Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styl życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styl życia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 lutego 2016

Co możemy zrobić sami...

Wskazane przez pewien czas było dążenie w jednym, ściśle określonym kierunku- specjalizacji. Czasem jeszcze węższym.  Synuś kroi żabę - o dostanie swój pierwszy skalpel i będzie chirurgiem. Synuś taki wyszczekany, polityk albo prawnik, najlepiej adwokat. Itp. itd. itp... Zarabiając pieniądze na specjalizowaniu się przeciętny człowiek nie rozwija się już w inne strony.
Nazwałabym to ograniczaniem się na własny użytek.
Ale im bardziej jesteśmy ekspertami w danej dziedzinie tym większa jest możliwość manipulacji a tym bardziej możliwość uzależnienia się od innych.
Żywym przykładem jest sytuacja, kiedy po zawieszeniu się nawigacji ludzie stają na poboczu bo nie wiedzą co dalej. Nie czytają znaków, nie wiedza przez co jadą - ot dojazd z miejsca A do miejsca B.
Kiedy nawigacja się odwiesi mogą jechać dalej.

Przykład taki: coraz mniej z nas umie szyć, bo po co, przecież materiały są drogie a szycie trudne. Owszem, potwierdzam: jest bardzo trudne, ale satysfakcja z gotowego, niepowtarzalnego dzieła jest niewspółmiernie większa, i dużo lepiej się wygląda.
Drugi: coraz więcej jemy na mieście albo odmrażanych gotowców. Ale co innego potrafić gotować i odmrażać z braku czasu, a co innego gdy ma się talent do "przypalania wody na herbatę". Drugi przypadek to typowe usprawiedliwienie osób bojących się spróbowania.
Jedzenie na mieście dla mnie jest dobre ale tylko wtedy gdy chce odkryć nowe połączenia czy smaki albo potraktować to jako pretekst do spotkania się z przyjaciółmi. Co prawda mi gotowanie idzie obecnie dobrze, ale jako 10 latka uważałam, ze jest to zajęcie dla bab i mamy a ja się będę zajmować czymś bardziej przydatnym w życiu. Kocham jeść :D
Kolejny przykład? Pochwała ignorancji albo "sadzenia" głupoty. Jeżeli nie wiem gdzie co jest to się przyznam. Nie będę udawać że wiem wszystko a nawet więcej.
Ale staram się poznawać miejsca do których jadę, pamiętać że dane miasto słynie z rogalików, inne z festiwali jeszcze inne ma cudowne Stare Miasto albo w niedalekiej odległości zamek.
Nie wszystkich to interesuje mówicie?
Nie.
Ale to nie są rzeczy po które trzeba specjalnie sięgać w otchłanie książek. Wystarczy porozmawiać.
Ilu już ludzi spotkałam w większych miastach (nie tylko w Warszawie) którzy poza swoim podwórkiem świata nie widzieli. Bo po co?
Oni są sprzedawcami, muszą wiedzieć gdzie jest najbliższa Biedra lub inny owad, gdzie pójść na melanż a gdzie jest nocny sklep z alkoholami. Czasem miejsce na wykwintną kolację z drugą połówką/szefem.
Zainteresowania; książki takie ten muzyka film..
Praktyczne zainteresowania: obgadywanie, picie piwa, oglądanie seriali, wyjście co najwyżej do baru lub do kosmetyczki. Wakacje w renomowanym miejscu oczywiście hotel najważniejszy co by ktoś nie pomyślał. Ale wódeczka musi być.

Specjalizowanie nas miało spowodować powstanie armii ekspertów. Poletkiem doświadczalnym jednak jest życie, w którym lekarz teoretyk nie wyleczy nietypowego przypadku, handlowiec nie namówi klienta ani innego człowieka żeby zrobił mu obiad.

Staram się rozwijać, nie mówię "nie" wielu rzeczom, bo mogą okazać się przydatne.
W weekend przydała mi się umiejętność analitycznego myślenia przy naprawianiu CO i umiejętność reagowania przy zalaniu łazienki. Pokonując strefę komfortu udało mi się własnoręcznie zrobić burgery z mięsa (a nie wege) umiem już zadbać o roślinki, zrobić własny ogródek ziołowy. Od kilku lat nie chodze do fryzjera, sama jestem swoją kosmetyczką i w końcu coś sobie uszyłam.
Grywam na gitarze jak się prąd skończy, wiem ile mam stopni na schodach jak zapadną egipskie ciemności. Umiem ułożyć i rozpalić ognisko. Sztuka przetrwania. potrafię naprawić komputer, wyczyścić elektronikę. Nie muszę z tym iść do specjalisty.
Nie zawsze pomaga mi wujek google - gdy mi w piątek "pomógł" zalałam łazienkę.
Staram się wiedzieć jak najwięcej rzeczy i nie przestawać uczyć i odkrywać, znać swoje możliwości i ograniczenia.
Przesuwać też granicę.
Tyle rzeczy możemy sami zrobić.... tylko niech się zechce. Prawda?

niedziela, 2 sierpnia 2015

Kult ideału

Czczono kiedyś bogów, istoty uosabiające piękno swojego czasu.
Nie chodzi tu o Egipcjan - którzy czcili zwierzęta na tyle antropomorficzne, że otrzymały idealne ludzkie ciała.
Chodzi o te figury:
Grubej Wenus z ery paleozoicznej
Chude Wenus z ery Greckiej i Rzymskiej
Boginie i boginki ze średniowiecza, renesansu i kolejnych epok.
Bóstwa miały uosabiać dążenie do pewnych ideałów, nie tylko z wyglądu ale i z cech fizycznych.
Kapłanki i kapłani musieli być piękni i doskonali.
Tylko jeden bóg jak pamiętam, był brzydki, Hefajstos - ale dla równowagi żoną była najpiękniejsza z pięknych - Afrodyta.

Teraz czci się samo piękno. Ideał, cud, nieskazitelność.
Powinniśmy wyglądać jak lalki i manekiny. Lalki które oglądamy w telewizji i manekiny pokazywane na zdjęciach - żywe a jednocześnie nie. Opętane kultem ciała. Na starość wyglądające identycznie.
Jeżeli ktoś wygląda dobrze, to w większości zasługa jego ciężkiej pracy, w mniejszej genów.
Jeśli ktoś pracuje nad sobą, bo chce poprawić wygląd i kondycję - super
Jeżeli ktoś czuje się dobrze w swojej skórze (a takie osoby mogłabym policzyć na palcach jednej ręki) i nie ma zamiaru zmieniać, a jedynie utrzymać formę... jest narcyzem.
Jeśli ktoś leży i nic nie robi(a przecież może!) a narzeka na sylwetkę - jest leniwą bułą..albo pracuje na to miano.

Skąd mi się wziął ten temat?
Mnóstwo jest artykułów (nawet w pseudopoważnych portalach) jak to ktoś źle/dobrze/dziwnie/staro/grubo/chudo wyglądał nad morzem.

Osobiście:
Oddałam w czwartek krew, czyn chwalebny i zaskakujący (przerażający moich rodziców) ale mógłby się stać dla mnie też rzeczą powszednią.
I przez pewne zawirowania zrobił mi się dość znaczny krwiak na przedramieniu. Nie widać go normalnie, i właściwie, ponieważ jestem przyzwyczajona do posiadania milionów siniaków i zadrapań (nie mam talentu do omijania przeszkód) uznałam, że go nie zakrywam. 

Jednak w piątek, kiedy był najbardziej widoczny miałam kilka dziwnych spojrzeń w sklepie i jak jeździłam rowerem.. szeptów może też.
I faktycznie, niedoskonałości rażą. Nie może takie znaczne...
Ale...
jeżeli na plaży (w Polsce czy gdzieś na świecie) ludzie pojawiają się w skąpych strojach znając siebie, i czując się pewnie.
Jeżeli ktoś się dobrze czuje w obcisłych sukienkach ale jak to się mówi "nie ma figury".
Jeżeli dziewczyny ubierają się jak ich idole i nie przeszkadza im to, że wyglądają jak "sisters-in-clothes"
To dlaczego ja mam się przejmować moimi podrapanymi/posiniaczonymi nogami?
Dlaczego ktoś ma się przejmować bliznami które ma po zabiegach i operacjach?
Dlaczego ukrywać znamiona (oprócz oczywistej rzeczy żeby uważać na słońce)?
Dlaczego chować się ze swoim stylem ?
Blizny - zwłaszcza te duże, oznaczają że wygraliśmy walki ze słabościami, niektóre mogły nas zabić.
Są to najdelikatniejsze elementy na naszym ciele. Są wrażliwe, cieniutkie, są efektem zmagań człowieka i nauki z naturą.Blizny straszą, są ingerencja w nietykalne, są skazą na możliwie idealnym ciele.

Gdy ktoś robi sobie operacje plastyczną zawsze ma blizny, trudno nawet "nabyć" piękno bez blizn i wyrzeczeń.

I nie chodzi o epatowanie tym, ale akceptację, tak, mam to, widać i co z tego, to moja blizna/rana/siniak/itp patrz na swoje.
Akceptujmy pewne rzeczy, nie tolerujmy, nie znamy historii tego zdarzenia. Tolerancja oznacza, że widzimy ale nie reagujemy. Przeszkadza nam, ale milczymy, nie wiemy co to jest ale tolerujemy.
Akceptacja pozwala przyswoić i zrozumieć.



środa, 29 lipca 2015

Moje podwórko...20 000 kilometrów wyjechanych ścieżek

Komunikacja.
Jak łatwo poszerza horyzonty myślowe i poznawcze.
Porządna infrastruktura w nowoczesnym państwie jest podstawą inwestycji. Dlatego tyle u nas wkłada się w drogi.

Kiedy dorobiłam się w końcu cudownie bezawaryjnego samochodu prawie dwa lata temu, zaczęłam dużo jeździć poza Warszawę. Wcześniej było to też możliwe, ale ograniczone busami i pociągami czy też strachem przed nagłym zatrzymaniu się w polu.
Podczas tych dwóch lat zrobiłam już ponad 20 000 km - jeżdżąc najczęściej na Śląsk albo też na różnej maści festiwale.
Mam w dalszym ciągu mnóstwo pomysłów gdzie jeszcze pojechać.
I teraz, wracając ze starych, wrocławskich śmieci doszłam do wniosku, że moje podwórko to tam, gdzie mogę dojechać w kilka godzin samochodem i wrócić tego samego lub następnego dnia.

Gdzie jest nasze podwórko?
Na początku, jest ograniczone domem i sąsiadami, ogrodzeniem, piaskownicą.
Granice wyznaczają rodzice i nauczyciele  - musimy być w zasięgu wzroku.
Potem nasze podwórko to przyjaciele, do których biegniemy się bawić i z którymi widzimy się po szkole, zaczynamy wymykać się z ustalonych ram.
Gdy stajemy się dorośli zaczynamy wyznaczać własny obszar - możemy zostać w miejscu które nas wychowało, albo spróbować stworzyć własne.
Tu jest punkt trudności, bo ustalamy sobie własne granice za które potem nie możemy wyjść z przyzwyczajenia. Jesteśmy wtedy najbardziej wolni - gdy idziemy na studia to jest nasz jedyny punkt zaczepienia. Jeżeli mamy szczęście to z drugiej strony nie ogranicza nas ani praca ani zobowiązania.

Moje podwórko było we Wrocławiu, mieście które nie śpi, które jest widziane jako tolerancyjne, otwarte i młode. Można było bawić się do woli.
Po studiach jednak przyszedł czas na otrzeźwienie ze studenckiego trybu. Nie miałam super wymagań jednak gdy po raz kolejny rozmowa okazała sie stażem za koszty dojazdu... szczęśliwie znalazłam pracę ale w Stolicy.

Jednak miejsce, warunki i czas zmieniło wszystko diametralnie - każdy poszedł w swoją stronę. Żeby się spotkać z kimś to ja (a nie kto inny) musiałam przejechać mnóstwo kilometrów. Prawie nikomu się nie chciało. Najlepszym przyjaciołom nie przeszkadzała odległość.
I tak horyzonty zostały poszerzone o Warszawę.

Jednak Wrocław, oprócz tego cudownego czasu festiwali filmowych i krótkich ale bardzo treściwych spotkań przestał być moim podwórkiem. Widzę go teraz jak nowe, zupełnie inne miasto nałożone kalką na nostalgiczne zdjęcia sprzed kilku lat. Wiem, że już na stałe nie wrócę.

Warszawa jest trudnym podwórkiem. Robiąc kolejne kilometry w korkach, wściekając się na kierowców/rowerzystów/roboty drogowe/protesty/wypadki/autobusy/spalone mosty zaczęło mnie to bawić i nawet podobać. Ludzie są różni. Szukanie pracy to niewdzięczne zajęcie ale dzięki temu poznaję miasto.

Moje podwórko to teraz Polska,
Moje 20 000 km podróży to przez te dwa lata minimum 200 godzin jazdy.

Popołudniu chcę wypić kawę nad morzem.
Nie mam co robić a dawno nie zwiedzałam.
Podobno najlepsze prawdziwki rosną na Podlasiu.
Gdzieś tam zaczęła się historia mojej rodziny.
Lubię jeździć samochodem.
Lubię jak klimatyzacja wypala mi gardło.
Lubię zabierać ludzi na stopa.
Lubię spotkać dawno nie widzianą ważną dla mnie osobę, chociażbyśmy mieli mieć dla siebie tylko chwilę.
Lubię mój kraj.
Narzekać każdy potrafi, ale odnaleźć piękno czy coś dobrego nie jest tak łatwo.
Mamy najpiękniejsze niebo na świecie.
I trochę zdjęć zza szyby...












poniedziałek, 25 maja 2015

Dlaczego dziewczyny powinny grać w gry

Dziewczyny nie grają.
Statystycznym graczem jest mężczyzna w wieku 25-35 lat zamieszkujący miasto z wykształceniem średnim lub wyższym.
Dlaczego dziewczyny nie grają?
Bo mają inne zajęcia. bo mężczyzna po pracy wraca do domu i może odpocząć. Pograć na konsoli z synem pograć samemu, a kobieta działa na domowym etacie. Tak powtarzam stereotypy.
 Bo gry to strata czasu a dziewczyna nie jest wychowana, aby czas tracić, tylko spędzać i wykorzystywać.
Bo przeciętny gracz jest traktowany stereotypowo jako hikikomori bez przyjaciół, zamknięty, niepopularny, brzydki, zły, okropny, pod butem mamusi. NIE.

Nie mam pojęcia dlaczego nie grają, bo ja gram (z pomocą czasem przy trudniejszej fabule, ale gram i czasem nawet mi za to płacą).


Ale skąd moje pytanie, dlaczego dziewczyny powinny zacząć grać w gry?
1. Żeby twórcy gier je zauważyli, że się liczymy
Nie musicie nam dawać cycatych bohaterek a jako małym dziewczynkom gier polegających na przebieraniu lalek - to się nudzi i uprzedza. U nas jednak postacie muszą mieć charakter a nie być tylko maszyną do zabijania, chociaż co kto woli.
2. Gry poprawiają refleks, uczą wielozadaniowości...
     a nie, my już wielozadaniowość mamy w małym palcu.
3. Grając spędzamy czas na pobudzaniu więcej niż jednego zmysłu: słuch, czy potwór nadchodzi, wzrok, szybkość reagowania. Tak, to się przydaje nawet przy prowadzeniu samochodu.
4. Rozwiązujemy konflikty  - jak w rzeczywistości
5. Dokonujemy wyborów  - stereotypowo, to się przydaje.
6. Nie lubimy przemocy - ok, nie trzeba od razu pykać w CS czy inne strzelanki. Co prawda moją przygodę z grami zaczynałam z Historykiem i Wolfensteinem ale po drugiej stronie miałam NFS III, Heroes (taktyka!) i Prince of Persia.
7. Jest to naprawde dobra forma rozrywki! Naprawdę!
8. Każdy znajdzie coś dla siebie, czy na PC czy na konsolę, nawet ostatnio grając w Star Wars na xbox zmęczyłam się niebotycznie i następnego dnia ledwo się ruszałam. Przetrenowanie.  I kalorie się spalają.
9. Jest to też idealna okazja do spotkania się w gronie koleżanek. Biere laptopa, dobre łącze i lan party na Heroesach/Cywilizacji. Plus ploty i dobre jedzenie.

Z doświadczenia wiem, że jak znam dziewczyny grające w gry.. to są równe laski, z którymi można i na piwko, i pogadać, i wyjść, i ładne i sympatyczne, i w ogóle. A nie jakieś zaniedbane nerdofeministki z zarostem.

Nie każe od razu grać w LOLa czy w WOWa czy tez w Skyrim. Można przecież zacząć od klasyków strategoo jak Heroes III albo od Tomb Rider. Można zacząć od mniejszych światów aby przechodzić na większe.

Albo zacząć od pokonywania barier w 2048


Marzy mi się gra, w której steruję swoim seksownym alter-ego, dla którego mogę wybrać sobie moce, stroje czy charakter. Bo dziewczyny bardziej niż siłą grają charakterem postaci. I to ten charakter bardziej wpływa na grywalność a nie tylko wybór i siła. Przydałyby się rozbudowane wątki podstępów i wykorzystywania innych (np. powiedzmy, że Wiedźmin miałby coś zrobic, to znalazłby łosia który zrobiłby to za niego:P)
 Omawiałam swego czasu moją grę w Wiedźmina z różnymi ludźmi.
Dopóki nie byłam pewna wygranej w cz.1 nie podchodziłam do zadania w przeciwieństwie do innych którzy walili mieczem w co popadnie. Dlatego 2. Wiedzmin powoduje u mnie frustracje, że od razu nie wygrywam. Chętnie bym użyła podstępu czy coś, ale w fabule nie jest to takie proste, a jak już się zdarza (o jak dobrze..) to nie zawsze jest skuteczny.
Przechodzę zawsze wątki poboczne, bawię się w intrygi. A teraz utknęłam bo muszę zabić Kejrana i mnie trafia...bo to trudne jest. Przygotowuję się jak do prawdziwej bitwy!


wtorek, 5 maja 2015

Rozliczenie z zakazami/nakazami z dzieciństwa


Czy za dzieciaka/małego dzieciaka mieliście pewne zakazy albo nakazy?
Nie jedz słodyczy, nie oglądaj filmów bo głupie, nie rozmawiaj z nieznajomymi, wracaj o 20 do domu?
Podyktowane były najczęściej troską, strachem o nasze małe duszyczki. O to że możemy zrobić sobie krzywdę, że będziemy budzić się w nocy z lękiem.
Dziecięca wyobraźnia jest niesamowicie barwna i nieuładzona. Potem wchodzi w tryby zwyczajności i zanika.
Do czego zmierzam. Jest masa filmów/rzeczy których nie mogłam robić za dzieciaka, bo po prostu byłam dzieciakiem.  Do tej listy zaliczam oglądanie kultowych seriali i filmów z lat 90, bo leciały za późno, bo były idiotyczne, bo nie były naukowe. Niektóre z nich nie przetrwały próby czasu, lub nadal nie budzą we mnie zainteresowania albo obecnie co najwyżej politowanie.
Niektóre mogłam oglądać (jak Simpsonów) ale wtedy mnie nie bawiły. Ale przez ostatnie kilka dni próbowałam sobie przypomnieć wszystkie zakazy i złapać sens.
Ale już się rozwijam a oto powstała lista, nad którą się zastanowiłam.

1. Nie można oglądac telenowel, głupie i złe
- a i owszem, złe, ale dobre do obiadu, prawie udało mi się teraz wciągnać we wspaniałe stulecie, a tak nie mam potrzeby nadrabiania..
2. Seriale to strata czasu
- właściwie mieli racje, nie miałam potrzeby oglądania ani odświeżania żadnego z seriali lat 90 (oprócz X-Files), ani Kiepskich, ani Opowieści z Krypty ani Ally McBeal a reszty nazw nie pamiętam.
3. O 22 w łóżku.
+  marzenie! wtedy to była tortura, ale obecnie czasem się staram, ale internety...
4. Nie mów z pełnymi ustami
+ Słuszna uwaga, można sie zakrztusić, opluć towarzystwo a do tego jeszcze paskudnie się wygląda..
5. Bałagan w pokoju bałagan w głowie
+ Ostatnio staram się jak mogę, ale niestety często jest 0:1 dla bałaganu
6.  Japońskie bajki są złe, amerykańskie też
+ Oglądam i oglądam a jakoś nie zauważyłam, co prawda nie obejrzę trzeci raz serii Dragon Ball a teraz oglądam tylko odświeżoną Sailor Moon, ale fakt, amerykańskie często to dno i wiele metrów mułu (serialowe bajki, Disney poza kategorią)
7. Nie rozmawiaj z nieznajomymi
+ po wczorajszym przemiłym doświadczeniu z obcymi ludźmi. Czy jeżeli obcy człowiek nam się przedstawi to już nie jest obcy? Nieprawda. Właśnie zauważyłam, że Facebook jest pełen obcych ludzi, których w teorii zna się od lat.
8. Nie kupię ci furby
+ Jaka to była słuszna decyzja! tak samo jedno Tamagochi na 3 osoby. A co teraz by takie Tamago robiło? siedziało w szafie. Zabawki, lalki pluszaki po praniu się przydadzą. Reszta to pożywka dla bakterii
9. Nie można jeść tyle słodyczy
+ Bardzo nie można, nie powinno się wręcz! Chociaż ja od dawien dawna wydawałam najwięcej kieszonkowego na coś słodkiego, nawet zadłużałam się u pani w sklepiku. Teraz kulturalnie.. jem nieco mniej
10. Nie siedź na zimnym
+ Prawda, potem jestem chora
11. Ubieraj się ciepło
+ ubieram się na cebulkę, najgorsze uczucie to że jest zimno..
12.  Odłóż rzeczy na miejsce
+inaczej powstanie..bałagan! najgorsze, to znaleźć miejsce w nowym mieszkaniu na rzeczy, odkładanie jest wtedy łatwiejsze. Gdy się nie ma tej pewności witaj punkcie 5!
13. Nie denerwuj się
+ 90% moich nerwów to z powodu innych ludzi, właściwie mogłabym ich uniknąć i zostawić te 10% słusznego denerwowania. Tak nerwowość wprowadzam wszędzie.
14. Nie siedź blisko przed telewizorem
+ Mieli rację.. gdzie są moje okulary...
15. Nie rysuj po książkach
-/+ i tak i nie, nie pisałam po książkach ale czasami szkoda bo nie mogłabym odczytać dawnych myśli(od tego są pamiętniki).  Potem na studiach nabazgrałam się w kolorach tęczy. Wystarczy
16. Pisz starannie
+ Bardzo z tym walczyłam, no ale jak sie postaram to mogę napisać kartkę okolicznościową, szkoda że zapomniałam już pisania neogotykiem i runami. Ale nadrobię.
17. Zjedz obiad
+ Budzę się rano i myślę, co na obiad? Obiad musi być.
18. Wyjmij łyżeczkę przed piciem z kubka.
- ale ja lubię z łyżeczką.

O NIE! JESTEM DOROSŁA!!
Idę jeść sernik na śniadanie i kilka kawałków ptasiego mleczka. Oczywiście przy Archiwum X, potem będę się denerwować, że nie umiem uruchomić maszyny do szycia....


poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Na maratonie zwanym Spring Break



Minęły już ponad 24 godziny od mojego powrotu do domu pod Warszawę praktycznie pustą autostradą z Poznania (nie licząc kilku ciężarówek). Przed nieuchronną sennością obok kawy chroniła nas muzyka i poczucie dobrze spełnionego czasu i jeszcze lepszego Chilloutu.Poznań jako miasto dawał mi się poznać z różnych stron: śnieżna Malta i sylwestrowe centrum, jesienne spacery, nocne szalone wyprawy na jeden koncert.
Tym razem skorzystałam z wiosennej okazji jaką był Spring Break.
Z uwagi na naprawdę mnogość polskich (i nie tylko) zespołów słuchaliśmy ich kawałków w internecie a potem decydowaliśmy na co idziemy. Niekiedy było to pod wpływem chwili (bo koncert obok) a momentami nie dawaliśmy rady i odpuszczaliśmy. Odległości między klubami - niby niewielkie- powodowały że niekiedy udawało się trafić tylko na dwie ostatnie piosenki godzinnego koncertu (w przypadku Years &Years) a niekiedy na oklaski końcowe. Logistyka, przy realizowanym remoncie wiaduktu i ronda obok CK Zamek i trudne dla obcomiastowców odległości była utrudniona. To miał być w końcu Spring Break a nie wyścig. Co mnie niesamowicie zaskoczyło, to nagłośnienie - dawno nie miałam się do czego przyczepić w tej kwestii, było oprócz kilku niewielkich niedociągnięć, naprawdę dobrze.
Pisze same recenzje, bez opisów zespołów. Pod każdą odnośnik do ich stron oficjalnych.Miały być zdjęcia ale tak bardzo nie wyszły..

CZWARTEK:

Dojechaliśmy. Pierwsze godziny przyszło spędzić nam w dwóch przyjemnych klubach: Stare Kino - klub założony przez miłośników filmów, jak większość takich obiektów w Poznaniu- starym mieszkaniu. Pozostały sufitowe drewniane sztukaterie. ściany ozdobione plakatami i zdjęciami z kultowych filmów.

Mjut - bardzo sympatyczny zespół zebrał sporą widownię jak na wczesną godzinę  (18:30), jeżeli ktoś lubi klimaty melodyjnego indie rocka  którego u nas przedstawicielami są Myslovitz czy też KDZKPW. Gitarowo, czysto. Dla mnie nie jest to odkrycie w jakiś sposób muzyczne, ale na rozgrzewkę - bardzo dobre!

Tuż obok Starego Kina jest drugie miejsce. Pod Minogą Te poplątania - że wchodzi się głównym wejściem a potem schodami do oficyny i na piętro. To jest tak niesamowicie klimatyczne. Trafiliśmy lekko spóźnieni. Ale było warto.

Mokrofon - nie wiem czemu, ale drobne filigranowe dziewczyny z reguły nadrabiają głosem. Kwestia chyba stania w odpowiedniej kolejce. Zainteresowałam się przez brzmienie grupy odwołujące się do początków O.N.A. i czystego, surowego rocka. Tłumów nie było, a powinny. Chociaż to prawda że od kilku lat rock jest w odwrocie na rzecz elektroniki (jest łatwiejsza i w wykonaniu i w odbiorze). Bardzo dobrze  grali i chętnie będę obserwować ich rozwój.

Tu nadchodzi kwestia wyborów, ponieważ strasznie chciałam iść na Latające Pięści a jednocześnie też strasznie chciałam iść na Oliviera Heima.Ta...
.
Jestem totalnie zachwycona lumperpunkiem
Latające Pięści  - chyba jedyny jak na razie przedstawiciel tego gatunku. schludne ubrane w garniaki chłopaki śpiewające soczyste piosenki. Meat me on the love parade wsiąknęło i przykleiło mi się do mojego prawie wegańskiego mózgu.

po 15 minutach wrzącego punku i 9 minutowym marszu Olivier Heim był niczym chłodna woda kojąca nadwyrężone rockiem uszy. Usiadłam w fotelu w Scenie na Piętrze i chillowałam. Ludzi było naprawdę sporo a koncert został przyjęty również bardzo dobrze. Wydawało mi się lekko monotonnie jednak bardzo przyjemnie.

Popędziłam, korzystając z luksusu tramwaju, do Centrum Festiwalowego - Zamku Cesarskiego.
Tam też występował, przy dość szczelnie wypełnionej ludźmi sali - Król. Głęboko męski głos, ciekawe aranżacje i przede wszystkim nowe kawałki. Tak! Towarzystwo zachwycone ja mniej, bo oddechu złapać nie mogłam a tu kolejne bujania. Wybujałam się zatem.

Kolejny melodyjny głęboki czy można powiedzieć "alternatywny"? nie, prędzej folkowy klimat Skubasa. Gdzie odrobina polskiego smęcenia (w tym jesteśmy dobrzy w muzyce) przeplatała się z typowo amerykańskimi zagraniami w stylu Mumford and Sons. Nie jestem jego fanką i mimo bardzo ciepłej atmosfery koncertu nie zrobiło to tak dużego wrażenia. Może to to zmęczenie? W końcu to był już tego dnia szósty koncert.

Ponieważ kolejna była MIN t , i to daleko mimo biegu nie udało nam się niestety zdążyć. Pogubiliśmy się podczas poszukiwań słabo oznaczonego klubu Oczy(na mapce  ale i też nie było widać od ulicy...), do tego, sądząc po zadowoleniu i oklaskach po ostatnim utworze- wiele straciliśmy. Drobna osoba za konsolą, totalna elektronika z wizualizacjami! Wybraliśmy zatem Zakręt a potem jednak żałowałam, że nie poszłam na moich festiwalowych pewniaków czyli Cosovel. :( (pozdrawiam z miejsca i obiecuję że nadrobię!)
Byliśmy strasznie zmęczeni. SPAĆ!

PIĄTEK

Po całym dniu chillowania na Malcie (kolejne miejsce poznańskie warte odwiedzenia) znowu rozpoczęliśmy koncertowanie od Starego Kina. Sprzyjała pogoda lenieniu się i zwiedzaniu więc dopiero o 19.30 wylądowaliśmy na...
Rusty Cage - Rockowo, ale w klimacie amerykańskiego rocka z festiwalowej półki a'la Imagine Dragons itp. wokalnie bardzo dobrze, chociaż wzięcie na warsztat piosenki Muse "Psycho" wyższa szkoła jazdy, podziwiam że się udało. Rockują dobrze, ale czy wprowadza coś nowego? Ciężko w tym temacie cokolwiek powiedzieć.
Ps. Nastawiałam się bardzo na Natalię Nykiel, ale jak zinterpretowała piosenkę Bat for Lashes bardzo szybko wykreślona została z lineupu.

Szybka przebieżka bliżej rynku czyli do Dragona na Rycerzyki - muzyka poduszkowa - kołysankowa nie zachwyciła mną jak mogłabym się spodziewać ale była wystarczająco urocza żebym chciała się zatrzymać na chwilę. I znowu pokiwać nóżka w takt muzyki.

poszliśmy jeść (strasznie dużo i dobrze tam jadłam ale to był fragment ogólnego chillu) przegapiliśmy jeden zespół. E tam. w końcu wakacje.

Spóźniliśmy się na Ten Typ Mes +live band
NO NIE! Jak nie słucham tego gatunku (hip hop), to i tłumy i mój zachwyt były chyba podobne. Wybawiłam się nieziemsko, wyskakałam, wyśmiałam i w ogóle. Coś w tym jest, że na koncerty hiphopowe chodzić mogę ale już słuchać w radio czy na odtwarzaczu średnio. Pewnie chodzi tu o charyzmę. Na wyidealizowanej wersji płytowej nie czuć charyzmy.
Także całkowicie wycieńczeni padliśmy w piąteczek.

Mieliśmy dotrzeć jeszcze do Good Time Radio na We Draw A - ale były tłumy. Nie udało się wbić.

Także wieczór zakończył się pochłanianiem piwa na Rynku i totalnie zaskakującym zbiegiem okoliczności (pozdrawiam z miejsca jak piszę!). Nie udało mi się przebrać za lisa.

SOBOTA

Dzień ostateczny.
Warunki skutecznego powrotu do domu z KAŻDEGO festiwalu: 1. trzeźwość 2. nie przesadzić z szaleństwem 3. Ostatni koncert przed północą.
wszystkie zostały spełnione aby o 4 rano smacznie spać we własnym łóżku.

Zagi - w ogrodzie różanym. Po obejrzanym video na yt spodziewałam się elektryzującej dawki szaleństwa w neonowych kolorach. Było... plumkająco, delikatnie, bez zadziorów, dziewczęco. Zachowawczo. Nuda.

Daniel Spaleniak  - ten to ma głos! Opowiadałam o charyzmie? Też ma. Forma "półgodzinna" jednak widocznie stresowała wszystkich muzyków. Zdążą? Wyrobią się? Koncert w Blue Note przyjemny i na pewno pójdę jeszcze raz na pełnowymiarowy występ bez presji czasu. Zwłaszcza że nie doczekaliśmy, jak wiele innych do końca (szkoda).

Kiedy jakieś 90% ludzi pędziło pod scenę na Years &Years zgodnie (po oczywiście wcześniejszym odsłuchaniu) poszliśmy(spacer zajął 10 minut) na koncert Milky Wishlake.

Jak się rozpoczął było kilkanaście osób, potem jednak niewielki klub się zapełnił i wyszło z tego coś naprawdę fajnego i bujającego. Grają jeszcze w tym roku na Openerze. Jak trafię, to zobaczę. Jak nie trafię to będą na pewno inne wydarzenia i też zobaczę. Warto, Elektroniczny pop? Oklepane, bliżej ambientu. Bardzo dobre jednak, brzmi bardzo przemyślanie. Poza tym, fajnie znaleźć się poza mainstreamem.

Zdążyliśmy na 2,5 piosenki(!) Years&Years (resztę nadrobiliśmy w drodze powrotnej). Wiedziałam że tak będzie. Doskonały kontakt z publicznością, motyw naszej flagi i podejrzewam, że będą hitem na Openerze. Doskonała muzyka taneczna do klubów. aż dziw że tak rzadko słyszana. Lub też nie do tych miejsc już chodzę..a przepraszam, graja lata 80 jakby później disco nie istniało.

Mela Koteluk - nie wiem, ale miałam wrażenie, że jest zmęczona, poza tym bardziej podobał mi się jej koncert kiedyś tam... dawno, jeszcze przy pierwszej płycie. Ludzie nie zawiedli, najbardziej znane utwory też były. Bardzo ładna gra świateł, wszystko bez zarzutu, uroczo.

Jedyne zdjęcie do którego nie mogę się przyczepić tak bardzo...

Ostatnim przystankiem na festiwalowej mapie była Jazzpospolita w Blue Note. O tak! Bardzo elektryzujący występ kwartetu(czy można tak powiedzieć w przypadku muzyki rozrywkowej?) - ludzi znających się na graniu.  Żywe kawałki przeplatały się z wolniejszymi. Aż przypomniały mi się pierwsze doświadczenia z koncertami tego typu we wrocławskim klubie Rura. (długo zamkniętym)

 Skoro doczytaliście do końca:
3 dni
16 zespołów na scenie i poza sceną (tak! można potem było natknąć się na nich w klubach)
trochę znanych twarzy w tłumie
lekka chrypka
totalne zmęczenie
i uczucie całkowitego wypełnienia chilloutem tej przerwy wiosennej.

BYŁO WARTO, BĘDĘ ZA ROK PRZY SPRZYJAJĄCYCH WIATRACH

czwartek, 16 kwietnia 2015

FestiwaloWIANKOwianeczka - festiwalowe FAQ

Na specjalne życzenie odkładam na później pisanie o radiu i omawiam bardzo aktualny temat.
Oczywiście festiwalowy.

Wyobraźmy sobie Ciebie i Ciebie i Jego i Ją i Ich. Nigdy nie mieli do czynienia z żadnym festiwalem. Może i by chcieli ale boją się. Może i by chcieli ale tyle pieniędzy wydać, może i tak..ale...
i teraz będę prostować to "ale".
Od razu napiszę: wpis nie jest sponsorowany przez nikogo, oprócz mojego czasu. Dlatego opowiem o tym w najprostszy możliwy sposób: odpowiadając na pytania.  Oczywiście jeżeli jakieś powstaną, możecie dopisać.

1. Nigdy nie byłam/em na festiwalu, jednak czuję, że jestem na to za stara/y.
Nigdy nie jest się za starym na festiwale! Przykładem może być najstarsza para oglądająca razem filmy,  nakręcono o nich nawet dwa filmy dokumentalne, Państwo Maria i Bogdan Kalinowscy zawsze byli mile widziani na Nowych Horyzontach we Wrocławiu.  Na muzyczne również jeżdżą nie tylko dziane nastolatki, ale i ludzie w średnim lub starszym wieku.

2. Od jakiego festiwalu zacząć?
Od tego najbliżej, ja rozpoczęłam swoją przygodę z festiwalami od Nowych Horyzontów w Cieszynie (2004 r) później działałam w wolontariacie na pierwszych pięciu edycjach we Wrocławiu. Warto patrzeć, co się dzieje w mieście i okolicy. Miałam to szczęście w nieszczęściu że brałam bierny(nigdy na widowni) udział w przygotowywaniach festiwalu Opolskiego w LO.
Jeżeli klimatem nam nie pasuje, zawsze  można spróbować nieco dalej. Warto też chodzić na mini festiwale obejmujące jeden wieczór w klubie.

3. Jestem niepełnosprawna/y ruchowo czy to nie utrudni mi odbioru festiwalu?
Oczywiście że nie! Festiwale dostosowane są dla osób niepełnosprawnych. Co prawda w salach kinowych jest tylko kilka miejsc dla osób poruszających się na wózkach, jednak są też pokazy plenerowe. Co do festiwali muzycznych, ze względu na zmienną pogodę zawsze jest przeprowadzona gdzieś utwardzona droga którą można dostać się pod odpowiednie sceny. Są też platformy gdzie w spokoju można obejrzeć koncert. Spanie na polu namiotowym oczywiście również jest możliwe.

4. Nie mam paczki znajomych z którą mogę pojechać, ewentualnie jadą dwie dziewczyny, czy to bezpieczne?
Jazda w pojedynkę jest trudna, ponieważ pewnych rzeczy nie da się przewidzieć. Warto jednak nawiązać nowe znajomości. Jeżeli jedzie się z przyjaciółką - bardzo wskazane. Pola namiotowe jak i cały festiwal objęty jest ochroną. Zdarzyło mi się samej wybrać na festiwal. Bardzo dobrze to wspominam,w przypadku Openera jednak trójka znajomych była już na miejscu. Chłopaki mogą jeździć. Zawsze ktoś przygarnie.

5. Mamy dziecko ale nie ma kto się nim zająć. Co teraz?
Zawsze można kupić bilet dzieciakowi (i słuchawki tłumiące dźwięk) co prawda bobasy nie przepadają za tłumami i hałasem, jednak w tamtym roku do Syren Artura Rojka  bardzo dobrze się bawiły. Sama na pierwszym koncercie byłam podobno jako 4 latka. Pamiętam wielką scenę, helikopter i hałas i siedzenie na trawie. Starsze dzieci mogą uznać to jako wielką frajdę. Wiadomo, wtedy nie można już tak bardzo robić tego, co się chce.

6. Jak się zabezpieczyć przed kradzieżami?
Nie ma idealnego sposobu. Na pewno nie zostawiać najcenniejszych rzeczy na polu namiotowym. Warto na poczatku kilkudniowego festiwalu zostawić swoje skarby w depozycie. Najlepiej jednak nie brać diamentowych kolczyków i złotych zegarków.

7. Czy muszę spać na polu namiotowym? 
Nie, zawsze można wynająć kawałek łóżka w hotelu czy hostelu, skorzystać z couchsurfingu czy też popytać po miejscowych znajomych/rodzinie. W przypadku zalania namiotu (było) warto mieć plan B. (całkowicie przypadkowo miałam i dziękuję !) Pole to jednak wygodna i tania opcja, zwłaszcza że powroty mogą zajmować trochę czasu.

8. Jakie są niezbędne rzeczy podczas kilkudniowego festiwalu? Zakładam że śpię pod namiotem.
Bezwzględnie: namiot, śpiwór, żel pod prysznic, dezodorant, ręcznik, zmiana ubrań na każdą pogodę(na dni wyjazdu+1), kasa, karta, ID, krem do opalania, wit.C albo jakaś inna suplementacja witamin (jeszcze nigdy nie wróciłam zdrowa z festiwalu..), tabletki na gardło (festiwal muzyczny), krople do oczu (festiwal filmowy), woreczki foliowe (zawsze), papier toaletowy, żelazna racja batoników zbożowych, cukierki, notatnik, długopis, ładowarka, powerbank(przydaje się przy minimalnej żywotności baterii telefonów i gigantycznych kolejkach do ładowania), karty do gry, plastry, buty na zmianę. Najlepiej zrobić listę przed wyjazdem.

9. Czego się wystrzegać?
Brania zbyt cennych rzeczy, uważnie wybierać nowych znajomych, nie przesadzać z używkami, Pamiętajmy o unikaniu brania ostrych narzędzi i parasoli na festiwale - mogą zostać zabrane przy wejściu (jeżeli mamy szanse, dostaną numerek i będzie do odzyskania)- filmowych festiwali to nie dotyczy.

10. Skąd mogę czerpać informacje o festiwalach?
 Obecnie są oprócz wiadomości na stronach oficjalnych, informacje na portalach społecznościowych a także można ściągać aplikacje. Osobiście lubiłam gazetki festiwalowe (bardzo) bo mogłam sobie zachować na pamiątkę. Aplikacje niestety są zbyt tymczasowe.

Jeżeli macie jeszcze jakieś pytania, chętnie odpowiem. Na razie pozostało mi przygotowywać się do Spring Break w Poznaniu. Relacje będą w przyszłym tygodniu. Nigdy nie byłam także czujnym okiem będę obserwować wydarzenie z każdej strony.

sobota, 28 lutego 2015

Wiosna tuż tuż...

Piszę o tym, ponieważ w marcu jest najlepszy moment na odgrzebanie roweru, wyciągnięcie butów i rozpoczęcie biegów lub jeżdżenia rowerem po okolicy.

A ja dziś miałam spotkanie (znowu!) oko w oko z dzikim zwierzęciem.
Podczas ogrodowych, wczesnowiosennych prac podszedł do mnie bażant.
Nie bał się ani hałasującego urządzenia w okolicy, anie stróżującego kota, ani biegających nieopodal psów (które co rusz wchodziły na działkę i straszyły kota).
Podszedł i łypiąc jednym okiem w pełnej szacie przechadzał się po trawniku.
Chciałam zrobić zdjęcie, jednak ptak zorientował się chyba że próbuję podejść bliżej i przeskoczył w drugi kąt ogrodu.
Sam fakt spotykania "dzikich" zwierząt nieudomowionych tak blisko domów jest niesamowitym doznaniem i prawdziwym "łapaniem chwili" tak bardzo niepowtarzalnym i trudnym do uwiecznienia.
W tym roku dużo dzikich, a raczej nieudomowionych stworzeń było na mojej drodze.
Jadąc samochodem widywało się sarny, wspomniane bażanty uciekające z drogi lub przyczajone w rowach.
Ale wrażenie, jak na europejskim safari: jedziesz autem niby w mieście po ulicy, a obok biegnie nocą stado saren, przez kilkanaście metrów wzdłuż drogi, NIESAMOWITE!
Jesienią, podczas kolejnej wycieczki rowerowej miałam okazję widzieć łosia. Zwierz olbrzymi stał na rozdrożu dwóch leśnych duktów. Poczułam wtedy, że to nas nie powinno tam być, w końcu to jego bagna.
Kiedyś, jeszcze w gimnazjum, często przebywaliśmy na starym cmentarnym wzgórzu i tam, podczas pikniku obok nas stanęła sarna. Sarnie oczy, wiecznie zdziwione, omiotły piknik i łagodnie się wycofała.


Czego się tu bać w takim wypadku? A na pewno uważać.
Można się bać zdziczałych psów... mogą być niebezpieczne dla człowieka, okaleczone psychicznie.
O określonych porach roku trzeba uważać na dziki (zwłaszcza lochy z młodymi) a także klępy (samice łosia) z młodymi. Matki mogą chować gdzieś młode a same zaatakować.
Podczas wycieczek znalezionych sarenek NIE DOTYKAĆ ani nie ratować.Według zasad "księgi przyrody" którą kiedyś czytałam, zapach człowieka pozostawiony na takim maleństwie może doprowadzić do tego, że stado je odrzuci.
Gniazdek z ziemi nie wyjmować i nie zabierać do domu. Nie niszczyć.
Na widok biegnącego radośnie lisa nie chowającego się i nie uciekającego przed człowiekiem (a może to pies?) lepiej nie ryzykować futra i zwiewać.
Dla tych (na przykład mnie) wycieczki po byłych obiektach militarnych lub polach walk są na tyle niebezpieczne, ze w przypadku trafienia na niewybuch (niewypał) w tył zwrot i najlepiej zgłosić to odpowiednim służbom. Trudno jednak znaleźć te "odpowiednie" a także określić lokalizację wystąpienia "obiektu X".
Dużo wczesnowiosennych roślin jest pod ochroną (między innymi Zawilce). są to bardzo nietrwałe kwiaty więc nie warto ich zrywać.Przebiśniegi również.
Hodujmy Hiacynty!
Poniżej ubiegłoroczne, tegoroczne będą białe (jak wyjeżdżałam akurat zaczynały rozkwitać)
A jeżeli przekwitną zawsze można cebulki wsadzić do ogrodu (lub uciąć kwiatki zostawić do zeschnięcia i posadzić w przyszłym roku - jeżeli nie  w ogrodzie to gdzieś w parku..może zakwitną?)





sobota, 21 lutego 2015

jest pora siewu... i pora zbioru...

Prawie rok temu na zaproszenie moich dwóch festiwalowych kumpli (pozdrawiam i powodzenia!) trafiłam do Londynu. Ze względu na różnego rodzaju zawirowania i przygody przywiozłam zamiast tony ciuchów z pewnego sklepu książkę (Flavour Thesaurus),, która obiecana mi była kilka razy jako prezent, tak samo jak eclairsy. 
Pojechałam, kupiłam. Opis całej wycieczki Tu.
Podszkoliłam się w kulinarnym angielskim (najulubieńsze słowo to Parsley ).
Co prawda dużo rzeczy z tych opisanych jest oczywiste (ziemniaki z jajkiem chociażby), publikacja nie tryska pomysłami na oryginalny obiad. Niemniej jednak jest przydatną bazą do pomysłów w stylu "w lodówce mam 4 rzeczy a chcę ciasto".

A jakie smaki się łączą i smakują dobrze, chociaż nie są tak oczywiste? 
  • Zielone ogórki z orzeszkami ziemnymi - bardzo dobrze smakuje, swego czasu w przydomowym ogrodzie był taki sezon ogórkowy, że wynalazłam obok tego też zupę cytrynowo-miętową z ogórków. Do tego były ogórki curry, mizeria, ogórki pieczone, smażone, duszone z kurczakiem i orzeszkami
  • Zielone ogórki z truskawkami - nie miałam odwagi spróbować. 
  • Rozmaryn z morelami - ciekawa opcja i bardzo dobra na ciepło.
  • Mięta i czarna porzeczka - w książce proponują w formie wypieku, ja często do domowych kompotów z przepisu....zerwij i przebierz miskę owoców... dodawałam listki świeżej mięty.
  • Dynia z szałwią - prażone listki szałwii dodane do dyniowej lazanii... przepyszne!
  • Róża z hibiskusem - niby rzecz oczywista, bo w herbatkach "dzika róża" wiecej jest hibiskusa niż szlachetnego kwiatu (lub owocu), jednak w wersji czystej kwiatowej herbaty hibiskusowej (niesamowicie kwaśnej) posłodzenie syropem różanym (mój akurat przywieziony z Cypru) tworzy niesamowite wrażenie.
  • Owsianka z serkiem waniliowym - na ciepło - ostatnie moje, przepyszne odkrycie.
Nie próbowałam wszystkich, dziwacznych połączeń, jak wołowina z pomarańczą, czy kurczak z różą, Brytyjczycy nie słyną z dobrej kuchni. Mogę kręcić nosem ponieważ  w domu cała rodzina potrafi bardzo dobrze gotować i niekiedy tworzyć tak pyszne dzieła, że znikają szybciej, niż się pojawiają.


Pamiętajmy też, że jeżeli zakładamy ogródki balkonowe to ten i cały przyszły tydzień to najwyższa pora na wysiewanie nasionek.
W tym roku sieję rukolę, bazylię, pomidorki koktajlowe i mnóstwo kwiatków. Zbieram też pojemniki po jogurtach na małe doniczki i ukorzeniacze. Warto sadzić własne zioła (bazylię, tymianek, rozmaryn, miętę) szczypiorek tak dobrze nie wysiewa się z nasion.
Najważniejsze to ciepło, regularne podlewanie (nie wolno przesuszyć) i słońce.

bardzo niewyraźna wersja początkowa - rośnijcie rośnijcie!
moje ubiegłoroczne pomidorki

czwartek, 8 stycznia 2015

FFFFUUUUTRO czyli przeglądnik tragikomiczny 2014

Ponieważ humor zawsze jest w cenie a nie wszyscy potrafią się śmiać.
Przegląd 10 tragikomedii z 2014 roku:

10. Końcowka 2013 ale... TWERK! Już nikt nie ćwierka ale Twerka, twerkanie jest to hmm...ee.. trzepanie tyłkiem /datass/ tak, żeby zrobiła się z tego istna galareta. Niesmaczne to to, i trzeba posiadać wielkie 4litery jak Nicki o francuskim nazwisku. Najlepiej zrobić implanty. Twerkanie jest w większości popowych obecnie teledysków made in USA, Raperzy mają twerkające babeczki a ostatnio widziałam że Snoop Lion/Dog wypuścił teledysk z gronem twerkających focząt. A teraz wyobraźcie sobie proszę jakby tak ci niektórzy raperzy twerkali w tych swoich gatkach opuszczonych do połowy.

9. Instagram zawojował polski internet, a razem z nim #hasztag #hasztagatodobre #całeżycienahasztagu. Co ciekawe najpopularniejsze są #instafoodie a nie na przykład #pyszne #smaczne #pożywienie. Hasztagi są na fejsie, u Jimmiego Fallone, Justin Timberlake, w teledyskach. #hasztag wszyscy nadal jedzą na #placzbawiciela a ja nadal nim zjem coś, gdy nie jestem mega głodna robię zdjęcie i #hasztagomnomnom

8. Wojna na Ukrainie, jaka wojna? Przecież nic się nie dzieje, to przyjazne manewry naszych wschodnich sąsiadów. Tak, bądźmy spokojni i szkólmy się w papierkologi. Enten.... NATO na pewno coś z tym zrobi.

 7. Moje prywatne stanięcie z łosiem twarzą - w pysk (co prawda dzieliło nas jakieś 20 metrów ) tak, w Warszawie i pod Warszawą jest dużo dzikiej zwierzyny, łosie, lisy, bażanty, sarenki. Podobno dziki i lisy też.
Mam za to prywatną wiewiórkę. Wymiar komiczny jest taki, że to ja byłam w tym momencie nieproszonym gościem w lesie, nie łoś.

6.  NUDA. Trzecia cześć Hobbita - nie zobaczę definitywnie Bo nudne. Do tego spotkanie na temat Nowej Zelandii w Muzeum Azji i Pacyfiku, ponad godzina  oglądania slajdów, goście tam byli trzy miesiące po czym prowadzący po opisie mniej więcej "wchodzimy na górę, schodzimy, jedziemy autem, płyniemy łodzią, śpimy w szałasie" i o żadnej owcy powiedział, że Nowa Zelandia jest nudna? Nie zgadzam się.

5.  Naoliwiony tyłek grubej, brzydkiej, niskiej baby (o dziwo bez twerkania) vs. lądowanie na asteroidzie (notabene, podobno stracili łączność z jednym z łazików..) Pierwsza doczekała się parodii i stron w "poważnych" periodykach. O drugiej mam nadzieje że będę mieć okazję poczytać obszerne sprawozdania badań. Kosmos to jest to!

 4. Panująca wszechobecna tolerancja amatorszczyzny,  wszędzie paraseriale paradokumenty, grające na stereotypach, nie mają żadnych właściwości edukacyjnych ani artystycznych. Pamiętam jak nabijałam się z włoskiego RAI, że puszczają babki które walczą w basenie.
Już się nie nabijam, wiem do czego telewizja zmierza. Moje szczęście, że się jej pozbyłam.

3. Trzecie miejsce należy się wirusowi Ebola, jeszcze w podstawówce czytałam w podręczniku od geografii  w ramach "Afryki" o panującej tam od lat śmiertelnej gorączce krwotocznej która od dawna jest. że względu na obyczaje i warunki sanitarne, potencjalną epidemią. Oczywiście tylko biały człowiek może dostać fundusze nad pracą nad antidotum. Być może to jest proste, jak szczepienie na ospę. Być może nie. Przerażające na pewno.

2. Cudowne drugie miejsce to festiwal Eurowizji, media zamiast zastanawiać się nad sensem promocji wiejskiego widowiska, z patetycznym show i utrzymywaniem konwencji stereotypów i głosowania na kraje na wzajem (przewidywalnie) największym problemem był pomalowany facet z brodą w sukience. Dla mnie żaden show po wędrówkach we Wrocławiu, gdzie pewien wykładowca ubiera się tak od lat i nikogo już to nie szokuje.

1. Zaszczytne pierwsze miejsce otrzymuje śmierć Anny Przybylskiej w połączeniu ze śmiercią Igora Mitoraja. Pierwsza osoba to prześliczna aktorka, która zagrała w kilku filmach (niewielu dobrych) wielu sitcomach i słabych komediach. Oczywiście w teatrze też. Popularna w Polsce.
Druga osoba to znany na cały świat rzeźbiarz, jeszcze za życia najbardziej rozpoznawalny polski artysta za granicą. Twórca monumentalnych rzeźb nawiązujących do kultury klasycznej.
Komedia była z wielkim żalem po A.P. w mediach i brakiem informacji (albo wymaganym minimum) o śmierci I.M. który został pochowany we Włoszech.

TO BYŁ DRAMAT ten 2014

piątek, 2 stycznia 2015

Filozofia na początek roku

Czyli jak przeżyć bez komputera, bycia na "bieżąco" z internetem 14 dni,DWA TYGODNIE?
Da się spokojnie, jeżeli jest się posiadaczem smartfona.
I tak głównie grałam w moją ulubioną grę Plants vs Zombies.
Spotykałam się z dawno nie widzianymi personaliami.
Przetestowałam na sobie, czym właściwie jest Zumba.
Pichciłam.
Siedziałam u Babci
Jeździłam po zakupy i sprzątałam czylu Kurarzyłam domowo.
Zrobiłam przespontanicznego Sylwestra w 24 godziny, z tematem przewodnim i bogatym menu którego hasłem przewodnim było 'Carramba ostre".

Ale nie o tym, czeka mnie teraz niezbyt sympatyczny okres.
Szukania pracy ciąg dalszy (nowy rok to nowe możliwości, a może i nowa energia?). 
Czytania praw i obowiązków obywatela RP (na razie więcej  obowiązków i papierkologii..)
Dlatego najważniejsze jest, żeby w ciągły sposób motywować się do działania, i to nawet przez minimalne przyjemności. Ponieważ staram się nie być maruderem, cieszą mnie i zachwycają  niewielkie rzeczy.
To, że mogę wstać o 10 (póki co). To że codziennie na obiad mogę jeść grzanki z serem i pomidorem.
To, że mogę wypić trzy kawy pod rząd (nie wpływa to na zwiększenie energii ale dobre i smaczne to..)
Że czeka mnie teraz zakup roku tj. nowego kompa, na którego, aby nie wpaść w kredyty, oszczędzałam ponad pół roku i na niego idą moje wszystkie premie.
To, że dziś mój kot znowu sam chciał się dać pogłaskać, a nie musiałam jej gonić. 
To, że ogarnęłam chałupkę i zakwitły znowu inne rośliny, a moje pierniczki nadal są jadalne. 


Oglądałam dzisiaj w tv program o błędach w budowaniu domów przez deweloperów.
Szczególną uwagę zwróciłam na temat wstawiania coraz  mniejszych okien, cięcie kosztów.
Człowiek, przez tydzień siedzenia w takim pomieszczeniu bez przerwy miał b. podwyższony poziom cukru (stan przedcukrzycowy) i stany depresyjne. Sztuczne światło nie było tym prawdziwym i tak to też odczuwał organizm.
Również metraż domu - zamykanie się w klitko-klatkach nie polepszało nastroju.
Małe okna mają swoje plusy: mniejsza utrata ciepła, ale więcej minusów: brak światła, wrażenie siedzenia w jaskini. Małe pomieszczenia są za to klaustrofobiczne i przygnębiające.
Takie wnioski sobie nasunęłam: brak światła... można wyjść z domu, ale substytutem wychodzenia stał się internet. Sieć to okno na świat, zamiast teraz podglądać znajomych przez okno podglądamy na fejsie, jeszcze w bardziej intymny sposób.
Zamiast otwierać te okna, zasłaniamy je, alienując się od ludzi.
Myślałam kiedyś, żeby zrobić grilla na ulicy dla sąsiadów (tam, gdzie teraz mieszkam) są rodziny z dziećmi, takie święto ulicy byłoby coś bardzo spoko. Jak amerykańskie barbecue.
Jednak, po trzyletnich bojach z sąsiadką, która nie dość że staje na moim miejscu parkingowym, to jeszcze w taki sposób na 10 metrach, że nic więcej nie stanie, po bojach z sąsiadem, który jak odśnieża chodnik to sypie górkę śniegu na środek ulicy a jak myje auto to obok nie da się przejechać bo wszędzie myjki lub auta. Po prostu wpadam do moich ulubionych sąsiadów z jakimś małym prezentem, chlebkiem, lub po prostu porozmawiać. 
Nie ma społeczności lokalnych, jesteśmy zintegrowani w internecie, ale całkowicie zagubieni w realnym życiu.
Nikt nikomu nie zaufa.
A miało być optymistycznie.
To teraz optymistycznym akcentem, niczym Ania z Zielonego Wzgórza czy tam Pollyanna( Od Poli-annoying) :cieszy mnie to, że są ludzie, na których można liczyć.
Oby takich więcej.




wtorek, 4 listopada 2014

Siła pewności siebie

Jako że stanęłam ponownie przed punktem "co właściwie chcę w życiu robić" siedzę i myślę: sprawdzam swoje słabe strony i je ukrywam a mocne próbuję wyeksponować.
Przez te analizy zauważyłam, jak bardzo przebywanie z różnego rodzaju ludźmi potrafi modyfikować własne wyobrażenie.
Przez dłuższy okres czasu obracam się w towarzystwie inteligentnym (tak sądzę) wzajemne nauczenie się zachowań jak i pomnażanie wiedzy i nieustanne porównywanie jest na wysokim poziomie. Dyskusje też, również rodzinne.
Mogę  przez pryzmat swojego zachowania i spostrzeżeń (pewnie jest na to psychologiczna nazwa) próbować dokonać porównania między sobą a innymi. Efekty bywają zaskakujace
Tym trudniejsze jest opisanie, jak bardzo człowiek dalej jest nieukształtowany. Że niby dorosły to ułożony, z celem w życiu? A gdzie tam! Dorosły człowiek lepiej kłamie, nie mówi ludziom prawdy, tylko to, co chcą usłyszeć i dusi się w niemożności krytyki.
Bo co inni powiedzą, jak potem będą z nim rozmawiać?
Dorosły się uczy przetrwania.
Przy przygotowywaniu się do tej niewdzięcznej roboty jaką jest w Polsce szukanie pracy muszę nauczyć się krzyczeć.
HALO TO MNIE CHCECIE!
ale do czego? do pracy? Brzmi frustrująco.

Nie, do zabijania rutyny i bezczynności, do nauki czegoś nowego. Do tworzenia, współpracy, innowacji, do robienia ze świata idealistycznie lepszego miejsca, gdzie nie podkładamy sobie świni a działamy dla wspólnego dobra. 
Dowiedziałam się jednak paru bardzo ciekawych rzeczy.
To, co myślałam że mam opanowane w stopniu podstawowym jest teraz stopniem zaawansowanym.
Mój stopień myślowy, czyli liczba sznurków które w głowie układają mi się  do pacynek  klątwy wielozadaniowości, wzrósł.
Pojawiła się umiejętność skupienia na jednym nie tracąc przy tym z oczu kilku jeżeli nawet nie kilkunastu rzeczy.

Jednak wraz z wzrostem umiejętności, które zdarza mi się porównywać z innymi, nie wzrosła pewność siebie.
Może to ukryte dążenie do perfekcjonizmu?
Albo wpajane nam w szkołach "skoro umiesz na 5 to możesz jeszcze na 6"? 
Ja zawsze znajduję kogoś, kto robi daną rzecz lepiej ode mnie. Przez co tworzę swój pogląd, że przecież nie umiem tego jak X to znaczy że umiem zaledwie podstawy.

Usłyszałam kiedyś, że umieć wiele rzeczy, to nie umieć niczego.
NIE
Umieć tylko jedną rzecz, to nie umieć niczego.
Artysta musi być analitykiem i managerem, nikt tego za niego nie zrobi.
Reżyser musi być finansistą i scenarzystą. Jak to wychodzi w polskim kinie widać.
Będąc jednym jedynym, bez jakiegokolwiek wyróżnika stawia nas w szeregu rzemieślników, dobrych, ale rzemieślników. Podatników, robotników.

Jestem robotnikiem.
Ale tylko od 8.00 do 16.00 

Potem robię inne rzeczy.


wtorek, 28 października 2014

Jak odzwyczajam się od siedzenia w sieci....

Mogę spokojnie przyznać, że od liceum (a więc od bardzo dawna) jestem nałogowym surferem internetowym, natomiast graczem od podstawówki kiedy to wyszła gra Indiana Jones i skarb Atlantydy.
Wiosną, z bólem pożegnałam mój komputer który po 3,5 roku służby (bardzo intensywnej) z hukiem padł na zapalenie płyty głównej.
Szczęściem w nieszczęściu pozostało sępienie komputera mojego brata a także telefon komórkowy (który już lekko fiksuje od nadmiaru zadań- co za smarfton) a także fakt, że komputer ten będzie wolny przez dużą część wakacji. Możliwością również było wypożyczenie (do pisania postów np.) komputera z pracy.
Poznałam błogosławieństwo logowania się na Chrome (i przerażenie, ile rzeczy zostaje w chmurze!) poznałam też grozę tego, że jeżeli się nie wyloguje ze służbowego to co może się stać?! (karniaków nie było). Pogoda piękna, dużo festiwali (Off Opener Orange i Free Form,a  także ostatnio American Film Festival) nie zachęcało do siedzenia przed komputerem i grania.
Stopniowo, przez brak minecrafta, zainstalowanie 2048 na telesonym, brak Wiedźmina, CIV, Heroesów III i IV , przestawałam myśleć o tym, żeby po powrocie zagrać w grę. Kiedyś nawet sny miałam w klimacie Minecraft, psychoza.

Pierwsze było odzwyczajenie się od gier.Co prawda nadal łapy świerzbią a jak się zapomnę ustawiam sobie lewe palce na WASD lewy kciuk na spacji i mały palec na prawym Shift. (lub łapka na myszy)
Niestety gry typu point&click dostępne online nie rozwiązują mojej potrzeby epickości walk i bitwy.
Grałam u brata w Heroes VI i jeszcze dzięki promocji na The Sims II pobudowałam trochę zwariowanych domków za drogich na każdego sima.

Kiedy rozpoczął się wrzesień naturalny dostęp do kompa został tym bardziej ograniczony. We wrześniu zaczęłam ćwiczyć dużo więcej (przynajmniej godzinę dziennie) na gitarze. Telefon nie daje rady w rozmowach pisanych(oprócz SMSów), ciężej jest wyrazić natłok myśli zwłaszcza przy lekkim niedbalstwie w pilnowaniu T9 który tworzy takie głupoty że ręce opadają a klawiatura się zawiesza. 
Poza tym telefony niestety nigdy nie służą dobrze takim multitaskingowcom jak ja. (co ogląda,  słucha muzyki pisze bloga na raz)
I brak możliwości wyszukiwania nowej muzyki bolał najbardziej - jednak od czego są i były festiwale muzyczne?

Motywy odstawienia: 
1. snucie się po domu 
2 leżenie na kanapie
3 większa potrzebna ilość snu niż zwykle
4. przez pierwszy okres większa nerwowość..
Pozytywne rzeczy: 
1. większy porządek
2. większa kreatywność (mówią że internet inspiruje...otóż nie..)
3. więcej spotkań z ludźmi
4. więcej wolnego czasu
5. mniejsze zmęczenie

Teraz jestem na etapie, że nie chce mi się pisać, grzebać po sieci, wchodzę w poszukiwaniu muzyki i przepisów. Sieć traktuje jako środek do spotkania się w rzeczywistości.
Tym trudniejsze dla mnie  jest przeglądanie stron w poszukiwaniu nowej pracy, gdzie nie dość, że tematycznie dołuje, to jeszcze jest to diabelnie żmudna robota. A można przecież iść coś upiec, poczytać książkę czy powygłupiać się na spacerze.
Po takim lekkim detoksie planuje zakup nowego komputera...w nieokreślonej przyszłości.
Nigdy nie myślałam, że jednak się zacznę odzwyczajać.
Ale zwyczajnie. jak telewizja internet staje się wtórny. Rzeczy niepowtarzalne dzieją się offline.
Co prawda nadal trzymam się Instagramu, ale właśnie po to, żeby tworzyć impresje dnia codziennego. Jak zamrożone dzisiaj fraktalne wzory na szybie...

.


wtorek, 22 lipca 2014

Trzeba sobie jakoś radzić

W tym roku coś duży kawałek lipca spędziłam z dala od klimatyzacji i zimnych napojów.
Zaowocowało to przemyśleniami na temat Upałów i jak sobie mam z nimi radzić. Co prawda lodów ani mrożonych rzeczy nadal jeść nie mogę. Ale inne rzeczy już tak!
Także kilka rzeczy, tak zwanych "lifehacków" na poprawę nastroju, złapanie energii czy ogólne znużenie gorącem.
PUF!
1. Muzyka... setna wakacyjna piosenka nuży, radio puszcza więcej reklam niż muzyki, ratunkiem jest więc własna płytoteka albo playlisty YT. Polecam też radia internetowe, gdzie nie ma szans na reklamy ( z założenia są niekomercyjne), o dziwo warto słuchać depresyjnej muzyki.
2. Jeżeli pokój jest od strony zachodu(a więc upał popołudniowy) warto spryskiwać zasłony wodą. paruje i robi lekki tropik.
3. Instalacja wilgotnego ręcznika na drzwiach/przed wiatraczkiem też dużo daje
4. Funkcje życiowe takie jak sprzątanie/zmywanie/koszenie warto przełożyć na 19-20 (ktoś to musi zrobić), również atak pobliskiego sklepu też warto robić wczesnym rankiem/późnym wieczorem
5. Oczywiście, że siatki w oknach ratują przed komarami, jeśli bez szans do przyczepienia przy oknie warto spać pod siatką na komary (zwaną popularnie moskitierą)
6. Często wietrzyć, muchy to przebrzydłe krwiożercze obrzydliwe paskudne stworzenia. fuj, na szczęście nie lubią przeciągów
7. Krótkie spodenki i sukienki KOCHAĆ
8. Woda przy łóżku - wskazana, ale niekoniecznie.
9. Jeść też lepiej po 19... ja w dzień nie jestem w stanie przyswoić więcej niż dwóch kanapek
10. Spotykać się z ludźmi! We dwójkę czy też masą lepiej znosi się upały :) umieranie samemu z gorąca to jak depresja/
11. Iść na kąpielisko...dalej J.W.
12. ciepła Herbatka z cytryną... też gasi pragnienie!
13. Książki..dużo książek...
14. Chronić głowę przed słońcem - potem ma się udaromigrenę i dzień z głowy..
15. Chodzić wieczorami na kino letnie, spacerki itp. w Warszawie dużo tego się nazbierało. 

środa, 9 lipca 2014

Festiwalowiczankóweczka

Zielona trawa przed festiwalem...już nie długo

Powróciłam po Openerze do domu.
I tyle słów.
Tyle muzyki odkrytej i potwierdzonej wielkości.
Jako moja 6 edycja Opener nie powalał już ani rozmachem, ani organizacja, być może się przyzwyczaiłam do tego co dobre.
Po poznaniu pełnego line-up nie słuchałam już żadnego z zespołów będących na Openerze, z czystą premedytacją, żeby się nie znudzić, nie rozczarować, że nie graja jak na płycie czy żeby w końcu odkryć organoleptyczne (w tym przypadku uchem) czy naprawdę warto ?

Ponieważ minusów jest niewiele, zacznę od nich:
1. Największy zawód:
- kiedy okazało się że Lykke Li naprawdę jest smutnym człowiekiem i nie warto bylo jej dawać na scenę główną. Od tego momentu przestaję jej słuchać, nie warto. Utwierdziłam się również z Interpolem, że nadal grają na jedno kopyto. Piewsza wypadła z moich playlist drudzy nadal na nie nie wrócą. 
2. Nagłośnienie na The Horrors 
- nie sądziłam, że dadzą de z takim koncertem, muzyka była bardzo dobra ale prawie nie było słychać wokalisty zza ściany gitar. Charakterystyczny niski głos Farisa Badwana nie został przez to dobrze wyeksponowany. Ma on ciepły wokal - gdzie on utonął?
3. Ludzie
- litości...dwie naparzające się kobiety daleko od sceny bo jedna drugą szturchnęła? hahahaha, agresja jest większa na festiwalach u dziewczyn niż u chłopaków. Socjologicznie nie mam pojęcia czym jest to podyktowane.


PLUSY (najcudowniejsze, resztę zachowam dla siebie) :
1. Pogoda - mimo początkowych dziwactw była jedną z najlepszych jakie udało się uświadczyć, żadnych ostrzeżeń o gradobiciach, żadnych  totalnych oberwań chmur. Moje gumiaczki nadal kwitną w samochodzie.
2. Odkrycia muzyczne:
- gdybym odsłuchiwała Jagwar Ma przed festiwalem, nie poszłabym na koncert. Ujęli mnie energią, radością z muzyki i ogólnym świetnym brzmieniem. A także tym. jak bardzo porwali ludzi do skoków. Nie wiem czy jeszcze oprócz tego koncertu zdarzyło się tupanie  parkiet żeby wrócili i śpiewanie piosenek żeby wrócili. 
Nie wrócili, ale patrząc na ich reakcje - wrócą na ban już na inny koncert.
- Daughter - ponieważ leciałam na Bastille nie byłam na całym koncercie (kwestia wyboru jest dramatem na festiwalach) ujęli mnie lekkością śpiewu, doskonałymi kompozycjami i lekkością.
- Foals - jeden właściwie z najlepszych koncertów na Opener Stage - szkoda tylko że w pełnym słońcu 
- Rudimental - muszę powiedzieć, że jak oni rozbujali tą zastaną zmęczoną publikę o tej 1 w nocy, i ja mimo całkowitego zmęczenia materiału byłam w stanie jeszcze pobiegać, poskakać pokrzyczeć yeeeah!
- Bastille - energia, dziki tłum "słuchających eski" jednodniowych festiwalowiczów nie przeszkodził mi, chociaż miałam wrażenie że bawię się najlepiej w okolicy, 

- Haim - od ich koncertu żałuje, że nie przywiązałam się do gitary na stałe (tak, zawsze mogę to nadrobić), i że efekt cheerlederki działa. Bardzo podoba mi się głos wokalistki prowadzącej i czuć mnóstwo inspiracji latami 80-tymi. 

O dziwo nie zauważyłam żadnych lanserów, albo tez chodziłam innymi ścieżkami niż oni.
Jak dobrze...
Odchorowuję zatem swoje, i pozostawiam się z wrażeniami muzycznymi, nauką na przyszłość i muzyką, która łączy.
zółta trawa..odrośnie :)
     

środa, 25 czerwca 2014

Gdzie mnie znajdziesz w.... lipcu?

Rozpoczyna się najgorętszy (teoretycznie) okres w roku.
Przez niektórych zwany wakacjami (tak, też mam chęć rzucić wszystko i wyjechać) inni ciułają na niego rok cały i planują już od stycznia co by tu robić przez każdy cudownie ciepły, miły, wieczór/dzień "wakacji".
Ja swoim zwyczajem liczę od majówki do końca września. Jednak w tym roku nie dane nam było w Stolycy poznać więcej niż tygodnia prawdziwie letnich upałów.
Rozpoczynam cykl letni "you can find me..." w którym będę opisywać atrakcje Warszawskie lub też i Polskie w których wezmę udział. Później też postaram się każdą zrelacjonować.

Plany są następujące:
 26 czerwca - Kino Samochodowe w dzielnicy Wawer - nigdy nie byłam na kinie samochodowym. Jeżeli nie zbiorę ekipy jadę sama, a jeżeli zbiorę - tym lepiej! Mam zamiar sprawdzić, czy dach samochodu wytrzymałby mój ciężar w przypadku ładnej pogody a w przypadku gorszej, poeksperymentować, czy fotele samochodowe są równie wygodne do oglądania filmów? Czas najwyższy umyć szybki....
link do wydarzenia TU

27 czerwca - wybieram się na przywitanie lata w studenckim gronie. Zaiste może być zacnie :)

28 czerwca - w Plażowej - która znajduje się między Temat Rzeka a Stadionem Narodowym odbędzie się koncert Low Roar! Bardzo podoba mi się ten rodzaj muzyki, także postaram się pogodzić jakoś pakowanie na kolejny punkt (patrz niżej) i odwiedzić to zacne miejsce. Debiut w Plażowej zaliczyłam przy okazji premiery singla Elektryczny - Orkiestry Męskiego Grania. link również do fejsbukowego wydarzenia TU

1-6 lipca - Opener - modlitwy o słońce niechaj zostaną wysłuchane! oby gumiaczki mi się nie przydały... Będę biegać między scenami, jeść dziwne jedzenie o jeszcze dziwniejszych porach i spać na plaży. Marzenie.. a wszystko jasne jak obejrzy się To!

26 lipca - czekają mnie jak co roku Nowe Horyzonty! - miejsce i ludzie marzenie, nie wiem tylko, czy uda mi się wpaść jedynie na weekend czy na dłużej.. albo też Audioriver - sama jeszcze nie wiem.. jeżeli to drugie to NH odwiedzę...

od pierwszego do trzeciego sierpnia! Impreza zamknięcia NH jest najlepszą jakie znam, a jeżeli nie, to czeka mnie OFF - tematy nadal pozostają otwarte.

Sierpień zapowiada się spokojniej jeżeli chodzi o festiwale i atrakcje, ale tak to chyba czyste szaleństwo.
Pod koniec miesiąca będę płakać za wyczyszczonym kontem na te wszystkie atrakcje.

Bardzo ciekawie i bardzo bogato prezentuje się w te wakacje Letnia Stolica, uzbrojona w kocyk, poduszki i dużą ilość środków na komary i dobrego humoru mogę dotrzeć na naprawdę fajne seanse (nie Woody Allen na szczęście już).
 Low Roar na dobranoc...
Dobranoc



poniedziałek, 16 czerwca 2014

Nie chodzi o brak weny...a brak komputera

Tylko o brak komputera..
Popsuł się, przegrzał.jak bardzo nie widziałam, co można robić bez tego małego, błyszczącego ekranu było aż smutne. Nie mam telewizora w domu. Także komputer traktuję jako okno na świat. a od czasu zepsucia się termometru także jako prognozometr.
Przed dylematem, co zrobic z taka ilością wolnego, niczym nieskrępowanego czasu, który trzeba jakoś spędzić, stanęłam w poniedziałek. I co udało mi się zrobić?
Posprzątałam dom, przeczytałam dwie książki, ogarnęłam ogród, spotkałam się z przyjaciółmi poszłam do kina. Pisanie czegokolwiek na telefonie (jak i oglądanie) nie jest tak przyjemne.
I da się żyć! mimo typowego "braku znalezienia sobie miejsca" udało się wyciszyć.
Przymusowy eksperyment zaowocował też przeczytaniem kilku książek, uspokojeniem myśli, wcześniejszym chodzeniem spać...a przynajmniej próbą pójścia (książki skutecznie uniemożliwiały mi chodzenie spać przed północą...jak to zwykle bywało).
Co prawda twórczy sajgon w pokoju trwa, a jeszcze do tego rozkrecony komputer straszy,..ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło?
Ciężko jest bez tzw. śmiecio-informacji, czyli czytania artykułów beze znaczenia i oglądania obrazów bez znaczenia. Nawet nie surfowania, ale wiszenia w jednym miejscu.
Ciężko było bez obejrzenia wieczorem jakiegoś filmu czy serialu, z Grą o Tron czekałam aż do piątku!
Ciężko było z pozornym uczuciem braku kontaktu ze światem.
Ciężko było z narastającym poczuciem odosobnienia mimo tylu znajomych. Fakt faktem, nigdy człowiek nie był tak samotny jak teraz.Ale pozorne zainteresowanie/polubienie czegoś/utożsamienie się z czymś, wrażenie bycia z kimś w jakimś miejscu jest uzależniające. Nadal pozorne.
Ciężko bez muzyki, którą się naprawdę lubi i której chciałoby się posłuchać, a radio nie pomagało, bo albo grało coś, na co w danym momencie naprawdę się nie ma ochoty albo przerywało idiotyczna liczbą reklam. Reklam z własnej woli słucham tylko przed 8 rano i po 16. (w sumie przymusowo)

Plusem była możliwość skupienia się w 100% nad daną czynnością, co jest bardzo uspokajające.
Dużo też dały spotkania.
Upichciłam dobre rzeczy w kuchni.
Wyspałam się, co przy szalonej pogodzie ostatniego tygodnia było rzeczą na wskroś pozytywną.
Byłam też jakby bardziej pozytywnie nastawiona do życia.

Przeraża mnie uzależnienie, jestem jedną z osób które mają potrzebę dzielenia się. Wynika ona też, jak w przypadku każdego człowieka z potrzeby akceptacji przez środowisko.
I nagle okazało się, że komputera używam tylko do oglądania filmów, umawiania się ze znajomymi czy też przyjaciółmi w realnym świecie, płacenia rachunków i grania. A reszta to rzeczy bez sensu...

poniedziałek, 5 maja 2014

Prawdziwy odpoczynek nie istnieje!

Dużo się wydarzyło podczas ostatnich dwóch tygodni, rozmawiałam z taką rzeszą ciekawych, pozytywnie zakręconych ludzi. Do tego  majówka.
I próbowałam, i nadal próbuję znaleźć definicję prawdziwego odpoczynku.
Dla każdego jest co innego.
Panna Kognitywna wypoczywa aktywnie jeżdżąc rowerem.
Cała grupa zaś znajomych jest na festiwalu Kino na Granicy na który niestety w tym roku nie dotarłam i chyba już, z uwagi na mnóstwo innych leniwych zajęć, nie dotrę niestety. Oglądają filmy, słuchają muzyki czeskiej polskiej i jak najbardziej alternatywnej, potem idą do Orlicy.

Czym jest wypoczynek?
Warszawskim trybem jest to całkowita aktywność powodująca nie myślenie ani o pracy ani o niczym innym. Biegać do totalnego zmęczenia, jechać, iść na dodatkowe zajęcia gdzie łupanka pseudomuzyczna i pseudoartystyczna niszczy komórki mózgowe.
Kino Teatr Muzeum są w mniejszości, bo jak w przypadku dwóch pierwszych ceny powalają , tak w przypadku Muzeum godziny nie są dostosowane często dla nikogo oprócz wycieczek szkolnych.
Poza tym dzikie tłumy we wszystkie dni wolne skutecznie zniechęcają do metalnego pastwienia się nad sztuką.
Można też wypożyczyć film, kupić film, obejrzeć film. W zaciemnionym pokoju z herbatką. Samej lub i nie.
Niektórych relaksuje leżenie i słuchanie muzyki, o szczęśliwcy!
Jako typowy multitasking robię wiele rzeczy na raz. Chociaż czasem da się pochylić nad jedną jest to dla mnie niesamowicie trudne i wymaga super kontroli. Bo inaczej ręka w stronę telefonu, palce w stronę sznurka i kręcę supełki albo tworzę coś z niczego.
Totalnie.
Solowo akceptowalne są dla mnie też gry komputerowe, chociaż po spędzeniu 8-10 godzin przed kompem i intensywnie expiąc mam kaca mentalnego i dramatyczny ból głowy.

A jeżeli jednak zajęcia grupowe (ale nie sport) dyskusje, spotkania przy obiedzie wspólne pichcenie. Relaksuje mnie to, że nie jestem odszczepieńcem i jestem akceptowana przez społeczeństwo. Potrzeba akceptacji jest jednak jedną z najbardziej podstawowych potrzeb człowieka.
Pichcenie!
Nie ma dwóch takich samych smaków także każdy doprawia wszystko po swojemu, te nieznaczne różnice są widoczne. Najłatwiej to widać po prostych daniach. Najlepiej smakują kanapki robione przez kogoś.

Leżenie plackiem wkurza, zwłaszcza jeżeli jest się chorym i nie ma się głowy do niczego innego tylko leżenia.
Leżenie na plaży/łące/nad stawem/ w lesie/ na wodzie/ na łódce/ na ławce.
Jest CZYMŚ bo jest poza domem, bezpieczeństwem w niebezpiecznym bo "nie swoim" rejonie.

Ale trzeba dotrzeć, podjąć wysiłek, zaplanować lub dać się ponieść niepewności.
Bez tego nie będzie prawdziwego odpoczynku.
Dlatego jeździłam się wyżyć na festiwale.

I chyba dlatego poszłam dzisiaj do pracy w stanie błogiej nieświadomości i spływały po mnie złośliwości i byłam w stanie uśmiechać się do ludzi, co nie zdarzyło się już bardzo dawno temu.
ODPOCZĘŁAM


I dlatego lubię muzykę taki typ muzyki..bo zwiastuje drogę i cel (i palmy na końcu)




niedziela, 13 kwietnia 2014

NIE bądź perłą festiwalu!

Trwa Coachella, rozmarzyłam się nieco leżąc w łóżku z temperaturą...
Festiwale muzyczne czy filmowe to niesamowicie intratny biznes.
Każdy ma swoją stylistykę, swoje historie, style, typowych przedstawicieli i zachowania.
Pod lupę wezmę dwa festiwale bardzo charakterystyczne. w jednym miałam swój udział jako wolontariusz, w drugim byłam zaledwie albo i aż uczestnikiem.
Pierwszym festiwalem są Nowe Horyzonty - obecnie T-mobile a wcześniej Era.
Odbywały się przez pierwsze lata w Cieszynie a od 2006 roku ku mojemu wówczas wielkiemu zadowoleniu przeniosły się do Wrocławia i tam są do dziś.
Jest to totalna wylęgarnia ludzi zafascynowanych sztuką filmową, zarówno młodych jak i starszych. Obecna moda na nie mainstreamowe nieamerykańskie kino miała swój zalążek najbardziej właśnie tam.
Podczas mojej pracy natknęłam się na naprawdę fajnych, świetnych obytych ludzi i razem obserwowaliśmy jak powstawały "perełki" które rozdrażniają pozostałych, tych zwyczajnych i mniej  zwyczajnych uczestników.
Drugi festiwal, na który w tym roku na pewno się wybieram to Opener w Gdyni. będzie to mój szósty (od 2008 bez 2013 r.) również podczas tego festiwalu zdarzyło mi się zwrócić uwagę na różne negatywne typy "festiwalowiczów". pozytywnych jest o wiele więcej.

1. Huntersy - niegdyś porządne, jak sama nazwa wskazuje gumiaki dla trepów i mysliwych, stały się istną plagą na kopytkach zwiewnych gazel festiwalowych. Mogą być czarne od błota, ale logo widać być musi. co roku zjawia się coraz więcej dziewczyn w dziwnych butach z białymi naklejkami z przodu. Fajnie, ale ja na festiwal biorę rzeczy lekkie, przewiewne, łatwo schnące i wielokrotnego użytku i takie, których nie będzie mi żal zostawić w błocie.
2.Koczki na czubku głowy - jestem osobą na tyle wysoką, że nie mam problemu z widzeniem na festiwalach, staram się jednak nie dobijać tym ludzi i nie dodaję sobie centymetrów modnym "koczkiem" na czubku głowy, nie dość, że to podskakuje przy gwałtownych ruchach to jeszcze naprawde, nie jest konieczne na festiwalu i w kinie gdzie każdy centymetr się liczy! Także modnym koczkom mówię NIE. Szanujmy współwidzów/ współfanów którzy też chcą coś zobaczyć.
3. "Dymki" ok, stoi mnóstwo ludzi, tłum, ścisk przed koncertem, a tutaj jeden taki odpala fajeczkę. Dym gryzie, a nie rzadko też źle trzymany papieros żarem wypala dziurę w bluzie. Tu wrzucę trochę mojego typowego jadu: ok, karm sobie swoje płuca, ale nie niszcz mi ubrań/spodni/butów/skóry/zdrowia. odejdź kawałek albo nie pchaj się pod scenę. Zwracam zawsze takim uwagę, ale na samym koncercie, kiedy tylko muzyka w głowie jest to ciężka sytuacja.
4.  Cierpienie pola namiotowego: woreczki foliowe prawie nic nie ważą, i staram się zbierać swoje śmieci do takowych. ale byłam raz świadkiem, jak worki od innego namiotu wylądowały pod moim. Oddałam z powrotem.
Posprzątać po sobie nie jest trudno. Naprawdę. Poza tym, niektóre rzeczy można robić ciszej.
Dwie sytuacje, które skończyły się sympatycznie:
- raz obok mojego namiotu rozkładała się ekipa, z moim campusem z poprzednich lat, niechcący odruchowo schowałam do siebie ich pokrowiec na namiot. Na szczęście się ogarnęłam i skończyliśmy radośnie piwkując.
- dwa : mój namiot nie był jedyny podobny i raz w nocy wpakowała nam się ekipa ludzi szukająca swojego namiotu. Po dłuższej chwili zaspane my i znajomi tego człowieka wyperswadowali mu możliwość nocowania z nami. Również zabawnie.
Zasada co do tego: najlepiej namiot mieć w trudno dostępnym miejscu i nie przy brzegu ani przy drodze. w środku. Bezpieczniej zawsze.
5. Awanturnicy - och, męczarnia, na każdym festiwalu się znajdą. To uznają, że co tam reżyser który na pewno nie przyjdzie - miejsce jest to siedzą. Potem z wypraszaniem jest gorzej jak przyjdzie (akurat reżyserzy jak umawiają się że przyjdą na film to przychodzą, zwłaszcza Azjaci). A może to, że chce tylko na chwilę i co z tego że film trwa już przez godzinę? tylko na chwilę bo chcą recenzję napisać. Przepraszam, czego recenzję? trailera? Trzeba było się załapać na pokaz prasowy. Twórcy filmów nie lubią spóźnialskich na ich własne seanse, widzowie też takich nie lubią. Basta. Awanturnicy na koncertach przepychają się, próbują robić pogo do ambientu lub przepychają się do przodu tam, gdzie naprawdę już nie ma miejsca i to w połowie koncertu. super.

dla pokazania dramatu: BUKA(Troll) KOKOWA:
z Tumblr edit: Malfay



niedziela, 16 marca 2014

Co by było gdyby....wyłączono prąd?

Temat poruszany w niezliczonej liczbie powieści postapokaliptycznych.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, pewnego dnia, nie ma zasilania w gniazdku sieci nie mają zasięgu. Nie ma telewizji. Telefony operujące na złączach cyfrowych przestają działać (praktycznie wszystko objęła cyfryzacja czyli komputery) z tego co kiedyś się dowiedziałam, analogowa sieć jest obsługiwana i utrzymywana obecnie jedynie przez wojsko na potrzeby bezpieczeństwa.
Cała biurokracja, oparta na komputerach i telefonach leży.
Większość ludzi traci plany dnia, muzykę, światło, nie może nic ugotować (gaz jest ale przecież są kuchenki elektryczne i płyty indukcyjne, czystsze, wygodniejsze).
W sklepach zaczyna brakować towarów albo dostawy są nieregularne (tam, gdzie czegoś nie ma to się dowozi).
Ludzie tracą wszystko, co mają na kontach w banku(albo zyskują bo znikają kredyty).
Prąd awaryjny jest, ale tylko na podstawie agregatów (a kto ma agregat?).
Po takim wstępie...
Jakie masz umiejętności, żeby przetrwać?

Jako biurokrata, który całe życie żył w mieście praktycznie niewielkie, odliczając sklepy i magazyny.
Jak daleko mogłabyś/mógłbyś się posunąć, żeby przeżyć?
Może jakiś gang bo nie potrafisz działać i decydować w pojedynkę?
Może byś umarł dnia następnego, bo jak w przypadku bohatera "Into the wild" zjadłbyś coś trującego nawet o tym nie wiedząc?
Jakie mamy w dzisiejszym świecie praktyczne umiejętności przetrwania? Nie na jakąś apokalipsę zombie która polega jedynie na zabijaniu ludzi bez świadomości tego, że stali się czymś złym, może po prostu chcą się przytulić, spytać jak się masz, i zjadają z zazdrości i z miłości bo inaczej nie potrafią.

No jakie?
Umiemy gotować? super! to teraz znajdźmy w polu coś jadalnego, które owoce możesz jeść a które nie? po czym będziesz mieć gorączkę a co gorączkę uśmierzy, wiesz? nie - Nie żyjesz.
Naoglądałaś się Beara Gryllsa i wiesz, że robaki są jadalne, ale czy wiesz że duża liczba gąsienic nie? I wiesz, że to nie przekłada się na polskie realia?
Wiesz jak używać piły zębatej, dłuta, jak odfiltrować wodę kiedy skończą się tabletki odkażające a pompy, napędzane elektrycznością przestaną działać. Co umiesz, czym się zajmiesz, może zawsze lubiłaś iglaki bo są takie bezproblemowe, ale co jeżeli będziesz musiała/ał założyć własny ogród?
Będą się liczyć prawdziwe umiejętności, prawdziwe być może też "umiejętność sprzedaży" jednak, obecne potrzebne umiejętności rozmijają się niesamowicie z tym, co kiedyś do życia było potrzebne.
Większość szanujących się fotografów będzie działać dalej, wiedzą co to ciemnia.

Koniec postu postapokaliptycznego.
Śniła mi się bomba atomowa i to, że ludzie chowali się w galerii handlowej pod schodami ruchomymi, współczesnym kościele dzielącym, a nie jednoczącym ludzi. A obok mnie, siedziała jakaś znana gwiazda filmowa.
Super sen na niedzielę.