbardziej wolni - gdy idziemy na studia to jest nasz jedyny punkt zaczepienia. Jeżeli mamy szczęście to z drugiej strony nie ogranicza nas ani praca ani zobowiązania.

Moje podwórko było we Wrocławiu, mieście które nie śpi, które jest widziane jako tolerancyjne, otwarte i młode. Można było bawić się do woli.
Po studiach jednak przyszedł czas na otrzeźwienie ze studenckiego trybu. Nie miałam super wymagań jednak gdy po raz kolejny rozmowa okazała sie stażem za koszty dojazdu... szczęśliwie znalazłam pracę ale w Stolicy.

Jednak miejsce, warunki i czas zmieniło wszystko diametralnie - każdy poszedł w swoją stronę. Żeby się spotkać z kimś to ja (a nie kto inny) musiałam przejechać mnóstwo kilometrów. Prawie nikomu się nie chciało. Najlepszym przyjaciołom nie przeszkadzała odległość.
I tak horyzonty zostały poszerzone o Warszawę.

Jednak Wrocław, oprócz tego cudownego czasu festiwali filmowych i krótkich ale bardzo treściwych spotkań przestał być moim podwórkiem. Widzę go teraz jak nowe, zupełnie inne miasto nałożone kalką na nostalgiczne zdjęcia sprzed kilku lat. Wiem, że już na stałe nie wrócę.

Warszawa jest trudnym podwórkiem. Robiąc kolejne kilometry w korkach, wściekając się na kierowców/rowerzystów/roboty drogowe/protesty/wypadki/autobusy/spalone mosty zaczęło mnie to bawić i nawet podobać. Ludzie są różni. Szukanie pracy to niewdzięczne zajęcie ale dzięki temu poznaję miasto.

Moje podwórko to teraz Polska,
Moje 20 000 km podróży to przez te dwa lata minimum 200 godzin jazdy.

Popołudniu chcę wypić kawę nad morzem.
Nie mam co robić a dawno nie zwiedzałam.
Podobno najlepsze prawdziwki rosną na Podlasiu.
Gdzieś tam zaczęła się historia mojej rodziny.
Lubię jeździć samochodem.
Lubię jak klimatyzacja wypala mi gardło.
Lubię zabierać ludzi na stopa.
Lubię spotkać dawno nie widzianą ważną dla mnie osobę, chociażbyśmy mieli mieć dla siebie tylko chwilę.
Lubię mój kraj.
Narzekać każdy potrafi, ale odnaleźć piękno czy coś dobrego nie jest tak łatwo.
Mamy najpiękniejsze niebo na świecie.
I trochę zdjęć zza szyby...












piątek, 27 marca 2015

Sucharek w sreberku.

Zauważyłam rosnącą tendencje do przedkładania soundtracków nad scenariusze.
Przepis na sukces kasowy jest bardzo prosty w tym przypadku:
1. Bierzemy popularną powieść dla młodzieży (wspomniany Zmierzch, Miasto Anioła, Intruz, Igrzyska Śmierci, Niezgodna czy też inne tego typu amerykańskie produkcje).
2. Chwalimy się, jak to pisarka(najczęściej) dobierała piosenki według własnych upodobań (Zmierzch) lub zbieramy mniej/bardziej "gorących" artystów do reklamowania filmu swoją muzyką. Albo podpięcia się pod muzykę filmu (niestety, częściej to drugie, chociaż Igrzyska są chwalebnym wyjątkiem).
3. Wypuszczamy listę piosenek na kilka miesięcy przed oficjalną premierą kinową filmu. Niech się osłuchają i nucą. Notabene, jest to stały chwyt stosowany w przemyśle bollywood - jednak tam mają one podłożenie pod fabułę (wyśpiewanie uczuć), w końcu w większości to musicale, a widzowie często śpiewają razem z aktorami. Takie karaoke w stylu hinduskim na dużym ekranie (16:9).
4. Piszemy scenariusz, co z tego że książki (tak, przeczytałam kilka) są właściwie gotowym skryptem. Jest dziewczyna nie zgadzająca się z powszechnie panującym systemem, księżniczka, która zakochuje się w pierwszym, niszczącym jej światopogląd facecie (o ironio!). Scenariusz słabiutki ale w końcu jest ze swoim księciem z bajki, który albo posiada nadprzyrodzone zdolności, albo jest niebywale bogaty. Cokolwiek. Scenariusz nie jest dobry.
5. Bierzemy bardziej lub mniej znanych młodych aktorów, którzy zabłysnęli wcześniej talentem w jakimś filmie, ale nie skandalem. Te będą później. Do tego zapraszamy uznanych, często nagradzanych aktorów do zagrania antagonistów i/lub mentorów. Pamiętacie Eragorna? NO.
6. Nagłaśniamy w internecie/wszędzie poprzednie role młodych, pseudoromanse, życie prywatne. Wypowiedzi. Szum medialny niesamowity. W połączeniu z piosenkami dają doskonały efekt marketingowy.
7. Kręcimy. Co z tego ze drewniane aktorstwo i wszystko kradnie ktoś inny. Znajdujemy irytującą postać której nikt nie lubi, albo przesłodkie postacie poboczne.
8. Przy szumie wypuszczamy do kin. Ludzie idą, zachwyt, nie wiedzą że są zmanipulowani muzyką która przez pół roku zdążyła skojarzyć im się z czymś pozytywnym.

Tak, sama chodzę do kina na muzykę, jestem zmanipulowana czasem tą nagonką. Ale zauważam.
Jest to tolerancja wzajemna filmów i muzyki, często też seriali i muzyki. Audiofile będą oglądać filmy z dobrym tłem, bo przecież jeżeli tak znany zespoł (U2, M83, Haim, Paramore, Metallica itp itd.) napisał muzykę/dedykowany utwór to przecież to nie może być taki gniot.
Ale jest.
Jak niektóre filmy bolly. Sucharek w sreberku. Zero treści, ale przecież lekkie i dobrze się skończy. Jak komedie romantyczne tylko z rewolucją czy apokalipsą w tle. Nadal lepsze romanse niż Zmierzch. A to, gdy serial już dawno odpadł fabularnie od nawet nie takiej złej książki?(Pamiętniki Wampirów) A co tam, widownia już ustalona i będzie co odcinek kilka hitów z radia.

Uwaga: Te lepsze filmy z podobnym schematem działania same się bronią przed powyższym. Nie trzeba ich wymieniać, bo naturalnie nikt o nich nie pomyśli przy punktowaniu.

A temat wziął się z przesłuchania tej piosenki, gdzie nie znoszę tego filmu, głównych bohaterów i całej historii ale jestem tym bombardowana, najbardziej przy wylocie z Metra-Centrum gdzie plakat jest na całą ścianę. Po obejrzeniu pierwszej części na drugą nie pójdę. Muzyka niezła i w stylu M83.