Oki doki
Przyzwyczajeni do 2016 roku?
Boicie się już otwierać internety, bo znowu ktoś umrze? Bo ja tak...
U mnie czas na podsumowanie moich przemyślanych postanowień noworocznych. I tak.
Nie ma szans żebym zaczęła chodzić na siłownię, to nie dla mnie.
Nie ma szans, żebym jadła mniej i nie piła alko.
Nie ma szans żebym przestała oglądać seriale i grać w gry..(Wiedźmin Geralt moja miłość)
Postanowienia noworoczne 2016 związane są głownie z brakiem czasu, chęci i motywacji.
Przedstawiam zatem:
1. Myć samochód dwa razy w miesiącu (z zewnątrz i odkurzać)
2. Podlewać kwiatki co 3 dni (a nie raz w tygodniu przez zimowe grzanie suszą się i wyglądają... jak mumie)
3. Zasiać więcej ziół niż tylko bazylię i papryczkę, zrobić prawdziwy ogródek ziołowy (oprócz oregano które jest chwastem)
4. Codziennie rano rozsypywać zimą karmę dla ptaków na słupki.
5. Widywać się z ludźmi co wiąże się z :
6. WYCHODZIĆ Z DOMU
7. Jeść więcej warzyw
8. Jeździć mniej agresywnie samochodem i nie bluzgać na innych (i nie pokazywać faków)
9. Znaleźć sobie jakieś stałe hobby oprócz Geralta :3 - wrócić do grania na gitarze
10. Systematycznie przeglądać szafę i wywalić/ oddać rzeczy w których nie chodzę.
11. Nie jeść śmieciożarcia ani nie pić pseudokawy!!
12. Pisać dwie notki w miesiącu na bloga (w tym festiwalowe bo na festiwale już organizuje sobie czas!)
13. Być miłym człowiekiem dla innych.
14. Chodzić na spacery lub znaleźć sobie inną w miarę regularną aktywność fizyczną (bieganie co rano na pociąg się nie liczy)
powodzenia sobie i Wam życzę :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą co robimy w wolnym czasie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą co robimy w wolnym czasie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 stycznia 2016
środa, 29 lipca 2015
Moje podwórko...20 000 kilometrów wyjechanych ścieżek
Komunikacja.
Jak łatwo poszerza horyzonty myślowe i poznawcze.
Porządna infrastruktura w nowoczesnym państwie jest podstawą inwestycji. Dlatego tyle u nas wkłada się w drogi.
Kiedy dorobiłam się w końcu cudownie bezawaryjnego samochodu prawie dwa lata temu, zaczęłam dużo jeździć poza Warszawę. Wcześniej było to też możliwe, ale ograniczone busami i pociągami czy też strachem przed nagłym zatrzymaniu się w polu.
Podczas tych dwóch lat zrobiłam już ponad 20 000 km - jeżdżąc najczęściej na Śląsk albo też na różnej maści festiwale.
Mam w dalszym ciągu mnóstwo pomysłów gdzie jeszcze pojechać.
I teraz, wracając ze starych, wrocławskich śmieci doszłam do wniosku, że moje podwórko to tam, gdzie mogę dojechać w kilka godzin samochodem i wrócić tego samego lub następnego dnia.
Gdzie jest nasze podwórko?
Na początku, jest ograniczone domem i sąsiadami, ogrodzeniem, piaskownicą.
Granice wyznaczają rodzice i nauczyciele - musimy być w zasięgu wzroku.
Potem nasze podwórko to przyjaciele, do których biegniemy się bawić i z którymi widzimy się po szkole, zaczynamy wymykać się z ustalonych ram.
Gdy stajemy się dorośli zaczynamy wyznaczać własny obszar - możemy zostać w miejscu które nas wychowało, albo spróbować stworzyć własne.
Tu jest punkt trudności, bo ustalamy sobie własne granice za które potem nie możemy wyjść z przyzwyczajenia. Jesteśmy wtedy najbardziej wolni - gdy idziemy na studia to jest nasz jedyny punkt zaczepienia. Jeżeli mamy szczęście to z drugiej strony nie ogranicza nas ani praca ani zobowiązania.
Moje podwórko było we Wrocławiu, mieście które nie śpi, które jest widziane jako tolerancyjne, otwarte i młode. Można było bawić się do woli.
Po studiach jednak przyszedł czas na otrzeźwienie ze studenckiego trybu. Nie miałam super wymagań jednak gdy po raz kolejny rozmowa okazała sie stażem za koszty dojazdu... szczęśliwie znalazłam pracę ale w Stolicy.
Jednak miejsce, warunki i czas zmieniło wszystko diametralnie - każdy poszedł w swoją stronę. Żeby się spotkać z kimś to ja (a nie kto inny) musiałam przejechać mnóstwo kilometrów. Prawie nikomu się nie chciało. Najlepszym przyjaciołom nie przeszkadzała odległość.
I tak horyzonty zostały poszerzone o Warszawę.
Jednak Wrocław, oprócz tego cudownego czasu festiwali filmowych i krótkich ale bardzo treściwych spotkań przestał być moim podwórkiem. Widzę go teraz jak nowe, zupełnie inne miasto nałożone kalką na nostalgiczne zdjęcia sprzed kilku lat. Wiem, że już na stałe nie wrócę.
Warszawa jest trudnym podwórkiem. Robiąc kolejne kilometry w korkach, wściekając się na kierowców/rowerzystów/roboty drogowe/protesty/wypadki/autobusy/spalone mosty zaczęło mnie to bawić i nawet podobać. Ludzie są różni. Szukanie pracy to niewdzięczne zajęcie ale dzięki temu poznaję miasto.
Moje podwórko to teraz Polska,
Moje 20 000 km podróży to przez te dwa lata minimum 200 godzin jazdy.
Popołudniu chcę wypić kawę nad morzem.
Nie mam co robić a dawno nie zwiedzałam.
Podobno najlepsze prawdziwki rosną na Podlasiu.
Gdzieś tam zaczęła się historia mojej rodziny.
Lubię jeździć samochodem.
Lubię jak klimatyzacja wypala mi gardło.
Lubię zabierać ludzi na stopa.
Lubię spotkać dawno nie widzianą ważną dla mnie osobę, chociażbyśmy mieli mieć dla siebie tylko chwilę.
Lubię mój kraj.
Narzekać każdy potrafi, ale odnaleźć piękno czy coś dobrego nie jest tak łatwo.
Mamy najpiękniejsze niebo na świecie.
I trochę zdjęć zza szyby...
Jak łatwo poszerza horyzonty myślowe i poznawcze.
Porządna infrastruktura w nowoczesnym państwie jest podstawą inwestycji. Dlatego tyle u nas wkłada się w drogi.
Kiedy dorobiłam się w końcu cudownie bezawaryjnego samochodu prawie dwa lata temu, zaczęłam dużo jeździć poza Warszawę. Wcześniej było to też możliwe, ale ograniczone busami i pociągami czy też strachem przed nagłym zatrzymaniu się w polu.
Podczas tych dwóch lat zrobiłam już ponad 20 000 km - jeżdżąc najczęściej na Śląsk albo też na różnej maści festiwale.
Mam w dalszym ciągu mnóstwo pomysłów gdzie jeszcze pojechać.
I teraz, wracając ze starych, wrocławskich śmieci doszłam do wniosku, że moje podwórko to tam, gdzie mogę dojechać w kilka godzin samochodem i wrócić tego samego lub następnego dnia.
Gdzie jest nasze podwórko?
Na początku, jest ograniczone domem i sąsiadami, ogrodzeniem, piaskownicą.
Granice wyznaczają rodzice i nauczyciele - musimy być w zasięgu wzroku.
Potem nasze podwórko to przyjaciele, do których biegniemy się bawić i z którymi widzimy się po szkole, zaczynamy wymykać się z ustalonych ram.
Gdy stajemy się dorośli zaczynamy wyznaczać własny obszar - możemy zostać w miejscu które nas wychowało, albo spróbować stworzyć własne.
Tu jest punkt trudności, bo ustalamy sobie własne granice za które potem nie możemy wyjść z przyzwyczajenia. Jesteśmy wtedy najbardziej wolni - gdy idziemy na studia to jest nasz jedyny punkt zaczepienia. Jeżeli mamy szczęście to z drugiej strony nie ogranicza nas ani praca ani zobowiązania.
Moje podwórko było we Wrocławiu, mieście które nie śpi, które jest widziane jako tolerancyjne, otwarte i młode. Można było bawić się do woli.
Po studiach jednak przyszedł czas na otrzeźwienie ze studenckiego trybu. Nie miałam super wymagań jednak gdy po raz kolejny rozmowa okazała sie stażem za koszty dojazdu... szczęśliwie znalazłam pracę ale w Stolicy.
Jednak miejsce, warunki i czas zmieniło wszystko diametralnie - każdy poszedł w swoją stronę. Żeby się spotkać z kimś to ja (a nie kto inny) musiałam przejechać mnóstwo kilometrów. Prawie nikomu się nie chciało. Najlepszym przyjaciołom nie przeszkadzała odległość.
I tak horyzonty zostały poszerzone o Warszawę.
Jednak Wrocław, oprócz tego cudownego czasu festiwali filmowych i krótkich ale bardzo treściwych spotkań przestał być moim podwórkiem. Widzę go teraz jak nowe, zupełnie inne miasto nałożone kalką na nostalgiczne zdjęcia sprzed kilku lat. Wiem, że już na stałe nie wrócę.
Warszawa jest trudnym podwórkiem. Robiąc kolejne kilometry w korkach, wściekając się na kierowców/rowerzystów/roboty drogowe/protesty/wypadki/autobusy/spalone mosty zaczęło mnie to bawić i nawet podobać. Ludzie są różni. Szukanie pracy to niewdzięczne zajęcie ale dzięki temu poznaję miasto.
Moje podwórko to teraz Polska,
Moje 20 000 km podróży to przez te dwa lata minimum 200 godzin jazdy.
Popołudniu chcę wypić kawę nad morzem.
Nie mam co robić a dawno nie zwiedzałam.
Podobno najlepsze prawdziwki rosną na Podlasiu.
Gdzieś tam zaczęła się historia mojej rodziny.
Lubię jeździć samochodem.
Lubię jak klimatyzacja wypala mi gardło.
Lubię zabierać ludzi na stopa.
Lubię spotkać dawno nie widzianą ważną dla mnie osobę, chociażbyśmy mieli mieć dla siebie tylko chwilę.
Lubię mój kraj.
Narzekać każdy potrafi, ale odnaleźć piękno czy coś dobrego nie jest tak łatwo.
Mamy najpiękniejsze niebo na świecie.
I trochę zdjęć zza szyby...
niedziela, 7 czerwca 2015
Ostatnio jest zakręcenie z poplątaniem i do tego ciepło co skutecznie odgania mnie od komputera w stronę ciekawszych zajęć, w tym grillowania, siedzenia na plaży nad Wisłą i jeżdżenia na rowerze.
I o tym ostatnim będzie.
Nie jestem typowym warszawskim rowerzystą. Ba! Nawet nie mam odpowiednich spodenek czy innego ubioru a dopiero dzisiaj zamontowałam taką nowinkę techniczną jak licznik.
Od dzieciństwa natomiast byłam otoczona polami i lasami a i teraz najbliższa mi okolica to rzadko uczęszczany las na skraju poligonu wojskowego. Podlega pod Warszawski Obszar Chronionego Krajobrazu na równi między innymi z Puszczą Kampinoską oraz dopływami Wisły.
Tereny te łączą wybitne bagna z typowym obszarem wydmowo-pustynnym i lasem iglastym i mieszanym.
![]() |
| Mapka - ładnie nie? |
Ścieżki nie należą do najłatwiejszych, jedzie się albo po piachu albo kamieniach, momentami jest to fajna droga polna ale rzadko.
Jadąc dzisiaj obmyśliłam, jakie mogą być podstawowe rady dla mieszczucha który postanawia wybrać się w las a jest typowym miejskim rowerzystą. Na pewno jest to większy wysiłek niż przy pokonywaniu asfaltowych czy kostkowych tras. Konieczny jest zapas wody i dobra wszelakiego sklepów nie ma. No i podstawowy czyli jaki kto ma rynsztunek cyklisty - ważne żeby to nie były żadne sandałki!
Ale ale..wjeżdzamy do typowego, podwarszawskiego lasu: podmokło/sucho, łąka/las.
Zasady są proste jak w przypadku każdego lasu:
1. Żadnego ognia - niedopałek to tez ogień.
2. Żadnego śmiecenia
3. Minimum hałasu (pozdrawiam bucoquadowców z dzisiaj dla których droga na 2,5 m. to było za mało żeby przejechać i musiałam zjechać na bok)
A ponadto warto zaopatrzyć się w dwie rzeczy: coś na komary i meszki (komarów póki co nie stwierdzono, ale to drugie szaleje) i krem do opalania.
Do takich rad dodam jeszcze kilka:
![]() |
| Bagno z narcyzami - jak rzadko zielone |
1. Nie wchodzimy zrywać kwiatków na podmokły teren, narcyzy teraz kwitną..ale lepiej nie, każda kępka może być zdradliwie pływającą rozrośniętą kłodą. Aligatorów nie stwierdzono
2. W takie upały lepiej nie schodzić ze ścieżki. Węże właściwie są wszędzie,a ma się malutko czasu na odróżnienie jadowitej żmii od pospolitego zaskrońca. Lepiej żeby było to drugie. Oprócz węży są też salamandry, jaszczurki i pospolite gryzonie.
![]() |
| No i uwaga! |
3. Czytamy leśne znaki - jeżeli gdzieś jest napisane "poligon wojskowy nie wchodzić" i "nie zbierać runa leśnego nie polować i nie łowić ryb" to przestrzegać. Moje ubiegłoroczne zbieranie grzybów skończyło się znalezieniem niewybuchów, mimo że teren był nieoznaczony jako poligonowy. I wojna światowa miała swoje bomby a tamta okolica była jeszcze do tego świadkiem "Cudu nad Wisłą" w 1920 r. Poligon działam w większym zakresie również po II wojnie (rozszerzony tak przez radzieckie władze,żeby cmentarz żołnierzy poległych w 1920 był zgarnięty i nie można było by się nim zajmować). Potem na szczęscie tereny zostały zmniejszone (ale czy rozminowane?:P). Śmiejemy się czasem, ze te huki na poligonie to nie ćwiczenia a sarenka która nauczyła się latać (albo dzik)
4. Wchodząc do lasu koniecznie ale to koniecznie PATRZYMY POD NOGI - to te węże ale też jakieś osuwisko/mrowisko/kretowisko lub zwyczajne sarnie bobki. Bleh.
5. Jeżeli chcemy coś zbierać to na 100% trzeba wiedzieć, że to jadalne. Na przypuszczenia jest system zerojedynkowy.
6. Uwaga na ścinki drzewa, jeżeli leżą ułożone stosy kłód nie dość, że możemy zostać posklejani trudną do usunięcia żywicą, to jeszcze lubią tam gniazdować żmije i osy.
![]() |
| Te wszystkie drzewa są zeschnięte. Tak to już jest w przyrodzie. |
I cieszmy się lasem!
Co prawda nie widziałam dziś węży ani KOMARÓW(NIC!) ale za to; pliszkę, jaszczurkę, narcyzy na bagnach i jeszcze jakąś inną roślinkę kwitnącą. Mnóstwo czarnego bzu (dobry na przeziębienia) i kwitnące akacje.
Słyszałam kukułki.
I było tak kosmicznie gorąco.
wtorek, 5 maja 2015
Rozliczenie z zakazami/nakazami z dzieciństwa
Czy za dzieciaka/małego dzieciaka mieliście pewne zakazy albo nakazy?
Nie jedz słodyczy, nie oglądaj filmów bo głupie, nie rozmawiaj z nieznajomymi, wracaj o 20 do domu?
Podyktowane były najczęściej troską, strachem o nasze małe duszyczki. O to że możemy zrobić sobie krzywdę, że będziemy budzić się w nocy z lękiem.
Dziecięca wyobraźnia jest niesamowicie barwna i nieuładzona. Potem wchodzi w tryby zwyczajności i zanika.
Do czego zmierzam. Jest masa filmów/rzeczy których nie mogłam robić za dzieciaka, bo po prostu byłam dzieciakiem. Do tej listy zaliczam oglądanie kultowych seriali i filmów z lat 90, bo leciały za późno, bo były idiotyczne, bo nie były naukowe. Niektóre z nich nie przetrwały próby czasu, lub nadal nie budzą we mnie zainteresowania albo obecnie co najwyżej politowanie.
Niektóre mogłam oglądać (jak Simpsonów) ale wtedy mnie nie bawiły. Ale przez ostatnie kilka dni próbowałam sobie przypomnieć wszystkie zakazy i złapać sens.
Ale już się rozwijam a oto powstała lista, nad którą się zastanowiłam.
1. Nie można oglądac telenowel, głupie i złe
- a i owszem, złe, ale dobre do obiadu, prawie udało mi się teraz wciągnać we wspaniałe stulecie, a tak nie mam potrzeby nadrabiania..
2. Seriale to strata czasu
- właściwie mieli racje, nie miałam potrzeby oglądania ani odświeżania żadnego z seriali lat 90 (oprócz X-Files), ani Kiepskich, ani Opowieści z Krypty ani Ally McBeal a reszty nazw nie pamiętam.
3. O 22 w łóżku.
+ marzenie! wtedy to była tortura, ale obecnie czasem się staram, ale internety...
4. Nie mów z pełnymi ustami
+ Słuszna uwaga, można sie zakrztusić, opluć towarzystwo a do tego jeszcze paskudnie się wygląda..
5. Bałagan w pokoju bałagan w głowie
+ Ostatnio staram się jak mogę, ale niestety często jest 0:1 dla bałaganu
6. Japońskie bajki są złe, amerykańskie też
+ Oglądam i oglądam a jakoś nie zauważyłam, co prawda nie obejrzę trzeci raz serii Dragon Ball a teraz oglądam tylko odświeżoną Sailor Moon, ale fakt, amerykańskie często to dno i wiele metrów mułu (serialowe bajki, Disney poza kategorią)
7. Nie rozmawiaj z nieznajomymi
+ po wczorajszym przemiłym doświadczeniu z obcymi ludźmi. Czy jeżeli obcy człowiek nam się przedstawi to już nie jest obcy? Nieprawda. Właśnie zauważyłam, że Facebook jest pełen obcych ludzi, których w teorii zna się od lat.
8. Nie kupię ci furby
+ Jaka to była słuszna decyzja! tak samo jedno Tamagochi na 3 osoby. A co teraz by takie Tamago robiło? siedziało w szafie. Zabawki, lalki pluszaki po praniu się przydadzą. Reszta to pożywka dla bakterii
9. Nie można jeść tyle słodyczy
+ Bardzo nie można, nie powinno się wręcz! Chociaż ja od dawien dawna wydawałam najwięcej kieszonkowego na coś słodkiego, nawet zadłużałam się u pani w sklepiku. Teraz kulturalnie.. jem nieco mniej
10. Nie siedź na zimnym
+ Prawda, potem jestem chora
11. Ubieraj się ciepło
+ ubieram się na cebulkę, najgorsze uczucie to że jest zimno..
12. Odłóż rzeczy na miejsce
+inaczej powstanie..bałagan! najgorsze, to znaleźć miejsce w nowym mieszkaniu na rzeczy, odkładanie jest wtedy łatwiejsze. Gdy się nie ma tej pewności witaj punkcie 5!
13. Nie denerwuj się
+ 90% moich nerwów to z powodu innych ludzi, właściwie mogłabym ich uniknąć i zostawić te 10% słusznego denerwowania. Tak nerwowość wprowadzam wszędzie.
14. Nie siedź blisko przed telewizorem
+ Mieli rację.. gdzie są moje okulary...
15. Nie rysuj po książkach
-/+ i tak i nie, nie pisałam po książkach ale czasami szkoda bo nie mogłabym odczytać dawnych myśli(od tego są pamiętniki). Potem na studiach nabazgrałam się w kolorach tęczy. Wystarczy
16. Pisz starannie
+ Bardzo z tym walczyłam, no ale jak sie postaram to mogę napisać kartkę okolicznościową, szkoda że zapomniałam już pisania neogotykiem i runami. Ale nadrobię.
17. Zjedz obiad
+ Budzę się rano i myślę, co na obiad? Obiad musi być.
18. Wyjmij łyżeczkę przed piciem z kubka.
- ale ja lubię z łyżeczką.
O NIE! JESTEM DOROSŁA!!
Idę jeść sernik na śniadanie i kilka kawałków ptasiego mleczka. Oczywiście przy Archiwum X, potem będę się denerwować, że nie umiem uruchomić maszyny do szycia....
czwartek, 16 kwietnia 2015
FestiwaloWIANKOwianeczka - festiwalowe FAQ
Na specjalne życzenie odkładam na później pisanie o radiu i omawiam bardzo aktualny temat.
Oczywiście festiwalowy.
Wyobraźmy sobie Ciebie i Ciebie i Jego i Ją i Ich. Nigdy nie mieli do czynienia z żadnym festiwalem. Może i by chcieli ale boją się. Może i by chcieli ale tyle pieniędzy wydać, może i tak..ale...
i teraz będę prostować to "ale".
Od razu napiszę: wpis nie jest sponsorowany przez nikogo, oprócz mojego czasu. Dlatego opowiem o tym w najprostszy możliwy sposób: odpowiadając na pytania. Oczywiście jeżeli jakieś powstaną, możecie dopisać.
1. Nigdy nie byłam/em na festiwalu, jednak czuję, że jestem na to za stara/y.
Nigdy nie jest się za starym na festiwale! Przykładem może być najstarsza para oglądająca razem filmy, nakręcono o nich nawet dwa filmy dokumentalne, Państwo Maria i Bogdan Kalinowscy zawsze byli mile widziani na Nowych Horyzontach we Wrocławiu. Na muzyczne również jeżdżą nie tylko dziane nastolatki, ale i ludzie w średnim lub starszym wieku.
2. Od jakiego festiwalu zacząć?
Od tego najbliżej, ja rozpoczęłam swoją przygodę z festiwalami od Nowych Horyzontów w Cieszynie (2004 r) później działałam w wolontariacie na pierwszych pięciu edycjach we Wrocławiu. Warto patrzeć, co się dzieje w mieście i okolicy. Miałam to szczęście w nieszczęściu że brałam bierny(nigdy na widowni) udział w przygotowywaniach festiwalu Opolskiego w LO.
Jeżeli klimatem nam nie pasuje, zawsze można spróbować nieco dalej. Warto też chodzić na mini festiwale obejmujące jeden wieczór w klubie.
3. Jestem niepełnosprawna/y ruchowo czy to nie utrudni mi odbioru festiwalu?
Oczywiście że nie! Festiwale dostosowane są dla osób niepełnosprawnych. Co prawda w salach kinowych jest tylko kilka miejsc dla osób poruszających się na wózkach, jednak są też pokazy plenerowe. Co do festiwali muzycznych, ze względu na zmienną pogodę zawsze jest przeprowadzona gdzieś utwardzona droga którą można dostać się pod odpowiednie sceny. Są też platformy gdzie w spokoju można obejrzeć koncert. Spanie na polu namiotowym oczywiście również jest możliwe.
4. Nie mam paczki znajomych z którą mogę pojechać, ewentualnie jadą dwie dziewczyny, czy to bezpieczne?
Jazda w pojedynkę jest trudna, ponieważ pewnych rzeczy nie da się przewidzieć. Warto jednak nawiązać nowe znajomości. Jeżeli jedzie się z przyjaciółką - bardzo wskazane. Pola namiotowe jak i cały festiwal objęty jest ochroną. Zdarzyło mi się samej wybrać na festiwal. Bardzo dobrze to wspominam,w przypadku Openera jednak trójka znajomych była już na miejscu. Chłopaki mogą jeździć. Zawsze ktoś przygarnie.
5. Mamy dziecko ale nie ma kto się nim zająć. Co teraz?
Zawsze można kupić bilet dzieciakowi (i słuchawki tłumiące dźwięk) co prawda bobasy nie przepadają za tłumami i hałasem, jednak w tamtym roku do Syren Artura Rojka bardzo dobrze się bawiły. Sama na pierwszym koncercie byłam podobno jako 4 latka. Pamiętam wielką scenę, helikopter i hałas i siedzenie na trawie. Starsze dzieci mogą uznać to jako wielką frajdę. Wiadomo, wtedy nie można już tak bardzo robić tego, co się chce.
6. Jak się zabezpieczyć przed kradzieżami?
Nie ma idealnego sposobu. Na pewno nie zostawiać najcenniejszych rzeczy na polu namiotowym. Warto na poczatku kilkudniowego festiwalu zostawić swoje skarby w depozycie. Najlepiej jednak nie brać diamentowych kolczyków i złotych zegarków.
7. Czy muszę spać na polu namiotowym?
Nie, zawsze można wynająć kawałek łóżka w hotelu czy hostelu, skorzystać z couchsurfingu czy też popytać po miejscowych znajomych/rodzinie. W przypadku zalania namiotu (było) warto mieć plan B. (całkowicie przypadkowo miałam i dziękuję !) Pole to jednak wygodna i tania opcja, zwłaszcza że powroty mogą zajmować trochę czasu.
8. Jakie są niezbędne rzeczy podczas kilkudniowego festiwalu? Zakładam że śpię pod namiotem.
Bezwzględnie: namiot, śpiwór, żel pod prysznic, dezodorant, ręcznik, zmiana ubrań na każdą pogodę(na dni wyjazdu+1), kasa, karta, ID, krem do opalania, wit.C albo jakaś inna suplementacja witamin (jeszcze nigdy nie wróciłam zdrowa z festiwalu..), tabletki na gardło (festiwal muzyczny), krople do oczu (festiwal filmowy), woreczki foliowe (zawsze), papier toaletowy, żelazna racja batoników zbożowych, cukierki, notatnik, długopis, ładowarka, powerbank(przydaje się przy minimalnej żywotności baterii telefonów i gigantycznych kolejkach do ładowania), karty do gry, plastry, buty na zmianę. Najlepiej zrobić listę przed wyjazdem.
9. Czego się wystrzegać?
Brania zbyt cennych rzeczy, uważnie wybierać nowych znajomych, nie przesadzać z używkami, Pamiętajmy o unikaniu brania ostrych narzędzi i parasoli na festiwale - mogą zostać zabrane przy wejściu (jeżeli mamy szanse, dostaną numerek i będzie do odzyskania)- filmowych festiwali to nie dotyczy.
10. Skąd mogę czerpać informacje o festiwalach?
Obecnie są oprócz wiadomości na stronach oficjalnych, informacje na portalach społecznościowych a także można ściągać aplikacje. Osobiście lubiłam gazetki festiwalowe (bardzo) bo mogłam sobie zachować na pamiątkę. Aplikacje niestety są zbyt tymczasowe.
Jeżeli macie jeszcze jakieś pytania, chętnie odpowiem. Na razie pozostało mi przygotowywać się do Spring Break w Poznaniu. Relacje będą w przyszłym tygodniu. Nigdy nie byłam także czujnym okiem będę obserwować wydarzenie z każdej strony.
Oczywiście festiwalowy.
Wyobraźmy sobie Ciebie i Ciebie i Jego i Ją i Ich. Nigdy nie mieli do czynienia z żadnym festiwalem. Może i by chcieli ale boją się. Może i by chcieli ale tyle pieniędzy wydać, może i tak..ale...
i teraz będę prostować to "ale".
Od razu napiszę: wpis nie jest sponsorowany przez nikogo, oprócz mojego czasu. Dlatego opowiem o tym w najprostszy możliwy sposób: odpowiadając na pytania. Oczywiście jeżeli jakieś powstaną, możecie dopisać.
1. Nigdy nie byłam/em na festiwalu, jednak czuję, że jestem na to za stara/y.
Nigdy nie jest się za starym na festiwale! Przykładem może być najstarsza para oglądająca razem filmy, nakręcono o nich nawet dwa filmy dokumentalne, Państwo Maria i Bogdan Kalinowscy zawsze byli mile widziani na Nowych Horyzontach we Wrocławiu. Na muzyczne również jeżdżą nie tylko dziane nastolatki, ale i ludzie w średnim lub starszym wieku.
2. Od jakiego festiwalu zacząć?
Od tego najbliżej, ja rozpoczęłam swoją przygodę z festiwalami od Nowych Horyzontów w Cieszynie (2004 r) później działałam w wolontariacie na pierwszych pięciu edycjach we Wrocławiu. Warto patrzeć, co się dzieje w mieście i okolicy. Miałam to szczęście w nieszczęściu że brałam bierny(nigdy na widowni) udział w przygotowywaniach festiwalu Opolskiego w LO.
Jeżeli klimatem nam nie pasuje, zawsze można spróbować nieco dalej. Warto też chodzić na mini festiwale obejmujące jeden wieczór w klubie.
3. Jestem niepełnosprawna/y ruchowo czy to nie utrudni mi odbioru festiwalu?
Oczywiście że nie! Festiwale dostosowane są dla osób niepełnosprawnych. Co prawda w salach kinowych jest tylko kilka miejsc dla osób poruszających się na wózkach, jednak są też pokazy plenerowe. Co do festiwali muzycznych, ze względu na zmienną pogodę zawsze jest przeprowadzona gdzieś utwardzona droga którą można dostać się pod odpowiednie sceny. Są też platformy gdzie w spokoju można obejrzeć koncert. Spanie na polu namiotowym oczywiście również jest możliwe.
4. Nie mam paczki znajomych z którą mogę pojechać, ewentualnie jadą dwie dziewczyny, czy to bezpieczne?
Jazda w pojedynkę jest trudna, ponieważ pewnych rzeczy nie da się przewidzieć. Warto jednak nawiązać nowe znajomości. Jeżeli jedzie się z przyjaciółką - bardzo wskazane. Pola namiotowe jak i cały festiwal objęty jest ochroną. Zdarzyło mi się samej wybrać na festiwal. Bardzo dobrze to wspominam,w przypadku Openera jednak trójka znajomych była już na miejscu. Chłopaki mogą jeździć. Zawsze ktoś przygarnie.
5. Mamy dziecko ale nie ma kto się nim zająć. Co teraz?
Zawsze można kupić bilet dzieciakowi (i słuchawki tłumiące dźwięk) co prawda bobasy nie przepadają za tłumami i hałasem, jednak w tamtym roku do Syren Artura Rojka bardzo dobrze się bawiły. Sama na pierwszym koncercie byłam podobno jako 4 latka. Pamiętam wielką scenę, helikopter i hałas i siedzenie na trawie. Starsze dzieci mogą uznać to jako wielką frajdę. Wiadomo, wtedy nie można już tak bardzo robić tego, co się chce.
6. Jak się zabezpieczyć przed kradzieżami?
Nie ma idealnego sposobu. Na pewno nie zostawiać najcenniejszych rzeczy na polu namiotowym. Warto na poczatku kilkudniowego festiwalu zostawić swoje skarby w depozycie. Najlepiej jednak nie brać diamentowych kolczyków i złotych zegarków.
7. Czy muszę spać na polu namiotowym?
Nie, zawsze można wynająć kawałek łóżka w hotelu czy hostelu, skorzystać z couchsurfingu czy też popytać po miejscowych znajomych/rodzinie. W przypadku zalania namiotu (było) warto mieć plan B. (całkowicie przypadkowo miałam i dziękuję !) Pole to jednak wygodna i tania opcja, zwłaszcza że powroty mogą zajmować trochę czasu.
8. Jakie są niezbędne rzeczy podczas kilkudniowego festiwalu? Zakładam że śpię pod namiotem.
Bezwzględnie: namiot, śpiwór, żel pod prysznic, dezodorant, ręcznik, zmiana ubrań na każdą pogodę(na dni wyjazdu+1), kasa, karta, ID, krem do opalania, wit.C albo jakaś inna suplementacja witamin (jeszcze nigdy nie wróciłam zdrowa z festiwalu..), tabletki na gardło (festiwal muzyczny), krople do oczu (festiwal filmowy), woreczki foliowe (zawsze), papier toaletowy, żelazna racja batoników zbożowych, cukierki, notatnik, długopis, ładowarka, powerbank(przydaje się przy minimalnej żywotności baterii telefonów i gigantycznych kolejkach do ładowania), karty do gry, plastry, buty na zmianę. Najlepiej zrobić listę przed wyjazdem.
9. Czego się wystrzegać?
Brania zbyt cennych rzeczy, uważnie wybierać nowych znajomych, nie przesadzać z używkami, Pamiętajmy o unikaniu brania ostrych narzędzi i parasoli na festiwale - mogą zostać zabrane przy wejściu (jeżeli mamy szanse, dostaną numerek i będzie do odzyskania)- filmowych festiwali to nie dotyczy.
10. Skąd mogę czerpać informacje o festiwalach?
Obecnie są oprócz wiadomości na stronach oficjalnych, informacje na portalach społecznościowych a także można ściągać aplikacje. Osobiście lubiłam gazetki festiwalowe (bardzo) bo mogłam sobie zachować na pamiątkę. Aplikacje niestety są zbyt tymczasowe.
Jeżeli macie jeszcze jakieś pytania, chętnie odpowiem. Na razie pozostało mi przygotowywać się do Spring Break w Poznaniu. Relacje będą w przyszłym tygodniu. Nigdy nie byłam także czujnym okiem będę obserwować wydarzenie z każdej strony.
wtorek, 7 kwietnia 2015
Wymówkowo
Temat rósł kilka tygodni, i przeszedł sam siebie.
Internet, a raczej formy komunikacji online są najprostsze i wymagające najmniej energii. Ot, możemy oglądać film, grać w gry, robić cokolwiek innego i równocześnie rozmawiać z ludźmi.
Sztuczka polega na tym, że media społecznościowe spowodowały, że jeżeli nie jesteśmy online czujemy się winni.
Wydarzenia w których można wziąć udział, to kolejna sprawa, nie ma już "bo mi się nie chce" brak aktywności to nie jest strona człowieka, który działa. Osoby aktywnej i w świecie i online.
I tu przechodzę do wymówek. Powstała długa lista wymówek, którymi również i ja się posługuję. Nie możemy nie mieć ochoty na rozmowę, musimy mieć wymówkę, przecież świeci się zielone światełko. Często po takiej wymianie zdań ostatnie słowa to "ok, na razie" a potem już się nie wraca.
Jeżeli po kilkunastu sekundach nie odpowiemy na wiadomość, to przy zielonej kropce druga strona może poczuć się zignorowana.
Wymówki/przyczyny braku chęci rozmawiania możemy podzielić na:
1. Prozaiczne
2. Nadzwyczajne
Grupa prozaicznych wymówek to:
- idę pozmywać/posprzątać/zjeść
- muszę popracować (częste w godz. 8-17)
- sorki mam autobus/jadę gdzieś
- zaraz nie będzie zasięgu (rzadko ale się zdarza)
- idę na zakupy
- idę pod prysznic(i inne tematy łazienkowe)
- gram w grę(mogę odpowiadać tylko przez WASD 1234 ZXC)
- mama/tato/babcia/dziewczyna/chłopak/żona/mąż/dziecko woła
Nadzwyczajne to:
- dzwoni telefon (tak! mam jeszcze znajomych którzy dzwonią)
- sorki, jestem na imprezie, wiesz jak to jest... muszę (!) gadać z ludźmi
- przepraszam mam gości
- muszę napisać tekst na bloga
- mój facet/dziewczyna przyszedł/przyszła
- źle się czuje (tu następuje długa konwersacja na temat objawów)
Nie można odpowiedzieć,
- gram na gitarze a fb działa w tle, bo wyszukuję chwyty online - gitara poczeka
- mam zły humor - jak to, ja do Ciebie pisze a Ty masz zły humor? podziel się tym
- Zignorować - tylko falujące kropeczki obok imienia...
- nie można NIE ODPOWIEDZIEĆ
- nie mam czasu - nie masz czasu? Jak to możliwe? Jak mogą być ważniejsze rzeczy od naszej rozmowy? MOGĄ.
Nie możemy nic nie robić, każda reakcja wymaga kontry. Uzupełnienia. Nie chcemy przecież wypaść w złym świetle? Nie możemy zrobić czegoś, na co zwyczajnie nie mamy ochoty bez bardzo konkretnej wymówki. Zwykłe lenistwo, spędzenie wieczoru przy filmie i misce popcornu - ależ skąd! To takie bezproduktywne.
Kiedyś przez GG/Tleny i inne teraz komunikacja online robi z nas społeczeństwo wymówek.
Każdy z nas zna więcej zdań rozpoczynających się od NIE.
NIE....BO....
Zrobiło się poważnie?
Idę sobie, popatrzeć na chmury które są najpiękniejsze o tej porze roku. Posłuchać śpiewu ptaków i powściekać, że nie jestem w stanie zabić Kościeja.
Internet, a raczej formy komunikacji online są najprostsze i wymagające najmniej energii. Ot, możemy oglądać film, grać w gry, robić cokolwiek innego i równocześnie rozmawiać z ludźmi.
Sztuczka polega na tym, że media społecznościowe spowodowały, że jeżeli nie jesteśmy online czujemy się winni.
Wydarzenia w których można wziąć udział, to kolejna sprawa, nie ma już "bo mi się nie chce" brak aktywności to nie jest strona człowieka, który działa. Osoby aktywnej i w świecie i online.
I tu przechodzę do wymówek. Powstała długa lista wymówek, którymi również i ja się posługuję. Nie możemy nie mieć ochoty na rozmowę, musimy mieć wymówkę, przecież świeci się zielone światełko. Często po takiej wymianie zdań ostatnie słowa to "ok, na razie" a potem już się nie wraca.
Jeżeli po kilkunastu sekundach nie odpowiemy na wiadomość, to przy zielonej kropce druga strona może poczuć się zignorowana.
Wymówki/przyczyny braku chęci rozmawiania możemy podzielić na:
1. Prozaiczne
2. Nadzwyczajne
Grupa prozaicznych wymówek to:
- idę pozmywać/posprzątać/zjeść
- muszę popracować (częste w godz. 8-17)
- sorki mam autobus/jadę gdzieś
- zaraz nie będzie zasięgu (rzadko ale się zdarza)
- idę na zakupy
- idę pod prysznic(i inne tematy łazienkowe)
- gram w grę(mogę odpowiadać tylko przez WASD 1234 ZXC)
- mama/tato/babcia/dziewczyna/chłopak/żona/mąż/dziecko woła
Nadzwyczajne to:
- dzwoni telefon (tak! mam jeszcze znajomych którzy dzwonią)
- sorki, jestem na imprezie, wiesz jak to jest... muszę (!) gadać z ludźmi
- przepraszam mam gości
- muszę napisać tekst na bloga
- mój facet/dziewczyna przyszedł/przyszła
- źle się czuje (tu następuje długa konwersacja na temat objawów)
Nie można odpowiedzieć,
- gram na gitarze a fb działa w tle, bo wyszukuję chwyty online - gitara poczeka
- mam zły humor - jak to, ja do Ciebie pisze a Ty masz zły humor? podziel się tym
- Zignorować - tylko falujące kropeczki obok imienia...
- nie można NIE ODPOWIEDZIEĆ
- nie mam czasu - nie masz czasu? Jak to możliwe? Jak mogą być ważniejsze rzeczy od naszej rozmowy? MOGĄ.
Nie możemy nic nie robić, każda reakcja wymaga kontry. Uzupełnienia. Nie chcemy przecież wypaść w złym świetle? Nie możemy zrobić czegoś, na co zwyczajnie nie mamy ochoty bez bardzo konkretnej wymówki. Zwykłe lenistwo, spędzenie wieczoru przy filmie i misce popcornu - ależ skąd! To takie bezproduktywne.
Kiedyś przez GG/Tleny i inne teraz komunikacja online robi z nas społeczeństwo wymówek.
Każdy z nas zna więcej zdań rozpoczynających się od NIE.
NIE....BO....
Zrobiło się poważnie?
Idę sobie, popatrzeć na chmury które są najpiękniejsze o tej porze roku. Posłuchać śpiewu ptaków i powściekać, że nie jestem w stanie zabić Kościeja.
sobota, 28 lutego 2015
Wiosna tuż tuż...
Piszę o tym, ponieważ w marcu jest najlepszy moment na odgrzebanie roweru, wyciągnięcie butów i rozpoczęcie biegów lub jeżdżenia rowerem po okolicy.
A ja dziś miałam spotkanie (znowu!) oko w oko z dzikim zwierzęciem.
Podczas ogrodowych, wczesnowiosennych prac podszedł do mnie bażant.
Nie bał się ani hałasującego urządzenia w okolicy, anie stróżującego kota, ani biegających nieopodal psów (które co rusz wchodziły na działkę i straszyły kota).
Podszedł i łypiąc jednym okiem w pełnej szacie przechadzał się po trawniku.
Chciałam zrobić zdjęcie, jednak ptak zorientował się chyba że próbuję podejść bliżej i przeskoczył w drugi kąt ogrodu.
Sam fakt spotykania "dzikich" zwierząt nieudomowionych tak blisko domów jest niesamowitym doznaniem i prawdziwym "łapaniem chwili" tak bardzo niepowtarzalnym i trudnym do uwiecznienia.
W tym roku dużo dzikich, a raczej nieudomowionych stworzeń było na mojej drodze.
Jadąc samochodem widywało się sarny, wspomniane bażanty uciekające z drogi lub przyczajone w rowach.
Ale wrażenie, jak na europejskim safari: jedziesz autem niby w mieście po ulicy, a obok biegnie nocą stado saren, przez kilkanaście metrów wzdłuż drogi, NIESAMOWITE!
Jesienią, podczas kolejnej wycieczki rowerowej miałam okazję widzieć łosia. Zwierz olbrzymi stał na rozdrożu dwóch leśnych duktów. Poczułam wtedy, że to nas nie powinno tam być, w końcu to jego bagna.
Kiedyś, jeszcze w gimnazjum, często przebywaliśmy na starym cmentarnym wzgórzu i tam, podczas pikniku obok nas stanęła sarna. Sarnie oczy, wiecznie zdziwione, omiotły piknik i łagodnie się wycofała.
Czego się tu bać w takim wypadku? A na pewno uważać.
Można się bać zdziczałych psów... mogą być niebezpieczne dla człowieka, okaleczone psychicznie.
O określonych porach roku trzeba uważać na dziki (zwłaszcza lochy z młodymi) a także klępy (samice łosia) z młodymi. Matki mogą chować gdzieś młode a same zaatakować.
Podczas wycieczek znalezionych sarenek NIE DOTYKAĆ ani nie ratować.Według zasad "księgi przyrody" którą kiedyś czytałam, zapach człowieka pozostawiony na takim maleństwie może doprowadzić do tego, że stado je odrzuci.
Gniazdek z ziemi nie wyjmować i nie zabierać do domu. Nie niszczyć.
Na widok biegnącego radośnie lisa nie chowającego się i nie uciekającego przed człowiekiem (a może to pies?) lepiej nie ryzykować futra i zwiewać.
Dla tych (na przykład mnie) wycieczki po byłych obiektach militarnych lub polach walk są na tyle niebezpieczne, ze w przypadku trafienia na niewybuch (niewypał) w tył zwrot i najlepiej zgłosić to odpowiednim służbom. Trudno jednak znaleźć te "odpowiednie" a także określić lokalizację wystąpienia "obiektu X".
Dużo wczesnowiosennych roślin jest pod ochroną (między innymi Zawilce). są to bardzo nietrwałe kwiaty więc nie warto ich zrywać.Przebiśniegi również.
Hodujmy Hiacynty!
Poniżej ubiegłoroczne, tegoroczne będą białe (jak wyjeżdżałam akurat zaczynały rozkwitać)
A jeżeli przekwitną zawsze można cebulki wsadzić do ogrodu (lub uciąć kwiatki zostawić do zeschnięcia i posadzić w przyszłym roku - jeżeli nie w ogrodzie to gdzieś w parku..może zakwitną?)
A ja dziś miałam spotkanie (znowu!) oko w oko z dzikim zwierzęciem.
Podczas ogrodowych, wczesnowiosennych prac podszedł do mnie bażant.
Nie bał się ani hałasującego urządzenia w okolicy, anie stróżującego kota, ani biegających nieopodal psów (które co rusz wchodziły na działkę i straszyły kota).
Podszedł i łypiąc jednym okiem w pełnej szacie przechadzał się po trawniku.
Chciałam zrobić zdjęcie, jednak ptak zorientował się chyba że próbuję podejść bliżej i przeskoczył w drugi kąt ogrodu.
Sam fakt spotykania "dzikich" zwierząt nieudomowionych tak blisko domów jest niesamowitym doznaniem i prawdziwym "łapaniem chwili" tak bardzo niepowtarzalnym i trudnym do uwiecznienia.
W tym roku dużo dzikich, a raczej nieudomowionych stworzeń było na mojej drodze.
Jadąc samochodem widywało się sarny, wspomniane bażanty uciekające z drogi lub przyczajone w rowach.
Ale wrażenie, jak na europejskim safari: jedziesz autem niby w mieście po ulicy, a obok biegnie nocą stado saren, przez kilkanaście metrów wzdłuż drogi, NIESAMOWITE!
Jesienią, podczas kolejnej wycieczki rowerowej miałam okazję widzieć łosia. Zwierz olbrzymi stał na rozdrożu dwóch leśnych duktów. Poczułam wtedy, że to nas nie powinno tam być, w końcu to jego bagna.
Kiedyś, jeszcze w gimnazjum, często przebywaliśmy na starym cmentarnym wzgórzu i tam, podczas pikniku obok nas stanęła sarna. Sarnie oczy, wiecznie zdziwione, omiotły piknik i łagodnie się wycofała.
Czego się tu bać w takim wypadku? A na pewno uważać.
Można się bać zdziczałych psów... mogą być niebezpieczne dla człowieka, okaleczone psychicznie.
O określonych porach roku trzeba uważać na dziki (zwłaszcza lochy z młodymi) a także klępy (samice łosia) z młodymi. Matki mogą chować gdzieś młode a same zaatakować.
Podczas wycieczek znalezionych sarenek NIE DOTYKAĆ ani nie ratować.Według zasad "księgi przyrody" którą kiedyś czytałam, zapach człowieka pozostawiony na takim maleństwie może doprowadzić do tego, że stado je odrzuci.
Gniazdek z ziemi nie wyjmować i nie zabierać do domu. Nie niszczyć.
Na widok biegnącego radośnie lisa nie chowającego się i nie uciekającego przed człowiekiem (a może to pies?) lepiej nie ryzykować futra i zwiewać.
Dla tych (na przykład mnie) wycieczki po byłych obiektach militarnych lub polach walk są na tyle niebezpieczne, ze w przypadku trafienia na niewybuch (niewypał) w tył zwrot i najlepiej zgłosić to odpowiednim służbom. Trudno jednak znaleźć te "odpowiednie" a także określić lokalizację wystąpienia "obiektu X".
Dużo wczesnowiosennych roślin jest pod ochroną (między innymi Zawilce). są to bardzo nietrwałe kwiaty więc nie warto ich zrywać.Przebiśniegi również.
Hodujmy Hiacynty!
Poniżej ubiegłoroczne, tegoroczne będą białe (jak wyjeżdżałam akurat zaczynały rozkwitać)
A jeżeli przekwitną zawsze można cebulki wsadzić do ogrodu (lub uciąć kwiatki zostawić do zeschnięcia i posadzić w przyszłym roku - jeżeli nie w ogrodzie to gdzieś w parku..może zakwitną?)
sobota, 21 lutego 2015
jest pora siewu... i pora zbioru...
Prawie rok temu na zaproszenie moich dwóch festiwalowych kumpli (pozdrawiam i powodzenia!) trafiłam do Londynu. Ze względu na różnego rodzaju zawirowania i przygody przywiozłam zamiast tony ciuchów z pewnego sklepu książkę (Flavour Thesaurus),, która obiecana mi była kilka razy jako prezent, tak samo jak eclairsy.
Pojechałam, kupiłam. Opis całej wycieczki Tu.
Podszkoliłam się w kulinarnym angielskim (najulubieńsze słowo to Parsley ).
Co prawda dużo rzeczy z tych opisanych jest oczywiste (ziemniaki z jajkiem chociażby), publikacja nie tryska pomysłami na oryginalny obiad. Niemniej jednak jest przydatną bazą do pomysłów w stylu "w lodówce mam 4 rzeczy a chcę ciasto".
A jakie smaki się łączą i smakują dobrze, chociaż nie są tak oczywiste?
- Zielone ogórki z orzeszkami ziemnymi - bardzo dobrze smakuje, swego czasu w przydomowym ogrodzie był taki sezon ogórkowy, że wynalazłam obok tego też zupę cytrynowo-miętową z ogórków. Do tego były ogórki curry, mizeria, ogórki pieczone, smażone, duszone z kurczakiem i orzeszkami
- Zielone ogórki z truskawkami - nie miałam odwagi spróbować.
- Rozmaryn z morelami - ciekawa opcja i bardzo dobra na ciepło.
- Mięta i czarna porzeczka - w książce proponują w formie wypieku, ja często do domowych kompotów z przepisu....zerwij i przebierz miskę owoców... dodawałam listki świeżej mięty.
- Dynia z szałwią - prażone listki szałwii dodane do dyniowej lazanii... przepyszne!
- Róża z hibiskusem - niby rzecz oczywista, bo w herbatkach "dzika róża" wiecej jest hibiskusa niż szlachetnego kwiatu (lub owocu), jednak w wersji czystej kwiatowej herbaty hibiskusowej (niesamowicie kwaśnej) posłodzenie syropem różanym (mój akurat przywieziony z Cypru) tworzy niesamowite wrażenie.
- Owsianka z serkiem waniliowym - na ciepło - ostatnie moje, przepyszne odkrycie.
Pamiętajmy też, że jeżeli zakładamy ogródki balkonowe to ten i cały przyszły tydzień to najwyższa pora na wysiewanie nasionek.
W tym roku sieję rukolę, bazylię, pomidorki koktajlowe i mnóstwo kwiatków. Zbieram też pojemniki po jogurtach na małe doniczki i ukorzeniacze. Warto sadzić własne zioła (bazylię, tymianek, rozmaryn, miętę) szczypiorek tak dobrze nie wysiewa się z nasion.
Najważniejsze to ciepło, regularne podlewanie (nie wolno przesuszyć) i słońce.
![]() |
| bardzo niewyraźna wersja początkowa - rośnijcie rośnijcie! |
niedziela, 8 lutego 2015
I mamy śnieg a z nim głodomorów.
Pierwszym efektem długo leżącego śniegu było to, że ptaki rozszarpały resztkę zapomnianych owoców na drzewach a nawet dorwały więcej. Czyli zaczął się typowy zimowy głód.
Dlatego zaatakowałam najbliższy sklep ogrodniczy i kupiłam trochę karmy dla ptaków (2 kg kosztuje ok. 8 zł). no i dokarmiam.
Zlatują się głównie sójki, sikorki bogatki i wróble nasze tradycyjne (i chronione!) widuje też sierpówki.
Zniknęła gdzieś wiewiórka.
Jutro zrobię wycieczkę po słoninę dla sikorek i zawieszę.
Trzy garście karmy znikają w przeciągu dwóch godzin.
Na co warto zwracać uwagę przy dokarmianiu? Z moich doświadczeń wynika że:
1. Kupować niesolone nasiona, najlepiej właśnie w sklepach ogrodniczych (50 kg kosztuje jakies 70 zł..ale jeżeli nie obskakujemy całej okolicy ani nie mamy zwierząt domowych to lepiej nie, mole uwielbiają nasiona)
2. Bezwzględnie nie karmić surowym ryżem, no chyba ze chce się (podobno) zamordować trochę gołębi - ryż puchnie w żołądkach ptaków do tego je kalecząc.
3. Nie karmić bułkami i chlebem, jak sami wiemy, chleb jest coraz gorszy i pozbawiony składników odżywczych, rozepcha tylko żołądki.
4. Ja mam mnóstwo przejrzałych jabłek, jeżeli nie są spleśniałe idealnie się nadadzą, przejrzałe owoce (jabłka, gruszki itp) RODZIME dadzą się zjeść.
5. Miejsce - z dala od kotów. Ja mam podwyższenie do którego żaden kot nie powinien doskoczyć, ale zastanawiam się nad przeniesieniem karmika na balkon. mimo tego, że tam większy wiatr i jest mniejszy komfort. Ewentualnie parapet tez może być.
6. Wszędzie jest powtarzane, że jeżeli zaczęliśmy karmić ptaki, to musimy je dokarmiać do końca śniegów - dlatego akcja musi być przemyślana i nie doraźna.
7. Warto też osłonic miejsce karmienia przed dużymi ptakami jak gawrony czy gołębie. Ja za nimi nie przepadam.
8. Dla wiewiórek warto w zupełnie INNYM miejscu rozsypać nieco orzechów, również trochę owoców, one sobie lepiej radzą.
Oczywiście takim czymś nie oswoimy zwierząt, jednak wystarczy przejść się do Łazienek Królewskich żeby znaleźć półoswojone wiewiórki, wszędobylskie myszy, kaczki i ptactwo.
Pewnie wybiorę się na spacer, jak pogoda pozwoli, żeby dokarmić kaczki nad rzeką.
We Wrocławiu karmienie wróbli skończyło się dla mnie kiedyś ptakiem na każdym palcu wydziobującym ziarno z zagłębienia ręki. Ot taka miejska magia, której do dzisiaj nie udało mi się powtórzyć.
Efekty?
W lecie mam nadzieję, że ptaki zeżrą pasożyty, ślimaki i inne paskudztwa.
piątek, 30 stycznia 2015
Dlaczego miałam przerwę....
Dwa tygodnie bez nowych przemyśleń? ależ skąd!
Testowałam nowy komputer czyli między innymi grałam w gry czy odświeżałam sobie GIMPA (i sprawdzałam pewność kreski..)
Dlatego o grach tutaj będzie. Obie to strategie, wymagające myślenia "na przód" gdzie czas ma znaczenie. Obie to gry craftingowe.
Ponieważ w wakacje miałam przyjemność być testerem gry stworzonej przez 11 Bit Studios "This war of mine" oczywiście wybór padł na nią. Przed jesienną premierą nie było wskazane, żebym opisywała grywalność czy moje wrażenia na ten temat.
Zapadłam się w depresyjny, mroczny świat, gdzie każdy wybór niesie konsekwencje, gdzie odrzucenie skutkuje wyrzutami sumienia, a czasem zdarza się dobra pomoc.(brzmi znajomo? no jak w realnym świecie). Grając trzema postaciami, żadna z nich nie ma super mocy, jedna jest silniejsza, inna umie walczyć jeszcze inna gotować.
I nagle najważniejsze jest jedzenie (utrzymywałam postacie w stanie permanentnego głodu) a potem okazuje się, że zamarzają i najważniejszy jest opał, łóżko, zabicie dziur, mini-ogródek. Mnóstwo wariantów i możliwości.
Są też postacie trzecie: handlarze, sąsiedzi, przypadkowi ludzie w ruinach, żołnierze. Niektóre miejsca są zablokowane przez śnieg, przez walki.
Najdłużej przeżyłam 31 dni. Sukces!
W przypadku tej gry dobra materialne są nieodnawialne w większości (żeby uzyskać deszczówkę trzeba wodę przefiltrować a np. w przypadku śniegu zagotować). Ważne, żeby w jakiś sposób uzyskać źródło dóbr odnawialnych, jak pułapki albo własnie takie filtry wody.
Postacie mają biografie, przemyślenia, w tle brzmią dźwięki wojny.
Gra depresyjna straszliwie.
Ciekawostką jest grafika w formie szkiców i animacji 2D i niewielka tylko liczba kolorów co pogłębia wrażenie bezmiaru smutku.
Rozrywką dla postaci jest albo muzyka w radio, albo książka wygrzebana spod gruzów, która czasem musi stać się opałem.
Druga gra to Rim World, tutaj również zaczyna się grać trzema postaciami.
Grafika również jest prosta, ale bliżej jej do pikselozy z Minecrafta (też podobna jest stylem) niż do 2D z TWoM
Lądujemy trzema kolonistami na planecie, możemy sobie wybrać i miejsce lądowania (służy ono całej rozgrywce) jak i cechy kolonistów. Ważne jest, żeby każdy umiał, albo miał smykałkę do czego innego (chociaż np. mam zapaleńca w Craftingu a mimo to jest leniem i trzeba go zmusić do pracy)
Na razie dopiero poznaję rozgrywki, gram w trybie najbardziej pokojowym.
Hoduje się tam rośliny, zabija dzikie zwierzęta, handluje z innymi koloniami a także z tubylcami.
Można też łapać więźniów i ich albo rekrutować, albo zabijać, albo sprzedawać łowcom niewolników.
Zabawy wiele, trybów również, co jest istotne w przypadku gdy chcesz mieć spokojną rozwijającą się kolonię która nie zginie bo wylądował w okolicy statek z kosmicznym robalem wysyłającym fale które powodują spadek nastroju mieszkańców.
Albo ze zjedzą kolonistów oszalałe zwierzęta.
Albo nagle napadnie kolonię zgraja bandytów.
Gra wciąga, zwłaszcza ze jest w czasie rzeczywistym (i posiada pory roku).
Bardzo lubię grać "testowo" czyli nie czytać wcześniej żadnych instrukcji, powoduje to, że sama się uczę (kosztem kolonistów), jednak w przypadku Wiedźmina musiałam trochę potrenować.
Ta gra się nadal rozwija, powstają nowe wersje (najnowsza zapowiadana jest na kwiecień 2015) i jest fundowana przez Kickstarter.
Polecam
Tak, jest trudna.
Obie gry nie należą do najłatwiejszych, ale są bardzo satysfakcjonujące i bardzo ale to bardzo ciekawe. Polecam JA.
Źródła do stron oficjalnych:
Rim World
This war of mine
Ps.A i tak nadal szukam pracy co jest równie trudnym zajęciem w naszym kraju.
Testowałam nowy komputer czyli między innymi grałam w gry czy odświeżałam sobie GIMPA (i sprawdzałam pewność kreski..)
Dlatego o grach tutaj będzie. Obie to strategie, wymagające myślenia "na przód" gdzie czas ma znaczenie. Obie to gry craftingowe.
Ponieważ w wakacje miałam przyjemność być testerem gry stworzonej przez 11 Bit Studios "This war of mine" oczywiście wybór padł na nią. Przed jesienną premierą nie było wskazane, żebym opisywała grywalność czy moje wrażenia na ten temat.
Zapadłam się w depresyjny, mroczny świat, gdzie każdy wybór niesie konsekwencje, gdzie odrzucenie skutkuje wyrzutami sumienia, a czasem zdarza się dobra pomoc.(brzmi znajomo? no jak w realnym świecie). Grając trzema postaciami, żadna z nich nie ma super mocy, jedna jest silniejsza, inna umie walczyć jeszcze inna gotować.
I nagle najważniejsze jest jedzenie (utrzymywałam postacie w stanie permanentnego głodu) a potem okazuje się, że zamarzają i najważniejszy jest opał, łóżko, zabicie dziur, mini-ogródek. Mnóstwo wariantów i możliwości.
Są też postacie trzecie: handlarze, sąsiedzi, przypadkowi ludzie w ruinach, żołnierze. Niektóre miejsca są zablokowane przez śnieg, przez walki.
Najdłużej przeżyłam 31 dni. Sukces!
W przypadku tej gry dobra materialne są nieodnawialne w większości (żeby uzyskać deszczówkę trzeba wodę przefiltrować a np. w przypadku śniegu zagotować). Ważne, żeby w jakiś sposób uzyskać źródło dóbr odnawialnych, jak pułapki albo własnie takie filtry wody.
Postacie mają biografie, przemyślenia, w tle brzmią dźwięki wojny.
Gra depresyjna straszliwie.
Ciekawostką jest grafika w formie szkiców i animacji 2D i niewielka tylko liczba kolorów co pogłębia wrażenie bezmiaru smutku.
Rozrywką dla postaci jest albo muzyka w radio, albo książka wygrzebana spod gruzów, która czasem musi stać się opałem.
Druga gra to Rim World, tutaj również zaczyna się grać trzema postaciami.
Grafika również jest prosta, ale bliżej jej do pikselozy z Minecrafta (też podobna jest stylem) niż do 2D z TWoM
Lądujemy trzema kolonistami na planecie, możemy sobie wybrać i miejsce lądowania (służy ono całej rozgrywce) jak i cechy kolonistów. Ważne jest, żeby każdy umiał, albo miał smykałkę do czego innego (chociaż np. mam zapaleńca w Craftingu a mimo to jest leniem i trzeba go zmusić do pracy)
Na razie dopiero poznaję rozgrywki, gram w trybie najbardziej pokojowym.
Hoduje się tam rośliny, zabija dzikie zwierzęta, handluje z innymi koloniami a także z tubylcami.
Można też łapać więźniów i ich albo rekrutować, albo zabijać, albo sprzedawać łowcom niewolników.
Zabawy wiele, trybów również, co jest istotne w przypadku gdy chcesz mieć spokojną rozwijającą się kolonię która nie zginie bo wylądował w okolicy statek z kosmicznym robalem wysyłającym fale które powodują spadek nastroju mieszkańców.
Albo ze zjedzą kolonistów oszalałe zwierzęta.
Albo nagle napadnie kolonię zgraja bandytów.
Gra wciąga, zwłaszcza ze jest w czasie rzeczywistym (i posiada pory roku).
Bardzo lubię grać "testowo" czyli nie czytać wcześniej żadnych instrukcji, powoduje to, że sama się uczę (kosztem kolonistów), jednak w przypadku Wiedźmina musiałam trochę potrenować.
Ta gra się nadal rozwija, powstają nowe wersje (najnowsza zapowiadana jest na kwiecień 2015) i jest fundowana przez Kickstarter.
Polecam
Tak, jest trudna.
Obie gry nie należą do najłatwiejszych, ale są bardzo satysfakcjonujące i bardzo ale to bardzo ciekawe. Polecam JA.
Źródła do stron oficjalnych:
Rim World
This war of mine
Ps.A i tak nadal szukam pracy co jest równie trudnym zajęciem w naszym kraju.
piątek, 2 stycznia 2015
Filozofia na początek roku
Czyli jak przeżyć bez komputera, bycia na "bieżąco" z internetem 14 dni,DWA TYGODNIE?
Da się spokojnie, jeżeli jest się posiadaczem smartfona.
I tak głównie grałam w moją ulubioną grę Plants vs Zombies.
Spotykałam się z dawno nie widzianymi personaliami.
Przetestowałam na sobie, czym właściwie jest Zumba.
Pichciłam.
Siedziałam u Babci
Jeździłam po zakupy i sprzątałam czylu Kurarzyłam domowo.
Zrobiłam przespontanicznego Sylwestra w 24 godziny, z tematem przewodnim i bogatym menu którego hasłem przewodnim było 'Carramba ostre".
Ale nie o tym, czeka mnie teraz niezbyt sympatyczny okres.
Szukania pracy ciąg dalszy (nowy rok to nowe możliwości, a może i nowa energia?).
Czytania praw i obowiązków obywatela RP (na razie więcej obowiązków i papierkologii..)
Dlatego najważniejsze jest, żeby w ciągły sposób motywować się do działania, i to nawet przez minimalne przyjemności. Ponieważ staram się nie być maruderem, cieszą mnie i zachwycają niewielkie rzeczy.
To, że mogę wstać o 10 (póki co). To że codziennie na obiad mogę jeść grzanki z serem i pomidorem.
To, że mogę wypić trzy kawy pod rząd (nie wpływa to na zwiększenie energii ale dobre i smaczne to..)
Że czeka mnie teraz zakup roku tj. nowego kompa, na którego, aby nie wpaść w kredyty, oszczędzałam ponad pół roku i na niego idą moje wszystkie premie.
To, że dziś mój kot znowu sam chciał się dać pogłaskać, a nie musiałam jej gonić.
To, że ogarnęłam chałupkę i zakwitły znowu inne rośliny, a moje pierniczki nadal są jadalne.
Oglądałam dzisiaj w tv program o błędach w budowaniu domów przez deweloperów.
Szczególną uwagę zwróciłam na temat wstawiania coraz mniejszych okien, cięcie kosztów.
Człowiek, przez tydzień siedzenia w takim pomieszczeniu bez przerwy miał b. podwyższony poziom cukru (stan przedcukrzycowy) i stany depresyjne. Sztuczne światło nie było tym prawdziwym i tak to też odczuwał organizm.
Również metraż domu - zamykanie się w klitko-klatkach nie polepszało nastroju.
Małe okna mają swoje plusy: mniejsza utrata ciepła, ale więcej minusów: brak światła, wrażenie siedzenia w jaskini. Małe pomieszczenia są za to klaustrofobiczne i przygnębiające.
Takie wnioski sobie nasunęłam: brak światła... można wyjść z domu, ale substytutem wychodzenia stał się internet. Sieć to okno na świat, zamiast teraz podglądać znajomych przez okno podglądamy na fejsie, jeszcze w bardziej intymny sposób.
Zamiast otwierać te okna, zasłaniamy je, alienując się od ludzi.
Myślałam kiedyś, żeby zrobić grilla na ulicy dla sąsiadów (tam, gdzie teraz mieszkam) są rodziny z dziećmi, takie święto ulicy byłoby coś bardzo spoko. Jak amerykańskie barbecue.
Jednak, po trzyletnich bojach z sąsiadką, która nie dość że staje na moim miejscu parkingowym, to jeszcze w taki sposób na 10 metrach, że nic więcej nie stanie, po bojach z sąsiadem, który jak odśnieża chodnik to sypie górkę śniegu na środek ulicy a jak myje auto to obok nie da się przejechać bo wszędzie myjki lub auta. Po prostu wpadam do moich ulubionych sąsiadów z jakimś małym prezentem, chlebkiem, lub po prostu porozmawiać.
Nie ma społeczności lokalnych, jesteśmy zintegrowani w internecie, ale całkowicie zagubieni w realnym życiu.
Nikt nikomu nie zaufa.
A miało być optymistycznie.
To teraz optymistycznym akcentem, niczym Ania z Zielonego Wzgórza czy tam Pollyanna( Od Poli-annoying) :cieszy mnie to, że są ludzie, na których można liczyć.
Oby takich więcej.
wtorek, 2 grudnia 2014
Każdy może być odkrywcą we własnym domu
Własna kampania przeciwdziałająca hasłu "w czasie deszczu dzieci (i dorośli) się nudzą".
Kampania przeciwdziałająca stereotypowemu schabowemu z ziemniakami i monotonni życia jesiennego, gdzie najchętniej się widzi czubek nosa znad parującego kubka herbaty/czekolady/kawy.
Jedyną rozrywką może być wyjście na zakupy do tak cudownie oświetlonego centrum handlowego (gdzie specjalnie są ciemniejsze szyby żeby krzyczało "na zewnątrz paskudnie, chodź kup coś jeszcze!)
Kampanię otwieram od, co prawda wersji marketingowej nieco, ale hasła
OTWÓRZ SIĘ NA KUCHNIE (hasło autorskie, chronione, wszelkie agencje proszę o wcześniejszy kontakt z autorką niniejszego posta).
Gotowanie, w obecnych możliwościach hodowli i sprowadzania produktów ogranicza tylko nasza wyobraźnia. Dlatego nie utykajmy tylko przy tym, co smaczne (wiadomo) i sprawdzone.A nóż-widelec prawdziwą eksplozję smaków poznamy przez przypadek? Nie straszmy się też cenami.
Dla przykładu:
mam czarny ryż, jest on bardziej pożywny niż biały (jest niełuskany) a przez co zjada się go mniej.
kostka tofu (koło 4-5 zł) to dla mnie dwa obiady.
W ubiegłym roku po AFF we Wrocławiu obiecałam sobie, ze upiekę bajgle, jednak okazało się, że znalezione w otchłani internetu przepisy nie odpowiadają moim potrzebom lub zwyczajnie im nie ufam. Przegrzebałam księgarnie w poszukiwaniu kuchni żydowskiej (nic! sama amerykańsko-włosko-angielsko-polska lub egzotyczna) a przepis znalazłam w segregatorku Babci.
Jest na liście.
Oprócz czarnego ryżu spróbowałam też jarmużu (ciekawy smak, a zapach kojarzę z dzieciństwa, także prawdopodobnie kiedyś go jadłam).
Również udało mi się zrobić roladę z ciasta filo - do powtórki.w środku dżem pigwowy i kawałki jesiennych jabłek.
Na liście przysmaków jesienno - zimowych jest również u mnie ponownie odkryta fasolka po bretońsku w wersji wege i nie (oczywiście wersja mięsna z wysoko klasyfikowaną pod względem zawartości mięsa kiełbasą, nie żadną parówką).
A z ubiegłorocznych odkryć na najzdrowszą i najbardziej rozgrzewającą potrawę, konkurs wygrywa smażona kapusta pekińska z sosem sojowym i tofu marynowanym w czosnku i imbirze (i tymże sosie). przepis znaleziony swego czasu przez mojego wujka.
Z tradycyjnych odkryć - pierogi z dynią, pierogi z kaszą gryczaną
W tym roku mam zamiar zrobić coś z mąki gryczanej - w końcu znalazłam niepaloną kaszę. (co ciekawe, im bardziej spalona kasza, tym wg. instrukcji krócej się gotuje, dlatego sama chcę podsmażyć).
Druga część ruchu dotyczy bardziej kwestii "dla ducha"
Książki.
Których się nie czyta, bo nie było czasu, które w naturalny sposób się omija coraz dłużej i dłużej.
Wyciągnijcie.
a ja idę podjadać słodkie .
Kampania przeciwdziałająca stereotypowemu schabowemu z ziemniakami i monotonni życia jesiennego, gdzie najchętniej się widzi czubek nosa znad parującego kubka herbaty/czekolady/kawy.
Jedyną rozrywką może być wyjście na zakupy do tak cudownie oświetlonego centrum handlowego (gdzie specjalnie są ciemniejsze szyby żeby krzyczało "na zewnątrz paskudnie, chodź kup coś jeszcze!)
Kampanię otwieram od, co prawda wersji marketingowej nieco, ale hasła
OTWÓRZ SIĘ NA KUCHNIE (hasło autorskie, chronione, wszelkie agencje proszę o wcześniejszy kontakt z autorką niniejszego posta).
Gotowanie, w obecnych możliwościach hodowli i sprowadzania produktów ogranicza tylko nasza wyobraźnia. Dlatego nie utykajmy tylko przy tym, co smaczne (wiadomo) i sprawdzone.A nóż-widelec prawdziwą eksplozję smaków poznamy przez przypadek? Nie straszmy się też cenami.
Dla przykładu:
mam czarny ryż, jest on bardziej pożywny niż biały (jest niełuskany) a przez co zjada się go mniej.
kostka tofu (koło 4-5 zł) to dla mnie dwa obiady.
W ubiegłym roku po AFF we Wrocławiu obiecałam sobie, ze upiekę bajgle, jednak okazało się, że znalezione w otchłani internetu przepisy nie odpowiadają moim potrzebom lub zwyczajnie im nie ufam. Przegrzebałam księgarnie w poszukiwaniu kuchni żydowskiej (nic! sama amerykańsko-włosko-angielsko-polska lub egzotyczna) a przepis znalazłam w segregatorku Babci.
Jest na liście.
Oprócz czarnego ryżu spróbowałam też jarmużu (ciekawy smak, a zapach kojarzę z dzieciństwa, także prawdopodobnie kiedyś go jadłam).
Również udało mi się zrobić roladę z ciasta filo - do powtórki.w środku dżem pigwowy i kawałki jesiennych jabłek.
Na liście przysmaków jesienno - zimowych jest również u mnie ponownie odkryta fasolka po bretońsku w wersji wege i nie (oczywiście wersja mięsna z wysoko klasyfikowaną pod względem zawartości mięsa kiełbasą, nie żadną parówką).
A z ubiegłorocznych odkryć na najzdrowszą i najbardziej rozgrzewającą potrawę, konkurs wygrywa smażona kapusta pekińska z sosem sojowym i tofu marynowanym w czosnku i imbirze (i tymże sosie). przepis znaleziony swego czasu przez mojego wujka.
Z tradycyjnych odkryć - pierogi z dynią, pierogi z kaszą gryczaną
W tym roku mam zamiar zrobić coś z mąki gryczanej - w końcu znalazłam niepaloną kaszę. (co ciekawe, im bardziej spalona kasza, tym wg. instrukcji krócej się gotuje, dlatego sama chcę podsmażyć).
Druga część ruchu dotyczy bardziej kwestii "dla ducha"
Książki.
Których się nie czyta, bo nie było czasu, które w naturalny sposób się omija coraz dłużej i dłużej.
Wyciągnijcie.
a ja idę podjadać słodkie .
wtorek, 11 listopada 2014
Marsz na marsz!
Tym razem mniej kulturalnie, a może i nie?
W stylu "Mówię jak jest" MM. Kolonki.
Przełamałam niechęć, urastającą od lat do wychodzenia z domu na dzień Niepodległości, zwłaszcza w Warszawie. Obraz telewizyjny nie pokazywał nigdy tego wydarzenia zbyt pozytywnie, oczywiście zwłaszcza w Warszawie.
Każdy idzie sobie w oddzielnym Marszu, gdzie indziej składa kwiaty, gdzie indziej.
Teoretycznie mamy wolność słowa, także to, gdzie chcę złożyć kwiaty, gdzie chcę przejść i którędy powinno być moja sprawą.
Także tu powstaje "wypominajka" kto którędy komu złożył kwiatka i goździka.
Kto woli Piłsudskiego a kto Dmowskiego.
Notabene obaj Panowie i mężowie stanu byli mniej lub bardziej pokręceni i despotyczni i mniej lub bardziej dążyli do praktycznie jednego celu.
Niepodległości. Ale jak to zwykle bywa każdy swoją drogą, najważniejsze, że cel został osiągnięty.
Nie będę ich rozliczać. Co prawda spotkałam się kilka razy z ludźmi, którzy z dumą mówili, że ich przodek czy wuj czy ojciec czy dziadek byli adiutantami czy służyli pod Piłsudskim.
Sama moja wizyta w Centrum rozpoczęła się o 13 kiedy to mogłam sobie obserwować naprawdę dzikie tłumy z flagami:
Polski:
Flagą z Godłem Polski:
W stylu "Mówię jak jest" MM. Kolonki.
Przełamałam niechęć, urastającą od lat do wychodzenia z domu na dzień Niepodległości, zwłaszcza w Warszawie. Obraz telewizyjny nie pokazywał nigdy tego wydarzenia zbyt pozytywnie, oczywiście zwłaszcza w Warszawie.
Każdy idzie sobie w oddzielnym Marszu, gdzie indziej składa kwiaty, gdzie indziej.
Teoretycznie mamy wolność słowa, także to, gdzie chcę złożyć kwiaty, gdzie chcę przejść i którędy powinno być moja sprawą.
Także tu powstaje "wypominajka" kto którędy komu złożył kwiatka i goździka.
Kto woli Piłsudskiego a kto Dmowskiego.
Notabene obaj Panowie i mężowie stanu byli mniej lub bardziej pokręceni i despotyczni i mniej lub bardziej dążyli do praktycznie jednego celu.
Niepodległości. Ale jak to zwykle bywa każdy swoją drogą, najważniejsze, że cel został osiągnięty.
Nie będę ich rozliczać. Co prawda spotkałam się kilka razy z ludźmi, którzy z dumą mówili, że ich przodek czy wuj czy ojciec czy dziadek byli adiutantami czy służyli pod Piłsudskim.
Sama moja wizyta w Centrum rozpoczęła się o 13 kiedy to mogłam sobie obserwować naprawdę dzikie tłumy z flagami:
Polski:
Flagą z Godłem Polski:
Oraz z chińszczyzną wszelkiej maści (której nie przytaczam bo wstyd, ze coś takiego ludzie kupują jako flagę, dobrze że nie było już flagi piwa na T.)
Dużo było też zwiniętych transparentów różnej maści i trwały próby przed pochodem ONRowców.
Na starym mieście natomiast wysiadały rodziny z dziećmi, wymachiwały ww. flagami (lub nie) i przyczepiali kotyliony w barwach narodowych.
Tymczasem policja, antyterroryści, żołnierze spoza warszawy żandarmeria i ciężko uzbrojone suki policyjne krążyły po mieście, wymuszali pierwszeństwo na czerwonym (bez włączania czegokolwiek) a ja miałam nieodległe wyobrażenie nadchodzącej rozróby.
Sam prezydencki pochód obejrzałam w kawiarni. Bo i tak zrobiłyśmy podobną trasę, plac Konstytucji, Zbawiciela, Hożą (z kordonami policji), dotarłyśmy prawie na Rozbrat.
Marsz narodowców za to obejrzałam z daleka, jeszcze nie zaczęli puszczać flar ale nie wyglądało to najlepiej a wręcz groźnie.
Wniosków mam kilka:
1. Dało się przeżyć, Warszawa nie była dziko oblężona, a najbardziej pilnowaną rzeczą był Miś z tęcz.... Tęcza z mi... Miś na miarę naszych czasów i możliwości.
2. Zadyma swoją drogą, nic dziwnego że był ranny, skoro nawet u mnie na obrzeżach puszczano fajerwerki,a rac dymnych w którymś momencie było naprawdę sporo.
3. Ciekawie stanąć na środku Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich - rzadka okazja, bo ostatnia taka była dla mnie podczas Euro 2012.
4. Dużo mniej miałam wrażenie ze jest flag w pochodzie rządowym niż w narodowców. Nie wiem z czego to wynika, może tamci szli w rozmiar?
5. Zniszczenia to był po prostu bałagan z rozgniecionych ulotek, petów itp. te telewizyjne jeszcze nie ogarnęłam. Ale nie demonizujmy.
Także świętuję sobie dalej. Pijąc chińską herbatę z hiszpańską cytryną, pisząc łacińskim alfabetem na chińskim komputerze używając japońskiego telefonu, Jedząc kolacje kupioną w niemieckim sklepie z polskim pomidorem. Słuchając polskiej muzyki z japońskiej wieży.
Ubrana w bułgarską czy inną piżamkę.
Na szczęście mam polski kamionkowy talerz i polską łyżeczkę.Uff..
Świętujemy Niepodległość.
Edit z dnia następnego:
Ciekawe, mówią o zamieszkach na Marszu Niepodległości...
Co ciekawsze, media wskazują tym, że był TYLKO JEDEN MARSZ. co jest totalną nieprawdą. Było ich kilka ja widziałam oprócz zadymowego jeszcze jeden. Zadyma i awantury były na marszu Narodowców.
i kończę z polityką bo chyba już mi od niej niedobrze.
wtorek, 4 listopada 2014
Siła pewności siebie
Jako że stanęłam ponownie przed punktem "co właściwie chcę w życiu robić" siedzę i myślę: sprawdzam swoje słabe strony i je ukrywam a mocne próbuję wyeksponować.
Przez te analizy zauważyłam, jak bardzo przebywanie z różnego rodzaju ludźmi potrafi modyfikować własne wyobrażenie.
Przez te analizy zauważyłam, jak bardzo przebywanie z różnego rodzaju ludźmi potrafi modyfikować własne wyobrażenie.
Przez dłuższy okres czasu obracam się w towarzystwie inteligentnym (tak sądzę) wzajemne nauczenie się zachowań jak i pomnażanie wiedzy i nieustanne porównywanie jest na wysokim poziomie. Dyskusje też, również rodzinne.
Mogę przez pryzmat swojego zachowania i spostrzeżeń (pewnie jest na to psychologiczna nazwa) próbować dokonać porównania między sobą a innymi. Efekty bywają zaskakujace
Tym trudniejsze jest opisanie, jak bardzo człowiek dalej jest nieukształtowany. Że niby dorosły to ułożony, z celem w życiu? A gdzie tam! Dorosły człowiek lepiej kłamie, nie mówi ludziom prawdy, tylko to, co chcą usłyszeć i dusi się w niemożności krytyki.
Bo co inni powiedzą, jak potem będą z nim rozmawiać?
Dorosły się uczy przetrwania.
Przy przygotowywaniu się do tej niewdzięcznej roboty jaką jest w Polsce szukanie pracy muszę nauczyć się krzyczeć.
HALO TO MNIE CHCECIE!
ale do czego? do pracy? Brzmi frustrująco.
Nie, do zabijania rutyny i bezczynności, do nauki czegoś nowego. Do tworzenia, współpracy, innowacji, do robienia ze świata idealistycznie lepszego miejsca, gdzie nie podkładamy sobie świni a działamy dla wspólnego dobra.
Dowiedziałam się jednak paru bardzo ciekawych rzeczy.
To, co myślałam że mam opanowane w stopniu podstawowym jest teraz stopniem zaawansowanym.
Mój stopień myślowy, czyli liczba sznurków które w głowie układają mi się do pacynek klątwy wielozadaniowości, wzrósł.
Pojawiła się umiejętność skupienia na jednym nie tracąc przy tym z oczu kilku jeżeli nawet nie kilkunastu rzeczy.
Jednak wraz z wzrostem umiejętności, które zdarza mi się porównywać z innymi, nie wzrosła pewność siebie.
Może to ukryte dążenie do perfekcjonizmu?
Albo wpajane nam w szkołach "skoro umiesz na 5 to możesz jeszcze na 6"?
Ja zawsze znajduję kogoś, kto robi daną rzecz lepiej ode mnie. Przez co tworzę swój pogląd, że przecież nie umiem tego jak X to znaczy że umiem zaledwie podstawy.
Usłyszałam kiedyś, że umieć wiele rzeczy, to nie umieć niczego.
NIE
Umieć tylko jedną rzecz, to nie umieć niczego.
Artysta musi być analitykiem i managerem, nikt tego za niego nie zrobi.
Reżyser musi być finansistą i scenarzystą. Jak to wychodzi w polskim kinie widać.
Będąc jednym jedynym, bez jakiegokolwiek wyróżnika stawia nas w szeregu rzemieślników, dobrych, ale rzemieślników. Podatników, robotników.
Jestem robotnikiem.
Ale tylko od 8.00 do 16.00
Potem robię inne rzeczy.
wtorek, 28 października 2014
Jak odzwyczajam się od siedzenia w sieci....
Mogę spokojnie przyznać, że od liceum (a więc od bardzo dawna) jestem nałogowym surferem internetowym, natomiast graczem od podstawówki kiedy to wyszła gra Indiana Jones i skarb Atlantydy.
Wiosną, z bólem pożegnałam mój komputer który po 3,5 roku służby (bardzo intensywnej) z hukiem padł na zapalenie płyty głównej.
Szczęściem w nieszczęściu pozostało sępienie komputera mojego brata a także telefon komórkowy (który już lekko fiksuje od nadmiaru zadań- co za smarfton) a także fakt, że komputer ten będzie wolny przez dużą część wakacji. Możliwością również było wypożyczenie (do pisania postów np.) komputera z pracy.
Poznałam błogosławieństwo logowania się na Chrome (i przerażenie, ile rzeczy zostaje w chmurze!) poznałam też grozę tego, że jeżeli się nie wyloguje ze służbowego to co może się stać?! (karniaków nie było). Pogoda piękna, dużo festiwali (Off Opener Orange i Free Form,a także ostatnio American Film Festival) nie zachęcało do siedzenia przed komputerem i grania.
Stopniowo, przez brak minecrafta, zainstalowanie 2048 na telesonym, brak Wiedźmina, CIV, Heroesów III i IV , przestawałam myśleć o tym, żeby po powrocie zagrać w grę. Kiedyś nawet sny miałam w klimacie Minecraft, psychoza.
Pierwsze było odzwyczajenie się od gier.Co prawda nadal łapy świerzbią a jak się zapomnę ustawiam sobie lewe palce na WASD lewy kciuk na spacji i mały palec na prawym Shift. (lub łapka na myszy)
Niestety gry typu point&click dostępne online nie rozwiązują mojej potrzeby epickości walk i bitwy.
Grałam u brata w Heroes VI i jeszcze dzięki promocji na The Sims II pobudowałam trochę zwariowanych domków za drogich na każdego sima.
Kiedy rozpoczął się wrzesień naturalny dostęp do kompa został tym bardziej ograniczony. We wrześniu zaczęłam ćwiczyć dużo więcej (przynajmniej godzinę dziennie) na gitarze. Telefon nie daje rady w rozmowach pisanych(oprócz SMSów), ciężej jest wyrazić natłok myśli zwłaszcza przy lekkim niedbalstwie w pilnowaniu T9 który tworzy takie głupoty że ręce opadają a klawiatura się zawiesza.
Poza tym telefony niestety nigdy nie służą dobrze takim multitaskingowcom jak ja. (co ogląda, słucha muzyki pisze bloga na raz)
I brak możliwości wyszukiwania nowej muzyki bolał najbardziej - jednak od czego są i były festiwale muzyczne?
Motywy odstawienia:
1. snucie się po domu
2 leżenie na kanapie
3 większa potrzebna ilość snu niż zwykle
4. przez pierwszy okres większa nerwowość..
Pozytywne rzeczy:
1. większy porządek
2. większa kreatywność (mówią że internet inspiruje...otóż nie..)
3. więcej spotkań z ludźmi
4. więcej wolnego czasu
5. mniejsze zmęczenie
Teraz jestem na etapie, że nie chce mi się pisać, grzebać po sieci, wchodzę w poszukiwaniu muzyki i przepisów. Sieć traktuje jako środek do spotkania się w rzeczywistości.
Tym trudniejsze dla mnie jest przeglądanie stron w poszukiwaniu nowej pracy, gdzie nie dość, że tematycznie dołuje, to jeszcze jest to diabelnie żmudna robota. A można przecież iść coś upiec, poczytać książkę czy powygłupiać się na spacerze.
Po takim lekkim detoksie planuje zakup nowego komputera...w nieokreślonej przyszłości.
Nigdy nie myślałam, że jednak się zacznę odzwyczajać.
Ale zwyczajnie. jak telewizja internet staje się wtórny. Rzeczy niepowtarzalne dzieją się offline.
Co prawda nadal trzymam się Instagramu, ale właśnie po to, żeby tworzyć impresje dnia codziennego. Jak zamrożone dzisiaj fraktalne wzory na szybie...
.
czwartek, 9 października 2014
I bądź tu mądra...
Jesień nadeszła oczekiwanie.
Półki w domu uginają się od książek po dziadkach a ja zupełnie nie wiem co czytać.
Mitologia słowiańska Brücknera przeczytana. Efektem jest lekka depresja i chęć wyruszenia na wyprawę archeologiczną na Wolin i stworzenia nowej mitologii.
Klasyki literatury polskiej przeczytane już dawno temu, powieści Kraszewskiego. Ulubiona epoka romantyzmu też.
Ile można czytać wiersze Gałczyńskiego i jego Zieloną Gęś?
Nadal nie przepadam za Norwidem, także leży z dala ode mnie.
Wańkowicz przypadł w spadku komuś innemu. Fraszki i przyśpiewki polskie, z których chciałam wyciągnąć chociaż trochę prawdziwej historii kultury przeczytane (rubaszne i krwawe nie ma co!)
Ku pokrzepieniu serc też czytać nie mam dziś zamiaru.
Księgarnie
Prawda!
Ale co zrobić, kiedy właściwie NIC nie jest mnie zmusić do kupienia książki, którą przeczytam tylko raz? Muszę od razu wiedzieć, że przeczytam ją więcej razy.
Dlatego oprócz Sherlocka Holmesa nie czytuję kryminałów.
Dlatego z literatury klasycznej poluje na powieści z czasów wiktoriańskich. Nasze rodzime też nie są złe. Te z okresu międzywojennego które mam to raczej w stylu "romansów dla pensjonarek" o wielkiej miłości do pana dziedzica. Język oczarowuje składnią i wymarłymi słowami. ale co zrobić jak kartki powoli rozsypują się ze starości?
Książek historycznych nie przeczytam dziś, są o błędach, rzadko o właściwych działaniach.
Biografie? A i owszem. Chętnie czytuje, ale muszą być pełne anegdot. Takie są najlepsze i powodują, że chce się żyć.
W księgarniach kroki swoje kieruję nadal w stronę półki z literaturą tzw "młodzieżową" trafia się czasem tam na perełki w stylu "Morza Trolli" Nancy Farmer. Efekt Harrego Pottera z którym dorastałam?
Biblioteki, chyba czas najwyższy rozważyć zapis, w końcu mam prawie po drodze.
A jak nie, to będę słuchać muzyki i odsypiać zarwane noce i wpadać na nowe pomysły do realizacji.
Działam!
Dlatego zostają albumy... te czarno-białe zdjęcia, kolorowe z dzieciństwa, w technikolorze pradziadków, tu podobny nos, tu długie rzęsy, tu podobne brwi, tu ułożenie ust a tam uśmiech. Och! Wszystko już kiedyś było, jesteśmy wyjątkowi ale jednak tacy sami.
Jakie mam jeszcze wnioski? Całe życie myślałam, ze obok dziecięcego zdjęcia Babci siedzi Ciocia to okazało się, że to lalka naturalnych rozmiarów. Bądź tu mądra. Dlatego oglądam zdjęcia i zapamiętuje historie aby móc je kiedyś przekazać. Żeby następni wiedzieli, że mają też swoją mitologię i faktografię.
Legendy rodzinne... studnia bez dna.
Wcale nie chodzi tutaj o to 'co ciotka B powiedziała ciotce C i dlaczego obie nie odzywają się do wujka A.) Nie. Chodzi o historię rodzinną w stylu "dawno dawno temu.." i niepotwierdzonych wiadomości w stylu :
"nasi przodkowie przybyli ze Skandynawii"(niepotwierdzone ale jest)
Albo
"chłopu w Wielkopolsce podczas wojen szwedzkich Jan Kazimierz dał tytuł szlachecki w nagrodę że zabił kilku Szwedów i tak powstał nasz ród" (też nie jest potwierdzone)
Dopiero z czegoś takiego można powieść stworzyć!
Półki w domu uginają się od książek po dziadkach a ja zupełnie nie wiem co czytać.
Mitologia słowiańska Brücknera przeczytana. Efektem jest lekka depresja i chęć wyruszenia na wyprawę archeologiczną na Wolin i stworzenia nowej mitologii.
Klasyki literatury polskiej przeczytane już dawno temu, powieści Kraszewskiego. Ulubiona epoka romantyzmu też.
Ile można czytać wiersze Gałczyńskiego i jego Zieloną Gęś?
Nadal nie przepadam za Norwidem, także leży z dala ode mnie.
Wańkowicz przypadł w spadku komuś innemu. Fraszki i przyśpiewki polskie, z których chciałam wyciągnąć chociaż trochę prawdziwej historii kultury przeczytane (rubaszne i krwawe nie ma co!)
Ku pokrzepieniu serc też czytać nie mam dziś zamiaru.
Księgarnie
Prawda!
Ale co zrobić, kiedy właściwie NIC nie jest mnie zmusić do kupienia książki, którą przeczytam tylko raz? Muszę od razu wiedzieć, że przeczytam ją więcej razy.
Dlatego oprócz Sherlocka Holmesa nie czytuję kryminałów.
Dlatego z literatury klasycznej poluje na powieści z czasów wiktoriańskich. Nasze rodzime też nie są złe. Te z okresu międzywojennego które mam to raczej w stylu "romansów dla pensjonarek" o wielkiej miłości do pana dziedzica. Język oczarowuje składnią i wymarłymi słowami. ale co zrobić jak kartki powoli rozsypują się ze starości?
Książek historycznych nie przeczytam dziś, są o błędach, rzadko o właściwych działaniach.
Biografie? A i owszem. Chętnie czytuje, ale muszą być pełne anegdot. Takie są najlepsze i powodują, że chce się żyć.
W księgarniach kroki swoje kieruję nadal w stronę półki z literaturą tzw "młodzieżową" trafia się czasem tam na perełki w stylu "Morza Trolli" Nancy Farmer. Efekt Harrego Pottera z którym dorastałam?
Biblioteki, chyba czas najwyższy rozważyć zapis, w końcu mam prawie po drodze.
A jak nie, to będę słuchać muzyki i odsypiać zarwane noce i wpadać na nowe pomysły do realizacji.
Działam!
Dlatego zostają albumy... te czarno-białe zdjęcia, kolorowe z dzieciństwa, w technikolorze pradziadków, tu podobny nos, tu długie rzęsy, tu podobne brwi, tu ułożenie ust a tam uśmiech. Och! Wszystko już kiedyś było, jesteśmy wyjątkowi ale jednak tacy sami.
Jakie mam jeszcze wnioski? Całe życie myślałam, ze obok dziecięcego zdjęcia Babci siedzi Ciocia to okazało się, że to lalka naturalnych rozmiarów. Bądź tu mądra. Dlatego oglądam zdjęcia i zapamiętuje historie aby móc je kiedyś przekazać. Żeby następni wiedzieli, że mają też swoją mitologię i faktografię.
Legendy rodzinne... studnia bez dna.
Wcale nie chodzi tutaj o to 'co ciotka B powiedziała ciotce C i dlaczego obie nie odzywają się do wujka A.) Nie. Chodzi o historię rodzinną w stylu "dawno dawno temu.." i niepotwierdzonych wiadomości w stylu :
"nasi przodkowie przybyli ze Skandynawii"(niepotwierdzone ale jest)
Albo
"chłopu w Wielkopolsce podczas wojen szwedzkich Jan Kazimierz dał tytuł szlachecki w nagrodę że zabił kilku Szwedów i tak powstał nasz ród" (też nie jest potwierdzone)
Dopiero z czegoś takiego można powieść stworzyć!
wtorek, 23 września 2014
Zapiekana Malwa jesienią

Jak zwykle, przy okazji pierwszych niskich (za niskich temperatur) i jesieni marzę o uruchamianiu piekarnika. SEZON ROZPOCZĘTY!
Dziś odkryłam, jak bardzo NIE MUSZĘ używać książki kucharskiej. Upiekłam tartę z cukinii bez sięgania nawet w internety.
Co jest sensacją samą w sobie, bo jest to przekroczenie kolejnej granicy kolejnego levelu kolejnych EXP. Jakbym awansowała w rankingu.
Gdzie jednak nadal nie obejdę się bez przepisu?
- przy babach drożdżowych
- przy ciastach
- przy kremach (proporcje i rodzaje np. śmietany lub cukru lub innych bardzo istotne)
- przy gotowaniu makaronu/kasz/klusek
- przy kluskach (śląskich itp. itd)
- przy pierogach
Reszta to dowolna interpretacja, która zależy od własnie tego "doświadczenia" czyli wniosków z obserwacji. Przykładowo (być może to oczywistości, ale wpływają na ogólny pogląd świata kuchennego) takie dziesięć punktów:1. jedna łyżeczka sody to około 2 razy więcej niż łyżeczka proszku do pieczenia
2. oliwa z oliwek psuje smak pieczonego
3. Drożdże lubią cisze spokój i brak cackania się (dać zaczynowi ciszę, spokój i ciepło)
4. Dynia jest zamiennikiem jajek przy ciastach drożdżowych
5. Ciasta z jajkami piecze się dwa razy dłużej niż te bez (średnio)
6. Nie warto przesadzać z oregano i przyprawami, warto dodać mleka
7. Sól jest opcjonalna w przypadku sera żółtego i fety w potrawie, one są wystarczająco słone.
8. Ciasto jest ok, gdy z dodatkami nawet lekko się "leje" ale zawsze lepiej dodać więcej mąki
9. Tarta wzięła swoją nazwę od bułki tartej :)
10. W kuchni nie warto się spieszyć.
A! jedzenie smakuje lepiej jak jest robione przez kogoś lub dla kogoś...bez nadmiernego starania bo wtedy Prawa Murphy'iego obowiązują (niestety). Mogę się podzielić. ZAWSZE
Coś słodkiego można zrobić ze wszystkiego, trudniej zrobić coś bez cukru.
A jak czujemy się przejedzeni przekąskami do książki/tv/słuchania muzyki zawsze warto zagrać w grę (jeżeli warunki nie pozwalają) która zajmuje obie ręce;p AWSD!
Ps. Obok przykładowe pyszności z poprzedniego sezonu :)
poniedziałek, 15 września 2014
Ograniczanie przyjemności
W życiu koniecznie trzeba szukać przyjemności. Inaczej byłoby bez sensu.
Nie jest to typowo hedonistyczne podejście do życia, bo byłoby nim, gdyby nie było umiaru.
Dlatego od dwóch tygodni ponad przeprowadzam eksperyment naukowy oparty na moim zachowaniu (a więc oparty o czynniki behawioralne).
Przedmiotem badania jest przyjemność
Podmiotem badania jest Kofola - nieosiągalny napój z Czech który uwielbiam.
Butelkę dwulitrową dostałam od rodziców w okolicach 21-22 sierpnia.
Otworzyłam 1 września.
Także od dwóch tygodni piję jedną dwulitrową butelkę kofoli (i co z tego ze po otwarciu niby nie przechowuje się dłużej niż 24 godziny ale to nie mleko..tam na pewno jest chemia i nie ma się co zepsuć)
Dawka jest taka:
że średnio co drugi dzień piję pół szklanki :D hihihi
Mam jeszcze na trzy takie "dawki"
Obserwacje:
1. Ekonomiczniej jest kupić dużą butlę takiego napoju niż małe
2. Dawkowanie po pół szklanki nie powoduje szoku insulinowego a jest "smakowaniem" co podnosi walory (niewątpliwe) napoju
3. Gdybym wypiła to, gdy dostałam dawno już bym zapomniała że miałam coś takiego w domu.
4. Traktuję to jako deser poobiedni przez co, jako 'ciastko w płynie" nie wpływa na masę.
5. Kofola najlepsza schłodzona.
6. I nareszcie jakiś post nie o muzyce.
7. Rozciągając zużycie w czasie maksymalnie (mimo terminu po otwarciu) minimalizuje późniejsze chęci na napoje gazowane i niedobre inne - czyli tnę tez koszty.
Nie znudziło mi się jeszcze, dawkuję sobie ten rodzaj przyjemności. W przeciwieństwie do czekolady (którą zjadam na pół tabliczki na raz). Żelek - które zjadam właściwie natychmiast i Chipsów których dużą pakę jem maksymalnie trzy dni, tu da się wytrwać.
Kiedyś spróbuję tak z czekoladkami, oglądaniem filmów czy innymi drobnymi przyjemnościami.
na razie na zdrowie!
A C-C z czerwono-białym znaczkiem jest be.
Ps. post nie jest sponsorowany przez nikogo!
Pytanie do publiczności "co mogłabym sobie jeszcze dawkować?"
Nie jest to typowo hedonistyczne podejście do życia, bo byłoby nim, gdyby nie było umiaru.
Dlatego od dwóch tygodni ponad przeprowadzam eksperyment naukowy oparty na moim zachowaniu (a więc oparty o czynniki behawioralne).
Przedmiotem badania jest przyjemność
Podmiotem badania jest Kofola - nieosiągalny napój z Czech który uwielbiam.
Butelkę dwulitrową dostałam od rodziców w okolicach 21-22 sierpnia.
Otworzyłam 1 września.
Także od dwóch tygodni piję jedną dwulitrową butelkę kofoli (i co z tego ze po otwarciu niby nie przechowuje się dłużej niż 24 godziny ale to nie mleko..tam na pewno jest chemia i nie ma się co zepsuć)
Dawka jest taka:
że średnio co drugi dzień piję pół szklanki :D hihihi
Mam jeszcze na trzy takie "dawki"
Obserwacje:
1. Ekonomiczniej jest kupić dużą butlę takiego napoju niż małe
2. Dawkowanie po pół szklanki nie powoduje szoku insulinowego a jest "smakowaniem" co podnosi walory (niewątpliwe) napoju
3. Gdybym wypiła to, gdy dostałam dawno już bym zapomniała że miałam coś takiego w domu.
4. Traktuję to jako deser poobiedni przez co, jako 'ciastko w płynie" nie wpływa na masę.
5. Kofola najlepsza schłodzona.
6. I nareszcie jakiś post nie o muzyce.
7. Rozciągając zużycie w czasie maksymalnie (mimo terminu po otwarciu) minimalizuje późniejsze chęci na napoje gazowane i niedobre inne - czyli tnę tez koszty.
Nie znudziło mi się jeszcze, dawkuję sobie ten rodzaj przyjemności. W przeciwieństwie do czekolady (którą zjadam na pół tabliczki na raz). Żelek - które zjadam właściwie natychmiast i Chipsów których dużą pakę jem maksymalnie trzy dni, tu da się wytrwać.
Kiedyś spróbuję tak z czekoladkami, oglądaniem filmów czy innymi drobnymi przyjemnościami.
na razie na zdrowie!
A C-C z czerwono-białym znaczkiem jest be.
Ps. post nie jest sponsorowany przez nikogo!
Pytanie do publiczności "co mogłabym sobie jeszcze dawkować?"
wtorek, 29 lipca 2014
Jazz: Muzyka chłodząca
Kontynuujemy temat upałów.
Jaka muzyka najlepiej sprawdza się w te upalne dni, kiedy nie możemy słuchać jedynie szumu liści, śpiewu ptaków, pokrzykiwań mew czy szumu fal?
Ukochana!
Słowo - wytrych, to rozwińmy.
Podczas upałów dobrze sprawdzają się piosenki o stałej linii melodycznej, z równym rytmem.
Powinny być spokojne nie zawierać dźwięków drażniących. Prawie jak muzyka marketingowa.
Dźwięki te powinny działać na nas jak przysłowiowy "miód na uszy".
Warto sięgać po muzykę ze strefy zwrotnikowej. Ze swojej strony niesamowicie polecam muzykę Kubańską a także jazz nowoorleański.
Pierwsza łagodzi bo któż nie zna Buena Vista Social Club a druga? Druga w tym upalnym lenistwie tworzy chęć ruchu (z naciskiem na "jak dobrze, że mogę ruszyć jedynie nóżką!). Strasznie żałuję, że tego typu styl nie króluje już na dancingach.
Każdy kto wytrzymał to do końca ruszał to nóżką to w którymś momencie rwał się aż do podrygiwania. a tu tym razem wersja wokalna
Także moje plany na wieczór? jeszcze odrobina nowoorleańskiego Jazzu brzmiącego tak jak brzmiał kilkadziesiąt lat temu i tak, jak brzmieć będzie pewnie przez następne dużo lat...
Całkowite Vintage
Zostawiam was więc z kobietami o potężnych głosach, prawdziwymi muzykami i brakiem całkowitym brakiem sampli i elektroniki. Jak na załączonym obrazku
Jaka muzyka najlepiej sprawdza się w te upalne dni, kiedy nie możemy słuchać jedynie szumu liści, śpiewu ptaków, pokrzykiwań mew czy szumu fal?
Ukochana!
Słowo - wytrych, to rozwińmy.
Podczas upałów dobrze sprawdzają się piosenki o stałej linii melodycznej, z równym rytmem.
Powinny być spokojne nie zawierać dźwięków drażniących. Prawie jak muzyka marketingowa.
Dźwięki te powinny działać na nas jak przysłowiowy "miód na uszy".
Warto sięgać po muzykę ze strefy zwrotnikowej. Ze swojej strony niesamowicie polecam muzykę Kubańską a także jazz nowoorleański.
Pierwsza łagodzi bo któż nie zna Buena Vista Social Club a druga? Druga w tym upalnym lenistwie tworzy chęć ruchu (z naciskiem na "jak dobrze, że mogę ruszyć jedynie nóżką!). Strasznie żałuję, że tego typu styl nie króluje już na dancingach.
Każdy kto wytrzymał to do końca ruszał to nóżką to w którymś momencie rwał się aż do podrygiwania. a tu tym razem wersja wokalna
Zauważcie ten power!!!
Drugą grupą, obok powyższej Tuba Skinny jest
Meschiya Lake & the Little Big Horns
wytatuowana pin-up girl śpiewa bardzo mocnym głosem piosenki jazzowe... Rozleniwiają.
Także moje plany na wieczór? jeszcze odrobina nowoorleańskiego Jazzu brzmiącego tak jak brzmiał kilkadziesiąt lat temu i tak, jak brzmieć będzie pewnie przez następne dużo lat...
Całkowite Vintage
Zostawiam was więc z kobietami o potężnych głosach, prawdziwymi muzykami i brakiem całkowitym brakiem sampli i elektroniki. Jak na załączonym obrazku
wtorek, 22 lipca 2014
Trzeba sobie jakoś radzić
W tym roku coś duży kawałek lipca spędziłam z dala od klimatyzacji i zimnych napojów.
Zaowocowało to przemyśleniami na temat Upałów i jak sobie mam z nimi radzić. Co prawda lodów ani mrożonych rzeczy nadal jeść nie mogę. Ale inne rzeczy już tak!
Także kilka rzeczy, tak zwanych "lifehacków" na poprawę nastroju, złapanie energii czy ogólne znużenie gorącem.
PUF!
1. Muzyka... setna wakacyjna piosenka nuży, radio puszcza więcej reklam niż muzyki, ratunkiem jest więc własna płytoteka albo playlisty YT. Polecam też radia internetowe, gdzie nie ma szans na reklamy ( z założenia są niekomercyjne), o dziwo warto słuchać depresyjnej muzyki.
2. Jeżeli pokój jest od strony zachodu(a więc upał popołudniowy) warto spryskiwać zasłony wodą. paruje i robi lekki tropik.
3. Instalacja wilgotnego ręcznika na drzwiach/przed wiatraczkiem też dużo daje
4. Funkcje życiowe takie jak sprzątanie/zmywanie/koszenie warto przełożyć na 19-20 (ktoś to musi zrobić), również atak pobliskiego sklepu też warto robić wczesnym rankiem/późnym wieczorem
5. Oczywiście, że siatki w oknach ratują przed komarami, jeśli bez szans do przyczepienia przy oknie warto spać pod siatką na komary (zwaną popularnie moskitierą)
6. Często wietrzyć, muchy to przebrzydłe krwiożercze obrzydliwe paskudne stworzenia. fuj, na szczęście nie lubią przeciągów
7. Krótkie spodenki i sukienki KOCHAĆ
8. Woda przy łóżku - wskazana, ale niekoniecznie.
9. Jeść też lepiej po 19... ja w dzień nie jestem w stanie przyswoić więcej niż dwóch kanapek
10. Spotykać się z ludźmi! We dwójkę czy też masą lepiej znosi się upały :) umieranie samemu z gorąca to jak depresja/
11. Iść na kąpielisko...dalej J.W.
12. ciepła Herbatka z cytryną... też gasi pragnienie!
13. Książki..dużo książek...
14. Chronić głowę przed słońcem - potem ma się udaromigrenę i dzień z głowy..
12. ciepła Herbatka z cytryną... też gasi pragnienie!
13. Książki..dużo książek...
14. Chronić głowę przed słońcem - potem ma się udaromigrenę i dzień z głowy..
15. Chodzić wieczorami na kino letnie, spacerki itp. w Warszawie dużo tego się nazbierało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)























