Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lutego 2015

jest pora siewu... i pora zbioru...

Prawie rok temu na zaproszenie moich dwóch festiwalowych kumpli (pozdrawiam i powodzenia!) trafiłam do Londynu. Ze względu na różnego rodzaju zawirowania i przygody przywiozłam zamiast tony ciuchów z pewnego sklepu książkę (Flavour Thesaurus),, która obiecana mi była kilka razy jako prezent, tak samo jak eclairsy. 
Pojechałam, kupiłam. Opis całej wycieczki Tu.
Podszkoliłam się w kulinarnym angielskim (najulubieńsze słowo to Parsley ).
Co prawda dużo rzeczy z tych opisanych jest oczywiste (ziemniaki z jajkiem chociażby), publikacja nie tryska pomysłami na oryginalny obiad. Niemniej jednak jest przydatną bazą do pomysłów w stylu "w lodówce mam 4 rzeczy a chcę ciasto".

A jakie smaki się łączą i smakują dobrze, chociaż nie są tak oczywiste? 
  • Zielone ogórki z orzeszkami ziemnymi - bardzo dobrze smakuje, swego czasu w przydomowym ogrodzie był taki sezon ogórkowy, że wynalazłam obok tego też zupę cytrynowo-miętową z ogórków. Do tego były ogórki curry, mizeria, ogórki pieczone, smażone, duszone z kurczakiem i orzeszkami
  • Zielone ogórki z truskawkami - nie miałam odwagi spróbować. 
  • Rozmaryn z morelami - ciekawa opcja i bardzo dobra na ciepło.
  • Mięta i czarna porzeczka - w książce proponują w formie wypieku, ja często do domowych kompotów z przepisu....zerwij i przebierz miskę owoców... dodawałam listki świeżej mięty.
  • Dynia z szałwią - prażone listki szałwii dodane do dyniowej lazanii... przepyszne!
  • Róża z hibiskusem - niby rzecz oczywista, bo w herbatkach "dzika róża" wiecej jest hibiskusa niż szlachetnego kwiatu (lub owocu), jednak w wersji czystej kwiatowej herbaty hibiskusowej (niesamowicie kwaśnej) posłodzenie syropem różanym (mój akurat przywieziony z Cypru) tworzy niesamowite wrażenie.
  • Owsianka z serkiem waniliowym - na ciepło - ostatnie moje, przepyszne odkrycie.
Nie próbowałam wszystkich, dziwacznych połączeń, jak wołowina z pomarańczą, czy kurczak z różą, Brytyjczycy nie słyną z dobrej kuchni. Mogę kręcić nosem ponieważ  w domu cała rodzina potrafi bardzo dobrze gotować i niekiedy tworzyć tak pyszne dzieła, że znikają szybciej, niż się pojawiają.


Pamiętajmy też, że jeżeli zakładamy ogródki balkonowe to ten i cały przyszły tydzień to najwyższa pora na wysiewanie nasionek.
W tym roku sieję rukolę, bazylię, pomidorki koktajlowe i mnóstwo kwiatków. Zbieram też pojemniki po jogurtach na małe doniczki i ukorzeniacze. Warto sadzić własne zioła (bazylię, tymianek, rozmaryn, miętę) szczypiorek tak dobrze nie wysiewa się z nasion.
Najważniejsze to ciepło, regularne podlewanie (nie wolno przesuszyć) i słońce.

bardzo niewyraźna wersja początkowa - rośnijcie rośnijcie!
moje ubiegłoroczne pomidorki

niedziela, 1 lutego 2015

Oddawaj, to mój kubeczek!


Radośnie(albo i nie)  coraz większa rzesza znajomych siedzi w dużym korpo, mniejszym korpo lub minikorpo. Albo zakłada własny biznes
Z opowieści wynika, że wszędzie zasady są podobne. Rano  przychodzisz do pracy, zjadasz przekąskę, robisz sobie kawę/herbatę i zaczynasz albo nadrabiać zaległości (bo poranki od tego są) albo zaczynasz nowe rzeczy.
I właściwie niezależnie od zawodu każdy ma swój ulubiony kubek/szklankę z której korzysta.
Część z nas uwielbia cienkie jak papier, eleganckie filiżanki czy to ze szkła czy z jakiegoś rodzaju ceramiki.
Inni wolą potężne kubki, ciężkie, gdzie 250 ml, to absolutne minimum. Najlepiej żeby kawa z rana rozgrzewała i budziła nas z półlitrowego "KUBIXA" czy też garnka. Zaliczam się do tych drugich, gdzie degustację pyszności, czy to ulubionej kawy czy herbaty lub innego napoju zostawiałam sobie na leniwe popołudnia i weekendy.
W pracy miałam dostęp do dużego, ciężkiego kubka który mieścił w sobie sporo płynu, ale niestety równie szybko stygł. Najlepszy byłby z pokrywką, ale co ja wiem. Ponieważ też jestem wielbicielką mocnych kolorów i "uszatych" kubków miałam jeszcze dwoje ulubieńców.
Uszate kubki minimalizują możliwość poparzenia się.
Mój duży kubek był "spadkowy" także nie miał się kto do mnie przyczepić, a swój własny (który po skończonej pracy zawiozłam do domu, gdzie czeka na nową przygodę w pracy) dostałam jesienią.
Jest z Kotem Simona. Cudowny.

Jednak co zrobić, jeżeli Twój kubek (czy to przyniesiony czy to zaklepany) padał ofiarą pożyczalskiego? Albo co jeżeli zmywarka nie umyła kubeczka?
1. Pod koniec dnia umyj kubeczek i odstaw na suszarkę. Jest to ostatnie miejsce w które zaglądają ludzie żądni naczynia: pierwsze z rana to szafka a drugie to zmywarka.  Poza tym, często malunki na kubkach czy nadruki nie wytrzymują szorowania solą zmywarkową.
2. Trzymaj kubeczek zawsze przy sobie"pokazuj się z nim w miejscach "zbiorczych" jak kuchnia, korytarz, biurko(ale nie z centymetrową warstwą pleśni w środku)  rozmawiaj trzymając nawet pusty w ręku, ludzie zaczną identyfikować to konkretne naczynie z Twoją osobą i odruchowo zaczną je omijać. Sposób nie działa jeżeli masz zamiar przywłaszczyć sobie czyjś już zidentyfikowany kubek.
3. Nie spóźniaj się do roboty - zdarzało mi się, że "traciłam" kubeczek przez korki czy  "O rany zaspałam!" statystycznie nie da się tego uniknąć.
4. Możesz też wozić swój kubeczek do domu.
5. Nie przywiązuj się - głupia rada, jesteśmy ludźmi to się przywiązujemy do wszystkiego.

Jeżeli Twoja szklanka mimo to, notorycznie znajdowana jest u kogoś innego, przejdź się kiedyś do tej osoby (oczywiście nie może być wyższa stopniem ;P) i takim lekko błędnym smutnym wzrokiem  omieć pokój, pijącego i powiedz "oo, szukałem/szukałam go całe rano". Ogarnięta osoba się zorientuje. Nieogarniętej możesz po prostu powiedzieć "pijesz w moim kubku".

Cudzych kubeczków nie rusz!
Kultura musi być.
I pasująca piosenka. Miłego poniedziałku

wtorek, 2 grudnia 2014

Każdy może być odkrywcą we własnym domu

Własna kampania przeciwdziałająca hasłu "w czasie deszczu dzieci (i dorośli) się nudzą".
Kampania przeciwdziałająca stereotypowemu schabowemu z ziemniakami i monotonni życia jesiennego, gdzie najchętniej się widzi czubek nosa znad parującego kubka herbaty/czekolady/kawy.
Jedyną rozrywką może być wyjście na zakupy do tak cudownie oświetlonego centrum handlowego (gdzie specjalnie są ciemniejsze szyby żeby krzyczało "na zewnątrz paskudnie, chodź kup coś jeszcze!)
Kampanię otwieram od, co prawda wersji marketingowej nieco, ale hasła
OTWÓRZ SIĘ NA KUCHNIE (hasło autorskie, chronione, wszelkie agencje proszę o wcześniejszy kontakt z autorką niniejszego posta).

Gotowanie, w obecnych możliwościach hodowli i sprowadzania produktów ogranicza tylko nasza wyobraźnia. Dlatego nie utykajmy tylko przy tym, co smaczne (wiadomo) i sprawdzone.A nóż-widelec prawdziwą eksplozję smaków poznamy przez przypadek? Nie straszmy się też cenami.
Dla przykładu:
mam czarny ryż, jest on bardziej pożywny niż biały (jest niełuskany) a przez co zjada się go mniej.
kostka tofu (koło 4-5 zł) to dla mnie dwa obiady.
W ubiegłym roku po AFF we Wrocławiu obiecałam sobie, ze upiekę bajgle, jednak okazało się, że znalezione w otchłani internetu przepisy nie odpowiadają moim potrzebom lub zwyczajnie im nie ufam. Przegrzebałam księgarnie w poszukiwaniu kuchni żydowskiej (nic! sama amerykańsko-włosko-angielsko-polska lub egzotyczna) a przepis znalazłam w segregatorku Babci.
Jest na liście.
Oprócz czarnego ryżu spróbowałam też jarmużu (ciekawy smak, a zapach kojarzę z dzieciństwa, także prawdopodobnie kiedyś go jadłam).
Również udało mi się zrobić roladę z ciasta filo - do powtórki.w środku dżem pigwowy i kawałki jesiennych jabłek.

Na liście przysmaków jesienno - zimowych jest również u mnie ponownie odkryta fasolka po bretońsku w wersji wege i nie (oczywiście wersja mięsna z wysoko klasyfikowaną pod względem zawartości mięsa kiełbasą, nie żadną parówką).
A z ubiegłorocznych odkryć na najzdrowszą i najbardziej rozgrzewającą potrawę, konkurs wygrywa smażona kapusta pekińska z sosem sojowym i tofu marynowanym w czosnku i imbirze (i tymże sosie). przepis znaleziony swego czasu przez mojego wujka.
Z tradycyjnych odkryć - pierogi z dynią, pierogi z kaszą gryczaną
W tym roku mam zamiar zrobić coś z mąki gryczanej - w końcu znalazłam niepaloną kaszę. (co ciekawe, im bardziej spalona kasza, tym wg. instrukcji krócej się gotuje, dlatego sama chcę podsmażyć).


Druga część ruchu dotyczy bardziej kwestii "dla ducha"
Książki.
Których się nie czyta, bo nie było czasu, które w naturalny sposób się omija coraz dłużej i dłużej.

Wyciągnijcie.

a ja idę podjadać słodkie .

wtorek, 23 września 2014

Zapiekana Malwa jesienią








Jak zwykle, przy okazji pierwszych niskich (za niskich temperatur) i jesieni marzę o uruchamianiu piekarnika. SEZON ROZPOCZĘTY!
Dziś odkryłam, jak bardzo NIE MUSZĘ używać książki kucharskiej. Upiekłam tartę z cukinii bez sięgania nawet w internety.
Co jest sensacją samą w sobie, bo jest to przekroczenie kolejnej granicy kolejnego levelu kolejnych EXP. Jakbym awansowała w rankingu.

Gdzie jednak nadal nie obejdę się bez przepisu?
- przy babach drożdżowych
- przy ciastach
- przy kremach (proporcje i rodzaje np. śmietany lub cukru lub innych bardzo istotne)
- przy gotowaniu makaronu/kasz/klusek
- przy kluskach (śląskich itp. itd)
- przy pierogach


Reszta to dowolna interpretacja, która zależy od własnie tego "doświadczenia" czyli wniosków z obserwacji. Przykładowo (być może to oczywistości, ale wpływają na ogólny pogląd świata kuchennego) takie dziesięć punktów:
1. jedna łyżeczka sody to około 2 razy więcej niż łyżeczka proszku do pieczenia
2. oliwa z oliwek psuje smak pieczonego
3. Drożdże lubią cisze spokój i brak cackania się (dać zaczynowi ciszę, spokój i ciepło)
4. Dynia jest zamiennikiem jajek przy ciastach drożdżowych
5. Ciasta z jajkami piecze się dwa razy dłużej niż te bez (średnio)
6. Nie warto przesadzać z oregano i przyprawami, warto dodać mleka
7. Sól jest opcjonalna w przypadku sera żółtego i fety w potrawie, one są wystarczająco słone.
8. Ciasto jest ok, gdy z dodatkami nawet lekko się "leje" ale zawsze lepiej dodać więcej mąki
9. Tarta wzięła swoją nazwę od bułki tartej :)
10. W kuchni nie warto się spieszyć.

A! jedzenie smakuje lepiej jak jest robione przez kogoś lub dla kogoś...bez nadmiernego starania bo wtedy Prawa Murphy'iego obowiązują (niestety). Mogę się podzielić. ZAWSZE

Coś słodkiego można zrobić ze wszystkiego, trudniej zrobić coś bez cukru.

A jak czujemy się przejedzeni przekąskami do książki/tv/słuchania muzyki zawsze warto zagrać w grę (jeżeli warunki nie pozwalają) która zajmuje obie ręce;p  AWSD!

Ps. Obok przykładowe pyszności z poprzedniego sezonu :)

piątek, 14 marca 2014

Jak ubogacać swoją biblioteczkę i nie umrzeć z głodu

Mimo mojej obecności w sieci nadal przedkładam nad audiobooki oraz e-booki tradycyjne książki.
Jestem przebrzydłym molem książkowym o dziwnym guście.
Nie przepadam za reportażami, literaturą faktu, kryminałami i powieściami obyczajowymi.
Uwielbiam książki dla dzieci, fantastykę, SF (Trochę mniej), biografie i sagi rodzinne i "wspominki".
Książki dzielę na takie, które przeczytałam, bo muszę (bo dostałam, bo podobno trzeba i bo nie ma co czytać), i takie które czytam raz, potem jeszcze raz, potem jeszcze raz i raz za razem zastanawiam się nad instalacją nowej okładki i uruchomieniem stołu introligatorskiego.
Od jesieni, przerażona tym, że zmniejszyła się moja częstotliwość czytania książek uznałam, że mogę pozwolić sobie na jedną miesięcznie w cenie nie przekraczającej 40 zł.
Oczywiście dom pełen książek nie ułatwia mi sprawy, ponieważ obecnie widnieje na podłodze taka duża sterta literatury naukowej i mniej na temat Słowiańszczyzny i przysłów ludowych (taka zajawka). A inne są powciskane na każdy możliwy sposób w każdą wolną przestrzeń na półce.
Standardem jest, że kupuje sobie obecnie każą nową książkę Terrego Pratchetta - mimo tego, że wiele osób uważa go za powtarzającego się pisarza, który konstruuje każdą z historii z podobnym stopniem tempa i tymi samymi bohaterami (nieprawda i nieprawda!). Mimo swojej choroby jego Świat Dysku jest coraz bogatszy coraz bardziej szczegółowy i coraz bardziej zaludniony zatrollowany i zakrasnoludziony. Chciałabym jak on pisać..
Drugim pisarzem, obok którego książek nie mogę przejść obojętnie jest Neil Gaiman - doskonale piszący krótkie formy jak i dłuższe jednak niesłusznie nazywane "powieściami". Doceniam to, że w każdej ze swoich książek korzystając z codziennych lęków zasiewa we mnie coraz to inne ziarno odkryć i spojrzeń. Wrażenie podczas czytania jest jakby zanurzać się w mętnym powietrzu ze znajomymi szczegółami. Nic dziwnego, w końcu jeden z jego zbiorów to Dymy i Lustra.
Ostatnio odkryłam Metro 2033 i Metro 2034 ale poprzestanę na tym. Bo to historia na oddzielny post, zwłaszcza że to byłby post-post-apokaliptyczny!

Największym wydatkiem zaś moich ostatnich tygodni, przez co muszę przemyśleć kolejną wycieczkę no i oszczędzam, była zakupiona na Kings Cross w księgarni obok sklepu Harrego Pottera, książka Niki Segnit "The Flavour Thesaurus" Kilka lat temu przeczytałam o niej na pewnym blogu kulinarnym i zapragnęłam mieć ją koniecznie! Ktoś mi odradzał, bo przecież Anglicy nie potrafią gotować. Kilka osób chciało przywieźć i zapomniało aż sama pojechałam.
Jeżeli jest się obeznanym w kuchni to nie przynosi ona co prawda samych nowości ale....
mogę sprawdzić teraz jak smakuje ogórek z truskawką! albo orzeszki ziemne z ziemniakami! nie wpadłabym na to, mimo że znam przepis na drink z ogórkiem.
albo gałka muszkatołowa z awokado (podobno niezły afrodyzjak) no i dzięki tej książce douczam się angielskiego.

Także kończąc temat, żeby nie splajtować to chodzić na wyprzedaże książek (jeden!) mieć pewniaki - żeby nie kupować takich do których się nigdy nie wróci (dwa!) ani gniotów (trzy!), no i ustalić sobie pulę maksymalną jaką jesteśmy raz w miesiącu w stanie wydać (cztery!)  Oczywiście jeżeli kiedyś się zapragnie jakiejś książki powyżej pewnego pułapu, to warto by zapisać pomysł i odłożyć "na lepsze czasy".

Ps. wracam do domu i zabieram mamie "Dziką Kuchnie" Łukasza Łuczaja, jest fascynująca - polecam!
Pps.. kiedyś robiłam listę książek, które chce kupić, albo komuś kupić o TU są już w naszej rodzinie, oprócz ostatniej.

wtorek, 1 października 2013

Ognistoruda Dynia

Jesień w pełnej krasie, szaro zimno..chodzę od kilku dni w czapce i rękawkach.
Pożegnałam się z lekkimi letnimi sukienkami (do pudła!), t-shirtami z kreskówkami(do szafy!) z letnimi sweterkami (do prania i do pudła!) niedługo przyjdzie mi pożegnać pudło pełne kolorowych ale cieniutkich skarpetek.
Tu mam ciężką zagwozdkę: jako jedyna na moim M. mam kolorowe skarpetki, przy czym znalezienie drugiej identycznej graniczy z cudem, pytanie: gdzie chowają się skarpetki? Nigdzie.

Ale przygotowując się do jesieni dostałam od rodziców dynię, oczywiście wielki nakaz, żebym najpierw zjadła tą, co w zamrażalniku jeszcze z tamtego roku leży.
Dlatego uznałam, że zrobię ostrą zupę dyniową, trochę rozgrzewającą a na pewno przepalającą gardło.
Składnikami pod ręką były:
1 szt. większej cebuli
1 ząbek czosnku
łyżka czerwonego curry (pasta)
2 szt. miniaturowych ostrych papryczek
około pół litra (czy też dwie szklanki) pulpy dyniowej (wcześniej zapieczona - ale można też juz gotowanej)
kilka łyżek oliwy z oliwek
dwie szklanki wody (pulpa jest bardzo gęsta)

Na oliwie podsmażyłam pokrojoną w kostkę cebulę razem z czerwonym curry i przeciśniętym czosnkiem, gdy cebulka się zeszkliła dodałam rozmrożoną pulpę dyni i zamieszałam. Zblendowałam wszystko na gładką masę(jeszcze zimne) i w garnku nadal podgrzewałam dolewając jedynie wody (gęsta bestia)
pod koniec posoliłam, trochę popieprzyłam.oraz równolegle zrobiłam patelniowe bardzo niezdrowe grzanki ale bez sera na wierzchu, co jak teraz sobie myślę, byłoby niezłym dodatkiem)

Żeby zupka była "bardziej" można dodać śmietany ale ja nie przepadam za zabielaniem.

i w końcu wyszło tak:
Dyniowa na tle tegorocznej dyni

Jeżeli jeszcze będę mieć dziś chęć, to zrobię racuszki z jabłkami...póki co rozgrzana zupką zaczynam sobie grać.

niedziela, 8 września 2013

Szarlotka wrześniowa na kruchym ale pełnoziarnistym cieście

Często w ramach brak pomysłu zamiast przeglądania internetu przeglądam zeszycik przepisowy mojej Babci.
Prowadziła go sklupuratnie (Skulpuratnie? SKRUPULATNIE o!).
Drugiej Babci muszę poasystować i w końcu zapisać, bo robi najlepsze kluski śląskie na świecie, najlepsze pierogi na świecie i najlepsze ciasta drożdżowe na świecie!!( co do ciast to się w nią wdałam)
Dlatego tutaj, krok po kroku: przepis na szarlotkę na kruchym, pełnoziarnistym cieście.
Przepis oryginalny Babci z moimi zmianami.

Przygotowałam:
1 kostkę margaryny (lub innego tłuszczu też może być)
3 szklanki mąki pełnoziarnistej (w sumie 450 g)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 szklanka niepełna cukru
1 jajko duże (ekologiczne ze wsi)
8 jabłek z własnego sadu -Babcia radziła zetrzeć na tarce ja pokroiłam w malutkie plasterki - takich pokrojonych wyszła miska do zupy.
1 łyzeczka cynamonu 1 łyzeczka imbiru
2 łyżeczki spirytusu pomarańczowego (mojej produkcji - pomaralko- miał być kieliszek alkoholu ale brak takowego.
Do tego niezbędne były:
Większa tortownica, tarka, wałek, stolnica, nóż o szerokim ostrzu, łyżeczka

Kostkę margaryny posiekałam z przesianą mąką i proszkiem do pieczenia, dodałam jajko i cukier i pomaralko i zagniotłam (warto lekko podsypać mąką żeby się nie kleiło do stolnicy) Wyszło gładkie ciasto.
Włączyłam piekarnik na 205 stopni (mam zwariowany piekarnik więc jak uda się go ustawić około 200 to już nie kombinuję). Połowa ciasta do zamrażarki druga do lodówki.
Jabłka umyłam ale nie obierałam , pokroiłam w plasterki,
na upieczonym spodzie pokrojone jabłuszka z posypką cynamonowo-imbirową

ciasto na wierzchu

Połowę ciasta rozwałkowałam i do tortownicy robiąc brzeżki tak jak w tartach. Podpiekłam na złoto w piekarniku.
Później, wyciągnęłam podpieczone ciasto, nałożyłam jabłka posypałam imbirem zmieszanym z cynamonem.
Na wierzchu starłam zamrożone ciasto, a jak już się porozpuszczało porobiłam ślimaczki i kropeczki.
Piekłam do złocistości na grzaniu od góry i dołu.
i oto jest:
Szarlotka!

i jabłka, z których została zrobiona:)


niedziela, 28 lipca 2013

Hummus

A!
weekend nastroił mnie wybitnie kulinarnie i uznałam wczoraj, że zrobię sztandarowy arabski hummus.
Kupiłam ciecierzyce BIO (innej nie ma), namoczyłam, ugotowałam.
Po odrzuceniu spalonych na czarno kawałków lub obcięciu tych czarnych kawałków została mi szklanka ciecierzycy(w upale woda szybciej paruje...co za).

Potem postępowałam wg przepisu ze Strony Kwestia Smaku (z modyfikacjami)
1 szklanka ciecierzycy
5 łyżek sezamu
3 łyżki oliwy z oliwek
2 ząbki czosnku(jeden za maało)
sól
sok z połówki cytryny
Jak widać z oryginalnego przepisu brakuje oleju sezamowego. ale dlatego dałam 3 łyzki oliwy.
wszystko zblenderowałam na powiedzmy gładką masę...
i podałam na kanapeczce z chlebka oliwkowego z pomidorem i bazylią
a także zrobiłam sobie różaną lemoniadę:

sok z drugiej połówki cytryny co by nie zeschła
pół litra wody mineralnej
2 łyżeczki cukru
garść mięty
4 łyżki syropu różanego

Utarłam miętę z cukrem i sokiem z cytryny, zalałam wodą wrzuciłam lód i na koniec dodałam syropu co by nie było za słodkie.
Pyszności!
kanapeczki

szklaneczki i kanapeczki
Ps. Ten patyczek cukrowy jest tak uroczy ale od dawna nie chcę go tykać bo zbyt mi żal...;)

sobota, 27 lipca 2013

Dlaczego nikt jeszcze tego nie wymyślił? Ciasto pełne warzyw!

Wczoraj i przedwczoraj miałam kosmicznie wielką ochotę na tort warzywny, taki placek napakowany warzywami po sam wierzch blachy który można odsmażyć i kroić na kawałki.
Zerknęłam więc w otchłań internetu aby znaleźć dogodny temu przepis
i tak przy wpisie:
- ciasto warzywne - wyskakiwały mi same słodkości (albo z marchewką albo z cukinią) dobre, ale to nie obiad..
- tort warzywny - tam był szpinak, pieczarki i naleśniki i dużo beszamelu, nie na tę porę roku -nadal nie to i nie z tych składników które miałam.
A byłam w posiadaniu poniższych warzyw:

1 szt.przejrzałego pomidora
1 szt. niedużej cukinii o białej skórce
2 sztuk bardzo dużych marchewek
1 szt.  młodej cebulki
jednej b. dużej czerwonej papryki (zużyłam pół)
oraz innych rzeczy, które pomogły mi w przygotowaniu obiadu:
czosnek
mąka pszenna
3 szt. jajek
sól, pieprz, przyprawy
oliwa z oliwek
feta
parmezan 

Trzeba było wymyślić, co z obiadem.
Dlatego cukinię starłam na tarce posoliłam i pozostawiłam do odcieknięcia. Marchewkę również starłam i podsmażyłam nieco razem z drobno pokrojoną cebulką i ząbkiem czosnku. Zostawiłam do ostygnięcia.
Paprykę i pomidora pokroiłam w drobną kostkę.

W misce rozbiłam 3 jajka, wymieszałam mikserem, dodałam przyprawy (pieprz, papryka słodka, odrobina soli), dosypałam 1 szklankę mąki (zależnie od wielkości jajek może być więcej, ciasto musi wyjść gęste) dodałam odciśniętą cukinię i wymieszałam(jeżeli zrobi się za rzadkie dosypać mąki)
wmieszałam w masę marchewkę i paprykę i pomidora.
dodałam ze 3 łyżki oliwy, wmieszałam w masę pół szklanki startego parmezanu i pokrojoną w kostkę fetę(lub typ feta, też będzie się nadawał)

Wszystko to, przełożyłam do małej tortownicy (ciasta było dość wysoko) wysmarowane masłem i wysypanej bułka tartą (w przypadku warzyw pomogło to wchłonąć nadmiar wody ponieważ ciasto było idealnej konsystencji)

Piekłam 40 minut w 200 stopniach.
Zjadłam z sosem pomidorowym i czosnkowym.
uwaga: lepiej kroić jak nieco przestygnie, ponieważ jest mocno lepkie na gorąco.
ale wyszło przepysznie. Jak na załączonym obrazku:
świeżo po wyjęciu z piekarnika
Ps. ponieważ przepis jest CAŁKOWICIE autorski, w przypadku sięgnięcia po niego, zostawcie ślad, czy wyszło:)

wtorek, 2 lipca 2013

Niemodna pochwała małomiasteczkowego życia part 1.

Przez ostatnie 8 lat mieszkam w dużym a nawet bardzo dużym mieście, jednak wywodzę się (śliczne słowo) z niedużej miejscowości (póki co spędziłam tam najwięcej lat życia)
Minusem jest znajomość zbyt dużej ilości osób, czasem zdarzają sie z tego tytułu problemy..
ale...
raz: możliwość posiadania baaardzo dużego ogrodu.
dwas: możliwość hodowania w ogrodzie czego dusza zapragnie, jest to niesamowita oszczędność przy dwóch godzinach "ogrodniczkowania" dziennie a jakie to zdrowe i swojskie!
i je warzywa i owoce najświeższe (mam b. dużą niechęć do jedzenia owoców nie zerwanych świeżo z drzewa czy z krzaka...mam wrażenie, że są one nieświeże (np. maliny czy sklepowe inne jagody..)
poza tym, możliwości rekreacyjne!! nie trzeba jechać przez pół miasta (chociaż we Wrocławiu również nie trzeba bo tam trasy i odległości nie są tak porażające no i jest Odra) żeby poszukać cichego zakątka, ani jechać przez pół Polski żeby znaleźć miłe kąpielisko.
W ogrodzie można zainstalować sobie basen/huśtawkę/co dusza zapragnie, grillować a że znajomi blisko, to zawsze ktoś wpadnie czy na herbatkę na pizze czy na pieczenie ciasta.
Niestety takie "wpadanie " do siebie zanika w dużych miastach z powodu tych czasochłonnych odległości.
Kolejnym plusem tego własnego ogródka jest to, że przynoszę cukinie z ogrodu kroję, podsypuje własnoręcznie zerwanymi ziołami i zapiekam z pomidorami czy czymś innym, poza tym taki ogród umożliwia ekperymentowanie z nowymi gatunkami roślin jadalnych, jak np. ogórecznik (niebieskie kwiatki) czy też próby zasadzenia melonów lub kiwi (nieudane)
w moim niewielkim piaskowo-wydmowym ogródku rok temu super udała sie rukola, w tym roku poziomki, jednak wszystko zjadają slimaki (oprócz drzewek, tam radzą sobie ptaki)
Ale co za cudowne uczucie, kiedy idzie się wieczorem na spotkanie z przyjaciółmi, znajdujemy miejsce na ognisko, nie przejmując sie zakazami rozpalamy je, znośimy suche drewno którego pod dostatkiem, zachodzimy do jedynego nocnego w okolicy po chlebek i przeważnie b. drogie kiełbaski i smażymy na patykach i jemy obserwujac świetliki...
a potem uciekamy przed "to chyba sarny ale też mogłyby być to dziki"
a śmiechu jest co niemiara, i luzu
i człowiek przez chwilę jest szczęśliwy, otwarty na wszystko, spokojny...
i to jest to, za czym się tęskni,
bliskość, możliwość wyjścia na dwór w piżamie i nikt cie nie zobaczy.. posiadanie zwierzaka na którego nikt nie krzyczy bo nie hałasuje a robi swoje na swoje.
ogniska
świetliki
obcowanie z naturą na obrzeżach
wycieczki
zdrowie...
nie chcę się całe życie kisić w mieście, jedyne dla mnie akceptowalne wielkościowe miasto to Wrocław (i w ogóle akceptowalne)
reszta aglomeracji niech się chowa!

a tutaj migawki:
Dynia bestia 10 kilo

Dyniowa-ale -marchewkowa zupa


Mleko+ kanapka z domowego chlebka z sałata (z ogrodu) i pomidorkami koktajlowymi

niedziela, 12 maja 2013

Oszalałam!!

Post drugi dnia dzisiejszego, bo mnie naszło na coś słodkiego.
Budyń śmietankowy ciasto kruche trochę
i wisienki ze spiżarni całkiem za darmochę
uuuu...
Patrzą sie na mnie uroczymi oczętami z wiśni, niektóre z pestkami i niemo błagają z błyskiem w owocowym oku: zjedz mnie pierwsza zjedz!
no to zjem..
ale najpierw muszę opisać, co zrobiłam bo zapomnę.

1. wygrzebałam przepis na szarlotkę n kruchym spodzie:
3 szklanki mąki (dałam krupczatkę i resztkę tortowej)
szklanka cukru (dałam 3/4)
1 plaska łyżeczka sody (za dużo, następnym razem dam dwie szczypty może) - w oryginale dwie łyżeczki proszku do pieczenia
1 jajko
1 kieliszek alkoholu (dałam domowej roboty zapach pomarańczowy 2/3 kieliszka plus dolałam gorącej wody)
skórka z jednej cytryny (dałam łyżkę skórek pociętych na drobno z wyżej opisanego zapachu pomarańczowego)

mieszać, zagnieść.
wylepić foremki
piec w 200 stopniach na pieczeniu termoobiegiem przez pierwsze 5 minut potem grzanie od góry i dołu.
budyń- wg. przepisu na opakowaniu ale:
- zrobiłam w 400 ml mleka a nie w 0,5 litra
- dodałam łyżkę mąki ziemniaczanej więcej (żeby było bardziej zwarte)

tada! wyglądają jak małe potworki :)albo rozpuszczone pandy :D