Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjazdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjazdy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 sierpnia 2015

Pamięci OFF 2015

Na pewno doskwierał żar lejący się z nieba.
Lejący się tym dotkliwiej, gdy jakaś awionetka krążyła nad nami od 7 rano.
Złośliwa
Przed żarem zabezpieczenia były różne: od folii termicznych przez podwójne baldachimy namiotów/ daszki/ rozpięcie koców.
NIE
Najlepsze było NIE BYĆ w okolicach namiotów od rana do późnego wieczora.
Dlatego przegapione zostały pierwsze koncerty.
Dlatego namiot miał sens tylko wtedy, gdy człowiek całkowicie zmęczony wracał nad ranem po niespodziewanej (i w związku z tym bez ręcznika) kąpieli pod prysznicem i troszkę marzł.
W końcu 20 stopni w nocy jest to prawie mróz.
Tak jakby przy 20 stopniach w dzień w nocy temperatura spadała do 0....
Nawadnianie, kapelusze, cień i kurtyny wodne i ulubione "zamoczyć się pod wężem strażackim ale nie tak bardzo żeby nie zostać miss festiwalowego wdzianka"


Festiwal uznałam za udany.
Hejty na wodę i nakaz odkręcania butelek - hejty rozumiem i nakaz odkręcania też.
Była woda ? była
Były hejty? były, a kiedy nie było?
Pamiętam Openera kiedy spiekłam się niesamowicie na słońcu, na teren (gigantyczny) openerowy wody nigdy nie było można wnieść. NIGDY.
Nie ten rozmach festiwalu- powiecie.
Nie ten, ale temperatury bywały podobne i snuliśmy się strasznie.

Wracam jednak do muzyki. Będzie chaotycznie bo nie mogę się zdecydować, czy poukładać według "upodobań" czy według "czasu". Dlatego zaskakujcie się, jak ja się zaskakiwałam.

Udało się spełnić jeden z moich celów: Susanne Sundfor.
Zbyt szwedzko-popowa dla mnie jednak głos ma cudowny. Szkoda tylko że nie potrafi się zdecydować, czy grać typowy norweski pop czy może przejść do elektroniki.
Zastanawiało mnie, głównie przy bardziej obciachowych dźwiękach znanych nam jedynie z piosenek DiscoPolo i parodystów. Czy u nich też to jest lekki obciach?
Wpływy Abby widoczne.
Ale koncert na plus bo można było się pobujać.


Na pewno zawodem i właściwie szybka ucieczką (ledwo wytrzymanie dwóch utworów jak to mam w zwyczaju nawet kiedy mi się nie bardzo podoba) skończyły się spotkanie z Mickiem Harvey grającym utwory Serge'a Gainsbourga. Byłam ciekawa, jednak nie przypadło mi do gustu.
Również Xiu Xiu z nieznośnym wokalem nie zachęcił do słuchania muzyki z Twin Peaks - wytrzymałam ale przysnęło mi się (i nie tylko mi) rotacja ludzi była bardzo duża.


Pianie z zachwytu zostawiłam na głośny już koncert Ogoya Nengo & The Dodo Women’s Group - trzech pań słusznej postury i jeszcze słuszniejszego wieku, szamana i bębniarza - doskonale przybliżyli nam specyfikę, energię i szaleństwo Afryki. Nadal uśmiecham się na myśl, że na początku koncertu chciałam usiąść bo "to takie spokojne będzie".
NIE BYŁO.

Bardzo głośny i jeden z najbardziej oczekiwanych koncertów, czyli Sun o))) przesiedziałam pod wiklinową konstrukcją. Słychać było wiele, ale jak przy każdym koncercie (zarówno tym jak i Twin Peaks) gryzła się discomuzyka z żółtoczerwonego namiotu.
Psuła klimat, ale dla mnie Sun o))) było niesamowicie mroczne, ciemne, ciężkie i właściwie idealne na końcowe stadium depresji.

Ride - dopadło mnie zmęczenie materiału, czy to upał czy brak snu. Najprzyjemniejszym podczas tego koncertu uczuciem było zawieszenie między snem a jawą kiedy leżąc na trawie otaczały mnie dźwięki i zapadałam się w nie powoli. A cisza powodowała niepokój i całkowite wybudzenie.

Ten Typ Mes - nie tracąc nic ze swojej świeżości, dali radę opowiadać z lekkością historię i bawiąc się konwencją.
Kontynuując wątek polski miałam okazję słuchać duetu Coals z porządnym nagłośnieniem.
Nareszcie słuchać było (chociaż z pewnymi wpadkami) i muzykę i głos. Uważam, że przy obecnym rynku muzycznym mają jedno z najoryginalniejszych brzmień bez potrzeby odcinania kuponów.
A Rycerzyki odpuściłam - trzeci raz są zbyt monotonni.

Coleen Green - młoda dziewczyna śpiewająca piosenki. Pasowałyby do filmu o nastolatkach, mogły by być śpiewane w Juno, taki pop-rock prościutko z różowego pokoju nastolatki. Jednak bardzo przyjemny chociaż troszkę monotonny.


Patti Smith - niekwestionowana gwiazda. Spróbowalibyście tylko zaprzeczyć... Koncert obfitował w momenty energetyczne, gdy aż żałowałam że nie jestem pod sceną, ale też w momenty liryczne. Właściwie dla mnie granie przez nia płyty Horses jest pewnego rodzaju rozliczeniem.
Ale  miałam dreszcze, gdy wymieniała zmarłych, legendarnych muzyków. Ona ich wszystkich znała, mogła znać, rozmawiać, spotkać. To taki łącznik miedzy tym, co nierzeczywiste już dla naszego pokolenia, dzieci kwiaty, bunty przeciwko systemowi, wojnie. Miliard Ochów i Achów i jak nie byłam zbytnio jej fanką (przyznaje się do zaiste jakże modnej obecnie ignorancji) tak teraz ma jako jeden z niewielu artystów - szacunek. Respekt.


Bardzo przypadkowo napotkany świetny koncert, czyli w najlepszej offowej formie, był występ Kwadrofonik z gościnnym udziałem Adama Struga. Dwa fortepiany... nie wiem, dla mnie to była niesamowita magia, czary, splecione dźwięki z głosem i perfekcja wykonania w każdym momencie.

I kilka zdjęć...
Wielka susza....

Ogoya Nengo & The Dodo Women’s Group

Son Lux

Patti Smith




środa, 29 lipca 2015

Moje podwórko...20 000 kilometrów wyjechanych ścieżek

Komunikacja.
Jak łatwo poszerza horyzonty myślowe i poznawcze.
Porządna infrastruktura w nowoczesnym państwie jest podstawą inwestycji. Dlatego tyle u nas wkłada się w drogi.

Kiedy dorobiłam się w końcu cudownie bezawaryjnego samochodu prawie dwa lata temu, zaczęłam dużo jeździć poza Warszawę. Wcześniej było to też możliwe, ale ograniczone busami i pociągami czy też strachem przed nagłym zatrzymaniu się w polu.
Podczas tych dwóch lat zrobiłam już ponad 20 000 km - jeżdżąc najczęściej na Śląsk albo też na różnej maści festiwale.
Mam w dalszym ciągu mnóstwo pomysłów gdzie jeszcze pojechać.
I teraz, wracając ze starych, wrocławskich śmieci doszłam do wniosku, że moje podwórko to tam, gdzie mogę dojechać w kilka godzin samochodem i wrócić tego samego lub następnego dnia.

Gdzie jest nasze podwórko?
Na początku, jest ograniczone domem i sąsiadami, ogrodzeniem, piaskownicą.
Granice wyznaczają rodzice i nauczyciele  - musimy być w zasięgu wzroku.
Potem nasze podwórko to przyjaciele, do których biegniemy się bawić i z którymi widzimy się po szkole, zaczynamy wymykać się z ustalonych ram.
Gdy stajemy się dorośli zaczynamy wyznaczać własny obszar - możemy zostać w miejscu które nas wychowało, albo spróbować stworzyć własne.
Tu jest punkt trudności, bo ustalamy sobie własne granice za które potem nie możemy wyjść z przyzwyczajenia. Jesteśmy wtedy najbardziej wolni - gdy idziemy na studia to jest nasz jedyny punkt zaczepienia. Jeżeli mamy szczęście to z drugiej strony nie ogranicza nas ani praca ani zobowiązania.

Moje podwórko było we Wrocławiu, mieście które nie śpi, które jest widziane jako tolerancyjne, otwarte i młode. Można było bawić się do woli.
Po studiach jednak przyszedł czas na otrzeźwienie ze studenckiego trybu. Nie miałam super wymagań jednak gdy po raz kolejny rozmowa okazała sie stażem za koszty dojazdu... szczęśliwie znalazłam pracę ale w Stolicy.

Jednak miejsce, warunki i czas zmieniło wszystko diametralnie - każdy poszedł w swoją stronę. Żeby się spotkać z kimś to ja (a nie kto inny) musiałam przejechać mnóstwo kilometrów. Prawie nikomu się nie chciało. Najlepszym przyjaciołom nie przeszkadzała odległość.
I tak horyzonty zostały poszerzone o Warszawę.

Jednak Wrocław, oprócz tego cudownego czasu festiwali filmowych i krótkich ale bardzo treściwych spotkań przestał być moim podwórkiem. Widzę go teraz jak nowe, zupełnie inne miasto nałożone kalką na nostalgiczne zdjęcia sprzed kilku lat. Wiem, że już na stałe nie wrócę.

Warszawa jest trudnym podwórkiem. Robiąc kolejne kilometry w korkach, wściekając się na kierowców/rowerzystów/roboty drogowe/protesty/wypadki/autobusy/spalone mosty zaczęło mnie to bawić i nawet podobać. Ludzie są różni. Szukanie pracy to niewdzięczne zajęcie ale dzięki temu poznaję miasto.

Moje podwórko to teraz Polska,
Moje 20 000 km podróży to przez te dwa lata minimum 200 godzin jazdy.

Popołudniu chcę wypić kawę nad morzem.
Nie mam co robić a dawno nie zwiedzałam.
Podobno najlepsze prawdziwki rosną na Podlasiu.
Gdzieś tam zaczęła się historia mojej rodziny.
Lubię jeździć samochodem.
Lubię jak klimatyzacja wypala mi gardło.
Lubię zabierać ludzi na stopa.
Lubię spotkać dawno nie widzianą ważną dla mnie osobę, chociażbyśmy mieli mieć dla siebie tylko chwilę.
Lubię mój kraj.
Narzekać każdy potrafi, ale odnaleźć piękno czy coś dobrego nie jest tak łatwo.
Mamy najpiękniejsze niebo na świecie.
I trochę zdjęć zza szyby...












niedziela, 7 czerwca 2015



Ostatnio jest zakręcenie z poplątaniem i do tego ciepło co skutecznie odgania mnie od komputera w stronę ciekawszych zajęć, w tym grillowania, siedzenia na plaży nad Wisłą i jeżdżenia na rowerze.
I o tym ostatnim będzie.
Nie jestem typowym warszawskim rowerzystą. Ba!  Nawet nie mam odpowiednich spodenek czy innego ubioru a dopiero dzisiaj zamontowałam taką nowinkę techniczną jak licznik.
Od dzieciństwa natomiast byłam otoczona polami i lasami a i teraz najbliższa mi okolica to rzadko uczęszczany las na skraju poligonu wojskowego. Podlega pod Warszawski Obszar Chronionego Krajobrazu na równi między innymi z Puszczą Kampinoską oraz dopływami Wisły.
Tereny te łączą wybitne bagna z typowym obszarem wydmowo-pustynnym i lasem iglastym i mieszanym.

Mapka - ładnie nie?

Ścieżki nie należą do najłatwiejszych, jedzie się albo po piachu albo kamieniach, momentami jest to fajna droga polna ale rzadko.

Jadąc dzisiaj obmyśliłam, jakie mogą być podstawowe rady dla mieszczucha który postanawia wybrać się w las a jest typowym miejskim rowerzystą. Na pewno jest to większy wysiłek niż przy pokonywaniu asfaltowych czy kostkowych tras. Konieczny jest zapas wody i dobra wszelakiego sklepów nie ma. No i podstawowy czyli jaki kto ma rynsztunek cyklisty - ważne żeby to nie były żadne sandałki!
Ale ale..wjeżdzamy do typowego, podwarszawskiego lasu: podmokło/sucho, łąka/las.
Zasady są proste jak w przypadku każdego lasu:
1. Żadnego ognia - niedopałek to tez ogień.
2. Żadnego śmiecenia
3. Minimum hałasu (pozdrawiam bucoquadowców z dzisiaj dla których droga na 2,5 m. to było za mało żeby przejechać i musiałam zjechać na bok)

A ponadto warto zaopatrzyć się w dwie rzeczy: coś na komary i meszki (komarów póki co nie stwierdzono, ale to drugie szaleje) i krem do opalania.
 Do takich rad dodam jeszcze kilka:

Bagno z narcyzami - jak rzadko zielone

1. Nie wchodzimy zrywać kwiatków na podmokły teren, narcyzy teraz kwitną..ale lepiej nie, każda kępka może być zdradliwie pływającą rozrośniętą kłodą. Aligatorów nie stwierdzono
2. W takie upały lepiej nie schodzić ze ścieżki.  Węże właściwie są wszędzie,a  ma się malutko czasu na odróżnienie jadowitej żmii od pospolitego zaskrońca. Lepiej żeby było to drugie. Oprócz węży są też salamandry, jaszczurki i pospolite gryzonie.
No i uwaga!

3. Czytamy leśne znaki - jeżeli gdzieś jest napisane "poligon wojskowy nie wchodzić" i "nie zbierać runa leśnego nie polować i nie łowić ryb" to przestrzegać. Moje ubiegłoroczne zbieranie grzybów skończyło się znalezieniem niewybuchów, mimo że teren był nieoznaczony jako poligonowy. I wojna światowa miała swoje bomby a tamta okolica była jeszcze do tego świadkiem "Cudu nad Wisłą" w 1920 r. Poligon działam w większym zakresie również po II wojnie (rozszerzony tak przez radzieckie władze,żeby cmentarz żołnierzy poległych w 1920 był zgarnięty i nie można było by się nim zajmować). Potem na szczęscie tereny zostały zmniejszone (ale czy rozminowane?:P). Śmiejemy się czasem, ze te huki na poligonie to nie ćwiczenia a sarenka która nauczyła się latać (albo dzik)

4. Wchodząc do lasu koniecznie ale to koniecznie PATRZYMY POD NOGI - to te węże ale też jakieś osuwisko/mrowisko/kretowisko lub zwyczajne sarnie bobki. Bleh.
5. Jeżeli chcemy coś zbierać to na 100% trzeba wiedzieć, że to jadalne. Na przypuszczenia jest system zerojedynkowy.
6. Uwaga na ścinki drzewa, jeżeli leżą ułożone stosy kłód nie dość, że możemy zostać posklejani trudną do usunięcia żywicą, to jeszcze lubią tam gniazdować żmije i osy.
Te wszystkie drzewa są zeschnięte. Tak to już jest w przyrodzie.

I cieszmy się lasem!
Co prawda nie widziałam dziś węży ani KOMARÓW(NIC!)  ale za to; pliszkę, jaszczurkę, narcyzy na bagnach i jeszcze jakąś inną roślinkę kwitnącą. Mnóstwo czarnego bzu (dobry na przeziębienia) i kwitnące akacje.
Słyszałam kukułki.
I było tak kosmicznie gorąco.


niedziela, 17 maja 2015

Ciemne chmury ....

Ostatnie dwa tygodnie to była lekka masakra.
1. Na szybko szyłam pierwszą w życiu spódnicę z tiulu. Falbany doprowadzały mnie do szału przeżyłam chyba wszystkie możliwe "wypadki":
- złamaną igłę maszyny
- niezliczoną ilość razy urwaną nitkę
- źle napiętą nitkę
- złamaną stopkę i do tego wymianę stopki
- przyszpilkowanie się
- przyszycie się.
Efekt prawie końcowy już jest. a swoją prapremierę miał na wernisażu Epok Warszawy (dzięki!).
2. Testowałam kolejną wersję This War of Mine. Jeżeli wyjdzie, to rozgrywka będzie jeszcze ciekawsza, fajnie brać udział w takich rzeczach
3. Miałam różnego rodzaju rozmowy kwalifikacyjne i nie, nawysyłałam się CV jak zwykle.
4. Udzielam się marketingowo nad nowym projektem eventowym z Wrocławia (też będę dawać znać).
5. Powkurzałam się na OWF że tak słabo...potem to przemyślałam.

I właśnie o tym ostatnim będzie. Chyba w tym roku ostatni raz wybieram się na komercyjny festiwal.
W ubiegłym najlepsze wrażenia były na koncertach mniej popularnych festiwali. w tym również (Spring Break). Dlatego chyba będę iść tym torem. Dotarliśmy do średnich cenowych europejskich..ale.. zrobiło się już dość ciasno na mapie festiwalowej i niestety jak widać, fundusze nie pozwalają już tak bardzo na zapraszanie gwiazd wielkiego formatu, tym bardziej co roku.
Rosną też wymagania odbiorców. Nie wiem o czym oni marzą, ale ja zawsze przeliczałam na koncert: jeżeli chce się wybrać jeden zespół i mieć go na wyłączność przez półtorej do dwóch godzin to trzeba iść na KONCERT. Festiwale nie ułatwiają odbioru muzyki a jedynie stwarzają możliwości do odkrycia nowych zespołów i innych typów. Zawsze koncertowo słabszy jest występ festiwalowy.
Zespół się spieszy że nie wyrobi w czasie przed kolejnym.
Mogą być niedociągnięcia i wypadki losowe.
Koncerty kosztują średnio od 150 do 300 zł za indywidualny bilet na płytę.  Dlatego wieszanie psów na OWF za słaby line up za 470 zeta... no proszę. Jednak fakt, że irytujące jest robienie promocji pod koniec sprzedaży biletów. totalnie nie fair i psuje to markę.
Ja to liczę tak(zawsze na podstawie grup które chcę zobaczyć):
MUSE - koszt najtańszego biletu na płytę byłby około 220 - 250 zeta
Bastille - też około 150 zeta bilet.
FKA  Twigs - która nagle wypłynęłą i koniecznie ją chcę zobaczyć - podejrzewam ze 100 zeta minimum.
Łapiecie?
Metronomy - w lutym byłam w stanie wydać 50 zeta - no to niech będzie te 50 zeta.
Paloma Faith - hmm też chyba około 100 zł

I w tym momencie przy kalkulacji wyszło, że mi się opłaca.
Dziękuję.

Nie wieszam psów ale.. mamy trudny rynek festiwalowy, dlatego co rusz jakiś festiwal jest zawieszany, bo kończą się pomysły.
Opener jest jałowy z tym połączeniem sztuki. Dla mnie to porażka całkowita, ale cóż. Może raz byłam coś obejrzeć a raz na Fashion Stage. Ale ponieważ morze obok - duży plus

Zarówno OWF jak i LMF były zawsze w podobnej formie, również Selector. Oprócz muzyki i imprezy nie dają dodatkowych atrakcji. Nie przywiązują do marki.
Woodstock przywiązuje wagę do marki i właściwie na stare lata rozważam w końcu wycieczkę w te rejony.
OFF to OFF - nie złapiemy w schemat, chociaż ile można zwiedzać Katowice ;)
Free Form Festival- mimo lekkiej porażki organizacyjnej wyszedł wspaniale.
Audioriver - grupa odbiorców zupełnie inna, plaża nad Wisłą w Płocku - bardzo duży plus.
Patrzymy na zachodnie festiwale tak bardzo, że nie zauważamy jaka to maszyna promocyjna, Jak wszyscy marzą o rozmachu Glastonbury - a to jest festiwal który działa od 1970 roku! (polecam dokument) albo o wolności Woodstock '69 - nie ma już tej możliwości.

Szukać nowej formy spotkań z muzyką. Jak Spring Break który faktycznie wyrasta na coś bardzo ciekawego i długotrwałego i mam nadzieje, że nie zostanie przeniesiony do innego miasta.

Koniec.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Na maratonie zwanym Spring Break



Minęły już ponad 24 godziny od mojego powrotu do domu pod Warszawę praktycznie pustą autostradą z Poznania (nie licząc kilku ciężarówek). Przed nieuchronną sennością obok kawy chroniła nas muzyka i poczucie dobrze spełnionego czasu i jeszcze lepszego Chilloutu.Poznań jako miasto dawał mi się poznać z różnych stron: śnieżna Malta i sylwestrowe centrum, jesienne spacery, nocne szalone wyprawy na jeden koncert.
Tym razem skorzystałam z wiosennej okazji jaką był Spring Break.
Z uwagi na naprawdę mnogość polskich (i nie tylko) zespołów słuchaliśmy ich kawałków w internecie a potem decydowaliśmy na co idziemy. Niekiedy było to pod wpływem chwili (bo koncert obok) a momentami nie dawaliśmy rady i odpuszczaliśmy. Odległości między klubami - niby niewielkie- powodowały że niekiedy udawało się trafić tylko na dwie ostatnie piosenki godzinnego koncertu (w przypadku Years &Years) a niekiedy na oklaski końcowe. Logistyka, przy realizowanym remoncie wiaduktu i ronda obok CK Zamek i trudne dla obcomiastowców odległości była utrudniona. To miał być w końcu Spring Break a nie wyścig. Co mnie niesamowicie zaskoczyło, to nagłośnienie - dawno nie miałam się do czego przyczepić w tej kwestii, było oprócz kilku niewielkich niedociągnięć, naprawdę dobrze.
Pisze same recenzje, bez opisów zespołów. Pod każdą odnośnik do ich stron oficjalnych.Miały być zdjęcia ale tak bardzo nie wyszły..

CZWARTEK:

Dojechaliśmy. Pierwsze godziny przyszło spędzić nam w dwóch przyjemnych klubach: Stare Kino - klub założony przez miłośników filmów, jak większość takich obiektów w Poznaniu- starym mieszkaniu. Pozostały sufitowe drewniane sztukaterie. ściany ozdobione plakatami i zdjęciami z kultowych filmów.

Mjut - bardzo sympatyczny zespół zebrał sporą widownię jak na wczesną godzinę  (18:30), jeżeli ktoś lubi klimaty melodyjnego indie rocka  którego u nas przedstawicielami są Myslovitz czy też KDZKPW. Gitarowo, czysto. Dla mnie nie jest to odkrycie w jakiś sposób muzyczne, ale na rozgrzewkę - bardzo dobre!

Tuż obok Starego Kina jest drugie miejsce. Pod Minogą Te poplątania - że wchodzi się głównym wejściem a potem schodami do oficyny i na piętro. To jest tak niesamowicie klimatyczne. Trafiliśmy lekko spóźnieni. Ale było warto.

Mokrofon - nie wiem czemu, ale drobne filigranowe dziewczyny z reguły nadrabiają głosem. Kwestia chyba stania w odpowiedniej kolejce. Zainteresowałam się przez brzmienie grupy odwołujące się do początków O.N.A. i czystego, surowego rocka. Tłumów nie było, a powinny. Chociaż to prawda że od kilku lat rock jest w odwrocie na rzecz elektroniki (jest łatwiejsza i w wykonaniu i w odbiorze). Bardzo dobrze  grali i chętnie będę obserwować ich rozwój.

Tu nadchodzi kwestia wyborów, ponieważ strasznie chciałam iść na Latające Pięści a jednocześnie też strasznie chciałam iść na Oliviera Heima.Ta...
.
Jestem totalnie zachwycona lumperpunkiem
Latające Pięści  - chyba jedyny jak na razie przedstawiciel tego gatunku. schludne ubrane w garniaki chłopaki śpiewające soczyste piosenki. Meat me on the love parade wsiąknęło i przykleiło mi się do mojego prawie wegańskiego mózgu.

po 15 minutach wrzącego punku i 9 minutowym marszu Olivier Heim był niczym chłodna woda kojąca nadwyrężone rockiem uszy. Usiadłam w fotelu w Scenie na Piętrze i chillowałam. Ludzi było naprawdę sporo a koncert został przyjęty również bardzo dobrze. Wydawało mi się lekko monotonnie jednak bardzo przyjemnie.

Popędziłam, korzystając z luksusu tramwaju, do Centrum Festiwalowego - Zamku Cesarskiego.
Tam też występował, przy dość szczelnie wypełnionej ludźmi sali - Król. Głęboko męski głos, ciekawe aranżacje i przede wszystkim nowe kawałki. Tak! Towarzystwo zachwycone ja mniej, bo oddechu złapać nie mogłam a tu kolejne bujania. Wybujałam się zatem.

Kolejny melodyjny głęboki czy można powiedzieć "alternatywny"? nie, prędzej folkowy klimat Skubasa. Gdzie odrobina polskiego smęcenia (w tym jesteśmy dobrzy w muzyce) przeplatała się z typowo amerykańskimi zagraniami w stylu Mumford and Sons. Nie jestem jego fanką i mimo bardzo ciepłej atmosfery koncertu nie zrobiło to tak dużego wrażenia. Może to to zmęczenie? W końcu to był już tego dnia szósty koncert.

Ponieważ kolejna była MIN t , i to daleko mimo biegu nie udało nam się niestety zdążyć. Pogubiliśmy się podczas poszukiwań słabo oznaczonego klubu Oczy(na mapce  ale i też nie było widać od ulicy...), do tego, sądząc po zadowoleniu i oklaskach po ostatnim utworze- wiele straciliśmy. Drobna osoba za konsolą, totalna elektronika z wizualizacjami! Wybraliśmy zatem Zakręt a potem jednak żałowałam, że nie poszłam na moich festiwalowych pewniaków czyli Cosovel. :( (pozdrawiam z miejsca i obiecuję że nadrobię!)
Byliśmy strasznie zmęczeni. SPAĆ!

PIĄTEK

Po całym dniu chillowania na Malcie (kolejne miejsce poznańskie warte odwiedzenia) znowu rozpoczęliśmy koncertowanie od Starego Kina. Sprzyjała pogoda lenieniu się i zwiedzaniu więc dopiero o 19.30 wylądowaliśmy na...
Rusty Cage - Rockowo, ale w klimacie amerykańskiego rocka z festiwalowej półki a'la Imagine Dragons itp. wokalnie bardzo dobrze, chociaż wzięcie na warsztat piosenki Muse "Psycho" wyższa szkoła jazdy, podziwiam że się udało. Rockują dobrze, ale czy wprowadza coś nowego? Ciężko w tym temacie cokolwiek powiedzieć.
Ps. Nastawiałam się bardzo na Natalię Nykiel, ale jak zinterpretowała piosenkę Bat for Lashes bardzo szybko wykreślona została z lineupu.

Szybka przebieżka bliżej rynku czyli do Dragona na Rycerzyki - muzyka poduszkowa - kołysankowa nie zachwyciła mną jak mogłabym się spodziewać ale była wystarczająco urocza żebym chciała się zatrzymać na chwilę. I znowu pokiwać nóżka w takt muzyki.

poszliśmy jeść (strasznie dużo i dobrze tam jadłam ale to był fragment ogólnego chillu) przegapiliśmy jeden zespół. E tam. w końcu wakacje.

Spóźniliśmy się na Ten Typ Mes +live band
NO NIE! Jak nie słucham tego gatunku (hip hop), to i tłumy i mój zachwyt były chyba podobne. Wybawiłam się nieziemsko, wyskakałam, wyśmiałam i w ogóle. Coś w tym jest, że na koncerty hiphopowe chodzić mogę ale już słuchać w radio czy na odtwarzaczu średnio. Pewnie chodzi tu o charyzmę. Na wyidealizowanej wersji płytowej nie czuć charyzmy.
Także całkowicie wycieńczeni padliśmy w piąteczek.

Mieliśmy dotrzeć jeszcze do Good Time Radio na We Draw A - ale były tłumy. Nie udało się wbić.

Także wieczór zakończył się pochłanianiem piwa na Rynku i totalnie zaskakującym zbiegiem okoliczności (pozdrawiam z miejsca jak piszę!). Nie udało mi się przebrać za lisa.

SOBOTA

Dzień ostateczny.
Warunki skutecznego powrotu do domu z KAŻDEGO festiwalu: 1. trzeźwość 2. nie przesadzić z szaleństwem 3. Ostatni koncert przed północą.
wszystkie zostały spełnione aby o 4 rano smacznie spać we własnym łóżku.

Zagi - w ogrodzie różanym. Po obejrzanym video na yt spodziewałam się elektryzującej dawki szaleństwa w neonowych kolorach. Było... plumkająco, delikatnie, bez zadziorów, dziewczęco. Zachowawczo. Nuda.

Daniel Spaleniak  - ten to ma głos! Opowiadałam o charyzmie? Też ma. Forma "półgodzinna" jednak widocznie stresowała wszystkich muzyków. Zdążą? Wyrobią się? Koncert w Blue Note przyjemny i na pewno pójdę jeszcze raz na pełnowymiarowy występ bez presji czasu. Zwłaszcza że nie doczekaliśmy, jak wiele innych do końca (szkoda).

Kiedy jakieś 90% ludzi pędziło pod scenę na Years &Years zgodnie (po oczywiście wcześniejszym odsłuchaniu) poszliśmy(spacer zajął 10 minut) na koncert Milky Wishlake.

Jak się rozpoczął było kilkanaście osób, potem jednak niewielki klub się zapełnił i wyszło z tego coś naprawdę fajnego i bujającego. Grają jeszcze w tym roku na Openerze. Jak trafię, to zobaczę. Jak nie trafię to będą na pewno inne wydarzenia i też zobaczę. Warto, Elektroniczny pop? Oklepane, bliżej ambientu. Bardzo dobre jednak, brzmi bardzo przemyślanie. Poza tym, fajnie znaleźć się poza mainstreamem.

Zdążyliśmy na 2,5 piosenki(!) Years&Years (resztę nadrobiliśmy w drodze powrotnej). Wiedziałam że tak będzie. Doskonały kontakt z publicznością, motyw naszej flagi i podejrzewam, że będą hitem na Openerze. Doskonała muzyka taneczna do klubów. aż dziw że tak rzadko słyszana. Lub też nie do tych miejsc już chodzę..a przepraszam, graja lata 80 jakby później disco nie istniało.

Mela Koteluk - nie wiem, ale miałam wrażenie, że jest zmęczona, poza tym bardziej podobał mi się jej koncert kiedyś tam... dawno, jeszcze przy pierwszej płycie. Ludzie nie zawiedli, najbardziej znane utwory też były. Bardzo ładna gra świateł, wszystko bez zarzutu, uroczo.

Jedyne zdjęcie do którego nie mogę się przyczepić tak bardzo...

Ostatnim przystankiem na festiwalowej mapie była Jazzpospolita w Blue Note. O tak! Bardzo elektryzujący występ kwartetu(czy można tak powiedzieć w przypadku muzyki rozrywkowej?) - ludzi znających się na graniu.  Żywe kawałki przeplatały się z wolniejszymi. Aż przypomniały mi się pierwsze doświadczenia z koncertami tego typu we wrocławskim klubie Rura. (długo zamkniętym)

 Skoro doczytaliście do końca:
3 dni
16 zespołów na scenie i poza sceną (tak! można potem było natknąć się na nich w klubach)
trochę znanych twarzy w tłumie
lekka chrypka
totalne zmęczenie
i uczucie całkowitego wypełnienia chilloutem tej przerwy wiosennej.

BYŁO WARTO, BĘDĘ ZA ROK PRZY SPRZYJAJĄCYCH WIATRACH

czwartek, 16 kwietnia 2015

FestiwaloWIANKOwianeczka - festiwalowe FAQ

Na specjalne życzenie odkładam na później pisanie o radiu i omawiam bardzo aktualny temat.
Oczywiście festiwalowy.

Wyobraźmy sobie Ciebie i Ciebie i Jego i Ją i Ich. Nigdy nie mieli do czynienia z żadnym festiwalem. Może i by chcieli ale boją się. Może i by chcieli ale tyle pieniędzy wydać, może i tak..ale...
i teraz będę prostować to "ale".
Od razu napiszę: wpis nie jest sponsorowany przez nikogo, oprócz mojego czasu. Dlatego opowiem o tym w najprostszy możliwy sposób: odpowiadając na pytania.  Oczywiście jeżeli jakieś powstaną, możecie dopisać.

1. Nigdy nie byłam/em na festiwalu, jednak czuję, że jestem na to za stara/y.
Nigdy nie jest się za starym na festiwale! Przykładem może być najstarsza para oglądająca razem filmy,  nakręcono o nich nawet dwa filmy dokumentalne, Państwo Maria i Bogdan Kalinowscy zawsze byli mile widziani na Nowych Horyzontach we Wrocławiu.  Na muzyczne również jeżdżą nie tylko dziane nastolatki, ale i ludzie w średnim lub starszym wieku.

2. Od jakiego festiwalu zacząć?
Od tego najbliżej, ja rozpoczęłam swoją przygodę z festiwalami od Nowych Horyzontów w Cieszynie (2004 r) później działałam w wolontariacie na pierwszych pięciu edycjach we Wrocławiu. Warto patrzeć, co się dzieje w mieście i okolicy. Miałam to szczęście w nieszczęściu że brałam bierny(nigdy na widowni) udział w przygotowywaniach festiwalu Opolskiego w LO.
Jeżeli klimatem nam nie pasuje, zawsze  można spróbować nieco dalej. Warto też chodzić na mini festiwale obejmujące jeden wieczór w klubie.

3. Jestem niepełnosprawna/y ruchowo czy to nie utrudni mi odbioru festiwalu?
Oczywiście że nie! Festiwale dostosowane są dla osób niepełnosprawnych. Co prawda w salach kinowych jest tylko kilka miejsc dla osób poruszających się na wózkach, jednak są też pokazy plenerowe. Co do festiwali muzycznych, ze względu na zmienną pogodę zawsze jest przeprowadzona gdzieś utwardzona droga którą można dostać się pod odpowiednie sceny. Są też platformy gdzie w spokoju można obejrzeć koncert. Spanie na polu namiotowym oczywiście również jest możliwe.

4. Nie mam paczki znajomych z którą mogę pojechać, ewentualnie jadą dwie dziewczyny, czy to bezpieczne?
Jazda w pojedynkę jest trudna, ponieważ pewnych rzeczy nie da się przewidzieć. Warto jednak nawiązać nowe znajomości. Jeżeli jedzie się z przyjaciółką - bardzo wskazane. Pola namiotowe jak i cały festiwal objęty jest ochroną. Zdarzyło mi się samej wybrać na festiwal. Bardzo dobrze to wspominam,w przypadku Openera jednak trójka znajomych była już na miejscu. Chłopaki mogą jeździć. Zawsze ktoś przygarnie.

5. Mamy dziecko ale nie ma kto się nim zająć. Co teraz?
Zawsze można kupić bilet dzieciakowi (i słuchawki tłumiące dźwięk) co prawda bobasy nie przepadają za tłumami i hałasem, jednak w tamtym roku do Syren Artura Rojka  bardzo dobrze się bawiły. Sama na pierwszym koncercie byłam podobno jako 4 latka. Pamiętam wielką scenę, helikopter i hałas i siedzenie na trawie. Starsze dzieci mogą uznać to jako wielką frajdę. Wiadomo, wtedy nie można już tak bardzo robić tego, co się chce.

6. Jak się zabezpieczyć przed kradzieżami?
Nie ma idealnego sposobu. Na pewno nie zostawiać najcenniejszych rzeczy na polu namiotowym. Warto na poczatku kilkudniowego festiwalu zostawić swoje skarby w depozycie. Najlepiej jednak nie brać diamentowych kolczyków i złotych zegarków.

7. Czy muszę spać na polu namiotowym? 
Nie, zawsze można wynająć kawałek łóżka w hotelu czy hostelu, skorzystać z couchsurfingu czy też popytać po miejscowych znajomych/rodzinie. W przypadku zalania namiotu (było) warto mieć plan B. (całkowicie przypadkowo miałam i dziękuję !) Pole to jednak wygodna i tania opcja, zwłaszcza że powroty mogą zajmować trochę czasu.

8. Jakie są niezbędne rzeczy podczas kilkudniowego festiwalu? Zakładam że śpię pod namiotem.
Bezwzględnie: namiot, śpiwór, żel pod prysznic, dezodorant, ręcznik, zmiana ubrań na każdą pogodę(na dni wyjazdu+1), kasa, karta, ID, krem do opalania, wit.C albo jakaś inna suplementacja witamin (jeszcze nigdy nie wróciłam zdrowa z festiwalu..), tabletki na gardło (festiwal muzyczny), krople do oczu (festiwal filmowy), woreczki foliowe (zawsze), papier toaletowy, żelazna racja batoników zbożowych, cukierki, notatnik, długopis, ładowarka, powerbank(przydaje się przy minimalnej żywotności baterii telefonów i gigantycznych kolejkach do ładowania), karty do gry, plastry, buty na zmianę. Najlepiej zrobić listę przed wyjazdem.

9. Czego się wystrzegać?
Brania zbyt cennych rzeczy, uważnie wybierać nowych znajomych, nie przesadzać z używkami, Pamiętajmy o unikaniu brania ostrych narzędzi i parasoli na festiwale - mogą zostać zabrane przy wejściu (jeżeli mamy szanse, dostaną numerek i będzie do odzyskania)- filmowych festiwali to nie dotyczy.

10. Skąd mogę czerpać informacje o festiwalach?
 Obecnie są oprócz wiadomości na stronach oficjalnych, informacje na portalach społecznościowych a także można ściągać aplikacje. Osobiście lubiłam gazetki festiwalowe (bardzo) bo mogłam sobie zachować na pamiątkę. Aplikacje niestety są zbyt tymczasowe.

Jeżeli macie jeszcze jakieś pytania, chętnie odpowiem. Na razie pozostało mi przygotowywać się do Spring Break w Poznaniu. Relacje będą w przyszłym tygodniu. Nigdy nie byłam także czujnym okiem będę obserwować wydarzenie z każdej strony.

środa, 9 lipca 2014

Festiwalowiczankóweczka

Zielona trawa przed festiwalem...już nie długo

Powróciłam po Openerze do domu.
I tyle słów.
Tyle muzyki odkrytej i potwierdzonej wielkości.
Jako moja 6 edycja Opener nie powalał już ani rozmachem, ani organizacja, być może się przyzwyczaiłam do tego co dobre.
Po poznaniu pełnego line-up nie słuchałam już żadnego z zespołów będących na Openerze, z czystą premedytacją, żeby się nie znudzić, nie rozczarować, że nie graja jak na płycie czy żeby w końcu odkryć organoleptyczne (w tym przypadku uchem) czy naprawdę warto ?

Ponieważ minusów jest niewiele, zacznę od nich:
1. Największy zawód:
- kiedy okazało się że Lykke Li naprawdę jest smutnym człowiekiem i nie warto bylo jej dawać na scenę główną. Od tego momentu przestaję jej słuchać, nie warto. Utwierdziłam się również z Interpolem, że nadal grają na jedno kopyto. Piewsza wypadła z moich playlist drudzy nadal na nie nie wrócą. 
2. Nagłośnienie na The Horrors 
- nie sądziłam, że dadzą de z takim koncertem, muzyka była bardzo dobra ale prawie nie było słychać wokalisty zza ściany gitar. Charakterystyczny niski głos Farisa Badwana nie został przez to dobrze wyeksponowany. Ma on ciepły wokal - gdzie on utonął?
3. Ludzie
- litości...dwie naparzające się kobiety daleko od sceny bo jedna drugą szturchnęła? hahahaha, agresja jest większa na festiwalach u dziewczyn niż u chłopaków. Socjologicznie nie mam pojęcia czym jest to podyktowane.


PLUSY (najcudowniejsze, resztę zachowam dla siebie) :
1. Pogoda - mimo początkowych dziwactw była jedną z najlepszych jakie udało się uświadczyć, żadnych ostrzeżeń o gradobiciach, żadnych  totalnych oberwań chmur. Moje gumiaczki nadal kwitną w samochodzie.
2. Odkrycia muzyczne:
- gdybym odsłuchiwała Jagwar Ma przed festiwalem, nie poszłabym na koncert. Ujęli mnie energią, radością z muzyki i ogólnym świetnym brzmieniem. A także tym. jak bardzo porwali ludzi do skoków. Nie wiem czy jeszcze oprócz tego koncertu zdarzyło się tupanie  parkiet żeby wrócili i śpiewanie piosenek żeby wrócili. 
Nie wrócili, ale patrząc na ich reakcje - wrócą na ban już na inny koncert.
- Daughter - ponieważ leciałam na Bastille nie byłam na całym koncercie (kwestia wyboru jest dramatem na festiwalach) ujęli mnie lekkością śpiewu, doskonałymi kompozycjami i lekkością.
- Foals - jeden właściwie z najlepszych koncertów na Opener Stage - szkoda tylko że w pełnym słońcu 
- Rudimental - muszę powiedzieć, że jak oni rozbujali tą zastaną zmęczoną publikę o tej 1 w nocy, i ja mimo całkowitego zmęczenia materiału byłam w stanie jeszcze pobiegać, poskakać pokrzyczeć yeeeah!
- Bastille - energia, dziki tłum "słuchających eski" jednodniowych festiwalowiczów nie przeszkodził mi, chociaż miałam wrażenie że bawię się najlepiej w okolicy, 

- Haim - od ich koncertu żałuje, że nie przywiązałam się do gitary na stałe (tak, zawsze mogę to nadrobić), i że efekt cheerlederki działa. Bardzo podoba mi się głos wokalistki prowadzącej i czuć mnóstwo inspiracji latami 80-tymi. 

O dziwo nie zauważyłam żadnych lanserów, albo tez chodziłam innymi ścieżkami niż oni.
Jak dobrze...
Odchorowuję zatem swoje, i pozostawiam się z wrażeniami muzycznymi, nauką na przyszłość i muzyką, która łączy.
zółta trawa..odrośnie :)
     

środa, 25 czerwca 2014

Gdzie mnie znajdziesz w.... lipcu?

Rozpoczyna się najgorętszy (teoretycznie) okres w roku.
Przez niektórych zwany wakacjami (tak, też mam chęć rzucić wszystko i wyjechać) inni ciułają na niego rok cały i planują już od stycznia co by tu robić przez każdy cudownie ciepły, miły, wieczór/dzień "wakacji".
Ja swoim zwyczajem liczę od majówki do końca września. Jednak w tym roku nie dane nam było w Stolycy poznać więcej niż tygodnia prawdziwie letnich upałów.
Rozpoczynam cykl letni "you can find me..." w którym będę opisywać atrakcje Warszawskie lub też i Polskie w których wezmę udział. Później też postaram się każdą zrelacjonować.

Plany są następujące:
 26 czerwca - Kino Samochodowe w dzielnicy Wawer - nigdy nie byłam na kinie samochodowym. Jeżeli nie zbiorę ekipy jadę sama, a jeżeli zbiorę - tym lepiej! Mam zamiar sprawdzić, czy dach samochodu wytrzymałby mój ciężar w przypadku ładnej pogody a w przypadku gorszej, poeksperymentować, czy fotele samochodowe są równie wygodne do oglądania filmów? Czas najwyższy umyć szybki....
link do wydarzenia TU

27 czerwca - wybieram się na przywitanie lata w studenckim gronie. Zaiste może być zacnie :)

28 czerwca - w Plażowej - która znajduje się między Temat Rzeka a Stadionem Narodowym odbędzie się koncert Low Roar! Bardzo podoba mi się ten rodzaj muzyki, także postaram się pogodzić jakoś pakowanie na kolejny punkt (patrz niżej) i odwiedzić to zacne miejsce. Debiut w Plażowej zaliczyłam przy okazji premiery singla Elektryczny - Orkiestry Męskiego Grania. link również do fejsbukowego wydarzenia TU

1-6 lipca - Opener - modlitwy o słońce niechaj zostaną wysłuchane! oby gumiaczki mi się nie przydały... Będę biegać między scenami, jeść dziwne jedzenie o jeszcze dziwniejszych porach i spać na plaży. Marzenie.. a wszystko jasne jak obejrzy się To!

26 lipca - czekają mnie jak co roku Nowe Horyzonty! - miejsce i ludzie marzenie, nie wiem tylko, czy uda mi się wpaść jedynie na weekend czy na dłużej.. albo też Audioriver - sama jeszcze nie wiem.. jeżeli to drugie to NH odwiedzę...

od pierwszego do trzeciego sierpnia! Impreza zamknięcia NH jest najlepszą jakie znam, a jeżeli nie, to czeka mnie OFF - tematy nadal pozostają otwarte.

Sierpień zapowiada się spokojniej jeżeli chodzi o festiwale i atrakcje, ale tak to chyba czyste szaleństwo.
Pod koniec miesiąca będę płakać za wyczyszczonym kontem na te wszystkie atrakcje.

Bardzo ciekawie i bardzo bogato prezentuje się w te wakacje Letnia Stolica, uzbrojona w kocyk, poduszki i dużą ilość środków na komary i dobrego humoru mogę dotrzeć na naprawdę fajne seanse (nie Woody Allen na szczęście już).
 Low Roar na dobranoc...
Dobranoc



poniedziałek, 5 maja 2014

Prawdziwy odpoczynek nie istnieje!

Dużo się wydarzyło podczas ostatnich dwóch tygodni, rozmawiałam z taką rzeszą ciekawych, pozytywnie zakręconych ludzi. Do tego  majówka.
I próbowałam, i nadal próbuję znaleźć definicję prawdziwego odpoczynku.
Dla każdego jest co innego.
Panna Kognitywna wypoczywa aktywnie jeżdżąc rowerem.
Cała grupa zaś znajomych jest na festiwalu Kino na Granicy na który niestety w tym roku nie dotarłam i chyba już, z uwagi na mnóstwo innych leniwych zajęć, nie dotrę niestety. Oglądają filmy, słuchają muzyki czeskiej polskiej i jak najbardziej alternatywnej, potem idą do Orlicy.

Czym jest wypoczynek?
Warszawskim trybem jest to całkowita aktywność powodująca nie myślenie ani o pracy ani o niczym innym. Biegać do totalnego zmęczenia, jechać, iść na dodatkowe zajęcia gdzie łupanka pseudomuzyczna i pseudoartystyczna niszczy komórki mózgowe.
Kino Teatr Muzeum są w mniejszości, bo jak w przypadku dwóch pierwszych ceny powalają , tak w przypadku Muzeum godziny nie są dostosowane często dla nikogo oprócz wycieczek szkolnych.
Poza tym dzikie tłumy we wszystkie dni wolne skutecznie zniechęcają do metalnego pastwienia się nad sztuką.
Można też wypożyczyć film, kupić film, obejrzeć film. W zaciemnionym pokoju z herbatką. Samej lub i nie.
Niektórych relaksuje leżenie i słuchanie muzyki, o szczęśliwcy!
Jako typowy multitasking robię wiele rzeczy na raz. Chociaż czasem da się pochylić nad jedną jest to dla mnie niesamowicie trudne i wymaga super kontroli. Bo inaczej ręka w stronę telefonu, palce w stronę sznurka i kręcę supełki albo tworzę coś z niczego.
Totalnie.
Solowo akceptowalne są dla mnie też gry komputerowe, chociaż po spędzeniu 8-10 godzin przed kompem i intensywnie expiąc mam kaca mentalnego i dramatyczny ból głowy.

A jeżeli jednak zajęcia grupowe (ale nie sport) dyskusje, spotkania przy obiedzie wspólne pichcenie. Relaksuje mnie to, że nie jestem odszczepieńcem i jestem akceptowana przez społeczeństwo. Potrzeba akceptacji jest jednak jedną z najbardziej podstawowych potrzeb człowieka.
Pichcenie!
Nie ma dwóch takich samych smaków także każdy doprawia wszystko po swojemu, te nieznaczne różnice są widoczne. Najłatwiej to widać po prostych daniach. Najlepiej smakują kanapki robione przez kogoś.

Leżenie plackiem wkurza, zwłaszcza jeżeli jest się chorym i nie ma się głowy do niczego innego tylko leżenia.
Leżenie na plaży/łące/nad stawem/ w lesie/ na wodzie/ na łódce/ na ławce.
Jest CZYMŚ bo jest poza domem, bezpieczeństwem w niebezpiecznym bo "nie swoim" rejonie.

Ale trzeba dotrzeć, podjąć wysiłek, zaplanować lub dać się ponieść niepewności.
Bez tego nie będzie prawdziwego odpoczynku.
Dlatego jeździłam się wyżyć na festiwale.

I chyba dlatego poszłam dzisiaj do pracy w stanie błogiej nieświadomości i spływały po mnie złośliwości i byłam w stanie uśmiechać się do ludzi, co nie zdarzyło się już bardzo dawno temu.
ODPOCZĘŁAM


I dlatego lubię muzykę taki typ muzyki..bo zwiastuje drogę i cel (i palmy na końcu)




niedziela, 13 kwietnia 2014

NIE bądź perłą festiwalu!

Trwa Coachella, rozmarzyłam się nieco leżąc w łóżku z temperaturą...
Festiwale muzyczne czy filmowe to niesamowicie intratny biznes.
Każdy ma swoją stylistykę, swoje historie, style, typowych przedstawicieli i zachowania.
Pod lupę wezmę dwa festiwale bardzo charakterystyczne. w jednym miałam swój udział jako wolontariusz, w drugim byłam zaledwie albo i aż uczestnikiem.
Pierwszym festiwalem są Nowe Horyzonty - obecnie T-mobile a wcześniej Era.
Odbywały się przez pierwsze lata w Cieszynie a od 2006 roku ku mojemu wówczas wielkiemu zadowoleniu przeniosły się do Wrocławia i tam są do dziś.
Jest to totalna wylęgarnia ludzi zafascynowanych sztuką filmową, zarówno młodych jak i starszych. Obecna moda na nie mainstreamowe nieamerykańskie kino miała swój zalążek najbardziej właśnie tam.
Podczas mojej pracy natknęłam się na naprawdę fajnych, świetnych obytych ludzi i razem obserwowaliśmy jak powstawały "perełki" które rozdrażniają pozostałych, tych zwyczajnych i mniej  zwyczajnych uczestników.
Drugi festiwal, na który w tym roku na pewno się wybieram to Opener w Gdyni. będzie to mój szósty (od 2008 bez 2013 r.) również podczas tego festiwalu zdarzyło mi się zwrócić uwagę na różne negatywne typy "festiwalowiczów". pozytywnych jest o wiele więcej.

1. Huntersy - niegdyś porządne, jak sama nazwa wskazuje gumiaki dla trepów i mysliwych, stały się istną plagą na kopytkach zwiewnych gazel festiwalowych. Mogą być czarne od błota, ale logo widać być musi. co roku zjawia się coraz więcej dziewczyn w dziwnych butach z białymi naklejkami z przodu. Fajnie, ale ja na festiwal biorę rzeczy lekkie, przewiewne, łatwo schnące i wielokrotnego użytku i takie, których nie będzie mi żal zostawić w błocie.
2.Koczki na czubku głowy - jestem osobą na tyle wysoką, że nie mam problemu z widzeniem na festiwalach, staram się jednak nie dobijać tym ludzi i nie dodaję sobie centymetrów modnym "koczkiem" na czubku głowy, nie dość, że to podskakuje przy gwałtownych ruchach to jeszcze naprawde, nie jest konieczne na festiwalu i w kinie gdzie każdy centymetr się liczy! Także modnym koczkom mówię NIE. Szanujmy współwidzów/ współfanów którzy też chcą coś zobaczyć.
3. "Dymki" ok, stoi mnóstwo ludzi, tłum, ścisk przed koncertem, a tutaj jeden taki odpala fajeczkę. Dym gryzie, a nie rzadko też źle trzymany papieros żarem wypala dziurę w bluzie. Tu wrzucę trochę mojego typowego jadu: ok, karm sobie swoje płuca, ale nie niszcz mi ubrań/spodni/butów/skóry/zdrowia. odejdź kawałek albo nie pchaj się pod scenę. Zwracam zawsze takim uwagę, ale na samym koncercie, kiedy tylko muzyka w głowie jest to ciężka sytuacja.
4.  Cierpienie pola namiotowego: woreczki foliowe prawie nic nie ważą, i staram się zbierać swoje śmieci do takowych. ale byłam raz świadkiem, jak worki od innego namiotu wylądowały pod moim. Oddałam z powrotem.
Posprzątać po sobie nie jest trudno. Naprawdę. Poza tym, niektóre rzeczy można robić ciszej.
Dwie sytuacje, które skończyły się sympatycznie:
- raz obok mojego namiotu rozkładała się ekipa, z moim campusem z poprzednich lat, niechcący odruchowo schowałam do siebie ich pokrowiec na namiot. Na szczęście się ogarnęłam i skończyliśmy radośnie piwkując.
- dwa : mój namiot nie był jedyny podobny i raz w nocy wpakowała nam się ekipa ludzi szukająca swojego namiotu. Po dłuższej chwili zaspane my i znajomi tego człowieka wyperswadowali mu możliwość nocowania z nami. Również zabawnie.
Zasada co do tego: najlepiej namiot mieć w trudno dostępnym miejscu i nie przy brzegu ani przy drodze. w środku. Bezpieczniej zawsze.
5. Awanturnicy - och, męczarnia, na każdym festiwalu się znajdą. To uznają, że co tam reżyser który na pewno nie przyjdzie - miejsce jest to siedzą. Potem z wypraszaniem jest gorzej jak przyjdzie (akurat reżyserzy jak umawiają się że przyjdą na film to przychodzą, zwłaszcza Azjaci). A może to, że chce tylko na chwilę i co z tego że film trwa już przez godzinę? tylko na chwilę bo chcą recenzję napisać. Przepraszam, czego recenzję? trailera? Trzeba było się załapać na pokaz prasowy. Twórcy filmów nie lubią spóźnialskich na ich własne seanse, widzowie też takich nie lubią. Basta. Awanturnicy na koncertach przepychają się, próbują robić pogo do ambientu lub przepychają się do przodu tam, gdzie naprawdę już nie ma miejsca i to w połowie koncertu. super.

dla pokazania dramatu: BUKA(Troll) KOKOWA:
z Tumblr edit: Malfay



wtorek, 18 marca 2014

Poznaję Mazowsze - plany 2014

Nareszcie mam sprawne auto i mogę wyruszać w trasy. W tym roku, ze względu na brak psa a więc brak obowiązków związanych z byciem niedaleko domu i regularnymi wizytami u weta.(chociaż brak zwierzaka odczuwalny niesamowicie) uznałam że pora pozwiedzać najbliższą okolicę.
Na Mazowszu jest tyle ciekawych rzeczy! jednak wymagają one dłuższych podróży ponieważ jest Warszawa...średnio 80 km drogi i kolejna ciekawa rzecz.
na tegorocznej liście na wiosnę, wyciągnęłam kilka, myślę że świetnych miejscowości:
1. Grodzisk Mazowiecki - chcę zobaczyć typowo polski dworek, przejść się po kolejnym( po cieszyńskim) cmentarzu żydowskim i zobaczyć niska mazowiecką zabudowę i cudowne wille.(kościoły też)
2. Nasielsk - właściwie chodzi też o okolice ponieważ znajduje się tam duze zagęszczenie dworków w różnym stylu. Obejrzenie nawet z pewnej odległości dworów w lepszym niż dolnośląskie stanie (na pewno) a także przejście się po parkach i zabudowaniach dworski - tak tak!. A podobno okolica idealna na rowery(i tutaj przydałby się bagażnik rowerowy..)
3. Nieborów  i park Arkadia - obowiązkowy punkt wycieczkowy najlepiej na cały dzień piknikowania! urocza okolica no i w bardzo francuskim stylu. Byłam jakoś 10 lat temu i chętnie zobaczyłabym co się zmieniło. Byłam co prawda tylko w parku. dlatego muzeum jeszcze muszę zobaczyć. 
4.Ciechanów - bo dworek! bo ZAMEK! I chętnie bym została na dłużej bo to miejsce produkcji jednego z bardziej rozpoznawalnych oryginalnych piw - Ciechana (albo pamiątki!)
5. Dziadkowskie - folwark! tak! taki w stylu Polskim nie niemieckim z którym do tej pory najwięcej miałam do czynienia. Stary dwór drewniany...miejmy nadzieję, że jeszcze stoi, w ogóle w stronę Podlasia zrobiłabym "wycieczkę w nieznane"
6. Krubki- Górki - chyba najbliżej, pozostałości parku krajobrazowego (podworskiego) i ruiny (czyli to co historycy lubią najbardziej)
7. Chajęty - park i obowiązkowy dworek w stylu polskim - również bliziutko
8. Jadów  - jak wyżej dworki dworki! (gdyby drogi były lepsze, znaczy miały pobocze to tą okolice dałoby sie zwiedzić rowerem..a tak zostaje samochód niestety)
9.Wola Rasztowska - pałac!

Niewiele więcej wiem, w ramach wycieczek podejrzewam, poznam te miejsca, no i nawet będę chciała do niektórych wrócić. 
Oczywiście, temat otwarty i zbieram chętnych na wycieczki :)

wtorek, 4 marca 2014

B-Londyn-ka w mieście

Nie ogarniam!
Weekendowe wypady mają sens, jeżeli nie pakujemy się w sam środek miasta, które leżało praktycznie przez tysiąc lat w centrum historii. Jednak i tak bardzo się cieszę że przyjęłam zaproszenie dwóch Openerowych Krejzoli ;)

Rzym dało się ogarnąć w kilka dni, Pragę również chociaż i tak nie widziało się wszystkiego.
Ale Londyn? Nie da rady w weekend! Zaledwie prześlizgnęłam się po "powierzchni" metrem wte i wewte a i słoneczko było pierwsze takie w tym roku:) Poza tym taka ilość GOTYKU i NEOGOTYKU i klasycyzujących kamienic wymaga oddzielnej bardzo dokładnej wycieczki historycznej. Są tam w końcu poznoszone z każdego zakamarku świata skarby historii, jako XIX wieczny pępek świata za panowania Królowej Wiktorii mieli oni wszystko!

wiadomo co, wiadomo gdzie:) By Malfay
London Eye i własciwie tam nic ciekawego oprócz ulicznych artystów nie ma ;P

W Muzeum Historii Naturalnej - niestety jedynym jakie udało mi się odwiedzić :
- widziałam prawdziwą sekwoję - co prawda kawałek pieńka, ale za to jaki:)
- widziałam kawałek ptaka Dodo (wyginęły)
- widziałam ruchomego tyranozaura (czaad)ale nie taki czad, jak oglądanie kompletnych szkieletów (kiedyś chciałam być paleontologiem)
- naoglądałam się skarbów człowieczej natury: diamentów rubinów i mnóstwa jeszcze...
- widziałam szkielet największego leniwca na świecie (nie, to nie był człowiek)
głowa dinozaura  brrrr
\
Jak okazało się, pewnych rzeczy się nie zapomina, i konkretne znaleziska/obiekty były niczym kluczyki otwierające konkretne przegródki w mojej głowie, łączyłam wspomnienia, dotykałam tego, co można było wyłącznie przeczytać.
Moje kolejne, przyszłe wędrówki po Londynie będę musiała podzielić na cykle tematyczne.
Pierwszy z tych cykli będzie drogą książek, udało mi się już być na King's Cross 9 i 3/4 (jak wiadomo peron gdzie Harry Potter rozpoczął swoją przygodę z Hogwartem), w dzielnicy Paddington gdzie został znaleziony Miś Paddington (co prawda na samej stacji nie wylądowałam, ale spałam w hostelu w tej dzielnicy).
Na Baker Street nie trafiłam, ale za to w Pubie Sherlocka Holmesa już tak. Dziki tłum pijących piwo i jedzących turystów i tubylców a do tego pozawieszane czapeczki Detektywa na ścianie.

wejście na stację Paddington :)



Cudowne!

Oczywiście miejsca najbardziej znane: Tower, Big-Ben i Opactwo Westminsterskie - check!

Druga trasa byłaby śladami postaci historycznych (gęsta i zakręcona). 
Najlepiej byłoby zacząć jeszcze od średniowiecza chociaż czułam "dziką radość", gdy trafiłam na park/plac Tower Hill  gdzie było mauzoleum upamiętniające ofiary marynarki wojennej oraz cywilne. (Między innymi jedna z największych katastrof morskich - zatonięcie statku płynącego z NY do Londynu - Luisitanii) również na tym placu znajdowało się memorandum Thomasa More (Tomasz Morus )- autora Utopii, oraz Thomasa Cromwella. 
Tower Hill było to miejsce egzekucji "skazanych za zdradę stanu" więźniów królów - najczęściej używane za Henryka VIII. 
Tower Hill - miejsce śmierci zdrajców Króla ale pozytywnie ocenianych przez Historię
Historia ta papierowa, ta filmowa stała się prawie że namacalna i odarta z fikcji. Jak w przypadku historii Polski i Starożytności. Żal mi jednak było czasu na sklepy i chodzenie po centrach handlowych - mimo tego, że obok zwiedzania, również się na to nastawiałam. Za mało czasu

Piosenka ilustrująca mój wyjazd, to nie Strachy na Lachy (na których koncert pojechałam, jeden praktycznie z ich najlepszych na jakim byłam), a nomen-omen London Grammar Maybe:



środa, 29 stycznia 2014

Polskie plany filmowe cz.1. zgadywanka

Polska jest bardzo zacnym i wdzięcznym miejscem na tworzenie filmu bez blue/green screen: mamy i morze, i piasek i góry i pustynie i jeziora i dziwne formacje skalne. Jest gdzie kręcić plenery, wnętrza i zjeżdżają do nas również zagraniczni producenci filmów.

Do tego posta zainspirował mnie film Blue Highway  wyświetlany podczas American Film Festival 2013 we Wrocławiu w którym to główni bohaterowie podczas podróży odwiedzają miejsca znane z użyczenia swojej "urokliwości" popularnym filmom.
Zaczęłam się zastanawiać, czy w Polsce jest możliwe stworzenie takiej filmowej trasy. I jest nawet bardzo! Własciwie króluje Warszawa i okolice ale w przypadku starszych filmów Kraków i Wrocław (Wrocław upodobali sobie niemieccy reżyserzy jako miasto grające Berlin) i nagle okazało się, że mieszkam i bywam w bardzo filmowych dzielnicach.

no i zabawa się zaczyna...podaję miasta/wsie/miejsca/ i ew. aktorów...
reszta do zgadnięcia ;) 

1. Zakopane - Kajol  
2. min. dzielnice: Praga i Rembertów, Warszawa - Michał Żebrowski, Adrien Brody
3. Jezioro Siemianowskie woj.podlaskie, Góry Stołowe - Tilda Swilton, James McAvoy
4. Zamek w Niemodlinie - Bogusław Linda
5. Cieszyn - Krzysztof Globisz, Agata Kulesza
6. Oświęcim, Ralph Fiennes
7. Biskupin, Natalia Scorupco
8. Łódź, Jeremy Irons
9. Twierdza Kłodzko, Janusz Gajos
10. Wrocław, Zbigniew Cybulski

Odpowiedzi:  (trzeba zaznaczyć)
Fanaa
Pianista
Opowieści z Narnii 
Jasminum
Wszystkie kobiety Mateusza
Lista Schindlera
Stara Baśń
Inland Empire
Czterej Pancerni i Pies
Popiół i Diament

Najtrudniej jednak dotrzeć, gdzie kręcono przedwojenne filmy, zwłaszcza te warszawskie. Na przykład tak bardzo mi bliski film ;)




źródła:
internet ;)
polskanafilmowo.pl
wiedza własna (rozmowy z filmowcami)


środa, 30 października 2013

Wrocław-Trip

Na początek chcę sie pochwalić, że zrobiłam bułeczki dyniowe na parze zgodnie z przepisem pewnej cudownej Blogerki Kuchniowej Every Cake you Bake wyszły boskie ale muszę popracować nad hm.. zdolnościami manualnymi bo nie nadają się do zdjęć:)
Ale nie o tym nie o tym.

Będzie o Wrocławiu i mojej wycieczce, o krótkich październikowych wakacjach..

W "Mieście spotkań" nie sposób nie wpaść przypadkiem na kogoś znajomego, miasto to magnetyzuje, skłania do aktywności, ma ponad 600 tys. mieszkańców, mnóstwo studentów/turystów z różnych zakątków świata a mimo to wysiadając z tramwaju możesz przypadkiem wpaść na znajomego, idąc przez rynek na kolejnego a w kolejnych dniach na jeszcze kilka osób.
Z ludźmi, którzy mieszkają obok mnie( czyli ze 2 km) praktycznie najczęściej mam szansę zobaczyć się we Wrocku czyli ponad 360 km dalej!

Cele mojej wycieczki:
1. spotkać się z Przyjaciółką przed jej wyjazdem do Włoch (link do jej bloga obok) - check!
2. spotkać się z Przyjaciółmi! bo dawno nie byłam no i impreza pożegnalna - check!
3. po-uczestniczyć w życiu Czwartego American Film Festival jako oglądacz i imprezowicz - check~!
4. po-kisić się w hostelu z festiwalową ekipą - check!
5. pochodzić starymi ścieżkami... - check!
Nie udało mi się odebrać papierów niestety z jednej z uczelni ani odwiedzić coponiektórych profesorów, ani przejechać się Polinką bo zwyczajnie nie starczyło czasu....

Troszkę zdjęć:

Kottt grzeje się na mnie
Pierwszego dnia zawitałam ledwo żywa na koncert dwóch znakomitych zespołów: Patrick The Pan(nie słyszałam ich wcześniej, ale wgniatają w podłogę!) oraz Kwoon (nie muszę przedstawiać, mój ukochany teledysk jest własnie ilustracją do ich piosenki)
Sprzątanie po Kwoon , na koncercie zarówno ich jak i Patrick The Pan nie miałam głowy do robienia zdjęć:)
 Następnego dnia wizyta na Wyspie Słodowej w celach wiadomych, zwiedzania itp... relaks był pełen nawet skoczyłyśmy na nasz WPAIE (nie powiem że kochany wydział, bo taki nie jest i nie był, ale sentymencior został)
Mój uniwerek czyli widoczki z Wyspy Słodowej

Błękitne niebo, 23 stopnie/...wakacje!!
 Potem przeniosłam się do kina... filmów w sumie 7, Opiszę je kiedyś póki co, wystarczy zdjęcie...
Ciekawe gdzie zostało zrobione to zdjęcie...:)
 Wieczorem imprezka w znamienitym gronie wśród czeskich piw. tańce do 4 rano - me love it
Pite Piwa, tego pierwszego z lewej bardzo nie polecam..
 No i właściwie w niedzielę powrót... pogoda się popsuła a ja przespałam caaalutką trasę do Warszawy, jakoś przeżywam jeszcze zmianę czasu, ale niedługo wyzdrowieje.
A jak wyjeżdżałam pogoda we Wrocławiu się psuła...

Za to w Warszawie była cudowna no i odliczając Krzywą Wieżę PKINwyglądał jakby jednak cieszył się na mój widok

No dobra...bułeczki w wersji surowej a co!:D 

Za to jutro kolejny trip. Tym razem w rodzinne strony, na cmentarze itp:) może być zabawnie...

poniedziałek, 14 października 2013

Odczuć pustkę- zaanektować przestrzeń plus malfapacking

Pustka nastąpiła ponad dwa miesiące temu. Jakże to było niedawno!
A jednocześnie tak dawno.....
Brakuje mi mojego zwierzaka - wredniaka w domu. Nie ma dobrego ducha który koło północy zwlecze mnie z łóżka i każe wypuścić się na podwórko. Brak psa z którym pójdę na spacer albo będę mieć pretekst do pochodzenia na spacery. Załatw sobie chłopaka, mówili, będzie lepiej, mówili.
Nie lubię sama chodzić na spacery, zawsze chodziłam z kimś (przyjaciółmi, psem). Samotne spacery kojarzą mi się depresyjnie "bo musisz wychodzić problem", no to wychodziłam, do lasu, na pola, pod drzewa, na łąki, albo kilka kilometrów nieczynnymi torami, po Wrocławiu.

Pusta przestrzeń po psie powoli się kurczy.
Tydzień po jego odejściu kot sąsiadów przemykał pomiędzy krzaczkami.
Dwa tygodnie później koty chodziły po ulicy.
Zaczęły zlatywać się sójki i synogarlice, wróble i kilka srok pozostawiało swoje długie, czarne pióra na tarasie obok kwitnących astrów.
Jest jedna sójka która się mnie w ogóle nie boi, podejrzewam że kojarzy mnie z przykrej przygody z Szachem, gdzie zagoniona jako pisklak została na gałąź a pies ujadał i ujadał.
W końcu został zabrany do domu a ja za pomocą patyka przetransportowałam wystraszoną kulę piór na migdałowiec.
 Także ta sójka co jakiś czas przylatuje niedaleko i patrzy, albo dziobie co nieco.
Koty zaczynają wchodzić na podwórko z drogi.
Wczoraj, kiedy wracałam w stanie lekko martwym po koncercie i migrenie spotkałam kota.
Było to na tyle dziwne, że pomyliłam go z innym i wołam "Franek grubasie" a ten podchodzi!. To mogło mnie nieco zaniepokoić, bo Franek nie jest towarzyski, ale skoro tyle go już meczę to może by zaczął.
podchodzi taki kot, i okazuje się, że nie ma zwisającego grubaśnego brzucha tylko to jakiś mniejszy, młodszy kot.
Tak chciał się wygłaskać, to wygłaskałam.
Brakuje mi zwierząt. Ale poszłam do domu a ten za mną.
Dziś wystawiliśmy jedzenie.
Kota do domu nie wpuszczę, w listopadzie będę weekendowym schronieniem dla pewnego szczególnego kotka.

I w tym momencie doszłam do wniosku że piszę jak stara, zdziadziała kociara. Omfg!!!!!
Psy lubię, psy są wierne
Koty są dziwne.

Dobra, robię listę rzeczy na American i zwiedzanie Wrocławia.
Jak zrobić najlepszą listę do pakowania ever (zaanektować przestrzeń)?
1. Zrobić podział kartki na 4 części: 1. ciuchy 2. kosmetyki 3. akcesoria 4. niezbędne!
2. na górze napisać, na ile dni jedziemy (3-4-5)
3. Sprawdzić czynniki zmienne: POGODA/pralka/pożyczanie ręcznika/miejsce w torbie/plecaku
4. Czy śpiworek konieczny?
5. Jeżeli jedziesz do domu/babci/ciotki odpada punkt 3!
6. a jak jedziesz samochodem bierz co popadnie:D

Koniec:)
ps. nie zapomnij ich wyprać...
Atak na Wrocław!!

Edit: aha, i po drodze mam jeszcze urodziny :P

wtorek, 10 września 2013

Prawa Murphiego

Ok, bardzo dużo kiedyś czytałam na temat praw Murphy'ego i tak mi wlazły w głowę, że zaczęłam obserwacje:
1. Prawa Murphy'ego nie działają, kiedy się nie spieszysz i ogólnie masz wszystko w de
2. Prawa Murphy'ego działają, kiedy chcą
3. Kiedy chcesz wyprzedzić zasadę stosowania Praw, wymyśl problem, potem problem się urzeczywistni (tak działa np. polityka i większość dziennikarzy).

Z PM korzysta się przy konstrukcji akcji w filmach:
Jeżeli bohater uważa, że nie może być już gorzej, spada na niego kolejne nieszczęście
Jeżeli bohater chce się żenić na początku lub na końcu filmu zawsze mu ktoś przeszkodzi.
Z każdego debila Amerykanie mogą zrobić bohatera jak z pucybuta milionera.
Jeżeli w filmie jest zombie, to zawsze mając jedną nogę, biegnie dokładnie tak samo szybko jak przerażony nastolatek którego napędza adrenalina. Zombie nie żyje więc nie wiem co ma napędzać takiego (chęć mordu? no błagam)
Jeżeli w filmie jest blondynka (a to film klasy be) to zawsze ginie z własnej głupoty.
Jeżeli w filmie pełnym facetó pojawia się kobieta, to zawsze przewraca życie głównego bohatera do góry nogami, powoduje że podejmuje on bardzo złe wybory i wychodzi na zołzę.
Jeżeli w filmie pełnym kobiet pojawia się facet, to zawsze jest to zimny ale uroczy drań który wykorzysta i rzuci.
Jeżeli w filmie pełnym kobiet pojawi się facet nie na motorze/w samochodzie/w czarnej kurtce to na pewno gej.
W każdej komedii romantycznej jest scena, gdzie główna bohaterka dokonuje przeglądu całej szafy do wtóru aktualnej muzyki (Ew. z facetem/gejem/przyjaciółką/mamą/ojcem)
Każda kobieta która pojawi się w komedii musi zaciągnąć faceta do łóżka i od razu planuje z nim przyszłość (no błagam..) nie dziwię się, że jest rozczarowana:)
A jak już kiedyś wspominałam, większość dziewczyn superbohaterów jest ruda.
A blondynki dzielą się na farbowane lub głupie ;P

W każdym filmie jest moment, kiedy bohater kładąc na szali swoje życie tak idiotycznie ryzykuje, że nie mam ochoty więcej oglądać, ale złapana na haczyk scenarzysty czekam, jak on z tego wybrnie.
ŻADNA komedia nie ma przełożenia do rzeczywistości (chyba że chodzi o sute imprezy;))

Podejrzewam, że lista praw byłaby dłuższa...ale nie chodzi o to żeby rozbierać film na części, ale nie złapać się na kolejny haczyk o "najlepszej komedii roku"
dlatego oglądam SF/Fantasy/dramaty/ekranizacje powieści oraz bezwzględnie animacje.
a na jaki wydarzenia się czaję w najbliższym czasie?
1. Królowie Lata (już teraz!)
2. Gra Endera (jeżeli zbabrają moja ulubioną książkę to....)
3. Metro (o ile trafi do kin..)
4. Festiwal Pięciu Smaków w Warszawie (kino azjatyckie)
5 American Film Festival  Wrocław(może by mi się udało trafić do Miasta-Twierdzy na kilka dni)
6. Hobbita część drugą, głównie dla Lee Pace grającego króla Leśnych Elfów (no i dla odtwórcy głównej roli Martina Freemana którego uwielbiam od czasów Autostopu przez Galaktykę)