Mdli mnie, kiedy są wybory.
Kiedy polityka wyłazi drzwiami i oknami a ja mam ochotę latać z pieczątką i markerem i zamalowywać te radosne twarze i pomarańczowo-granatową (lub niebieską) czcionkę.
Hasła wyborcze brzmią odmiennie, ale muszą być oryginalne, godzące w nasza troskę, strach, tradycję, wychowanie.
W internecie padło hasło: nie głosować na ludzi którzy zaśmiecają przestrzeń publiczną plakatami.
Tak,w mojej okolicy plakaty wiszą na słupach telefonicznych i elektrycznych, na ogrodzeniach, na ścianach budynków. Wszędzie. Rządzi tektura.
Nikt mnie nie reprezentuje.
Mdli mnie od rozmów o polityce, z każdej rozmowy wynika, że faktycznie nie ma na kogo głosować. Bo ile można głosować na mniejsze zło? Ile można wybierać między obawą, że inni będą gorsi?
Mdli mnie, kiedy trąbią o debacie politycznej, która wnosi do mojego życia tyle samo co House M.D. sezon 8 (oglądany ponownie).
Mdli mnie, kiedy szukam pozytywnych informacji w internecie, gdy poszukuję wartościowych treści a nie mielarkopapki do tego powtarzanej z zaskakującą częstotliwością.
Mdli mnie, kiedy szukam informacji o Festiwalu Chopinowskim a wszędzie same skróty - bo w końcu słucham muzyki poważnej częściej niż by ktoś podejrzewał. W tym roku wybitnie też oglądam bo fascynujący i demoniczny jest Łotysz - Georgijs Osokins, który przyciąga swoim zachowaniem nie tylko do muzyki ale i do oglądania relacji. Do tego w finale jest Polak! I tak, mam zamiar zapamiętać, kto w tym roku wygra, więc czekam na wyniki.
Mdli mnie, że jest tyle do zobaczenia i do przeczytania. Ale marketing wygrywa i pewnych rzeczy nigdy nie zobaczę na oczy. Martwi mnie brak refleksji. Czytam sobie Kapuścińskiego jadąc rano pociągiem i przeraża mnie, jak niewiele wyciąganej jest nauki z historii. Rwący nurt historii. Zapiski o XX i XXI wieku to
książka, która nigdy chyba nie była tak aktualna jak teraz i tak bardzo
boli mnie to, że w komunikacji widzę
50szarychtwarzy lub inne Steele.
Nowa zabawa? Przeczytaj książkę, która została wydana więcej niż 20 lat temu. Albo chociaż podaj tytuł.
Lektury się nie liczą. Jestem na etapie nadrabiania książek Trumana Capote, teraz znane wszystkim "Śniadanie u Tiffaniego" - mam wątpliwości, bo na razie nie znoszę Holly Golightly. Audrey była urocza..ale Holly jest irytująca. Po "Psy szczekają" jest to moje drugie spotkanie z Mr. Capote.
Zobaczymy czy udane.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 20 października 2015
niedziela, 16 sierpnia 2015
Pamięci OFF 2015
Na pewno doskwierał żar lejący się z nieba.
Lejący się tym dotkliwiej, gdy jakaś awionetka krążyła nad nami od 7 rano.
Złośliwa
Przed żarem zabezpieczenia były różne: od folii termicznych przez podwójne baldachimy namiotów/ daszki/ rozpięcie koców.
NIE
Najlepsze było NIE BYĆ w okolicach namiotów od rana do późnego wieczora.
Dlatego przegapione zostały pierwsze koncerty.
Dlatego namiot miał sens tylko wtedy, gdy człowiek całkowicie zmęczony wracał nad ranem po niespodziewanej (i w związku z tym bez ręcznika) kąpieli pod prysznicem i troszkę marzł.
W końcu 20 stopni w nocy jest to prawie mróz.
Tak jakby przy 20 stopniach w dzień w nocy temperatura spadała do 0....
Nawadnianie, kapelusze, cień i kurtyny wodne i ulubione "zamoczyć się pod wężem strażackim ale nie tak bardzo żeby nie zostać miss festiwalowego wdzianka"
Festiwal uznałam za udany.
Hejty na wodę i nakaz odkręcania butelek - hejty rozumiem i nakaz odkręcania też.
Była woda ? była
Były hejty? były, a kiedy nie było?
Pamiętam Openera kiedy spiekłam się niesamowicie na słońcu, na teren (gigantyczny) openerowy wody nigdy nie było można wnieść. NIGDY.
Nie ten rozmach festiwalu- powiecie.
Nie ten, ale temperatury bywały podobne i snuliśmy się strasznie.
Wracam jednak do muzyki. Będzie chaotycznie bo nie mogę się zdecydować, czy poukładać według "upodobań" czy według "czasu". Dlatego zaskakujcie się, jak ja się zaskakiwałam.
Udało się spełnić jeden z moich celów: Susanne Sundfor.
Zbyt szwedzko-popowa dla mnie jednak głos ma cudowny. Szkoda tylko że nie potrafi się zdecydować, czy grać typowy norweski pop czy może przejść do elektroniki.
Zastanawiało mnie, głównie przy bardziej obciachowych dźwiękach znanych nam jedynie z piosenek DiscoPolo i parodystów. Czy u nich też to jest lekki obciach?
Wpływy Abby widoczne.
Ale koncert na plus bo można było się pobujać.
Na pewno zawodem i właściwie szybka ucieczką (ledwo wytrzymanie dwóch utworów jak to mam w zwyczaju nawet kiedy mi się nie bardzo podoba) skończyły się spotkanie z Mickiem Harvey grającym utwory Serge'a Gainsbourga. Byłam ciekawa, jednak nie przypadło mi do gustu.
Również Xiu Xiu z nieznośnym wokalem nie zachęcił do słuchania muzyki z Twin Peaks - wytrzymałam ale przysnęło mi się (i nie tylko mi) rotacja ludzi była bardzo duża.
Pianie z zachwytu zostawiłam na głośny już koncert Ogoya Nengo & The Dodo Women’s Group - trzech pań słusznej postury i jeszcze słuszniejszego wieku, szamana i bębniarza - doskonale przybliżyli nam specyfikę, energię i szaleństwo Afryki. Nadal uśmiecham się na myśl, że na początku koncertu chciałam usiąść bo "to takie spokojne będzie".
NIE BYŁO.
Bardzo głośny i jeden z najbardziej oczekiwanych koncertów, czyli Sun o))) przesiedziałam pod wiklinową konstrukcją. Słychać było wiele, ale jak przy każdym koncercie (zarówno tym jak i Twin Peaks) gryzła się discomuzyka z żółtoczerwonego namiotu.
Psuła klimat, ale dla mnie Sun o))) było niesamowicie mroczne, ciemne, ciężkie i właściwie idealne na końcowe stadium depresji.
Ride - dopadło mnie zmęczenie materiału, czy to upał czy brak snu. Najprzyjemniejszym podczas tego koncertu uczuciem było zawieszenie między snem a jawą kiedy leżąc na trawie otaczały mnie dźwięki i zapadałam się w nie powoli. A cisza powodowała niepokój i całkowite wybudzenie.
Ten Typ Mes - nie tracąc nic ze swojej świeżości, dali radę opowiadać z lekkością historię i bawiąc się konwencją.
Kontynuując wątek polski miałam okazję słuchać duetu Coals z porządnym nagłośnieniem.
Nareszcie słuchać było (chociaż z pewnymi wpadkami) i muzykę i głos. Uważam, że przy obecnym rynku muzycznym mają jedno z najoryginalniejszych brzmień bez potrzeby odcinania kuponów.
A Rycerzyki odpuściłam - trzeci raz są zbyt monotonni.
Coleen Green - młoda dziewczyna śpiewająca piosenki. Pasowałyby do filmu o nastolatkach, mogły by być śpiewane w Juno, taki pop-rock prościutko z różowego pokoju nastolatki. Jednak bardzo przyjemny chociaż troszkę monotonny.
Patti Smith - niekwestionowana gwiazda. Spróbowalibyście tylko zaprzeczyć... Koncert obfitował w momenty energetyczne, gdy aż żałowałam że nie jestem pod sceną, ale też w momenty liryczne. Właściwie dla mnie granie przez nia płyty Horses jest pewnego rodzaju rozliczeniem.
Ale miałam dreszcze, gdy wymieniała zmarłych, legendarnych muzyków. Ona ich wszystkich znała, mogła znać, rozmawiać, spotkać. To taki łącznik miedzy tym, co nierzeczywiste już dla naszego pokolenia, dzieci kwiaty, bunty przeciwko systemowi, wojnie. Miliard Ochów i Achów i jak nie byłam zbytnio jej fanką (przyznaje się do zaiste jakże modnej obecnie ignorancji) tak teraz ma jako jeden z niewielu artystów - szacunek. Respekt.
Bardzo przypadkowo napotkany świetny koncert, czyli w najlepszej offowej formie, był występ Kwadrofonik z gościnnym udziałem Adama Struga. Dwa fortepiany... nie wiem, dla mnie to była niesamowita magia, czary, splecione dźwięki z głosem i perfekcja wykonania w każdym momencie.
I kilka zdjęć...
Lejący się tym dotkliwiej, gdy jakaś awionetka krążyła nad nami od 7 rano.
Złośliwa
Przed żarem zabezpieczenia były różne: od folii termicznych przez podwójne baldachimy namiotów/ daszki/ rozpięcie koców.
NIE
Najlepsze było NIE BYĆ w okolicach namiotów od rana do późnego wieczora.
Dlatego przegapione zostały pierwsze koncerty.
Dlatego namiot miał sens tylko wtedy, gdy człowiek całkowicie zmęczony wracał nad ranem po niespodziewanej (i w związku z tym bez ręcznika) kąpieli pod prysznicem i troszkę marzł.
W końcu 20 stopni w nocy jest to prawie mróz.
Tak jakby przy 20 stopniach w dzień w nocy temperatura spadała do 0....
Nawadnianie, kapelusze, cień i kurtyny wodne i ulubione "zamoczyć się pod wężem strażackim ale nie tak bardzo żeby nie zostać miss festiwalowego wdzianka"
Festiwal uznałam za udany.
Hejty na wodę i nakaz odkręcania butelek - hejty rozumiem i nakaz odkręcania też.
Była woda ? była
Były hejty? były, a kiedy nie było?
Pamiętam Openera kiedy spiekłam się niesamowicie na słońcu, na teren (gigantyczny) openerowy wody nigdy nie było można wnieść. NIGDY.
Nie ten rozmach festiwalu- powiecie.
Nie ten, ale temperatury bywały podobne i snuliśmy się strasznie.
Wracam jednak do muzyki. Będzie chaotycznie bo nie mogę się zdecydować, czy poukładać według "upodobań" czy według "czasu". Dlatego zaskakujcie się, jak ja się zaskakiwałam.
Udało się spełnić jeden z moich celów: Susanne Sundfor.
Zbyt szwedzko-popowa dla mnie jednak głos ma cudowny. Szkoda tylko że nie potrafi się zdecydować, czy grać typowy norweski pop czy może przejść do elektroniki.
Zastanawiało mnie, głównie przy bardziej obciachowych dźwiękach znanych nam jedynie z piosenek DiscoPolo i parodystów. Czy u nich też to jest lekki obciach?
Wpływy Abby widoczne.
Ale koncert na plus bo można było się pobujać.
Na pewno zawodem i właściwie szybka ucieczką (ledwo wytrzymanie dwóch utworów jak to mam w zwyczaju nawet kiedy mi się nie bardzo podoba) skończyły się spotkanie z Mickiem Harvey grającym utwory Serge'a Gainsbourga. Byłam ciekawa, jednak nie przypadło mi do gustu.
Również Xiu Xiu z nieznośnym wokalem nie zachęcił do słuchania muzyki z Twin Peaks - wytrzymałam ale przysnęło mi się (i nie tylko mi) rotacja ludzi była bardzo duża.
Pianie z zachwytu zostawiłam na głośny już koncert Ogoya Nengo & The Dodo Women’s Group - trzech pań słusznej postury i jeszcze słuszniejszego wieku, szamana i bębniarza - doskonale przybliżyli nam specyfikę, energię i szaleństwo Afryki. Nadal uśmiecham się na myśl, że na początku koncertu chciałam usiąść bo "to takie spokojne będzie".
NIE BYŁO.
Bardzo głośny i jeden z najbardziej oczekiwanych koncertów, czyli Sun o))) przesiedziałam pod wiklinową konstrukcją. Słychać było wiele, ale jak przy każdym koncercie (zarówno tym jak i Twin Peaks) gryzła się discomuzyka z żółtoczerwonego namiotu.
Psuła klimat, ale dla mnie Sun o))) było niesamowicie mroczne, ciemne, ciężkie i właściwie idealne na końcowe stadium depresji.
Ride - dopadło mnie zmęczenie materiału, czy to upał czy brak snu. Najprzyjemniejszym podczas tego koncertu uczuciem było zawieszenie między snem a jawą kiedy leżąc na trawie otaczały mnie dźwięki i zapadałam się w nie powoli. A cisza powodowała niepokój i całkowite wybudzenie.
Ten Typ Mes - nie tracąc nic ze swojej świeżości, dali radę opowiadać z lekkością historię i bawiąc się konwencją.
Kontynuując wątek polski miałam okazję słuchać duetu Coals z porządnym nagłośnieniem.
Nareszcie słuchać było (chociaż z pewnymi wpadkami) i muzykę i głos. Uważam, że przy obecnym rynku muzycznym mają jedno z najoryginalniejszych brzmień bez potrzeby odcinania kuponów.
A Rycerzyki odpuściłam - trzeci raz są zbyt monotonni.
Coleen Green - młoda dziewczyna śpiewająca piosenki. Pasowałyby do filmu o nastolatkach, mogły by być śpiewane w Juno, taki pop-rock prościutko z różowego pokoju nastolatki. Jednak bardzo przyjemny chociaż troszkę monotonny.
Patti Smith - niekwestionowana gwiazda. Spróbowalibyście tylko zaprzeczyć... Koncert obfitował w momenty energetyczne, gdy aż żałowałam że nie jestem pod sceną, ale też w momenty liryczne. Właściwie dla mnie granie przez nia płyty Horses jest pewnego rodzaju rozliczeniem.
Ale miałam dreszcze, gdy wymieniała zmarłych, legendarnych muzyków. Ona ich wszystkich znała, mogła znać, rozmawiać, spotkać. To taki łącznik miedzy tym, co nierzeczywiste już dla naszego pokolenia, dzieci kwiaty, bunty przeciwko systemowi, wojnie. Miliard Ochów i Achów i jak nie byłam zbytnio jej fanką (przyznaje się do zaiste jakże modnej obecnie ignorancji) tak teraz ma jako jeden z niewielu artystów - szacunek. Respekt.
Bardzo przypadkowo napotkany świetny koncert, czyli w najlepszej offowej formie, był występ Kwadrofonik z gościnnym udziałem Adama Struga. Dwa fortepiany... nie wiem, dla mnie to była niesamowita magia, czary, splecione dźwięki z głosem i perfekcja wykonania w każdym momencie.
I kilka zdjęć...
| Wielka susza.... |
| Ogoya Nengo & The Dodo Women’s Group |
| Son Lux |
| Patti Smith |
środa, 29 lipca 2015
Moje podwórko...20 000 kilometrów wyjechanych ścieżek
Komunikacja.
Jak łatwo poszerza horyzonty myślowe i poznawcze.
Porządna infrastruktura w nowoczesnym państwie jest podstawą inwestycji. Dlatego tyle u nas wkłada się w drogi.
Kiedy dorobiłam się w końcu cudownie bezawaryjnego samochodu prawie dwa lata temu, zaczęłam dużo jeździć poza Warszawę. Wcześniej było to też możliwe, ale ograniczone busami i pociągami czy też strachem przed nagłym zatrzymaniu się w polu.
Podczas tych dwóch lat zrobiłam już ponad 20 000 km - jeżdżąc najczęściej na Śląsk albo też na różnej maści festiwale.
Mam w dalszym ciągu mnóstwo pomysłów gdzie jeszcze pojechać.
I teraz, wracając ze starych, wrocławskich śmieci doszłam do wniosku, że moje podwórko to tam, gdzie mogę dojechać w kilka godzin samochodem i wrócić tego samego lub następnego dnia.
Gdzie jest nasze podwórko?
Na początku, jest ograniczone domem i sąsiadami, ogrodzeniem, piaskownicą.
Granice wyznaczają rodzice i nauczyciele - musimy być w zasięgu wzroku.
Potem nasze podwórko to przyjaciele, do których biegniemy się bawić i z którymi widzimy się po szkole, zaczynamy wymykać się z ustalonych ram.
Gdy stajemy się dorośli zaczynamy wyznaczać własny obszar - możemy zostać w miejscu które nas wychowało, albo spróbować stworzyć własne.
Tu jest punkt trudności, bo ustalamy sobie własne granice za które potem nie możemy wyjść z przyzwyczajenia. Jesteśmy wtedy najbardziej wolni - gdy idziemy na studia to jest nasz jedyny punkt zaczepienia. Jeżeli mamy szczęście to z drugiej strony nie ogranicza nas ani praca ani zobowiązania.
Moje podwórko było we Wrocławiu, mieście które nie śpi, które jest widziane jako tolerancyjne, otwarte i młode. Można było bawić się do woli.
Po studiach jednak przyszedł czas na otrzeźwienie ze studenckiego trybu. Nie miałam super wymagań jednak gdy po raz kolejny rozmowa okazała sie stażem za koszty dojazdu... szczęśliwie znalazłam pracę ale w Stolicy.
Jednak miejsce, warunki i czas zmieniło wszystko diametralnie - każdy poszedł w swoją stronę. Żeby się spotkać z kimś to ja (a nie kto inny) musiałam przejechać mnóstwo kilometrów. Prawie nikomu się nie chciało. Najlepszym przyjaciołom nie przeszkadzała odległość.
I tak horyzonty zostały poszerzone o Warszawę.
Jednak Wrocław, oprócz tego cudownego czasu festiwali filmowych i krótkich ale bardzo treściwych spotkań przestał być moim podwórkiem. Widzę go teraz jak nowe, zupełnie inne miasto nałożone kalką na nostalgiczne zdjęcia sprzed kilku lat. Wiem, że już na stałe nie wrócę.
Warszawa jest trudnym podwórkiem. Robiąc kolejne kilometry w korkach, wściekając się na kierowców/rowerzystów/roboty drogowe/protesty/wypadki/autobusy/spalone mosty zaczęło mnie to bawić i nawet podobać. Ludzie są różni. Szukanie pracy to niewdzięczne zajęcie ale dzięki temu poznaję miasto.
Moje podwórko to teraz Polska,
Moje 20 000 km podróży to przez te dwa lata minimum 200 godzin jazdy.
Popołudniu chcę wypić kawę nad morzem.
Nie mam co robić a dawno nie zwiedzałam.
Podobno najlepsze prawdziwki rosną na Podlasiu.
Gdzieś tam zaczęła się historia mojej rodziny.
Lubię jeździć samochodem.
Lubię jak klimatyzacja wypala mi gardło.
Lubię zabierać ludzi na stopa.
Lubię spotkać dawno nie widzianą ważną dla mnie osobę, chociażbyśmy mieli mieć dla siebie tylko chwilę.
Lubię mój kraj.
Narzekać każdy potrafi, ale odnaleźć piękno czy coś dobrego nie jest tak łatwo.
Mamy najpiękniejsze niebo na świecie.
I trochę zdjęć zza szyby...
Jak łatwo poszerza horyzonty myślowe i poznawcze.
Porządna infrastruktura w nowoczesnym państwie jest podstawą inwestycji. Dlatego tyle u nas wkłada się w drogi.
Kiedy dorobiłam się w końcu cudownie bezawaryjnego samochodu prawie dwa lata temu, zaczęłam dużo jeździć poza Warszawę. Wcześniej było to też możliwe, ale ograniczone busami i pociągami czy też strachem przed nagłym zatrzymaniu się w polu.
Podczas tych dwóch lat zrobiłam już ponad 20 000 km - jeżdżąc najczęściej na Śląsk albo też na różnej maści festiwale.
Mam w dalszym ciągu mnóstwo pomysłów gdzie jeszcze pojechać.
I teraz, wracając ze starych, wrocławskich śmieci doszłam do wniosku, że moje podwórko to tam, gdzie mogę dojechać w kilka godzin samochodem i wrócić tego samego lub następnego dnia.
Gdzie jest nasze podwórko?
Na początku, jest ograniczone domem i sąsiadami, ogrodzeniem, piaskownicą.
Granice wyznaczają rodzice i nauczyciele - musimy być w zasięgu wzroku.
Potem nasze podwórko to przyjaciele, do których biegniemy się bawić i z którymi widzimy się po szkole, zaczynamy wymykać się z ustalonych ram.
Gdy stajemy się dorośli zaczynamy wyznaczać własny obszar - możemy zostać w miejscu które nas wychowało, albo spróbować stworzyć własne.
Tu jest punkt trudności, bo ustalamy sobie własne granice za które potem nie możemy wyjść z przyzwyczajenia. Jesteśmy wtedy najbardziej wolni - gdy idziemy na studia to jest nasz jedyny punkt zaczepienia. Jeżeli mamy szczęście to z drugiej strony nie ogranicza nas ani praca ani zobowiązania.
Moje podwórko było we Wrocławiu, mieście które nie śpi, które jest widziane jako tolerancyjne, otwarte i młode. Można było bawić się do woli.
Po studiach jednak przyszedł czas na otrzeźwienie ze studenckiego trybu. Nie miałam super wymagań jednak gdy po raz kolejny rozmowa okazała sie stażem za koszty dojazdu... szczęśliwie znalazłam pracę ale w Stolicy.
Jednak miejsce, warunki i czas zmieniło wszystko diametralnie - każdy poszedł w swoją stronę. Żeby się spotkać z kimś to ja (a nie kto inny) musiałam przejechać mnóstwo kilometrów. Prawie nikomu się nie chciało. Najlepszym przyjaciołom nie przeszkadzała odległość.
I tak horyzonty zostały poszerzone o Warszawę.
Jednak Wrocław, oprócz tego cudownego czasu festiwali filmowych i krótkich ale bardzo treściwych spotkań przestał być moim podwórkiem. Widzę go teraz jak nowe, zupełnie inne miasto nałożone kalką na nostalgiczne zdjęcia sprzed kilku lat. Wiem, że już na stałe nie wrócę.
Warszawa jest trudnym podwórkiem. Robiąc kolejne kilometry w korkach, wściekając się na kierowców/rowerzystów/roboty drogowe/protesty/wypadki/autobusy/spalone mosty zaczęło mnie to bawić i nawet podobać. Ludzie są różni. Szukanie pracy to niewdzięczne zajęcie ale dzięki temu poznaję miasto.
Moje podwórko to teraz Polska,
Moje 20 000 km podróży to przez te dwa lata minimum 200 godzin jazdy.
Popołudniu chcę wypić kawę nad morzem.
Nie mam co robić a dawno nie zwiedzałam.
Podobno najlepsze prawdziwki rosną na Podlasiu.
Gdzieś tam zaczęła się historia mojej rodziny.
Lubię jeździć samochodem.
Lubię jak klimatyzacja wypala mi gardło.
Lubię zabierać ludzi na stopa.
Lubię spotkać dawno nie widzianą ważną dla mnie osobę, chociażbyśmy mieli mieć dla siebie tylko chwilę.
Lubię mój kraj.
Narzekać każdy potrafi, ale odnaleźć piękno czy coś dobrego nie jest tak łatwo.
Mamy najpiękniejsze niebo na świecie.
I trochę zdjęć zza szyby...
czwartek, 18 czerwca 2015
OWF w pigułce podsumowanie najbardziej znienawidzonego festiwalu na FB - plusy i minusy
Czas najwyższy opisać OWF
Moje rozwinięcie skrótu?
Olej Wielkie Festiwale
OWF się zmniejszył, może to przez mniejsze fundusze mniejszych graczy, może to przez zapraszanie mniej popularnych artystów...
Ale przepraszam bardzo, po pierwsze był bardzo dobry skład reprezentantów muzyki, kiedyś popularnej obecnie zepchniętej do garaży - czyli rocka.
Po drugie formuła na siłę masowej imprezy i samych gwiazd jest już lekko oklepana.
Po trzecie: jeśli się skład nie podoba to się nie jedzie a nie obrabia jak to słaby skład, bo by się pojechało, a się nie jedzie.
MINUSY
Ponieważ jednak dla mnie był to festiwalowy sukces to te kilka słabych rzeczy opiszę teraz:
1. Akcja z cenami biletów. Przebolałam, ale następnym razem porządnie się zastanowię, czy warto w ogóle kupować jakiekolwiek earlybird
2. Akcja z, podejrzewam, nadmierna ilością biletów na ostatni dzień. Koszmarne były godzinne kolejki wszędzie i niemniej koszmarny upał, kiedy jedynym ratunkiem stała się nędzna pianka frapee w barbarzyńskiej cenie. I to, że ludzie brali po 6 piw "na potem" żeby czekać pod scena na zespół i pić jedno po drugim.
3. Koszmarne było też to, że mimo to, że ludzie mieli karnety, w końcu kupowali je tylko dlatego, żeby iść na Muse, nie chodzi tutaj mi już o organizatorów i ceny biletów, ale o fakt, że po co ODKRYWAĆ muzykę skoro można iść na popularnego pewniaka?
Festiwale nie są po to, żeby się lansować, słuchać muzyki którą zakatowaliśmy, ale też sprawdzać, jakie nowości pojawiły się w muzyce, jakie są trendy, czego się słucha. Co mają inni do przekazania.
Tu mi było szkoda doskonale przygotowanych zespołów o światowej sławie, gdzie pod sceną nie było tłumów. Powie się "taki mamy klimat" niestety to usprawiedliwianie rzeczywistości, do której zaczyna nam być niebezpiecznie blisko, nikomu nic się nie chce, a każdy chodzi wydeptaną lub modną ścieżką.
PLUSY
1. Organizacja: wszyscy ale to naprawdę WSZYSCY byli niesamowicie mili - zarówno obsługa jak i wolontariusze.
2. Można było wygrać płyty, gratisy, pobawić się
3. Można było trafić na część ulubionego zespołu piwkującego pod daszkiem. Artyści po koncertach wychodzili do ludzi pod główna scenę i naprawdę, było zabawnie :) (zwłaszcza pierwszy i drugi dzień).
4. Małe kolejki - dużo fajnych rzeczy można było odkryć, sprawdzić, poleżeć na leżakach - przenieść pufę z jednego końca festiwalu na drugi. I co w tym dziwnego że po drugim dniu mówiliśmy ze to off? Skojarzenie nieprzypadkowe
5. Można było z jedzeniem/piciem przyjść pod samą scenę - superaśnie!
6. Dzięki akcji "czyścicielskiej" można bylo w niespełna 10 minut uzbierac wymaganą pulę kubków.
7. Nagłośnienie! Cudownie poprawione, tylko w niektórych przypadkach (Bastille) miałabym małe uwagi, ale tak to przecudownie! FKA Twigs wijąca się - cudo.
8. Namiot - genialne posunięcie na ten upał, przewiewnie i przyjemnie można było poleżeć w cieniu a nie tylko prażyć się na słońcu lub moknąć w piątkowej ulewie.
9. Ulewa - nic się nie zawaliło, co prawda padał,a raczej wirował, deszcz a powietrze było tak naelektryzowane, że iskry przeskakiwały po rusztowaniach, niemniej jednak klimat był.
10. Muzyka!
MUZYKA:
Muse - dali PEWNIACKI koncert - było doskonale, chyba rozmachem przebiło mi ich koncert Coke.
Bastille - nieco słabiej niż w ubiegłym roku na Openerze, może gorsza forma, ale i tak doskonale porwali wszystkich.
FKA Twigs - jak ona się rusza! Jej wygibasy (spróbujcie się tak ruszać i nie dostać zadyszki) nie miały praktycznie wpływu na jakość śpiewu. Piękna kobieta. Cieszę sie że miałam okazję zobaczyć jej koncert.
Paloma Faith - zmiksowanie białej kobiety o czarnym głosie z naleciałościami gospel i muzyki w stylu lat 60 - coś pięknego! Układy taneczne, jej uśmiech no i cudowny kontakt z nami, człowiek momentalnie się uśmiechał oglądając i słuchając koncertu.
Chemical Brother(s)- wizualizacje, lasery, pomrukująca burza, błoto, woda wszędzie i to, że tak bardzo nie przejmowałam się zimnem i tym, że moja energia jest na wykończeniu. Taki power! i ROBOTY!!
Mark Ronson - totalny set DJ. Wiedział co zagrać, żeby wszyscy się bawili zamiast iść spać po ostatnim koncercie w namiocie. Jeszcze zmęczeni wybraliśmy się na odpoczynek na...
Baasch -bardzo pozytywne odkrycie, właściwie w stylu ostatnich głębokich męskich głosów których bez przerwy słucham
Metronomy - po bojach zimowych, żeby tylko trafić na ich koncert w końcu się udało i czułam dużą satysfakcję, koncert super!
Zarówno Papa Roach jak i Three Days Grace dali radę, jednak było dla mnie to już bardziej jak sentymentalna podróż do czasów, kiedy wykrzykiwałam emocje i pogowałam. Dali radę i namiot szalał całkowicie. Zwłaszcza na nowych kawałkach PR - mimo że lepiej znałam starsze.
Big Sean - meh, meh - facet za bardzo nie wiedział o czym gadać do nas, także uraczeni zostaliśmy wzruszajacymi historiami o Detroit i Babci B.S. - rapował bardzo dobrze ale na tle innych raperów niczym się nie wyróżnia. Dla mnie poprawny koncert.
Benjamin Clementine - tak, ale jego koncert powinien być raczej pod gwiazdami, bardzo przyjemnie gra i jeszcze lepiej śpiewa.
Noel -eeee nie bleh nic nie kojarzę
Crystal Fighters - bez szału, byłam na czymś innym
Polskich pewniaków : Meli, Nosowskiej solo jak i z Hey nie muszę opisywać,chociaż Mela zagrała według mnie lepiej niż na Spring Break w Poznaniu.
Cosovel - jak ja ich uwielbiam, z każdym koncertem są coraz bardziej zaskakujący i cieszę się tym rozwojem.
i największa porażka : Incubus - chciałam mieć plakat zespołu nad łóżkiem ale los chciał inaczej. Styl zespołu poprawny tylko wskazuje to, jak bardzo oddaliłam się od rockowej muzyki w tym klimacie i jak teraz trudno jest znaleźć pomysł na kontynuowanie kariery. Nie był to dla mnie porywający koncert. Jak wszystkie, ostatniego dnia zebrał tłumy widzów. Nowe piosenki nie powtórzą już sukcesu Megalomaniaca.
Seria zdjęć? proszę bardzo:
Moje rozwinięcie skrótu?
Olej Wielkie Festiwale
OWF się zmniejszył, może to przez mniejsze fundusze mniejszych graczy, może to przez zapraszanie mniej popularnych artystów...
Ale przepraszam bardzo, po pierwsze był bardzo dobry skład reprezentantów muzyki, kiedyś popularnej obecnie zepchniętej do garaży - czyli rocka.
Po drugie formuła na siłę masowej imprezy i samych gwiazd jest już lekko oklepana.
Po trzecie: jeśli się skład nie podoba to się nie jedzie a nie obrabia jak to słaby skład, bo by się pojechało, a się nie jedzie.
MINUSY
Ponieważ jednak dla mnie był to festiwalowy sukces to te kilka słabych rzeczy opiszę teraz:
1. Akcja z cenami biletów. Przebolałam, ale następnym razem porządnie się zastanowię, czy warto w ogóle kupować jakiekolwiek earlybird
2. Akcja z, podejrzewam, nadmierna ilością biletów na ostatni dzień. Koszmarne były godzinne kolejki wszędzie i niemniej koszmarny upał, kiedy jedynym ratunkiem stała się nędzna pianka frapee w barbarzyńskiej cenie. I to, że ludzie brali po 6 piw "na potem" żeby czekać pod scena na zespół i pić jedno po drugim.
3. Koszmarne było też to, że mimo to, że ludzie mieli karnety, w końcu kupowali je tylko dlatego, żeby iść na Muse, nie chodzi tutaj mi już o organizatorów i ceny biletów, ale o fakt, że po co ODKRYWAĆ muzykę skoro można iść na popularnego pewniaka?
Festiwale nie są po to, żeby się lansować, słuchać muzyki którą zakatowaliśmy, ale też sprawdzać, jakie nowości pojawiły się w muzyce, jakie są trendy, czego się słucha. Co mają inni do przekazania.
Tu mi było szkoda doskonale przygotowanych zespołów o światowej sławie, gdzie pod sceną nie było tłumów. Powie się "taki mamy klimat" niestety to usprawiedliwianie rzeczywistości, do której zaczyna nam być niebezpiecznie blisko, nikomu nic się nie chce, a każdy chodzi wydeptaną lub modną ścieżką.
PLUSY
1. Organizacja: wszyscy ale to naprawdę WSZYSCY byli niesamowicie mili - zarówno obsługa jak i wolontariusze.
2. Można było wygrać płyty, gratisy, pobawić się
3. Można było trafić na część ulubionego zespołu piwkującego pod daszkiem. Artyści po koncertach wychodzili do ludzi pod główna scenę i naprawdę, było zabawnie :) (zwłaszcza pierwszy i drugi dzień).
4. Małe kolejki - dużo fajnych rzeczy można było odkryć, sprawdzić, poleżeć na leżakach - przenieść pufę z jednego końca festiwalu na drugi. I co w tym dziwnego że po drugim dniu mówiliśmy ze to off? Skojarzenie nieprzypadkowe
5. Można było z jedzeniem/piciem przyjść pod samą scenę - superaśnie!
6. Dzięki akcji "czyścicielskiej" można bylo w niespełna 10 minut uzbierac wymaganą pulę kubków.
7. Nagłośnienie! Cudownie poprawione, tylko w niektórych przypadkach (Bastille) miałabym małe uwagi, ale tak to przecudownie! FKA Twigs wijąca się - cudo.
8. Namiot - genialne posunięcie na ten upał, przewiewnie i przyjemnie można było poleżeć w cieniu a nie tylko prażyć się na słońcu lub moknąć w piątkowej ulewie.
9. Ulewa - nic się nie zawaliło, co prawda padał,a raczej wirował, deszcz a powietrze było tak naelektryzowane, że iskry przeskakiwały po rusztowaniach, niemniej jednak klimat był.
10. Muzyka!
MUZYKA:
Muse - dali PEWNIACKI koncert - było doskonale, chyba rozmachem przebiło mi ich koncert Coke.
Bastille - nieco słabiej niż w ubiegłym roku na Openerze, może gorsza forma, ale i tak doskonale porwali wszystkich.
FKA Twigs - jak ona się rusza! Jej wygibasy (spróbujcie się tak ruszać i nie dostać zadyszki) nie miały praktycznie wpływu na jakość śpiewu. Piękna kobieta. Cieszę sie że miałam okazję zobaczyć jej koncert.
Paloma Faith - zmiksowanie białej kobiety o czarnym głosie z naleciałościami gospel i muzyki w stylu lat 60 - coś pięknego! Układy taneczne, jej uśmiech no i cudowny kontakt z nami, człowiek momentalnie się uśmiechał oglądając i słuchając koncertu.
Chemical Brother(s)- wizualizacje, lasery, pomrukująca burza, błoto, woda wszędzie i to, że tak bardzo nie przejmowałam się zimnem i tym, że moja energia jest na wykończeniu. Taki power! i ROBOTY!!
Mark Ronson - totalny set DJ. Wiedział co zagrać, żeby wszyscy się bawili zamiast iść spać po ostatnim koncercie w namiocie. Jeszcze zmęczeni wybraliśmy się na odpoczynek na...
Baasch -bardzo pozytywne odkrycie, właściwie w stylu ostatnich głębokich męskich głosów których bez przerwy słucham
Metronomy - po bojach zimowych, żeby tylko trafić na ich koncert w końcu się udało i czułam dużą satysfakcję, koncert super!
Zarówno Papa Roach jak i Three Days Grace dali radę, jednak było dla mnie to już bardziej jak sentymentalna podróż do czasów, kiedy wykrzykiwałam emocje i pogowałam. Dali radę i namiot szalał całkowicie. Zwłaszcza na nowych kawałkach PR - mimo że lepiej znałam starsze.
Big Sean - meh, meh - facet za bardzo nie wiedział o czym gadać do nas, także uraczeni zostaliśmy wzruszajacymi historiami o Detroit i Babci B.S. - rapował bardzo dobrze ale na tle innych raperów niczym się nie wyróżnia. Dla mnie poprawny koncert.
Benjamin Clementine - tak, ale jego koncert powinien być raczej pod gwiazdami, bardzo przyjemnie gra i jeszcze lepiej śpiewa.
Noel -eeee nie bleh nic nie kojarzę
Crystal Fighters - bez szału, byłam na czymś innym
Polskich pewniaków : Meli, Nosowskiej solo jak i z Hey nie muszę opisywać,chociaż Mela zagrała według mnie lepiej niż na Spring Break w Poznaniu.
Cosovel - jak ja ich uwielbiam, z każdym koncertem są coraz bardziej zaskakujący i cieszę się tym rozwojem.
i największa porażka : Incubus - chciałam mieć plakat zespołu nad łóżkiem ale los chciał inaczej. Styl zespołu poprawny tylko wskazuje to, jak bardzo oddaliłam się od rockowej muzyki w tym klimacie i jak teraz trudno jest znaleźć pomysł na kontynuowanie kariery. Nie był to dla mnie porywający koncert. Jak wszystkie, ostatniego dnia zebrał tłumy widzów. Nowe piosenki nie powtórzą już sukcesu Megalomaniaca.
Seria zdjęć? proszę bardzo:
![]() |
| Brak tłumów przez pierwsze dwa dni był super wygodny |
| Chemicals Brothers with robots |
| Chemical Brother(s) |
![]() |
| Paloma Faith |
| Jedyne fajne zdjęcie FKA |
| Baasch |
| Jakie Metronomy zebrali tłumy! |
| Incubus zebrali tłumy |
| A Muse nie dość, że zebrali tłumy to zrobili bałagan |
| Muse |
| Muse |
![]() |
| Muse -balony! |
| Muse Bałagan! |
niedziela, 7 czerwca 2015
Ostatnio jest zakręcenie z poplątaniem i do tego ciepło co skutecznie odgania mnie od komputera w stronę ciekawszych zajęć, w tym grillowania, siedzenia na plaży nad Wisłą i jeżdżenia na rowerze.
I o tym ostatnim będzie.
Nie jestem typowym warszawskim rowerzystą. Ba! Nawet nie mam odpowiednich spodenek czy innego ubioru a dopiero dzisiaj zamontowałam taką nowinkę techniczną jak licznik.
Od dzieciństwa natomiast byłam otoczona polami i lasami a i teraz najbliższa mi okolica to rzadko uczęszczany las na skraju poligonu wojskowego. Podlega pod Warszawski Obszar Chronionego Krajobrazu na równi między innymi z Puszczą Kampinoską oraz dopływami Wisły.
Tereny te łączą wybitne bagna z typowym obszarem wydmowo-pustynnym i lasem iglastym i mieszanym.
![]() |
| Mapka - ładnie nie? |
Ścieżki nie należą do najłatwiejszych, jedzie się albo po piachu albo kamieniach, momentami jest to fajna droga polna ale rzadko.
Jadąc dzisiaj obmyśliłam, jakie mogą być podstawowe rady dla mieszczucha który postanawia wybrać się w las a jest typowym miejskim rowerzystą. Na pewno jest to większy wysiłek niż przy pokonywaniu asfaltowych czy kostkowych tras. Konieczny jest zapas wody i dobra wszelakiego sklepów nie ma. No i podstawowy czyli jaki kto ma rynsztunek cyklisty - ważne żeby to nie były żadne sandałki!
Ale ale..wjeżdzamy do typowego, podwarszawskiego lasu: podmokło/sucho, łąka/las.
Zasady są proste jak w przypadku każdego lasu:
1. Żadnego ognia - niedopałek to tez ogień.
2. Żadnego śmiecenia
3. Minimum hałasu (pozdrawiam bucoquadowców z dzisiaj dla których droga na 2,5 m. to było za mało żeby przejechać i musiałam zjechać na bok)
A ponadto warto zaopatrzyć się w dwie rzeczy: coś na komary i meszki (komarów póki co nie stwierdzono, ale to drugie szaleje) i krem do opalania.
Do takich rad dodam jeszcze kilka:
![]() |
| Bagno z narcyzami - jak rzadko zielone |
1. Nie wchodzimy zrywać kwiatków na podmokły teren, narcyzy teraz kwitną..ale lepiej nie, każda kępka może być zdradliwie pływającą rozrośniętą kłodą. Aligatorów nie stwierdzono
2. W takie upały lepiej nie schodzić ze ścieżki. Węże właściwie są wszędzie,a ma się malutko czasu na odróżnienie jadowitej żmii od pospolitego zaskrońca. Lepiej żeby było to drugie. Oprócz węży są też salamandry, jaszczurki i pospolite gryzonie.
![]() |
| No i uwaga! |
3. Czytamy leśne znaki - jeżeli gdzieś jest napisane "poligon wojskowy nie wchodzić" i "nie zbierać runa leśnego nie polować i nie łowić ryb" to przestrzegać. Moje ubiegłoroczne zbieranie grzybów skończyło się znalezieniem niewybuchów, mimo że teren był nieoznaczony jako poligonowy. I wojna światowa miała swoje bomby a tamta okolica była jeszcze do tego świadkiem "Cudu nad Wisłą" w 1920 r. Poligon działam w większym zakresie również po II wojnie (rozszerzony tak przez radzieckie władze,żeby cmentarz żołnierzy poległych w 1920 był zgarnięty i nie można było by się nim zajmować). Potem na szczęscie tereny zostały zmniejszone (ale czy rozminowane?:P). Śmiejemy się czasem, ze te huki na poligonie to nie ćwiczenia a sarenka która nauczyła się latać (albo dzik)
4. Wchodząc do lasu koniecznie ale to koniecznie PATRZYMY POD NOGI - to te węże ale też jakieś osuwisko/mrowisko/kretowisko lub zwyczajne sarnie bobki. Bleh.
5. Jeżeli chcemy coś zbierać to na 100% trzeba wiedzieć, że to jadalne. Na przypuszczenia jest system zerojedynkowy.
6. Uwaga na ścinki drzewa, jeżeli leżą ułożone stosy kłód nie dość, że możemy zostać posklejani trudną do usunięcia żywicą, to jeszcze lubią tam gniazdować żmije i osy.
![]() |
| Te wszystkie drzewa są zeschnięte. Tak to już jest w przyrodzie. |
I cieszmy się lasem!
Co prawda nie widziałam dziś węży ani KOMARÓW(NIC!) ale za to; pliszkę, jaszczurkę, narcyzy na bagnach i jeszcze jakąś inną roślinkę kwitnącą. Mnóstwo czarnego bzu (dobry na przeziębienia) i kwitnące akacje.
Słyszałam kukułki.
I było tak kosmicznie gorąco.
niedziela, 17 maja 2015
Ciemne chmury ....
Ostatnie dwa tygodnie to była lekka masakra.
1. Na szybko szyłam pierwszą w życiu spódnicę z tiulu. Falbany doprowadzały mnie do szału przeżyłam chyba wszystkie możliwe "wypadki":
- złamaną igłę maszyny
- niezliczoną ilość razy urwaną nitkę
- źle napiętą nitkę
- złamaną stopkę i do tego wymianę stopki
- przyszpilkowanie się
- przyszycie się.
Efekt prawie końcowy już jest. a swoją prapremierę miał na wernisażu Epok Warszawy (dzięki!).
2. Testowałam kolejną wersję This War of Mine. Jeżeli wyjdzie, to rozgrywka będzie jeszcze ciekawsza, fajnie brać udział w takich rzeczach
3. Miałam różnego rodzaju rozmowy kwalifikacyjne i nie, nawysyłałam się CV jak zwykle.
4. Udzielam się marketingowo nad nowym projektem eventowym z Wrocławia (też będę dawać znać).
5. Powkurzałam się na OWF że tak słabo...potem to przemyślałam.
I właśnie o tym ostatnim będzie. Chyba w tym roku ostatni raz wybieram się na komercyjny festiwal.
W ubiegłym najlepsze wrażenia były na koncertach mniej popularnych festiwali. w tym również (Spring Break). Dlatego chyba będę iść tym torem. Dotarliśmy do średnich cenowych europejskich..ale.. zrobiło się już dość ciasno na mapie festiwalowej i niestety jak widać, fundusze nie pozwalają już tak bardzo na zapraszanie gwiazd wielkiego formatu, tym bardziej co roku.
Rosną też wymagania odbiorców. Nie wiem o czym oni marzą, ale ja zawsze przeliczałam na koncert: jeżeli chce się wybrać jeden zespół i mieć go na wyłączność przez półtorej do dwóch godzin to trzeba iść na KONCERT. Festiwale nie ułatwiają odbioru muzyki a jedynie stwarzają możliwości do odkrycia nowych zespołów i innych typów. Zawsze koncertowo słabszy jest występ festiwalowy.
Zespół się spieszy że nie wyrobi w czasie przed kolejnym.
Mogą być niedociągnięcia i wypadki losowe.
Koncerty kosztują średnio od 150 do 300 zł za indywidualny bilet na płytę. Dlatego wieszanie psów na OWF za słaby line up za 470 zeta... no proszę. Jednak fakt, że irytujące jest robienie promocji pod koniec sprzedaży biletów. totalnie nie fair i psuje to markę.
Ja to liczę tak(zawsze na podstawie grup które chcę zobaczyć):
MUSE - koszt najtańszego biletu na płytę byłby około 220 - 250 zeta
Bastille - też około 150 zeta bilet.
FKA Twigs - która nagle wypłynęłą i koniecznie ją chcę zobaczyć - podejrzewam ze 100 zeta minimum.
Łapiecie?
Metronomy - w lutym byłam w stanie wydać 50 zeta - no to niech będzie te 50 zeta.
Paloma Faith - hmm też chyba około 100 zł
I w tym momencie przy kalkulacji wyszło, że mi się opłaca.
Dziękuję.
Nie wieszam psów ale.. mamy trudny rynek festiwalowy, dlatego co rusz jakiś festiwal jest zawieszany, bo kończą się pomysły.
Opener jest jałowy z tym połączeniem sztuki. Dla mnie to porażka całkowita, ale cóż. Może raz byłam coś obejrzeć a raz na Fashion Stage. Ale ponieważ morze obok - duży plus
Zarówno OWF jak i LMF były zawsze w podobnej formie, również Selector. Oprócz muzyki i imprezy nie dają dodatkowych atrakcji. Nie przywiązują do marki.
Woodstock przywiązuje wagę do marki i właściwie na stare lata rozważam w końcu wycieczkę w te rejony.
OFF to OFF - nie złapiemy w schemat, chociaż ile można zwiedzać Katowice ;)
Free Form Festival- mimo lekkiej porażki organizacyjnej wyszedł wspaniale.
Audioriver - grupa odbiorców zupełnie inna, plaża nad Wisłą w Płocku - bardzo duży plus.
Patrzymy na zachodnie festiwale tak bardzo, że nie zauważamy jaka to maszyna promocyjna, Jak wszyscy marzą o rozmachu Glastonbury - a to jest festiwal który działa od 1970 roku! (polecam dokument) albo o wolności Woodstock '69 - nie ma już tej możliwości.
Szukać nowej formy spotkań z muzyką. Jak Spring Break który faktycznie wyrasta na coś bardzo ciekawego i długotrwałego i mam nadzieje, że nie zostanie przeniesiony do innego miasta.
Koniec.
1. Na szybko szyłam pierwszą w życiu spódnicę z tiulu. Falbany doprowadzały mnie do szału przeżyłam chyba wszystkie możliwe "wypadki":
- złamaną igłę maszyny
- niezliczoną ilość razy urwaną nitkę
- źle napiętą nitkę
- złamaną stopkę i do tego wymianę stopki
- przyszpilkowanie się
- przyszycie się.
Efekt prawie końcowy już jest. a swoją prapremierę miał na wernisażu Epok Warszawy (dzięki!).
2. Testowałam kolejną wersję This War of Mine. Jeżeli wyjdzie, to rozgrywka będzie jeszcze ciekawsza, fajnie brać udział w takich rzeczach
3. Miałam różnego rodzaju rozmowy kwalifikacyjne i nie, nawysyłałam się CV jak zwykle.
4. Udzielam się marketingowo nad nowym projektem eventowym z Wrocławia (też będę dawać znać).
5. Powkurzałam się na OWF że tak słabo...potem to przemyślałam.
I właśnie o tym ostatnim będzie. Chyba w tym roku ostatni raz wybieram się na komercyjny festiwal.
W ubiegłym najlepsze wrażenia były na koncertach mniej popularnych festiwali. w tym również (Spring Break). Dlatego chyba będę iść tym torem. Dotarliśmy do średnich cenowych europejskich..ale.. zrobiło się już dość ciasno na mapie festiwalowej i niestety jak widać, fundusze nie pozwalają już tak bardzo na zapraszanie gwiazd wielkiego formatu, tym bardziej co roku.
Rosną też wymagania odbiorców. Nie wiem o czym oni marzą, ale ja zawsze przeliczałam na koncert: jeżeli chce się wybrać jeden zespół i mieć go na wyłączność przez półtorej do dwóch godzin to trzeba iść na KONCERT. Festiwale nie ułatwiają odbioru muzyki a jedynie stwarzają możliwości do odkrycia nowych zespołów i innych typów. Zawsze koncertowo słabszy jest występ festiwalowy.
Zespół się spieszy że nie wyrobi w czasie przed kolejnym.
Mogą być niedociągnięcia i wypadki losowe.
Koncerty kosztują średnio od 150 do 300 zł za indywidualny bilet na płytę. Dlatego wieszanie psów na OWF za słaby line up za 470 zeta... no proszę. Jednak fakt, że irytujące jest robienie promocji pod koniec sprzedaży biletów. totalnie nie fair i psuje to markę.
Ja to liczę tak(zawsze na podstawie grup które chcę zobaczyć):
MUSE - koszt najtańszego biletu na płytę byłby około 220 - 250 zeta
Bastille - też około 150 zeta bilet.
FKA Twigs - która nagle wypłynęłą i koniecznie ją chcę zobaczyć - podejrzewam ze 100 zeta minimum.
Łapiecie?
Metronomy - w lutym byłam w stanie wydać 50 zeta - no to niech będzie te 50 zeta.
Paloma Faith - hmm też chyba około 100 zł
I w tym momencie przy kalkulacji wyszło, że mi się opłaca.
Dziękuję.
Nie wieszam psów ale.. mamy trudny rynek festiwalowy, dlatego co rusz jakiś festiwal jest zawieszany, bo kończą się pomysły.
Opener jest jałowy z tym połączeniem sztuki. Dla mnie to porażka całkowita, ale cóż. Może raz byłam coś obejrzeć a raz na Fashion Stage. Ale ponieważ morze obok - duży plus
Zarówno OWF jak i LMF były zawsze w podobnej formie, również Selector. Oprócz muzyki i imprezy nie dają dodatkowych atrakcji. Nie przywiązują do marki.
Woodstock przywiązuje wagę do marki i właściwie na stare lata rozważam w końcu wycieczkę w te rejony.
OFF to OFF - nie złapiemy w schemat, chociaż ile można zwiedzać Katowice ;)
Free Form Festival- mimo lekkiej porażki organizacyjnej wyszedł wspaniale.
Audioriver - grupa odbiorców zupełnie inna, plaża nad Wisłą w Płocku - bardzo duży plus.
Patrzymy na zachodnie festiwale tak bardzo, że nie zauważamy jaka to maszyna promocyjna, Jak wszyscy marzą o rozmachu Glastonbury - a to jest festiwal który działa od 1970 roku! (polecam dokument) albo o wolności Woodstock '69 - nie ma już tej możliwości.
Szukać nowej formy spotkań z muzyką. Jak Spring Break który faktycznie wyrasta na coś bardzo ciekawego i długotrwałego i mam nadzieje, że nie zostanie przeniesiony do innego miasta.
Koniec.
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Na maratonie zwanym Spring Break
Minęły już ponad 24 godziny od mojego powrotu do domu pod Warszawę praktycznie pustą autostradą z Poznania (nie licząc kilku ciężarówek). Przed nieuchronną sennością obok kawy chroniła nas muzyka i poczucie dobrze spełnionego czasu i jeszcze lepszego Chilloutu.Poznań jako miasto dawał mi się poznać z różnych stron: śnieżna Malta i sylwestrowe centrum, jesienne spacery, nocne szalone wyprawy na jeden koncert.
Tym razem skorzystałam z wiosennej okazji jaką był Spring Break.
Z uwagi na naprawdę mnogość polskich (i nie tylko) zespołów słuchaliśmy ich kawałków w internecie a potem decydowaliśmy na co idziemy. Niekiedy było to pod wpływem chwili (bo koncert obok) a momentami nie dawaliśmy rady i odpuszczaliśmy. Odległości między klubami - niby niewielkie- powodowały że niekiedy udawało się trafić tylko na dwie ostatnie piosenki godzinnego koncertu (w przypadku Years &Years) a niekiedy na oklaski końcowe. Logistyka, przy realizowanym remoncie wiaduktu i ronda obok CK Zamek i trudne dla obcomiastowców odległości była utrudniona. To miał być w końcu Spring Break a nie wyścig. Co mnie niesamowicie zaskoczyło, to nagłośnienie - dawno nie miałam się do czego przyczepić w tej kwestii, było oprócz kilku niewielkich niedociągnięć, naprawdę dobrze.
Pisze same recenzje, bez opisów zespołów. Pod każdą odnośnik do ich stron oficjalnych.Miały być zdjęcia ale tak bardzo nie wyszły..
CZWARTEK:
Dojechaliśmy. Pierwsze godziny przyszło spędzić nam w dwóch przyjemnych klubach: Stare Kino - klub założony przez miłośników filmów, jak większość takich obiektów w Poznaniu- starym mieszkaniu. Pozostały sufitowe drewniane sztukaterie. ściany ozdobione plakatami i zdjęciami z kultowych filmów.
Mjut - bardzo sympatyczny zespół zebrał sporą widownię jak na wczesną godzinę (18:30), jeżeli ktoś lubi klimaty melodyjnego indie rocka którego u nas przedstawicielami są Myslovitz czy też KDZKPW. Gitarowo, czysto. Dla mnie nie jest to odkrycie w jakiś sposób muzyczne, ale na rozgrzewkę - bardzo dobre!
Tuż obok Starego Kina jest drugie miejsce. Pod Minogą Te poplątania - że wchodzi się głównym wejściem a potem schodami do oficyny i na piętro. To jest tak niesamowicie klimatyczne. Trafiliśmy lekko spóźnieni. Ale było warto.
Mokrofon - nie wiem czemu, ale drobne filigranowe dziewczyny z reguły nadrabiają głosem. Kwestia chyba stania w odpowiedniej kolejce. Zainteresowałam się przez brzmienie grupy odwołujące się do początków O.N.A. i czystego, surowego rocka. Tłumów nie było, a powinny. Chociaż to prawda że od kilku lat rock jest w odwrocie na rzecz elektroniki (jest łatwiejsza i w wykonaniu i w odbiorze). Bardzo dobrze grali i chętnie będę obserwować ich rozwój.
Tu nadchodzi kwestia wyborów, ponieważ strasznie chciałam iść na Latające Pięści a jednocześnie też strasznie chciałam iść na Oliviera Heima.Ta...
.
Jestem totalnie zachwycona lumperpunkiem
Latające Pięści - chyba jedyny jak na razie przedstawiciel tego gatunku. schludne ubrane w garniaki chłopaki śpiewające soczyste piosenki. Meat me on the love parade wsiąknęło i przykleiło mi się do mojego prawie wegańskiego mózgu.
po 15 minutach wrzącego punku i 9 minutowym marszu Olivier Heim był niczym chłodna woda kojąca nadwyrężone rockiem uszy. Usiadłam w fotelu w Scenie na Piętrze i chillowałam. Ludzi było naprawdę sporo a koncert został przyjęty również bardzo dobrze. Wydawało mi się lekko monotonnie jednak bardzo przyjemnie.
Popędziłam, korzystając z luksusu tramwaju, do Centrum Festiwalowego - Zamku Cesarskiego.
Tam też występował, przy dość szczelnie wypełnionej ludźmi sali - Król. Głęboko męski głos, ciekawe aranżacje i przede wszystkim nowe kawałki. Tak! Towarzystwo zachwycone ja mniej, bo oddechu złapać nie mogłam a tu kolejne bujania. Wybujałam się zatem.
Kolejny melodyjny głęboki czy można powiedzieć "alternatywny"? nie, prędzej folkowy klimat Skubasa. Gdzie odrobina polskiego smęcenia (w tym jesteśmy dobrzy w muzyce) przeplatała się z typowo amerykańskimi zagraniami w stylu Mumford and Sons. Nie jestem jego fanką i mimo bardzo ciepłej atmosfery koncertu nie zrobiło to tak dużego wrażenia. Może to to zmęczenie? W końcu to był już tego dnia szósty koncert.
Ponieważ kolejna była MIN t , i to daleko mimo biegu nie udało nam się niestety zdążyć. Pogubiliśmy się podczas poszukiwań słabo oznaczonego klubu Oczy(na mapce ale i też nie było widać od ulicy...), do tego, sądząc po zadowoleniu i oklaskach po ostatnim utworze- wiele straciliśmy. Drobna osoba za konsolą, totalna elektronika z wizualizacjami! Wybraliśmy zatem Zakręt a potem jednak żałowałam, że nie poszłam na moich festiwalowych pewniaków czyli Cosovel. :( (pozdrawiam z miejsca i obiecuję że nadrobię!)
Byliśmy strasznie zmęczeni. SPAĆ!
PIĄTEK
Po całym dniu chillowania na Malcie (kolejne miejsce poznańskie warte odwiedzenia) znowu rozpoczęliśmy koncertowanie od Starego Kina. Sprzyjała pogoda lenieniu się i zwiedzaniu więc dopiero o 19.30 wylądowaliśmy na...
Rusty Cage - Rockowo, ale w klimacie amerykańskiego rocka z festiwalowej półki a'la Imagine Dragons itp. wokalnie bardzo dobrze, chociaż wzięcie na warsztat piosenki Muse "Psycho" wyższa szkoła jazdy, podziwiam że się udało. Rockują dobrze, ale czy wprowadza coś nowego? Ciężko w tym temacie cokolwiek powiedzieć.
Ps. Nastawiałam się bardzo na Natalię Nykiel, ale jak zinterpretowała piosenkę Bat for Lashes bardzo szybko wykreślona została z lineupu.
Szybka przebieżka bliżej rynku czyli do Dragona na Rycerzyki - muzyka poduszkowa - kołysankowa nie zachwyciła mną jak mogłabym się spodziewać ale była wystarczająco urocza żebym chciała się zatrzymać na chwilę. I znowu pokiwać nóżka w takt muzyki.
poszliśmy jeść (strasznie dużo i dobrze tam jadłam ale to był fragment ogólnego chillu) przegapiliśmy jeden zespół. E tam. w końcu wakacje.
Spóźniliśmy się na Ten Typ Mes +live band
NO NIE! Jak nie słucham tego gatunku (hip hop), to i tłumy i mój zachwyt były chyba podobne. Wybawiłam się nieziemsko, wyskakałam, wyśmiałam i w ogóle. Coś w tym jest, że na koncerty hiphopowe chodzić mogę ale już słuchać w radio czy na odtwarzaczu średnio. Pewnie chodzi tu o charyzmę. Na wyidealizowanej wersji płytowej nie czuć charyzmy.
Także całkowicie wycieńczeni padliśmy w piąteczek.
Mieliśmy dotrzeć jeszcze do Good Time Radio na We Draw A - ale były tłumy. Nie udało się wbić.
Także wieczór zakończył się pochłanianiem piwa na Rynku i totalnie zaskakującym zbiegiem okoliczności (pozdrawiam z miejsca jak piszę!). Nie udało mi się przebrać za lisa.
SOBOTA
Dzień ostateczny.
Warunki skutecznego powrotu do domu z KAŻDEGO festiwalu: 1. trzeźwość 2. nie przesadzić z szaleństwem 3. Ostatni koncert przed północą.
wszystkie zostały spełnione aby o 4 rano smacznie spać we własnym łóżku.
Zagi - w ogrodzie różanym. Po obejrzanym video na yt spodziewałam się elektryzującej dawki szaleństwa w neonowych kolorach. Było... plumkająco, delikatnie, bez zadziorów, dziewczęco. Zachowawczo. Nuda.
Daniel Spaleniak - ten to ma głos! Opowiadałam o charyzmie? Też ma. Forma "półgodzinna" jednak widocznie stresowała wszystkich muzyków. Zdążą? Wyrobią się? Koncert w Blue Note przyjemny i na pewno pójdę jeszcze raz na pełnowymiarowy występ bez presji czasu. Zwłaszcza że nie doczekaliśmy, jak wiele innych do końca (szkoda).
Kiedy jakieś 90% ludzi pędziło pod scenę na Years &Years zgodnie (po oczywiście wcześniejszym odsłuchaniu) poszliśmy(spacer zajął 10 minut) na koncert Milky Wishlake.
Jak się rozpoczął było kilkanaście osób, potem jednak niewielki klub się zapełnił i wyszło z tego coś naprawdę fajnego i bujającego. Grają jeszcze w tym roku na Openerze. Jak trafię, to zobaczę. Jak nie trafię to będą na pewno inne wydarzenia i też zobaczę. Warto, Elektroniczny pop? Oklepane, bliżej ambientu. Bardzo dobre jednak, brzmi bardzo przemyślanie. Poza tym, fajnie znaleźć się poza mainstreamem.
Zdążyliśmy na 2,5 piosenki(!) Years&Years (resztę nadrobiliśmy w drodze powrotnej). Wiedziałam że tak będzie. Doskonały kontakt z publicznością, motyw naszej flagi i podejrzewam, że będą hitem na Openerze. Doskonała muzyka taneczna do klubów. aż dziw że tak rzadko słyszana. Lub też nie do tych miejsc już chodzę..a przepraszam, graja lata 80 jakby później disco nie istniało.
Mela Koteluk - nie wiem, ale miałam wrażenie, że jest zmęczona, poza tym bardziej podobał mi się jej koncert kiedyś tam... dawno, jeszcze przy pierwszej płycie. Ludzie nie zawiedli, najbardziej znane utwory też były. Bardzo ładna gra świateł, wszystko bez zarzutu, uroczo.
![]() |
| Jedyne zdjęcie do którego nie mogę się przyczepić tak bardzo... |
Ostatnim przystankiem na festiwalowej mapie była Jazzpospolita w Blue Note. O tak! Bardzo elektryzujący występ kwartetu(czy można tak powiedzieć w przypadku muzyki rozrywkowej?) - ludzi znających się na graniu. Żywe kawałki przeplatały się z wolniejszymi. Aż przypomniały mi się pierwsze doświadczenia z koncertami tego typu we wrocławskim klubie Rura. (długo zamkniętym)
Skoro doczytaliście do końca:
3 dni
16 zespołów na scenie i poza sceną (tak! można potem było natknąć się na nich w klubach)
trochę znanych twarzy w tłumie
lekka chrypka
totalne zmęczenie
i uczucie całkowitego wypełnienia chilloutem tej przerwy wiosennej.
BYŁO WARTO, BĘDĘ ZA ROK PRZY SPRZYJAJĄCYCH WIATRACH
niedziela, 8 lutego 2015
I mamy śnieg a z nim głodomorów.
Pierwszym efektem długo leżącego śniegu było to, że ptaki rozszarpały resztkę zapomnianych owoców na drzewach a nawet dorwały więcej. Czyli zaczął się typowy zimowy głód.
Dlatego zaatakowałam najbliższy sklep ogrodniczy i kupiłam trochę karmy dla ptaków (2 kg kosztuje ok. 8 zł). no i dokarmiam.
Zlatują się głównie sójki, sikorki bogatki i wróble nasze tradycyjne (i chronione!) widuje też sierpówki.
Zniknęła gdzieś wiewiórka.
Jutro zrobię wycieczkę po słoninę dla sikorek i zawieszę.
Trzy garście karmy znikają w przeciągu dwóch godzin.
Na co warto zwracać uwagę przy dokarmianiu? Z moich doświadczeń wynika że:
1. Kupować niesolone nasiona, najlepiej właśnie w sklepach ogrodniczych (50 kg kosztuje jakies 70 zł..ale jeżeli nie obskakujemy całej okolicy ani nie mamy zwierząt domowych to lepiej nie, mole uwielbiają nasiona)
2. Bezwzględnie nie karmić surowym ryżem, no chyba ze chce się (podobno) zamordować trochę gołębi - ryż puchnie w żołądkach ptaków do tego je kalecząc.
3. Nie karmić bułkami i chlebem, jak sami wiemy, chleb jest coraz gorszy i pozbawiony składników odżywczych, rozepcha tylko żołądki.
4. Ja mam mnóstwo przejrzałych jabłek, jeżeli nie są spleśniałe idealnie się nadadzą, przejrzałe owoce (jabłka, gruszki itp) RODZIME dadzą się zjeść.
5. Miejsce - z dala od kotów. Ja mam podwyższenie do którego żaden kot nie powinien doskoczyć, ale zastanawiam się nad przeniesieniem karmika na balkon. mimo tego, że tam większy wiatr i jest mniejszy komfort. Ewentualnie parapet tez może być.
6. Wszędzie jest powtarzane, że jeżeli zaczęliśmy karmić ptaki, to musimy je dokarmiać do końca śniegów - dlatego akcja musi być przemyślana i nie doraźna.
7. Warto też osłonic miejsce karmienia przed dużymi ptakami jak gawrony czy gołębie. Ja za nimi nie przepadam.
8. Dla wiewiórek warto w zupełnie INNYM miejscu rozsypać nieco orzechów, również trochę owoców, one sobie lepiej radzą.
Oczywiście takim czymś nie oswoimy zwierząt, jednak wystarczy przejść się do Łazienek Królewskich żeby znaleźć półoswojone wiewiórki, wszędobylskie myszy, kaczki i ptactwo.
Pewnie wybiorę się na spacer, jak pogoda pozwoli, żeby dokarmić kaczki nad rzeką.
We Wrocławiu karmienie wróbli skończyło się dla mnie kiedyś ptakiem na każdym palcu wydziobującym ziarno z zagłębienia ręki. Ot taka miejska magia, której do dzisiaj nie udało mi się powtórzyć.
Efekty?
W lecie mam nadzieję, że ptaki zeżrą pasożyty, ślimaki i inne paskudztwa.
wtorek, 13 stycznia 2015
Ku pamięci...
Panował półmrok, za oknem leniwie przesuwały się ciężkie chmury wypełnione po brzegi płatkami śniegu.
Czuć było mróz w powietrzu a lekki wiatr zwiastował opady śniegu. Wstałam rano a krajobraz był pokryty kilkucentymetrową warstwą białego puchu. Było to jednak zdradliwe wrażenie, bo pod pierzynką skrywał się twardy lód. Długotrwałe mrozy zmroziły zarówno stawy jak i rzeczkę. Można było na niej przejść się do wsi obok.
Wypiłam poranną herbatkę, zjadłam kanapki. Miał być pracowity dzień.
Najpierw zawiesiłam nowy pokarm dla ptaków które zimą mają trudności w wygrzebaniu pożywienia spod lodu i śniegu. Potem rozsypałam trochę orzechów i połówek jabłek na parapecie - dosięgną tego większe ptaki i wiewiórki.
Świeży śnieg idealnie nadaje się do zimowego czyszczenia dywanów więc wzięłam jedyny dywan i kładąc włosiem do dołu wyczyściłam go z brudu pozostawiając kilka szarych kwadratów na białym śniegu.
Wyrzuciłam pościel do zmrożenia, -4 stopnie były idealne żeby wybić wszelkie roztocza, a będzie dobrze się spało na świeżej, wywietrzonej poduszce.
Zadzwoniłam do kilku znajomych, wzięliśmy sanki lub jabłuszka i poszliśmy na górkę, gdzie przez ponad godzinę zjeżdżaliśmy z szaleńczymi okrzykami. Rozwaliłam sanki. Chyba jestem już na nie za duża.
Szybko zjedliśmy obiad (w południe) i pojechałam z rodzicami na stawy, gdzie półmetrowa pokrywa lodu pozwalała na swobodne jeżdżenie na łyżwach.
Wzięliśmy ze sobą łopatę do odśnieżania - aby wyznaczyć sobie trasy, a także czekoladę - jakby przypadkiem zabrakło sił. Ponieważ wyszło słońce - lód zaczął strzelać i pojawiały się rysy z głuchym dudnieniem. Wrażenie było niesamowite.
Cisza, las, niekiedy przejeżdżające auto, świszczący wiatr i ten cichy zgrzyt, gdy pojawiała się kolejne pęknięcie tafli.
Trzeba było uważać i nie wpaść ostrzem łyżwy do takiej rozpadliny bo mogło to zaowocować skręceniem kostki.
Nie jeździło się nigdy wokół przerębli i ciemniejszego lodu - warstwa była cieńsza i mogła się załamać, a w ciemniejszych miejscach były źródełka. Mróz był przez ostatnie dwa tygodnie tak silny, że na śniegu widać było ślady zarówno zwierząt jak i quadów.
Wróciliśmy, zjedliśmy podwieczorek.
Wieczorem w świeżej pościeli położyłam się spać. Spałam dobrze, bo w zimie śpi się snem niedźwiedzim.
Muszę zapisywać takie wspomnienia. Z różnych lat.
Jak wyglądała zima.
Podobno jak się urodziłam, to dopiero po dwóch latach zobaczyłam pierwszy raz śnieg, więc nie panikuję.
Pierwsze wspomnienie ze śniegiem, to jak Tato ciągnął mnie na sankach po zamarzniętej rzece. Miałam może z 4 lata...
Ale... halo? 12 stopni? słońce? Bazie w styczniu?
Jest 13. dzień stycznia 2015 roku. Ciśnienie wysokie, niebo prawie bezchmurne, mocny wiatr, śnieg widziałam przedwczoraj jedynie w rowie w okolicach Lublińca.
Chcę pojeździć na sankach lub jabłuszku jak w tamtym roku w parku Praskim albo ze skarpy Zamkowej.
HALO
ZIMO!?
Ps. Jakby ktoś chciał porobić sobie takie ładne płatki śniegu, bo mu śniegu za mało to taką ciekawą stronę znalazłam : Snowflakes
poniedziałek, 5 stycznia 2015
Fantastyka prawdziwych mężczyzn?
Szkoda czasu.
Tak zdarza mi się kwitować coraz częściej powieści fantastyczne tworzone nie tylko przez rodzimych pisarzy.
Fantastyka, oprócz chlubnych wyjątków Ziemiomorza Ursuli Le Guin, Nancy Farmer i mniej chlubnych Trudi Canawan.zdominowana jest przez mężczyzn. Nie zaprzeczam.
Świat fantasy jest niczym surowe pogranicze starożytności i średniowiecza w połączeniu z elementami Deux ex machina czy magii. Świat patriarchalny, na pograniczu kraju/wojen. Targany bezprawiem lub ustalajacym się nowym prawem niczym Dziki Zachód.
W takich realiach istnieje niezwyciężony brutal, lub Zawadiaka-Ochlejmorda. Zawsze z żelaznymi zasadami, zawsze wyrobnik, nigdy szef. W toku historii ewentualnie może dostać awans, tytuł od usatysfakcjonowanego jego umiejętnościami wielmoży.
Zawsze posiada niewiarygodnie utalentowanych towarzyszy (rodzaju męskiego), sam może i jest przeciętny albo wyróżniać się jedną cechą,. Lubi wykorzystywać innych, często bardziej utalentowanych ale większych socjopatów niż on sam.
Nigdy nie jest starym człowiekiem, rzadko jest gołodupcem, średni wiek, określona szkoła i umiejętności.
Wie na czym świat stoi, jest cyniczny, o dziwo umie czytać i posiada wykształcenie nierzadko większe od szlachetnie urodzonych.
Jest ręką boga, władcy, sprawiedliwości.
Sprawiedliwość zaś dotyczy wszystkich, tylko nie kobiet.
Z przerażeniem zdarza mi się odłożyć książkę, gdzie bez sentymentów tzw "bohater" po wykorzystaniu kobiety (wychędożenie/zdobycie informacji lub udzielenie pomocy w celu nagrody- wychędożenia) zostawia ją na pastwę kolegów/obcych/kruków.
Zaczęło mnie zastanawiać dlaczego tak jest? W literaturze fantasy nie ma kobiet naturalnie silnych.
Nie ma takich, które pod nieobecność małżonka potrafią rządzić, które z braku takowego potrafią sobie radzić.
Bez faceta, jak w średniowieczu są czarownicami, przeklętymi, mają konszachty z diabłem. Potrafią zarabiać jedynie ciałem, przez łóżko do męża albo trując ludzi.
Mam wrażenie, że własnie na okresie wczesnego średniowiecza, gdzie silny był patriarchat umacniany przez muzułmanów ale też chrześcijan, kończy się znajomość realiów. Wszelkie informacje o kobietach są zamiatane pod fotel pisarza, są jak szary pył tłumów i tła. Niewiasty to nagroda, stateczność.
Mogłabym też zrozumieć, dlaczego w zachodniej literaturze jest to tak bardzo umocnione. Jednak w polskiej nie świadczy to dobrze o znajomości historii pozycji kobiet w naszym społeczeństwie, na którym podobno wzorują się pisarze.
A w Polsce była jedna z najlepszych można by powiedzieć, to szlachcianki pod nieobecność mężów i ojców zajmowały się domem i gospodarstwem, nie rzadko też zaprowadzały porządek przy pomocy ekonomów.
Co z królowymi? Mieliśmy silne i poważane księżne i królowe: Bona, królowa Jadwiga, Dobrawa.
W końcu w naszym kraju skądś się musiało wziąć hasło "Gdzie diabeł nie może tam babę pośle"
Dlaczego więc tak mocno uprzedmiotowiona jest kobieta w literaturze fantasy? Dlaczego jest poślednia, jest środkiem do celu, jest upośledzona często mentalnie i głupia?
Nie potrafię tego wyjaśnić inaczej niż tym, że faceci boją się silnych kobiet, i to przekłada się na tak lubianą przez męską część literaturę fantasy.
Tak zdarza mi się kwitować coraz częściej powieści fantastyczne tworzone nie tylko przez rodzimych pisarzy.
Fantastyka, oprócz chlubnych wyjątków Ziemiomorza Ursuli Le Guin, Nancy Farmer i mniej chlubnych Trudi Canawan.zdominowana jest przez mężczyzn. Nie zaprzeczam.
Świat fantasy jest niczym surowe pogranicze starożytności i średniowiecza w połączeniu z elementami Deux ex machina czy magii. Świat patriarchalny, na pograniczu kraju/wojen. Targany bezprawiem lub ustalajacym się nowym prawem niczym Dziki Zachód.
W takich realiach istnieje niezwyciężony brutal, lub Zawadiaka-Ochlejmorda. Zawsze z żelaznymi zasadami, zawsze wyrobnik, nigdy szef. W toku historii ewentualnie może dostać awans, tytuł od usatysfakcjonowanego jego umiejętnościami wielmoży.
Zawsze posiada niewiarygodnie utalentowanych towarzyszy (rodzaju męskiego), sam może i jest przeciętny albo wyróżniać się jedną cechą,. Lubi wykorzystywać innych, często bardziej utalentowanych ale większych socjopatów niż on sam.
Nigdy nie jest starym człowiekiem, rzadko jest gołodupcem, średni wiek, określona szkoła i umiejętności.
Wie na czym świat stoi, jest cyniczny, o dziwo umie czytać i posiada wykształcenie nierzadko większe od szlachetnie urodzonych.
Jest ręką boga, władcy, sprawiedliwości.
Sprawiedliwość zaś dotyczy wszystkich, tylko nie kobiet.
Z przerażeniem zdarza mi się odłożyć książkę, gdzie bez sentymentów tzw "bohater" po wykorzystaniu kobiety (wychędożenie/zdobycie informacji lub udzielenie pomocy w celu nagrody- wychędożenia) zostawia ją na pastwę kolegów/obcych/kruków.
Zaczęło mnie zastanawiać dlaczego tak jest? W literaturze fantasy nie ma kobiet naturalnie silnych.
Nie ma takich, które pod nieobecność małżonka potrafią rządzić, które z braku takowego potrafią sobie radzić.
Bez faceta, jak w średniowieczu są czarownicami, przeklętymi, mają konszachty z diabłem. Potrafią zarabiać jedynie ciałem, przez łóżko do męża albo trując ludzi.
Mam wrażenie, że własnie na okresie wczesnego średniowiecza, gdzie silny był patriarchat umacniany przez muzułmanów ale też chrześcijan, kończy się znajomość realiów. Wszelkie informacje o kobietach są zamiatane pod fotel pisarza, są jak szary pył tłumów i tła. Niewiasty to nagroda, stateczność.
Mogłabym też zrozumieć, dlaczego w zachodniej literaturze jest to tak bardzo umocnione. Jednak w polskiej nie świadczy to dobrze o znajomości historii pozycji kobiet w naszym społeczeństwie, na którym podobno wzorują się pisarze.
A w Polsce była jedna z najlepszych można by powiedzieć, to szlachcianki pod nieobecność mężów i ojców zajmowały się domem i gospodarstwem, nie rzadko też zaprowadzały porządek przy pomocy ekonomów.
Co z królowymi? Mieliśmy silne i poważane księżne i królowe: Bona, królowa Jadwiga, Dobrawa.
W końcu w naszym kraju skądś się musiało wziąć hasło "Gdzie diabeł nie może tam babę pośle"
Dlaczego więc tak mocno uprzedmiotowiona jest kobieta w literaturze fantasy? Dlaczego jest poślednia, jest środkiem do celu, jest upośledzona często mentalnie i głupia?
Nie potrafię tego wyjaśnić inaczej niż tym, że faceci boją się silnych kobiet, i to przekłada się na tak lubianą przez męską część literaturę fantasy.
wtorek, 11 listopada 2014
Marsz na marsz!
Tym razem mniej kulturalnie, a może i nie?
W stylu "Mówię jak jest" MM. Kolonki.
Przełamałam niechęć, urastającą od lat do wychodzenia z domu na dzień Niepodległości, zwłaszcza w Warszawie. Obraz telewizyjny nie pokazywał nigdy tego wydarzenia zbyt pozytywnie, oczywiście zwłaszcza w Warszawie.
Każdy idzie sobie w oddzielnym Marszu, gdzie indziej składa kwiaty, gdzie indziej.
Teoretycznie mamy wolność słowa, także to, gdzie chcę złożyć kwiaty, gdzie chcę przejść i którędy powinno być moja sprawą.
Także tu powstaje "wypominajka" kto którędy komu złożył kwiatka i goździka.
Kto woli Piłsudskiego a kto Dmowskiego.
Notabene obaj Panowie i mężowie stanu byli mniej lub bardziej pokręceni i despotyczni i mniej lub bardziej dążyli do praktycznie jednego celu.
Niepodległości. Ale jak to zwykle bywa każdy swoją drogą, najważniejsze, że cel został osiągnięty.
Nie będę ich rozliczać. Co prawda spotkałam się kilka razy z ludźmi, którzy z dumą mówili, że ich przodek czy wuj czy ojciec czy dziadek byli adiutantami czy służyli pod Piłsudskim.
Sama moja wizyta w Centrum rozpoczęła się o 13 kiedy to mogłam sobie obserwować naprawdę dzikie tłumy z flagami:
Polski:
Flagą z Godłem Polski:
W stylu "Mówię jak jest" MM. Kolonki.
Przełamałam niechęć, urastającą od lat do wychodzenia z domu na dzień Niepodległości, zwłaszcza w Warszawie. Obraz telewizyjny nie pokazywał nigdy tego wydarzenia zbyt pozytywnie, oczywiście zwłaszcza w Warszawie.
Każdy idzie sobie w oddzielnym Marszu, gdzie indziej składa kwiaty, gdzie indziej.
Teoretycznie mamy wolność słowa, także to, gdzie chcę złożyć kwiaty, gdzie chcę przejść i którędy powinno być moja sprawą.
Także tu powstaje "wypominajka" kto którędy komu złożył kwiatka i goździka.
Kto woli Piłsudskiego a kto Dmowskiego.
Notabene obaj Panowie i mężowie stanu byli mniej lub bardziej pokręceni i despotyczni i mniej lub bardziej dążyli do praktycznie jednego celu.
Niepodległości. Ale jak to zwykle bywa każdy swoją drogą, najważniejsze, że cel został osiągnięty.
Nie będę ich rozliczać. Co prawda spotkałam się kilka razy z ludźmi, którzy z dumą mówili, że ich przodek czy wuj czy ojciec czy dziadek byli adiutantami czy służyli pod Piłsudskim.
Sama moja wizyta w Centrum rozpoczęła się o 13 kiedy to mogłam sobie obserwować naprawdę dzikie tłumy z flagami:
Polski:
Flagą z Godłem Polski:
Oraz z chińszczyzną wszelkiej maści (której nie przytaczam bo wstyd, ze coś takiego ludzie kupują jako flagę, dobrze że nie było już flagi piwa na T.)
Dużo było też zwiniętych transparentów różnej maści i trwały próby przed pochodem ONRowców.
Na starym mieście natomiast wysiadały rodziny z dziećmi, wymachiwały ww. flagami (lub nie) i przyczepiali kotyliony w barwach narodowych.
Tymczasem policja, antyterroryści, żołnierze spoza warszawy żandarmeria i ciężko uzbrojone suki policyjne krążyły po mieście, wymuszali pierwszeństwo na czerwonym (bez włączania czegokolwiek) a ja miałam nieodległe wyobrażenie nadchodzącej rozróby.
Sam prezydencki pochód obejrzałam w kawiarni. Bo i tak zrobiłyśmy podobną trasę, plac Konstytucji, Zbawiciela, Hożą (z kordonami policji), dotarłyśmy prawie na Rozbrat.
Marsz narodowców za to obejrzałam z daleka, jeszcze nie zaczęli puszczać flar ale nie wyglądało to najlepiej a wręcz groźnie.
Wniosków mam kilka:
1. Dało się przeżyć, Warszawa nie była dziko oblężona, a najbardziej pilnowaną rzeczą był Miś z tęcz.... Tęcza z mi... Miś na miarę naszych czasów i możliwości.
2. Zadyma swoją drogą, nic dziwnego że był ranny, skoro nawet u mnie na obrzeżach puszczano fajerwerki,a rac dymnych w którymś momencie było naprawdę sporo.
3. Ciekawie stanąć na środku Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich - rzadka okazja, bo ostatnia taka była dla mnie podczas Euro 2012.
4. Dużo mniej miałam wrażenie ze jest flag w pochodzie rządowym niż w narodowców. Nie wiem z czego to wynika, może tamci szli w rozmiar?
5. Zniszczenia to był po prostu bałagan z rozgniecionych ulotek, petów itp. te telewizyjne jeszcze nie ogarnęłam. Ale nie demonizujmy.
Także świętuję sobie dalej. Pijąc chińską herbatę z hiszpańską cytryną, pisząc łacińskim alfabetem na chińskim komputerze używając japońskiego telefonu, Jedząc kolacje kupioną w niemieckim sklepie z polskim pomidorem. Słuchając polskiej muzyki z japońskiej wieży.
Ubrana w bułgarską czy inną piżamkę.
Na szczęście mam polski kamionkowy talerz i polską łyżeczkę.Uff..
Świętujemy Niepodległość.
Edit z dnia następnego:
Ciekawe, mówią o zamieszkach na Marszu Niepodległości...
Co ciekawsze, media wskazują tym, że był TYLKO JEDEN MARSZ. co jest totalną nieprawdą. Było ich kilka ja widziałam oprócz zadymowego jeszcze jeden. Zadyma i awantury były na marszu Narodowców.
i kończę z polityką bo chyba już mi od niej niedobrze.
wtorek, 30 września 2014
Kobiety za mikrofony część 1. Jesiennie
Nie od dzisiaj wiadomo, że właściwym motorem polskiej, wartościowej muzyki są kobiety.
Właściwie jedynym, i to bardzo głośnym odstępstwem od tej tezy były lata międzywojnia, kiedy królował Eugeniusz Bodo, Aleksander Żabczyński a także Jan Kiepura. Głosy kobiece były mniej zauważane (w przeciwieństwie do ich osobowości). Postanowiłam prześledzić scenę (a właściwie estradę) w trzech częściach (jakby dwudziestoleciach ):
od roku 1946 do końca lat 60.
od początku lat 70 do końca PRLu w 1989
i lata dziewięćdziesiąte plus pierwsza dekada 2010.
Czy udowodnię tezę? Zobaczymy.
Lata 40 : okres wojenny, ciężkie czasy powojenne, tematem była raczej odbudowa Polski niż tworzenie sceny rozrywkowej kraju. Rozpoczynała się odbudowa Warszawy, trwała wielka migracja ludności, niektóre ludzkie dramaty się kończyły a inne nie. Ponieważ większość inteligencji oraz artystów zginęła lub wyemigrowała trzeba było szukać nowych twarzy. Po przedwojennej Warszawie pełnej rewii i teatrów nie został nawet ślad. Tym trudniej było kompletować i tworzyć zaplecze kulturalne nie nacechowane jeszcze siermiężnością i piosenką biesiadną.
W 1947 roku premierę miał pierwszy pełnometrażowy film "Zakazane Piosenki" główną rolę grała aktywna do dzisiaj Danuta Szaflarska (gdyby historia działa się w Wielkiej Brytanii dawno dostałaby odznaczenie szlacheckie). Z miejsca zarówno film, jak i odtwórczyni głównej roli zdobyła serca widzów. Film ten zresztą zebrał znaczących artystów polskich (między innymi Alinę Janowską i Edwarda "Dudka" Dziewońskiego czy Hannę "Hankę" Bielicką).
W latach 50 słuchano jazzu (odrobiny) oraz chodzono na potańcówki. Prym też wiodły kabarety między innymi Kabaret Starszych Panów (co prawda dopiero od 1958 r)
Królowały piosenki spokojne, sentymentalne, jednak nadal nie był to najlepszy okres dla polskiej muzyki. Też u mnie w rodzinie, dość osłuchanej, nie jest jakoś szczególnie wyróżniony. (Babcia wolała Elvisa)
Gwiazdą tego okresu była na pewno Maria Koterbska i serduszka wszystkich pukały w rytmie cha-cha.
"Pamiętasz była jesień" zaśpiewała Sława Przybylska. Jesień też była tematem piosenki z repertuaru Kabaretu Starszych Panów a wykonanej przez Kalinę Jędrusik. Jako "Jesienna dziewczyna" zawładnęła telewizją właściwie do końca współpracy z Kabaretem.
Prawdziwy jednak początek muzyki rozrywkowej rozpoczął się w latach 60, w 1959 roku powstał zespól dziewczęcy Filipinki który był typowym jak na tamte czasy "girlsbandem" śpiewającym specjalnie skomponowane dla nich piosenki. Zdobyły one niesamowitą popularność i stanowiły damską odpowiedź dla bigbitowego zespołu Czerwono-Czarni i Niebiesko - Czarni gdzie wyrazistymi postaciami byli jednak mężczyźni. Najbardziej przeze mnie kojarzoną piosenką jest "Filipinki to my" a także "Parasolki" (śpiewane w przedszkolu huee!).
Drugim zespołem z tego okresu są Alibabki powstałe jako grupa w 1963 i śpiewające między innymi piosenki z tekstami Agnieszki Osieckiem (w późniejszym okresie) a także będące chórkami znanych polskich wokalistów i wokalistek. Co prawda nie są dla mnie tak charakterystyczne jak Filipinki ale też mają swój urok.
Lata 60 to początek zespołów bigbitowych jednak na główne miejsce estrady wysunęły się dwie, dość kontrowersyjne OSOBOWOŚCI sceniczne:
Violetta Villas - piosenkarka (diwa!) z niesamowitym głosem z miękkim akcentem, charyzmą i charakterem. Jej piosenki, trudne w wykonaniu ale też niezbyt łatwe w odbiorze królują jeszcze w niektórych radiach do dzisiaj.
Szkoda tylko że nie udało się wykorzystać jeszcze bardziej tej sławy, jak to bywało z polskimi twórcami przez zawirowania polityczne i pewne ograniczenia. Mimo to udało jej się odnosić sukcesy na arenie międzynarodowej.
Nasza przaśną diwą numer dwa jest Maryla Marylka, Rodowicz - śpiewała i śpiewa nadal piosenki Agnieszki Osieckiej czy Jonasza Kofty. Podziwiam ją za konsekwencję stylu (ta biesiadność!) siłę głosu, kondycję, talent komediowy (w Rodzinie Zastępczej była bardzo irytująca ale mimo to zabawna). Co prawda szczyt popularności przypadł na lata 70 gdzie wpasowała się idealnie w hippisowski ruch dzieci-kwiatów, Autostopy i rozluźnienie Dekady Gierka
Jest dobrze.
Podsumowanie:
1. Kobiety same nie komponowały, teksty pisane były przez specjalistów w tej dziedzinie, muzyka również.
2. Solo wyróżniały się jedynie silne osobowości.
3. Nie była to muzyka kontrowersyjna, miało być przyjemnie, czysto rozrywkowo, ewentualnie z zacięciem artystycznym. A co dziwnego, w końcu to muzyka popularna
4. Występy były jako bigbity/zespoły ubrane w jednolite stroje lub też artystki (jak to wtedy jeszcze można było określić) miały swój styl narzucany innym.
Na koniec moja ulubiona piosenka z tego okresu, i też o jesieni, wersja z filmu Wojciecha Hasa:
Źródła:
Obok nieśmiertelnej Wikipedii, która podpowiada mi mam nadzieje prawdziwie w kwestii dat, źródła:
1. youtube.com
2. Inny Świat - filmowa historia Danuty Szaflarskiej (doskonały wręcz dokument)
3. Zasłyszane, zasłuchane same piosenki i spojrzenie na muzykę,
4. Filmy dokumentalne, nagrania koncertów/KSP
5. I oczywiście opowieści...
Właściwie jedynym, i to bardzo głośnym odstępstwem od tej tezy były lata międzywojnia, kiedy królował Eugeniusz Bodo, Aleksander Żabczyński a także Jan Kiepura. Głosy kobiece były mniej zauważane (w przeciwieństwie do ich osobowości). Postanowiłam prześledzić scenę (a właściwie estradę) w trzech częściach (jakby dwudziestoleciach ):
od roku 1946 do końca lat 60.
od początku lat 70 do końca PRLu w 1989
i lata dziewięćdziesiąte plus pierwsza dekada 2010.
Czy udowodnię tezę? Zobaczymy.
Lata 40 : okres wojenny, ciężkie czasy powojenne, tematem była raczej odbudowa Polski niż tworzenie sceny rozrywkowej kraju. Rozpoczynała się odbudowa Warszawy, trwała wielka migracja ludności, niektóre ludzkie dramaty się kończyły a inne nie. Ponieważ większość inteligencji oraz artystów zginęła lub wyemigrowała trzeba było szukać nowych twarzy. Po przedwojennej Warszawie pełnej rewii i teatrów nie został nawet ślad. Tym trudniej było kompletować i tworzyć zaplecze kulturalne nie nacechowane jeszcze siermiężnością i piosenką biesiadną.
W 1947 roku premierę miał pierwszy pełnometrażowy film "Zakazane Piosenki" główną rolę grała aktywna do dzisiaj Danuta Szaflarska (gdyby historia działa się w Wielkiej Brytanii dawno dostałaby odznaczenie szlacheckie). Z miejsca zarówno film, jak i odtwórczyni głównej roli zdobyła serca widzów. Film ten zresztą zebrał znaczących artystów polskich (między innymi Alinę Janowską i Edwarda "Dudka" Dziewońskiego czy Hannę "Hankę" Bielicką).
W latach 50 słuchano jazzu (odrobiny) oraz chodzono na potańcówki. Prym też wiodły kabarety między innymi Kabaret Starszych Panów (co prawda dopiero od 1958 r)
Królowały piosenki spokojne, sentymentalne, jednak nadal nie był to najlepszy okres dla polskiej muzyki. Też u mnie w rodzinie, dość osłuchanej, nie jest jakoś szczególnie wyróżniony. (Babcia wolała Elvisa)
Gwiazdą tego okresu była na pewno Maria Koterbska i serduszka wszystkich pukały w rytmie cha-cha.
"Pamiętasz była jesień" zaśpiewała Sława Przybylska. Jesień też była tematem piosenki z repertuaru Kabaretu Starszych Panów a wykonanej przez Kalinę Jędrusik. Jako "Jesienna dziewczyna" zawładnęła telewizją właściwie do końca współpracy z Kabaretem.
Prawdziwy jednak początek muzyki rozrywkowej rozpoczął się w latach 60, w 1959 roku powstał zespól dziewczęcy Filipinki który był typowym jak na tamte czasy "girlsbandem" śpiewającym specjalnie skomponowane dla nich piosenki. Zdobyły one niesamowitą popularność i stanowiły damską odpowiedź dla bigbitowego zespołu Czerwono-Czarni i Niebiesko - Czarni gdzie wyrazistymi postaciami byli jednak mężczyźni. Najbardziej przeze mnie kojarzoną piosenką jest "Filipinki to my" a także "Parasolki" (śpiewane w przedszkolu huee!).
Drugim zespołem z tego okresu są Alibabki powstałe jako grupa w 1963 i śpiewające między innymi piosenki z tekstami Agnieszki Osieckiem (w późniejszym okresie) a także będące chórkami znanych polskich wokalistów i wokalistek. Co prawda nie są dla mnie tak charakterystyczne jak Filipinki ale też mają swój urok.
Lata 60 to początek zespołów bigbitowych jednak na główne miejsce estrady wysunęły się dwie, dość kontrowersyjne OSOBOWOŚCI sceniczne:
Violetta Villas - piosenkarka (diwa!) z niesamowitym głosem z miękkim akcentem, charyzmą i charakterem. Jej piosenki, trudne w wykonaniu ale też niezbyt łatwe w odbiorze królują jeszcze w niektórych radiach do dzisiaj.
Szkoda tylko że nie udało się wykorzystać jeszcze bardziej tej sławy, jak to bywało z polskimi twórcami przez zawirowania polityczne i pewne ograniczenia. Mimo to udało jej się odnosić sukcesy na arenie międzynarodowej.
Nasza przaśną diwą numer dwa jest Maryla Marylka, Rodowicz - śpiewała i śpiewa nadal piosenki Agnieszki Osieckiej czy Jonasza Kofty. Podziwiam ją za konsekwencję stylu (ta biesiadność!) siłę głosu, kondycję, talent komediowy (w Rodzinie Zastępczej była bardzo irytująca ale mimo to zabawna). Co prawda szczyt popularności przypadł na lata 70 gdzie wpasowała się idealnie w hippisowski ruch dzieci-kwiatów, Autostopy i rozluźnienie Dekady Gierka
Jest dobrze.
Podsumowanie:
1. Kobiety same nie komponowały, teksty pisane były przez specjalistów w tej dziedzinie, muzyka również.
2. Solo wyróżniały się jedynie silne osobowości.
3. Nie była to muzyka kontrowersyjna, miało być przyjemnie, czysto rozrywkowo, ewentualnie z zacięciem artystycznym. A co dziwnego, w końcu to muzyka popularna
4. Występy były jako bigbity/zespoły ubrane w jednolite stroje lub też artystki (jak to wtedy jeszcze można było określić) miały swój styl narzucany innym.
Na koniec moja ulubiona piosenka z tego okresu, i też o jesieni, wersja z filmu Wojciecha Hasa:
Źródła:
Obok nieśmiertelnej Wikipedii, która podpowiada mi mam nadzieje prawdziwie w kwestii dat, źródła:
1. youtube.com
2. Inny Świat - filmowa historia Danuty Szaflarskiej (doskonały wręcz dokument)
3. Zasłyszane, zasłuchane same piosenki i spojrzenie na muzykę,
4. Filmy dokumentalne, nagrania koncertów/KSP
5. I oczywiście opowieści...
niedziela, 7 września 2014
Kwestia wspomnień
Genealogia, zabawa, pewien rodzaj nauki historycznej.
Znanie źródeł swojego pochodzenia, miejsc pochodzenia.
Rozbudowana sieć powiązań, gdzie "wyglądasz jak babcia N" nie jest niczym dziwnym i każdy wie o co chodzi.
Gdzie ze starych zdjęć spoglądają zapomniane twarze. Gdzie fotografia odzierała z intymności w ten delikatny czarno-biały sposób. Gdzie nic nie identyfikowało twarzy a aparat nie mógł wysłać nikogo w kosmos i nie liczyło się jego mocy obliczeniowej.
Gdzie zrobienie zdjęcia było aktem: pozowania, ustawiania parametrów, kolorów.
I dochodząc do takich zdjęć sprzed stu lat widzimy rysy ludzi, którymi jesteśmy teraz.
Genealogia była kiedyś sposobem na udowodnienie swoich praw.
Jestem potomkiem "X"dlatego to miejsce należy do mnie, z dziada pradziada.
Także utarło się, że to wiedza dla "stanów wyższych" jednak i mniejsi, jak chłopi (robotnicy nigdy, oni wędrowali w poszukiwaniu pracy wyrywając się ze swoich miejsc rodzinnych, jak teraz my robimy). musieli też wiedzieć czy są swoi czy obcy.
Jak zdobywać więc wiedzę o genealogii?
podstawowe: zacząć JAK NAJSZYBCIEJ!
U mnie zaczęła Mama, a potem Babcia, która z moją niewielką pomocą opisała, posegregowała korespondowała z ludźmi i uzupełniła drzewo genealogiczne.
Mama naniosła je na papier a teraz jest tylko uzupełniane o kolejne pokolenia.
Mierzy już kilka metrów.
Ja zbieram historie.
Spędziłam poprzedni weekend na poznawaniu takich historii przez przyjaciółkę dziadków. Śmiechu co niemiara z kotem na kolanach przesiedziałam praktycznie 10 godzin rozmawiając, śmiejąc się, czasem wpadając w zadumę.
Odpoczęłam
Spotkania rodzinne mają to do tego, że są meczące, wszyscy chcą wiedzieć, nadążyć co jest TU i TERAZ. Ale wystarczy jedno jedyne umiejętnie zadane pytanie "Co było" i zaczyna się otwierać świat gdzie Babcia do tajnej szkoły przechodziła przez chlewik aby naziści nie zauważyli, gdzie praprapra dziadek tak umiejętnie zatarł ślady o tym, że brał udział w powstaniu styczniowym że już nie ma szans dotrzeć co było dalej.Gdy okazuje się że do początków XX wieku moi prapradziadkowie byli z jednej strony najstarszymi synami Jana Janowica...
Gdzie druga Babcia trzymając swojego ojca za rękę widziała skutki rzezi wołyńskiej o czym niechętnie wspomina.
Gdy okazało się, że wszystkie wesela u mnie w rodzinie są spóźnione bo ktoś czegoś zapomniał i to jest częścią tradycji.
Gdy wspomnienia drewnianych domów, ucieczek, koligacji rodzinnych i zaskoczeń po niekiedy dopiero 70 latach wychodzą na wierzch.
Trzeba zacząć słuchać.
Trzeba zacząć pytać.
Żeby było co opowiadać.
Znanie źródeł swojego pochodzenia, miejsc pochodzenia.
Rozbudowana sieć powiązań, gdzie "wyglądasz jak babcia N" nie jest niczym dziwnym i każdy wie o co chodzi.
Gdzie ze starych zdjęć spoglądają zapomniane twarze. Gdzie fotografia odzierała z intymności w ten delikatny czarno-biały sposób. Gdzie nic nie identyfikowało twarzy a aparat nie mógł wysłać nikogo w kosmos i nie liczyło się jego mocy obliczeniowej.
Gdzie zrobienie zdjęcia było aktem: pozowania, ustawiania parametrów, kolorów.
I dochodząc do takich zdjęć sprzed stu lat widzimy rysy ludzi, którymi jesteśmy teraz.
Genealogia była kiedyś sposobem na udowodnienie swoich praw.
Jestem potomkiem "X"dlatego to miejsce należy do mnie, z dziada pradziada.
Także utarło się, że to wiedza dla "stanów wyższych" jednak i mniejsi, jak chłopi (robotnicy nigdy, oni wędrowali w poszukiwaniu pracy wyrywając się ze swoich miejsc rodzinnych, jak teraz my robimy). musieli też wiedzieć czy są swoi czy obcy.
Jak zdobywać więc wiedzę o genealogii?
podstawowe: zacząć JAK NAJSZYBCIEJ!
U mnie zaczęła Mama, a potem Babcia, która z moją niewielką pomocą opisała, posegregowała korespondowała z ludźmi i uzupełniła drzewo genealogiczne.
Mama naniosła je na papier a teraz jest tylko uzupełniane o kolejne pokolenia.
Mierzy już kilka metrów.
Ja zbieram historie.
Spędziłam poprzedni weekend na poznawaniu takich historii przez przyjaciółkę dziadków. Śmiechu co niemiara z kotem na kolanach przesiedziałam praktycznie 10 godzin rozmawiając, śmiejąc się, czasem wpadając w zadumę.
Odpoczęłam
Spotkania rodzinne mają to do tego, że są meczące, wszyscy chcą wiedzieć, nadążyć co jest TU i TERAZ. Ale wystarczy jedno jedyne umiejętnie zadane pytanie "Co było" i zaczyna się otwierać świat gdzie Babcia do tajnej szkoły przechodziła przez chlewik aby naziści nie zauważyli, gdzie praprapra dziadek tak umiejętnie zatarł ślady o tym, że brał udział w powstaniu styczniowym że już nie ma szans dotrzeć co było dalej.Gdy okazuje się że do początków XX wieku moi prapradziadkowie byli z jednej strony najstarszymi synami Jana Janowica...
Gdzie druga Babcia trzymając swojego ojca za rękę widziała skutki rzezi wołyńskiej o czym niechętnie wspomina.
Gdy okazało się, że wszystkie wesela u mnie w rodzinie są spóźnione bo ktoś czegoś zapomniał i to jest częścią tradycji.
Gdy wspomnienia drewnianych domów, ucieczek, koligacji rodzinnych i zaskoczeń po niekiedy dopiero 70 latach wychodzą na wierzch.
Trzeba zacząć słuchać.
Trzeba zacząć pytać.
Żeby było co opowiadać.
środa, 25 czerwca 2014
Gdzie mnie znajdziesz w.... lipcu?
Rozpoczyna się najgorętszy (teoretycznie) okres w roku.
Przez niektórych zwany wakacjami (tak, też mam chęć rzucić wszystko i wyjechać) inni ciułają na niego rok cały i planują już od stycznia co by tu robić przez każdy cudownie ciepły, miły, wieczór/dzień "wakacji".
Ja swoim zwyczajem liczę od majówki do końca września. Jednak w tym roku nie dane nam było w Stolycy poznać więcej niż tygodnia prawdziwie letnich upałów.
Rozpoczynam cykl letni "you can find me..." w którym będę opisywać atrakcje Warszawskie lub też i Polskie w których wezmę udział. Później też postaram się każdą zrelacjonować.
Plany są następujące:
26 czerwca - Kino Samochodowe w dzielnicy Wawer - nigdy nie byłam na kinie samochodowym. Jeżeli nie zbiorę ekipy jadę sama, a jeżeli zbiorę - tym lepiej! Mam zamiar sprawdzić, czy dach samochodu wytrzymałby mój ciężar w przypadku ładnej pogody a w przypadku gorszej, poeksperymentować, czy fotele samochodowe są równie wygodne do oglądania filmów? Czas najwyższy umyć szybki....
link do wydarzenia TU
27 czerwca - wybieram się na przywitanie lata w studenckim gronie. Zaiste może być zacnie :)
28 czerwca - w Plażowej - która znajduje się między Temat Rzeka a Stadionem Narodowym odbędzie się koncert Low Roar! Bardzo podoba mi się ten rodzaj muzyki, także postaram się pogodzić jakoś pakowanie na kolejny punkt (patrz niżej) i odwiedzić to zacne miejsce. Debiut w Plażowej zaliczyłam przy okazji premiery singla Elektryczny - Orkiestry Męskiego Grania. link również do fejsbukowego wydarzenia TU
1-6 lipca - Opener - modlitwy o słońce niechaj zostaną wysłuchane! oby gumiaczki mi się nie przydały... Będę biegać między scenami, jeść dziwne jedzenie o jeszcze dziwniejszych porach i spać na plaży. Marzenie.. a wszystko jasne jak obejrzy się To!
26 lipca - czekają mnie jak co roku Nowe Horyzonty! - miejsce i ludzie marzenie, nie wiem tylko, czy uda mi się wpaść jedynie na weekend czy na dłużej.. albo też Audioriver - sama jeszcze nie wiem.. jeżeli to drugie to NH odwiedzę...
od pierwszego do trzeciego sierpnia! Impreza zamknięcia NH jest najlepszą jakie znam, a jeżeli nie, to czeka mnie OFF - tematy nadal pozostają otwarte.
Sierpień zapowiada się spokojniej jeżeli chodzi o festiwale i atrakcje, ale tak to chyba czyste szaleństwo.
Pod koniec miesiąca będę płakać za wyczyszczonym kontem na te wszystkie atrakcje.
Bardzo ciekawie i bardzo bogato prezentuje się w te wakacje Letnia Stolica, uzbrojona w kocyk, poduszki i dużą ilość środków na komary i dobrego humoru mogę dotrzeć na naprawdę fajne seanse (nie Woody Allen na szczęście już).
Dobranoc
Przez niektórych zwany wakacjami (tak, też mam chęć rzucić wszystko i wyjechać) inni ciułają na niego rok cały i planują już od stycznia co by tu robić przez każdy cudownie ciepły, miły, wieczór/dzień "wakacji".
Ja swoim zwyczajem liczę od majówki do końca września. Jednak w tym roku nie dane nam było w Stolycy poznać więcej niż tygodnia prawdziwie letnich upałów.
Rozpoczynam cykl letni "you can find me..." w którym będę opisywać atrakcje Warszawskie lub też i Polskie w których wezmę udział. Później też postaram się każdą zrelacjonować.
Plany są następujące:
26 czerwca - Kino Samochodowe w dzielnicy Wawer - nigdy nie byłam na kinie samochodowym. Jeżeli nie zbiorę ekipy jadę sama, a jeżeli zbiorę - tym lepiej! Mam zamiar sprawdzić, czy dach samochodu wytrzymałby mój ciężar w przypadku ładnej pogody a w przypadku gorszej, poeksperymentować, czy fotele samochodowe są równie wygodne do oglądania filmów? Czas najwyższy umyć szybki....
link do wydarzenia TU
27 czerwca - wybieram się na przywitanie lata w studenckim gronie. Zaiste może być zacnie :)
28 czerwca - w Plażowej - która znajduje się między Temat Rzeka a Stadionem Narodowym odbędzie się koncert Low Roar! Bardzo podoba mi się ten rodzaj muzyki, także postaram się pogodzić jakoś pakowanie na kolejny punkt (patrz niżej) i odwiedzić to zacne miejsce. Debiut w Plażowej zaliczyłam przy okazji premiery singla Elektryczny - Orkiestry Męskiego Grania. link również do fejsbukowego wydarzenia TU
1-6 lipca - Opener - modlitwy o słońce niechaj zostaną wysłuchane! oby gumiaczki mi się nie przydały... Będę biegać między scenami, jeść dziwne jedzenie o jeszcze dziwniejszych porach i spać na plaży. Marzenie.. a wszystko jasne jak obejrzy się To!
26 lipca - czekają mnie jak co roku Nowe Horyzonty! - miejsce i ludzie marzenie, nie wiem tylko, czy uda mi się wpaść jedynie na weekend czy na dłużej.. albo też Audioriver - sama jeszcze nie wiem.. jeżeli to drugie to NH odwiedzę...
od pierwszego do trzeciego sierpnia! Impreza zamknięcia NH jest najlepszą jakie znam, a jeżeli nie, to czeka mnie OFF - tematy nadal pozostają otwarte.
Sierpień zapowiada się spokojniej jeżeli chodzi o festiwale i atrakcje, ale tak to chyba czyste szaleństwo.
Pod koniec miesiąca będę płakać za wyczyszczonym kontem na te wszystkie atrakcje.
Bardzo ciekawie i bardzo bogato prezentuje się w te wakacje Letnia Stolica, uzbrojona w kocyk, poduszki i dużą ilość środków na komary i dobrego humoru mogę dotrzeć na naprawdę fajne seanse (nie Woody Allen na szczęście już).
Low Roar na dobranoc...
niedziela, 11 maja 2014
Dawno dawno temu, w odległej galaktyce...
....działy się dziwne rzeczy
W stacjach muzycznych grała muzyka, w dziecięcych leciały seriale familijne i bajki, były bloki dla dzieci młodszych starszych i dorosłych. Były programy podróżnicze i czytała Krystyna Czubówna.
W sporcie pokazywano piłkę nożną i ogólnie człowiek się cieszył i dziwił jak było coś innego...
Dużo było o Papieżu, dużo o polityce i aferach.
Kręcono komedie zwane później "kultowymi" których jako dziecko nie mogłam oglądać ale i tak każdy jakimś cudem w końcu trafiał na film...
W takich to czasach ktoś mądry wymyślił, aby wszelkie gatunki, podgatunki wsadzić do jednego cyklu.
Unplugged - bez wtyczki (bez prądu) - idea prosta: muzycy grali przy akompaniamencie wyłącznie na instrumentach nie wymagających podłączania do prądu.
Nastrojowe oświetlenie i bardzo "klubowo- intymny" klimat dawały niesamowite efekty.
Sama koncepcja jest dosłownie "tak stara jak Elvis i Beatles" : Grywali oni w studio rejestrowane koncerty przy dokładnie takim akompaniamencie (plus wrzaski rozhisteryzowanych fanek). Pod koniec lat 70 i w latach 80 nagrany został w formie filmów pełnometrażowych projekt brytyjskiej Amnesty International "The Secret Policeman's Ball" z 1979 r. oraz jego następne wersje np. "The Secret Policeman's Other Ball" z 1982 r.
Występowali w nim muzycy, grając właśnie w stylu unplugged . Byli to między innymi: Sting, Phill Collins, Bob Gedolf i Bono. Wystąpili w pierwszej części TSPB którą wyreżyserował jeden z Monthy Pythonów John Cleese.
W kolejnych wersjach zagrali, oprócz wyżej wymienionych, również z bardziej nam znanych: Eric Clapton, Rowan Atkinson, Pete Townshend (z The Who), Donovan, i inni twórcy Monthy Python.
Znalazłam też wersję Amerykańską link Tu.
(Filmy te odkryłam szukając materiałów do tego tematu i muszę zobaczyć, dlatego na ich temat jeszcze się nie wypowiem, chociaż to co przeczytałam zwiastuje coś naprawdę dobrego)
Pierwszym występem zarejestrowanym 31 października 1989 r. był występ brytyjskiej grupy pop Squeeze.
A potem pomysł chwycił jeszcze bardziej, występowały zarówno grupy brytyjskie jak i amerykańskie.
Idea pozostała ta sama, jednak wprowadzane były urozmaicenia takie jak zapraszanie gości czy też granie coverów innych artystów (co bardzo ładnie zostało połączone w Angeleine przy Hey Unplugged z gościnnym "głosem" Agnieszki Chylińskiej).
Nagrania były ważne były też pod innym względem:
W przypadku koncertu Nirvany w listopadzie 1993 r był to ich ostatni zarejestrowany występ przed tragiczną śmiercią Kurta Cobaina. Pierwszy raz też tam został wykonany cover, w tym przypadku Davida Bowiego "The Man who Sold the World"
Podobnie było, gdy Layne Staley zagrał z Alice In Chains swój ostatni wspólny koncert - właśnie przy Unplugged. Muzyk uzależniony wtedy już poważnie od narkotyków dał niesamowicie przejmujący występ a ta wersja Nutshell zawsze doprowadza mnie do odrętwienia i wytrąca z równowagi gdziekolwiek bym nie była. Jest to równocześnie moje najbardziej ukochane, zakatowane DVD ever.
Ach no i Pearl Jam, przecudownie przecudowne też jedno z moich ulubionych.
Na początku było to typowo gitarowe granie ( w końcu powstało równolegle z Grunge), jednak w późniejszym okresie do grona Unplugged dołączyli Shakira, Jay-Z i inni artyści. Nie można było tylko skupiać się na anglojęzycznych wykonawcach i lista zaczęła się poszerzać również o inne nacje.
Pierwszy koncert w Polsce, który odbył się pod szyldem MTV Unplugged, nagrała Kayah (był to pierwszy tego typu projekt w Europie Środkowo-Wschodniej) - był to 26 listopada 2006 r. Album został wydany jako pierszy pod szyldem Kayaxu
Kolejne koncerty polskich wykonawców:
- już wcześniej wspomniany Hey (wrzesień 2007)
- Wilki w lutym roku 2009 z gościnnym udziałem Kasi Kowalskiej,
- Kult również we wrześniu roku 2010
Obecnie nie mogę znaleźć, czy szykowane jest kolejne nagranie z tej serii, czy może pomysł u nas padł, a może MTV nie wie kogo zaprosić? Szkoda że już nie stare Myslovitz... szkoda...
Ostatnie nagranie w serii MTV to Miley Cyrus, pominę milczeniem.
Wcześniej w 2013 jedno: Scorpions - ok, jest lepiej.
ale na dobranoc polecam Florence and The Machine i jej akustyczne wersje piosenek.
Piszę przy świecach żeby stworzyć sobie klimat. już po odsłuchaniu Koncertów:\
Pearl Jam
Annie Lennox
Alice in Chains
Lykke Li
a teraz Flo
Źródła:
Wiki
Consequence of sound
History.com
W stacjach muzycznych grała muzyka, w dziecięcych leciały seriale familijne i bajki, były bloki dla dzieci młodszych starszych i dorosłych. Były programy podróżnicze i czytała Krystyna Czubówna.
W sporcie pokazywano piłkę nożną i ogólnie człowiek się cieszył i dziwił jak było coś innego...
Dużo było o Papieżu, dużo o polityce i aferach.
Kręcono komedie zwane później "kultowymi" których jako dziecko nie mogłam oglądać ale i tak każdy jakimś cudem w końcu trafiał na film...
W takich to czasach ktoś mądry wymyślił, aby wszelkie gatunki, podgatunki wsadzić do jednego cyklu.
Unplugged - bez wtyczki (bez prądu) - idea prosta: muzycy grali przy akompaniamencie wyłącznie na instrumentach nie wymagających podłączania do prądu.
Nastrojowe oświetlenie i bardzo "klubowo- intymny" klimat dawały niesamowite efekty.
Sama koncepcja jest dosłownie "tak stara jak Elvis i Beatles" : Grywali oni w studio rejestrowane koncerty przy dokładnie takim akompaniamencie (plus wrzaski rozhisteryzowanych fanek). Pod koniec lat 70 i w latach 80 nagrany został w formie filmów pełnometrażowych projekt brytyjskiej Amnesty International "The Secret Policeman's Ball" z 1979 r. oraz jego następne wersje np. "The Secret Policeman's Other Ball" z 1982 r.
Występowali w nim muzycy, grając właśnie w stylu unplugged . Byli to między innymi: Sting, Phill Collins, Bob Gedolf i Bono. Wystąpili w pierwszej części TSPB którą wyreżyserował jeden z Monthy Pythonów John Cleese.
W kolejnych wersjach zagrali, oprócz wyżej wymienionych, również z bardziej nam znanych: Eric Clapton, Rowan Atkinson, Pete Townshend (z The Who), Donovan, i inni twórcy Monthy Python.
Znalazłam też wersję Amerykańską link Tu.
(Filmy te odkryłam szukając materiałów do tego tematu i muszę zobaczyć, dlatego na ich temat jeszcze się nie wypowiem, chociaż to co przeczytałam zwiastuje coś naprawdę dobrego)
Pierwszym występem zarejestrowanym 31 października 1989 r. był występ brytyjskiej grupy pop Squeeze.
Idea pozostała ta sama, jednak wprowadzane były urozmaicenia takie jak zapraszanie gości czy też granie coverów innych artystów (co bardzo ładnie zostało połączone w Angeleine przy Hey Unplugged z gościnnym "głosem" Agnieszki Chylińskiej).
Nagrania były ważne były też pod innym względem:
W przypadku koncertu Nirvany w listopadzie 1993 r był to ich ostatni zarejestrowany występ przed tragiczną śmiercią Kurta Cobaina. Pierwszy raz też tam został wykonany cover, w tym przypadku Davida Bowiego "The Man who Sold the World"
Podobnie było, gdy Layne Staley zagrał z Alice In Chains swój ostatni wspólny koncert - właśnie przy Unplugged. Muzyk uzależniony wtedy już poważnie od narkotyków dał niesamowicie przejmujący występ a ta wersja Nutshell zawsze doprowadza mnie do odrętwienia i wytrąca z równowagi gdziekolwiek bym nie była. Jest to równocześnie moje najbardziej ukochane, zakatowane DVD ever.
Ach no i Pearl Jam, przecudownie przecudowne też jedno z moich ulubionych.
Na początku było to typowo gitarowe granie ( w końcu powstało równolegle z Grunge), jednak w późniejszym okresie do grona Unplugged dołączyli Shakira, Jay-Z i inni artyści. Nie można było tylko skupiać się na anglojęzycznych wykonawcach i lista zaczęła się poszerzać również o inne nacje.
Pierwszy koncert w Polsce, który odbył się pod szyldem MTV Unplugged, nagrała Kayah (był to pierwszy tego typu projekt w Europie Środkowo-Wschodniej) - był to 26 listopada 2006 r. Album został wydany jako pierszy pod szyldem Kayaxu
Kolejne koncerty polskich wykonawców:
- już wcześniej wspomniany Hey (wrzesień 2007)
- Wilki w lutym roku 2009 z gościnnym udziałem Kasi Kowalskiej,
- Kult również we wrześniu roku 2010
Obecnie nie mogę znaleźć, czy szykowane jest kolejne nagranie z tej serii, czy może pomysł u nas padł, a może MTV nie wie kogo zaprosić? Szkoda że już nie stare Myslovitz... szkoda...
Ostatnie nagranie w serii MTV to Miley Cyrus, pominę milczeniem.
Wcześniej w 2013 jedno: Scorpions - ok, jest lepiej.
ale na dobranoc polecam Florence and The Machine i jej akustyczne wersje piosenek.
Piszę przy świecach żeby stworzyć sobie klimat. już po odsłuchaniu Koncertów:\
Pearl Jam
Annie Lennox
Alice in Chains
Lykke Li
a teraz Flo
Źródła:
Wiki
Consequence of sound
History.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















