Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 stycznia 2016

Koncertowe podsumowanie 2015

Gdyby tak podsumować... tyle koncertów, tyle festiwali.... ale właściwie ile muzyki w tym roku odkryłam?
 Dlatego subiektywne, i nie wiem czy w odpowiedniej kolejnosci, wydarzenia:

07.12. XX lecie Myslovitz
27.10 urodziny radia Kampus (Taco Hemigway, Pablopavo i Ludziki, Rysy)
27.08 Das Moon, Vokuro, The Frozen North,
23.08 Benkisz Karolina Skrzyńska - miało byc w ramach Festivalu Singera wyszła jedna piosenka bo gorąc zabił
21.08 Oliver Heim
20.08 koncert Oly i Kortez w Cudzie nad Wisłą   (i ktoś tam jeszcze grał..)
7-9.08 OFF Festival w Katowicach, relacja była tutaj
25.07 załapałam się na fragment koncertu Yasmine Hamdan
23.07. Rycerzyki i Łagodna Pianka, a tez Król (na bogato w ramach lato nad Wisłą)
17.07. Coals - Warszawa Powiśle
16.07 Natalia Przybysz
12.06 - Orange Warsaw Festiwal - relacja tutaj!
11.06 Manoid  w Temacie Rzeka
24-26.04 Spring Break - relacja o tutaj!
06.06 Rebeka w Plażowej - te plażowe koncerty mają ten minus, ze wolimy gadać:)
16.05 w ramach Nocy Muzeów trafiło się na koncert muzyki powstańczej - fajnie:)
15 (?).05 - Fisz na Juwenaliach PW i jak zwykle tylko kawałek Sidneya Polaka
08.05 Julia Marcell na Juwenaliach UW
02.06 na premierze Męskiego Grania też byłam, bez szału...
18.01 koncert R.P.A. w Kici Koci (a potem jakiś czas później, pierwszy domowy mini koncert na jakim byłam:P)

No i chyba na razie tyle.... czy 20 oddzielnych wydarzeń, to dużo czy mało?
Ciekawe jak będzie w tym roku?

czwartek, 10 grudnia 2015

Typy w metrze

Typowy korpoludek, wstaje rano z mniejszym lub większym ociąganiem.
Je ewentualnie śniadanie i pędzi, żeby dojechać do pracy.
Dużo szczęscia i cierpliwości trzeba mieć, żeby jeździć samochodem. Po kilku opcjach dojazdów (autkiem, pociągiem lub składową warszawskiego ZTM) jednak najwygodniej jest wsiąść w miejscu A wysiąść w miejscu B bez przejmowania się.

Niezbyt odkrywcze.

Jako świeżo upieczony korpoludek odkrywam uroki i cienie jeżdzenia komunikacją.
Odkrywam, ze metro dogania pociągi.
Odkrywam ludzi...gdy skończy mi się zajęcie.

Typy relacji miejsce A. do miejsca B. dzielą się na :
1. Korpoludziki
2. Emeryci
3. Dzieci
4. Rodzice
5. Studenty

Korpoludziki dzielą się subiektywnie i totalnie powierzchownie:
1. Starsze korpoludziki
2. Młode korpoludziki

Ponieważ mam problem z rozpoznawaniem starszych korpoludzików, opiszę tylko jedną, elegancką babeczkę z która codziennie wysiadam: ma długie, ciemnoblond włosy, elegancki kapelusz, długi płaszcz i kozaki z obcasem w panterkę.Nie człapie, nie kroczy ale idzie elegancko.Szacun

Młode korpoludziki... temat rzeka,to między innymi:
1. Aktywne kobietki z wielka torbą (pewnie maja tam ręcznik i podręczny zestaw Active Wear!) - widać, że mimo godzin śmiercioporannych i zgonowopopołudniowych mają mnóstwo energii.
2. Kobietki eleganckie - zadbane, świadome swojego wyglądu, z reguły bez czapki i czytające coś na Ajfonach, nie uświadczyłam jeszcze żadnej z kindlem ani innym czytnikiem
3. Korpomyszki - nie wyróżniające się niczym szczególnym dziewczyny. okutane zimą od stóp do głów, ku ich chwale często z książką.
4. Korposzczurki -  typowy wygląd: kwadratowe okulary, włoski na żel, budowa ciała kierująca w stronę sylwetki podtatusiałej. Mam wrażenie, że wszyscy mają jednego fryzjera (albo bardzo krótko, albo tak, żeby żelik się dało wetrzeć) i kupują w HM lub pokrewnych.
5. Eleganccy faceci - niewiele, często w płaszczach, zadziwiające, jak łatwo rozpoznać początkujacego prawnika.
6. Aktywni - ubrani wygodnie z duzą torba, bo przecież zaraz biegną na squasha lub piłeczkę. Książki nie uświadczysz
7. Buntownicze korpo - długie włosy, najmodniejsi, z nonszalancko zarzuconym szalem bo przecież jest jedyne 3 stopnie ciepła. Często czytają dziwne książki, mają wielkie słuchawki i patrzą w zamyśleniu w okno.

Każda  z tych osób jest niegroźna w pojedynkę, jednak gdy spotkają się znajomi...oj koniec spokoju. Rozmowy (o porodzie, i co z tego że cały pociąg słyszy o traumie przedporodowej, o dupie maryny, o hajsie, o siłowni, o wyższości rond nad skrzyżowaniami, o wiadomościach itp. itd. normalna wymiana myśli). Chichy śmiechy a czasem milczenie powalające swoim chłodem co bliższych sąsiadów.
Lubie spotykać na swojej drodze dobrych znajomych, pary, ludzi którzy mimo wczesnej pory są szczęśliwi, kiedy się śmieją szczerze i rozmawiają. Naprawdę, nastrój się poprawia. I trochę zazdroszczę...


Charakterki można również dzielić:
1. Stęki -ludzie, którym nic się nie podoba, którzy narzekają na stary rząd, nowy rząd, pogodę, szefa i stękają obok, lub nad człowiekiem
2. Wesołki i gaduły - rozmawiają i śmieją się byleby gadać, nie zawsze są to fajne rzeczy, najwiecej wśród takich porannych wesołków jest dzieci i co ciekawe, w większości jest to zabawne. Odliczając chłopczyka lat na oko 3 który próbował śpiewać piosenkę. a skoro już o dzieciach mowa:
3. Zmęczeni rodzice - jadą ze swoimi pociechami do szkoły/ do przedszkola/do dziadków/ do opiekunki. Ulubione słowa : "Zostaw", "ciszej", "nie", chociaż ostatnio jechałam z tatusiem który dokładnie wyjaśniał córce wszytko co chciała wiedzieć. Anielsko cierpliwi. Dzieci też mogą należeć do  stęków - jednak są to odosobnione przypadki i z reguły rano.
4. Wielbiciele muzyki- lubią muzykę, najlepiej mocną elektronikę, mocny rock jednak niestety w tych rejonach do których jeżdżę rządzi disco-polo... Oni lubią muzykę tak bardzo, że wielkie słuchawki obsługują również najbliższe sąsiedztwo. Nie raz już widziałam jak byli proszeni o ściszenie muzyki przez innych współpasażerów. Sama raz trafiłam na jadącego obok fana SOAD.
5. Podglądacze-czytacze - muszę się przyznać, że czasem to ja, patrzę co czyta współpasażer, wczoraj z jednym zaczęłam oglądać Star Wars New Hope, czytam nagłówki, zastanawiam się nad książkami i ogólnie gdyby nie moja wada wzroku przewiercałabym niektóre książki na bieżąco tylko prosząc o przewrócenie strony.
6. Burmuchy - czekają tylko aż ktoś zahaczy o ich nogę,czy też rękę czy szarpnie od razu przechodzą do ataku i wrzasków, też nie bezpośrednio tylko szmerając czy poszturchując, odezwać się nie odezwą, a jak już to będą krzyczeć.

A czy dopisalibyście jakieś typy?

niedziela, 11 października 2015

Jak znaleźć prace? Dramat w pięciu aktach.

Po długim (zwanym według urzędasów) okresie bezrobocia nadchodzi dzień, w którym znowu zajmę ciepły(mam nadzieję) fotelik przy niziutkim biureczku.

AKT I
Na początku kilka statystyk:
9 miesięcy bezrobocia,
1 umowa o dzieło
1 prawie umowa o dzieło
1 umowa zlecenie

Najniższa zaproponowana pensja: 800 zł na stażu na umowę o dzieło - za trzy miesiące pracy - za miesiąc wychodziło niecałe 300. Jeszcze pensja od efektów.
Najwyższa zaproponowana..no cóż, chyba tam zacznę zaraz pracować :)

Branże: medialna, marketingowa PR i new business, gry komputerowe, testowanie, analizy, sekretarki, asystentura, staże (płatne), project management, festiwalowa koncertowa, muzyczna, nieruchomości- raz.
Wysłanych CV/zgłoszeń/maili: podejrzewam ponad 200 nie wszystko mam na mailach ani w rekrutacjach.
Rozmów: koło 20 (jak widać, bez szału)
Źródła informacji o pracy: portale pracy, raz tzw "targi pracy", Facebook, strony firm, znajomi

AKT II
Odmówiłam (specjalnie lub przypadkiem) cztery razy:
1. Gdy zaproponowano mi te 400 zł po 2 miesiącach pracy bez możliwości negocjacji (a jeść będę powietrze)
2. Gdy uznałam, że nie podpiszę horrendalnie wysokiej kary umownej za "przypadkową utratę" - a raczej zapytałam o punkty w umowie o poufności. Dwie godziny przed podpisaniem umowy dowiedziałam się, że nie mam po co przyjeżdżać.
3. Gdy pewnego dość ciężkiego dla mnie dnia (tuż po pkt.2) zadzwonił do mnie rekruter a jak powiedziałam, że proszę o telefon później, bo nie mogę rozmawiać i muszę się przygotować ciągnął rozmowę jakby co najmniej garnki chciał mi sprzedać.
4. Gdy podczas rozmowy skajpowej padło pytanie - ile jestem w stanie zrobić dla pracy (lol) po czym okazało się, że aby zostać sekretarko-copywriterem wymaga się ode mnie założenia działalności. Jak już mam zakładać firmę to nie po to aby być zatrudnianą ale po to, aby zatrudniać.

 AKT III

Najdziwniejsze pytania które mi zadawano (zostawiam bez komentarza):
- Ile jesteś w stanie zrobić dla pracy/pracodawcy?/ Jakich granic nie przekroczysz dla pracy?
- Jak jesteś skłonna poświęcić się dla pracy?
- Czy mówiłaś, że czegoś nie zrobisz?
-  Dlaczego brała Pani udział w dodatkowych zajęciach poza pracą?

AKT IV
Szukanie pracy to najbardziej niewdzięczne zajęcie dla człowieka.
Potrafi doprowadzić do depresji, potrafi doprowadzić do znaczącego spadku samooceny, doprowadza do wycofania, zamknięcia w sobie i obudzenia demonów.
Doprowadza do tego, że masz wrażenie że trzy lata bycia "specjalistą" można sobie rozbić.
Powoduje czasem nudę a czasem wyzwala inicjatywy.
Bezrobocie przez tak długi okres pokazuje człowiekowi, albo jak niewiele jest wart, albo jak niewiele umie, albo jak bardzo ludzie są bezczelni albo jak bardzo w dupie mają innych.

 AKT V

Wnioski (a raczej dramat):
1. Nie radzę chodzić na rozmowy w tzw "Agencjach reklamowych" na staże - nie zapłacą nigdy.  Szkoda czasu i pieniędzy. Najwyższa kwota jaka mi zaproponowano na stanowisko copy - 1700 zł brutto - umowa o dzieło.
2. Warto popatrzeć, jak wygląda budynek. Jeżeli firma szczyci się dobrymi efektami PR a jak wchodzi się do budynku przez odrapane drzwi prosto do sekretiariato-pokoju...nie polecam. Do tego warto obserwować mijanych pracowników. Jeżeli suną gdzieś i są zmęczeni i nieszczęśliwi - ciężko, jeżeli robią pogaduchy - niewiele się nauczysz, musi być wypośrodkowane.
3. Nie zgadzać się na założenie działalności tylko po to, żeby zostać copywriterem (ta...) sekretarką, asystentką. Argumentowałam to, że działalność owszem, ale na swój rachunek i z dobrym pomysłem.
4. Nie otrzymałam od UP żadnej sensownej rady, oprócz comiesięcznego (!) nakazu zjawiania się w poniedziałek (bo przecież zgubię pani kartkę jak przyjdzie pani w inny dzień a w poniedziałki to pani miejscowość przychodzi). Profilowanie w UP to bzdura.
5. Targi pracy to bezsensowne wydawanie pieniędzy jedynie na PR, poszłam z zestawem CV wiosną na stadion narodowy. Okazało się, że nigdzie nie można zostawić CV, odsyłają na strony internetowe a do tego chcą, abyśmy wypełniali nic niewnoszące ankiety. Szukacie praktykantów na wakacje? Targi pracy? eee co? Staż ? TARGI PRACY?
6. Chcę zawiesić bezrobocie - muszę w UP zjawić się trzy razy - bo przecież przy umowie o dzieło musi być data od do. Firma  u której działałam podeszła super (dziękuję!)
 7. Nie brać pracy, której się człowiek będzie wstydzić.
8. Firmy/rekruterz/HR dzwonią po miesiącu- dwóch od wysłania CV. O ile dzwonią.
9. Nie iść w miejsce gdzie płacone jest jedynie za efekty a za darmo buduje się bazę. Nie masz efektów, nie masz za telefon oni mają bazę i nie muszą płacić.
10. Jeżeli firma szczyci się, że robi kampanie reklamowe dla gigantów z branży spożywczej itp. nie oznacza, że dobrze płaci.
11. Nie odzywają się po rozmowach, często jest tak, że już od razu wiedziałam, że się nie odezwą.

 EPILOG
 
Pracuję już dwa tygodnie.
Po tygodniu w obecnej robocie dowiedziałam się, że jestem pozytywnym człowiekiem.
Podobno inaczej brzmię (jak zombie z rana).
Chce mi się różne rzeczy, uczę się rozmawiać z ludźmi, odgrzebuje zapomniane talenty/
Na powrót umiem zorganizować sobie czas, chociaż jeszcze nie ogarnęłam tematu jedzenia.
Jestem niewyspana, prawie wpadłam pod pociąg.
Wyszłam z domu.
I do tego nagle okazało się, że mam wybór pracy!

niedziela, 7 czerwca 2015



Ostatnio jest zakręcenie z poplątaniem i do tego ciepło co skutecznie odgania mnie od komputera w stronę ciekawszych zajęć, w tym grillowania, siedzenia na plaży nad Wisłą i jeżdżenia na rowerze.
I o tym ostatnim będzie.
Nie jestem typowym warszawskim rowerzystą. Ba!  Nawet nie mam odpowiednich spodenek czy innego ubioru a dopiero dzisiaj zamontowałam taką nowinkę techniczną jak licznik.
Od dzieciństwa natomiast byłam otoczona polami i lasami a i teraz najbliższa mi okolica to rzadko uczęszczany las na skraju poligonu wojskowego. Podlega pod Warszawski Obszar Chronionego Krajobrazu na równi między innymi z Puszczą Kampinoską oraz dopływami Wisły.
Tereny te łączą wybitne bagna z typowym obszarem wydmowo-pustynnym i lasem iglastym i mieszanym.

Mapka - ładnie nie?

Ścieżki nie należą do najłatwiejszych, jedzie się albo po piachu albo kamieniach, momentami jest to fajna droga polna ale rzadko.

Jadąc dzisiaj obmyśliłam, jakie mogą być podstawowe rady dla mieszczucha który postanawia wybrać się w las a jest typowym miejskim rowerzystą. Na pewno jest to większy wysiłek niż przy pokonywaniu asfaltowych czy kostkowych tras. Konieczny jest zapas wody i dobra wszelakiego sklepów nie ma. No i podstawowy czyli jaki kto ma rynsztunek cyklisty - ważne żeby to nie były żadne sandałki!
Ale ale..wjeżdzamy do typowego, podwarszawskiego lasu: podmokło/sucho, łąka/las.
Zasady są proste jak w przypadku każdego lasu:
1. Żadnego ognia - niedopałek to tez ogień.
2. Żadnego śmiecenia
3. Minimum hałasu (pozdrawiam bucoquadowców z dzisiaj dla których droga na 2,5 m. to było za mało żeby przejechać i musiałam zjechać na bok)

A ponadto warto zaopatrzyć się w dwie rzeczy: coś na komary i meszki (komarów póki co nie stwierdzono, ale to drugie szaleje) i krem do opalania.
 Do takich rad dodam jeszcze kilka:

Bagno z narcyzami - jak rzadko zielone

1. Nie wchodzimy zrywać kwiatków na podmokły teren, narcyzy teraz kwitną..ale lepiej nie, każda kępka może być zdradliwie pływającą rozrośniętą kłodą. Aligatorów nie stwierdzono
2. W takie upały lepiej nie schodzić ze ścieżki.  Węże właściwie są wszędzie,a  ma się malutko czasu na odróżnienie jadowitej żmii od pospolitego zaskrońca. Lepiej żeby było to drugie. Oprócz węży są też salamandry, jaszczurki i pospolite gryzonie.
No i uwaga!

3. Czytamy leśne znaki - jeżeli gdzieś jest napisane "poligon wojskowy nie wchodzić" i "nie zbierać runa leśnego nie polować i nie łowić ryb" to przestrzegać. Moje ubiegłoroczne zbieranie grzybów skończyło się znalezieniem niewybuchów, mimo że teren był nieoznaczony jako poligonowy. I wojna światowa miała swoje bomby a tamta okolica była jeszcze do tego świadkiem "Cudu nad Wisłą" w 1920 r. Poligon działam w większym zakresie również po II wojnie (rozszerzony tak przez radzieckie władze,żeby cmentarz żołnierzy poległych w 1920 był zgarnięty i nie można było by się nim zajmować). Potem na szczęscie tereny zostały zmniejszone (ale czy rozminowane?:P). Śmiejemy się czasem, ze te huki na poligonie to nie ćwiczenia a sarenka która nauczyła się latać (albo dzik)

4. Wchodząc do lasu koniecznie ale to koniecznie PATRZYMY POD NOGI - to te węże ale też jakieś osuwisko/mrowisko/kretowisko lub zwyczajne sarnie bobki. Bleh.
5. Jeżeli chcemy coś zbierać to na 100% trzeba wiedzieć, że to jadalne. Na przypuszczenia jest system zerojedynkowy.
6. Uwaga na ścinki drzewa, jeżeli leżą ułożone stosy kłód nie dość, że możemy zostać posklejani trudną do usunięcia żywicą, to jeszcze lubią tam gniazdować żmije i osy.
Te wszystkie drzewa są zeschnięte. Tak to już jest w przyrodzie.

I cieszmy się lasem!
Co prawda nie widziałam dziś węży ani KOMARÓW(NIC!)  ale za to; pliszkę, jaszczurkę, narcyzy na bagnach i jeszcze jakąś inną roślinkę kwitnącą. Mnóstwo czarnego bzu (dobry na przeziębienia) i kwitnące akacje.
Słyszałam kukułki.
I było tak kosmicznie gorąco.


poniedziałek, 9 marca 2015

Przedwiośnie, post-zimie, post-rock! - relacja

Weekend szybciutko minął, zostawił po sobie ścianę dźwięków, i bardzo bardzo dobre wrażenie.
W sobotę, jak planowałam od kilku tygodniu, zjawiłam się na nowym dla mnie festiwalu Expect Delays Fest.
Festiwal może zbyt szumnie powiedziane, jednak słowo "przegląd" wypadło już dawno ze słownika "pozytywnych wydarzeń muzycznych".
Był to faktyczny "przegląd" zespołów polskich i zagranicznych grających muzykę post-rock
Czym charakteryzuje się ten gatunek?
- Długie utwory, czasem nawet kilkunastominutowe.
- Wokal właściwie nie występuje, jeżeli już, to w bardzo okrojonej formie.
- Wiodąca rola gitary, budowana jest ściana dźwięku z efektami (między innymi delay) oraz solówki gitarowe.
- Istotne jest zbudowanie odpowiedniego klimatu. Sama muzyka dla mnie najlepiej ilustrowałaby wszelkie produkcje postapokaliptyczne.
- Jest melancholijna, przyciężka, wciągająca, można nawet czasem powiedzieć, że depresyjna.
- Rzadko korzysta się z syntezatorów/klawiszy - bazuje jednak na pewnej surowości. Zabawa elektroniką powoduje skierowanie się stylu w stronę shoegaze.

Grupy jakie zagrały w sobotę?
Kolejno:


Niestety, jako weteran festiwalowy, nie mam pojecia dlaczego Progresja została przeniesiona do tego nowego miejsca a także, dlaczego w tak słabych warunkach odbywało się prawie 6 godzinne wydarzenie.
Miejsca - mało,co powodowało ścisk: bar obok szatni z drugiej strony baru sklepik z koszulkami i płytami a jeszcze dalej toalety (sztuk dwie) wciśnięte między scenę a sklepik.
Jedno wytchnienie dawał słup pośrodku pomieszczenia - niewielkie ale jednak, ponieważ nie było możliwości nawet żeby usiąść (chyba że podłoga grożąca zadeptaniem, bo oświetlenie wiadomo, festiwalowo-przyciemnione.  Nie wychodziłam na fajkę ale również, przez chłód nie mogłam wyjść na zewnątrz, para skraplała się na zamkniętych oknach a klimatyzacja (o ile w ogóle była bo nie zauważyłam) całkowicie nie dawała rady przy tej ilości osób.
Rozumiem, że nie wolno otworzyć okna, bo dźwięk się będzie niósł po godzinach nocnych, ale odbiór muzyki był dla mnie bardzo utrudniony bo w którymś momencie nie dało się oddychać. Także niestety następnym razem baaardzo długo będę się zastanawiać, nim trafię znów do Progresji.
Kolejny minus? - Godziny otwarcia - na biletach mieliśmy napisane 18, wpuszczali od 19 a koncerty zaczynały się o 19:30. Poza tym, dla nieznających klubu, były dwa wejścia: bar i  boczne, tam gdzie odbywał się fest: Niestety nie widziałam żadnych plakatów..(chociażby jeden) informujących, którędy do sceny).

Skupię się na muzyce, mimo pewnych problemów z komunikacją nagłośnieniowcy-muzycy.
Tides From Nebula - rewelacyjny koncert, energiczny,  fascynujący
Spoiwo - odkrycie! brzmią bardzo profesjonalnie(czy wspominałam, że post-rocka słucha się najlepiej na żywo?)

No i gwiazda wieczoru (jak dumnie):

Tides Fron Nebula

i muzyka.... polecam słuchać głośno.





niedziela, 8 lutego 2015

I mamy śnieg a z nim głodomorów.



Pierwszym efektem długo leżącego śniegu było to, że ptaki rozszarpały resztkę zapomnianych owoców na drzewach a nawet dorwały więcej. Czyli zaczął się typowy zimowy głód.
Dlatego zaatakowałam najbliższy sklep ogrodniczy i kupiłam trochę karmy dla ptaków (2 kg kosztuje ok. 8 zł). no i dokarmiam.
Zlatują się głównie sójki, sikorki bogatki i wróble nasze tradycyjne (i chronione!) widuje też sierpówki.
Zniknęła gdzieś wiewiórka.
Jutro zrobię wycieczkę po słoninę dla sikorek i zawieszę.
Trzy garście karmy znikają w przeciągu dwóch godzin.

Na co warto zwracać uwagę przy dokarmianiu? Z moich doświadczeń wynika że:
1. Kupować niesolone nasiona, najlepiej właśnie w sklepach ogrodniczych (50 kg kosztuje jakies 70 zł..ale jeżeli nie obskakujemy całej okolicy ani nie mamy zwierząt domowych to lepiej nie, mole uwielbiają nasiona)
2. Bezwzględnie nie karmić surowym ryżem, no chyba ze chce się (podobno) zamordować trochę gołębi - ryż puchnie w żołądkach ptaków do tego je kalecząc.
3. Nie karmić bułkami i chlebem, jak sami wiemy, chleb jest coraz gorszy i pozbawiony składników odżywczych, rozepcha tylko żołądki.
4. Ja mam mnóstwo przejrzałych jabłek, jeżeli nie są spleśniałe idealnie się nadadzą, przejrzałe owoce (jabłka, gruszki itp) RODZIME dadzą się zjeść.
5. Miejsce - z dala od kotów. Ja mam podwyższenie do którego żaden kot nie powinien doskoczyć, ale zastanawiam się nad przeniesieniem karmika na balkon. mimo tego, że tam większy wiatr i jest mniejszy komfort. Ewentualnie parapet tez może być.
6. Wszędzie jest powtarzane, że jeżeli zaczęliśmy karmić ptaki, to musimy je dokarmiać do końca śniegów - dlatego akcja musi być przemyślana i nie doraźna.
 7. Warto też osłonic miejsce karmienia przed dużymi ptakami jak gawrony czy gołębie. Ja za nimi nie przepadam.
8. Dla wiewiórek warto w zupełnie INNYM miejscu rozsypać nieco orzechów, również trochę owoców, one sobie lepiej radzą.

Oczywiście takim czymś nie oswoimy zwierząt, jednak wystarczy przejść się do Łazienek Królewskich żeby znaleźć półoswojone wiewiórki, wszędobylskie myszy, kaczki i ptactwo.

Pewnie wybiorę się na spacer, jak pogoda pozwoli, żeby dokarmić kaczki nad rzeką.
We Wrocławiu karmienie wróbli skończyło się dla mnie kiedyś ptakiem na każdym palcu wydziobującym ziarno z zagłębienia ręki. Ot taka miejska magia, której do dzisiaj nie udało mi się powtórzyć.

Efekty?
W lecie mam nadzieję, że ptaki zeżrą pasożyty, ślimaki i inne paskudztwa.



wtorek, 11 listopada 2014

Marsz na marsz!

Tym razem mniej kulturalnie, a może i nie?
W stylu "Mówię jak jest" MM. Kolonki.

Przełamałam niechęć, urastającą od lat do wychodzenia z domu na dzień Niepodległości, zwłaszcza w Warszawie. Obraz telewizyjny nie pokazywał nigdy tego wydarzenia zbyt pozytywnie, oczywiście zwłaszcza w Warszawie.
Każdy idzie sobie w oddzielnym Marszu, gdzie indziej składa kwiaty, gdzie indziej.
Teoretycznie mamy wolność słowa, także to, gdzie chcę złożyć kwiaty, gdzie chcę przejść i którędy powinno być moja sprawą.
Także tu powstaje "wypominajka" kto którędy komu złożył kwiatka i goździka.
Kto woli Piłsudskiego a kto Dmowskiego.

Notabene obaj Panowie i mężowie stanu byli mniej lub bardziej pokręceni i despotyczni i mniej lub bardziej dążyli do praktycznie jednego celu.
Niepodległości. Ale jak to zwykle bywa każdy swoją drogą, najważniejsze, że cel został osiągnięty.
Nie będę ich rozliczać. Co prawda spotkałam się kilka razy z ludźmi, którzy z dumą mówili, że ich przodek czy wuj czy ojciec czy dziadek byli adiutantami czy służyli pod Piłsudskim.

Sama moja wizyta w Centrum rozpoczęła się o 13 kiedy to mogłam sobie obserwować naprawdę dzikie tłumy z flagami:
Polski:

Flagą z Godłem Polski:

Oraz z chińszczyzną wszelkiej maści (której nie przytaczam bo wstyd, ze coś takiego ludzie kupują jako flagę, dobrze że nie było już flagi piwa na T.)
Dużo było też zwiniętych transparentów różnej maści i trwały próby przed pochodem ONRowców.
Na starym mieście natomiast wysiadały rodziny z dziećmi, wymachiwały ww. flagami (lub nie) i przyczepiali kotyliony w barwach narodowych.

Tymczasem policja, antyterroryści, żołnierze spoza warszawy żandarmeria i ciężko uzbrojone suki policyjne krążyły po mieście, wymuszali pierwszeństwo na czerwonym (bez włączania czegokolwiek) a ja miałam nieodległe wyobrażenie nadchodzącej rozróby.
Sam prezydencki pochód obejrzałam w kawiarni. Bo i tak zrobiłyśmy podobną trasę,  plac Konstytucji, Zbawiciela, Hożą (z kordonami policji), dotarłyśmy prawie na Rozbrat.
Marsz narodowców za to obejrzałam z daleka, jeszcze nie zaczęli puszczać flar ale nie wyglądało to najlepiej a wręcz groźnie. 

Wniosków mam kilka:

1. Dało się przeżyć, Warszawa nie była dziko oblężona, a najbardziej pilnowaną rzeczą był Miś z tęcz.... Tęcza z mi... Miś na miarę naszych czasów i możliwości.
2. Zadyma swoją drogą, nic dziwnego że był ranny, skoro nawet u mnie na obrzeżach puszczano fajerwerki,a rac dymnych w którymś momencie było naprawdę sporo.
3. Ciekawie stanąć na środku Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich - rzadka okazja, bo ostatnia taka była dla mnie podczas Euro 2012.
4. Dużo mniej miałam wrażenie ze jest flag w pochodzie rządowym niż w narodowców. Nie wiem z czego to wynika, może tamci szli w rozmiar?
5. Zniszczenia to był po prostu bałagan z rozgniecionych ulotek, petów itp. te telewizyjne jeszcze nie ogarnęłam. Ale nie demonizujmy. 

Także świętuję sobie dalej. Pijąc chińską herbatę  z hiszpańską cytryną, pisząc łacińskim alfabetem na chińskim komputerze używając japońskiego telefonu, Jedząc kolacje kupioną w niemieckim sklepie z polskim pomidorem. Słuchając polskiej muzyki z japońskiej wieży.
Ubrana w bułgarską czy inną piżamkę. 
Na szczęście mam polski kamionkowy talerz i polską łyżeczkę.Uff..

Świętujemy Niepodległość.




Edit z dnia następnego:
Ciekawe, mówią o zamieszkach na Marszu Niepodległości...
Co ciekawsze, media wskazują tym, że był TYLKO JEDEN MARSZ. co jest totalną nieprawdą. Było ich kilka ja widziałam oprócz zadymowego jeszcze jeden. Zadyma i awantury były na marszu Narodowców.
i kończę z polityką bo chyba już mi od niej niedobrze. 

wtorek, 30 września 2014

Kobiety za mikrofony część 1. Jesiennie

Nie od dzisiaj wiadomo, że właściwym motorem polskiej, wartościowej muzyki są kobiety.
Właściwie jedynym, i to bardzo głośnym odstępstwem od tej tezy były lata międzywojnia, kiedy królował Eugeniusz Bodo, Aleksander Żabczyński a także Jan Kiepura. Głosy kobiece były mniej zauważane (w przeciwieństwie do ich osobowości). Postanowiłam prześledzić scenę (a właściwie estradę)  w trzech częściach (jakby dwudziestoleciach ):
od roku 1946 do końca lat 60.
od początku lat 70 do końca PRLu w 1989
i lata dziewięćdziesiąte plus pierwsza dekada 2010.

Czy udowodnię tezę? Zobaczymy.

Lata 40 : okres wojenny, ciężkie czasy powojenne, tematem była raczej odbudowa Polski niż tworzenie sceny rozrywkowej kraju. Rozpoczynała się odbudowa Warszawy, trwała wielka migracja ludności, niektóre ludzkie dramaty się kończyły a inne nie. Ponieważ większość inteligencji oraz artystów zginęła lub wyemigrowała trzeba było szukać nowych twarzy. Po przedwojennej Warszawie pełnej rewii i teatrów nie został nawet ślad. Tym trudniej było kompletować i tworzyć zaplecze kulturalne nie nacechowane jeszcze siermiężnością i piosenką biesiadną.

W 1947 roku premierę miał pierwszy pełnometrażowy film "Zakazane Piosenki" główną rolę grała aktywna do dzisiaj Danuta Szaflarska (gdyby historia działa się w Wielkiej Brytanii dawno dostałaby odznaczenie szlacheckie).  Z miejsca zarówno film, jak i odtwórczyni głównej roli zdobyła serca widzów. Film ten zresztą zebrał znaczących artystów polskich (między innymi Alinę Janowską i Edwarda "Dudka" Dziewońskiego czy Hannę "Hankę" Bielicką).


W latach 50 słuchano jazzu (odrobiny) oraz chodzono na potańcówki. Prym też wiodły kabarety między innymi Kabaret Starszych Panów (co prawda dopiero od 1958 r)
Królowały piosenki spokojne, sentymentalne, jednak nadal nie był to najlepszy okres dla polskiej muzyki. Też u mnie w rodzinie, dość osłuchanej, nie jest jakoś szczególnie wyróżniony. (Babcia wolała Elvisa)
Gwiazdą tego okresu była na pewno Maria Koterbska i serduszka wszystkich pukały w rytmie cha-cha.
"Pamiętasz była jesień" zaśpiewała Sława Przybylska. Jesień też była tematem piosenki z repertuaru Kabaretu Starszych Panów a wykonanej przez Kalinę Jędrusik. Jako "Jesienna dziewczyna" zawładnęła telewizją właściwie do końca współpracy z Kabaretem.



Prawdziwy jednak początek muzyki rozrywkowej rozpoczął się w latach 60, w 1959 roku powstał zespól dziewczęcy Filipinki który był typowym jak na tamte czasy "girlsbandem" śpiewającym specjalnie skomponowane dla nich piosenki. Zdobyły one niesamowitą popularność i stanowiły damską odpowiedź dla bigbitowego zespołu Czerwono-Czarni i Niebiesko - Czarni gdzie wyrazistymi postaciami byli jednak mężczyźni. Najbardziej przeze mnie kojarzoną piosenką jest "Filipinki to my" a także "Parasolki" (śpiewane w przedszkolu huee!).
Drugim zespołem z tego okresu są Alibabki powstałe jako grupa w 1963 i śpiewające między innymi piosenki z tekstami Agnieszki Osieckiem (w późniejszym okresie) a także będące chórkami znanych polskich wokalistów i wokalistek. Co prawda nie są dla mnie tak charakterystyczne jak Filipinki ale też mają swój urok.

Lata 60 to początek zespołów bigbitowych jednak na główne miejsce estrady wysunęły się dwie, dość kontrowersyjne OSOBOWOŚCI sceniczne:

Violetta Villas - piosenkarka (diwa!) z niesamowitym głosem z miękkim akcentem, charyzmą i charakterem. Jej piosenki, trudne w wykonaniu ale też niezbyt łatwe w odbiorze królują jeszcze w niektórych radiach do dzisiaj.
Szkoda tylko że nie udało się wykorzystać jeszcze bardziej tej sławy, jak to bywało z polskimi twórcami przez zawirowania polityczne i pewne ograniczenia. Mimo to udało jej się odnosić sukcesy na arenie międzynarodowej.

Nasza przaśną diwą numer dwa jest Maryla Marylka, Rodowicz - śpiewała i śpiewa nadal piosenki Agnieszki Osieckiej czy Jonasza Kofty. Podziwiam ją za konsekwencję stylu (ta biesiadność!) siłę głosu, kondycję, talent komediowy (w Rodzinie Zastępczej była bardzo irytująca ale mimo to zabawna). Co prawda szczyt popularności przypadł na lata 70 gdzie wpasowała się idealnie w hippisowski ruch dzieci-kwiatów, Autostopy i rozluźnienie Dekady Gierka

Jest dobrze.
Podsumowanie:
1. Kobiety same nie komponowały, teksty pisane były przez specjalistów w tej dziedzinie, muzyka również.
2. Solo wyróżniały się jedynie silne osobowości.
3. Nie była to muzyka kontrowersyjna, miało być przyjemnie, czysto rozrywkowo, ewentualnie z zacięciem artystycznym. A co dziwnego, w końcu to muzyka popularna
4. Występy były jako bigbity/zespoły ubrane w jednolite stroje lub też artystki (jak to wtedy jeszcze można było określić) miały swój styl narzucany innym.

Na koniec moja ulubiona piosenka z tego okresu, i też o jesieni, wersja z filmu Wojciecha Hasa:





Źródła:

Obok nieśmiertelnej Wikipedii, która podpowiada mi mam nadzieje prawdziwie w kwestii dat, źródła:
1. youtube.com
2. Inny Świat - filmowa historia Danuty Szaflarskiej (doskonały wręcz dokument)
3. Zasłyszane, zasłuchane same piosenki i spojrzenie na muzykę,
4. Filmy dokumentalne, nagrania koncertów/KSP
5. I oczywiście opowieści...



wtorek, 22 lipca 2014

Trzeba sobie jakoś radzić

W tym roku coś duży kawałek lipca spędziłam z dala od klimatyzacji i zimnych napojów.
Zaowocowało to przemyśleniami na temat Upałów i jak sobie mam z nimi radzić. Co prawda lodów ani mrożonych rzeczy nadal jeść nie mogę. Ale inne rzeczy już tak!
Także kilka rzeczy, tak zwanych "lifehacków" na poprawę nastroju, złapanie energii czy ogólne znużenie gorącem.
PUF!
1. Muzyka... setna wakacyjna piosenka nuży, radio puszcza więcej reklam niż muzyki, ratunkiem jest więc własna płytoteka albo playlisty YT. Polecam też radia internetowe, gdzie nie ma szans na reklamy ( z założenia są niekomercyjne), o dziwo warto słuchać depresyjnej muzyki.
2. Jeżeli pokój jest od strony zachodu(a więc upał popołudniowy) warto spryskiwać zasłony wodą. paruje i robi lekki tropik.
3. Instalacja wilgotnego ręcznika na drzwiach/przed wiatraczkiem też dużo daje
4. Funkcje życiowe takie jak sprzątanie/zmywanie/koszenie warto przełożyć na 19-20 (ktoś to musi zrobić), również atak pobliskiego sklepu też warto robić wczesnym rankiem/późnym wieczorem
5. Oczywiście, że siatki w oknach ratują przed komarami, jeśli bez szans do przyczepienia przy oknie warto spać pod siatką na komary (zwaną popularnie moskitierą)
6. Często wietrzyć, muchy to przebrzydłe krwiożercze obrzydliwe paskudne stworzenia. fuj, na szczęście nie lubią przeciągów
7. Krótkie spodenki i sukienki KOCHAĆ
8. Woda przy łóżku - wskazana, ale niekoniecznie.
9. Jeść też lepiej po 19... ja w dzień nie jestem w stanie przyswoić więcej niż dwóch kanapek
10. Spotykać się z ludźmi! We dwójkę czy też masą lepiej znosi się upały :) umieranie samemu z gorąca to jak depresja/
11. Iść na kąpielisko...dalej J.W.
12. ciepła Herbatka z cytryną... też gasi pragnienie!
13. Książki..dużo książek...
14. Chronić głowę przed słońcem - potem ma się udaromigrenę i dzień z głowy..
15. Chodzić wieczorami na kino letnie, spacerki itp. w Warszawie dużo tego się nazbierało. 

środa, 25 czerwca 2014

Gdzie mnie znajdziesz w.... lipcu?

Rozpoczyna się najgorętszy (teoretycznie) okres w roku.
Przez niektórych zwany wakacjami (tak, też mam chęć rzucić wszystko i wyjechać) inni ciułają na niego rok cały i planują już od stycznia co by tu robić przez każdy cudownie ciepły, miły, wieczór/dzień "wakacji".
Ja swoim zwyczajem liczę od majówki do końca września. Jednak w tym roku nie dane nam było w Stolycy poznać więcej niż tygodnia prawdziwie letnich upałów.
Rozpoczynam cykl letni "you can find me..." w którym będę opisywać atrakcje Warszawskie lub też i Polskie w których wezmę udział. Później też postaram się każdą zrelacjonować.

Plany są następujące:
 26 czerwca - Kino Samochodowe w dzielnicy Wawer - nigdy nie byłam na kinie samochodowym. Jeżeli nie zbiorę ekipy jadę sama, a jeżeli zbiorę - tym lepiej! Mam zamiar sprawdzić, czy dach samochodu wytrzymałby mój ciężar w przypadku ładnej pogody a w przypadku gorszej, poeksperymentować, czy fotele samochodowe są równie wygodne do oglądania filmów? Czas najwyższy umyć szybki....
link do wydarzenia TU

27 czerwca - wybieram się na przywitanie lata w studenckim gronie. Zaiste może być zacnie :)

28 czerwca - w Plażowej - która znajduje się między Temat Rzeka a Stadionem Narodowym odbędzie się koncert Low Roar! Bardzo podoba mi się ten rodzaj muzyki, także postaram się pogodzić jakoś pakowanie na kolejny punkt (patrz niżej) i odwiedzić to zacne miejsce. Debiut w Plażowej zaliczyłam przy okazji premiery singla Elektryczny - Orkiestry Męskiego Grania. link również do fejsbukowego wydarzenia TU

1-6 lipca - Opener - modlitwy o słońce niechaj zostaną wysłuchane! oby gumiaczki mi się nie przydały... Będę biegać między scenami, jeść dziwne jedzenie o jeszcze dziwniejszych porach i spać na plaży. Marzenie.. a wszystko jasne jak obejrzy się To!

26 lipca - czekają mnie jak co roku Nowe Horyzonty! - miejsce i ludzie marzenie, nie wiem tylko, czy uda mi się wpaść jedynie na weekend czy na dłużej.. albo też Audioriver - sama jeszcze nie wiem.. jeżeli to drugie to NH odwiedzę...

od pierwszego do trzeciego sierpnia! Impreza zamknięcia NH jest najlepszą jakie znam, a jeżeli nie, to czeka mnie OFF - tematy nadal pozostają otwarte.

Sierpień zapowiada się spokojniej jeżeli chodzi o festiwale i atrakcje, ale tak to chyba czyste szaleństwo.
Pod koniec miesiąca będę płakać za wyczyszczonym kontem na te wszystkie atrakcje.

Bardzo ciekawie i bardzo bogato prezentuje się w te wakacje Letnia Stolica, uzbrojona w kocyk, poduszki i dużą ilość środków na komary i dobrego humoru mogę dotrzeć na naprawdę fajne seanse (nie Woody Allen na szczęście już).
 Low Roar na dobranoc...
Dobranoc



sobota, 5 kwietnia 2014

Magia muzyki

Słowem wstępu: zdarza mi się oglądać stare teledyski, czy relacje z koncertów od Woodstocku do lat '90 zawsze lekko podkpiwam z ówczesnych strojów i zachowań scenicznych. Muzycy słyną z ekstrawagancji na scenie, określa się ich jako "zwierzęta sceniczne" czy wręcz przeciwnie, przyciągają skromnością i skupiają na granej przez nich muzyce.
Kiedy ma się ulubionego, lub i mniej ulubionego artystę, zawsze ale to zawsze trzeba czatować na koncert! Odbiór staje się zupełnie inny, muzyka przestaje być częścią tła (żeby coś leciało..) a może być odebrana dosłownie całym ciałem. Głębokie dudnienie basów potrafi wpłynąć na pracę serca a duża ilość ludzi powoduje pewne scalenie się ze społeczeństwem pod "jednym wezwaniem".


Wczorajszego dnia odwiedziłam drugi raz, od czasu kiedy jestem w Warszawie, salę koncertową Palladium. 
Okazją była pierwsza część Electronic Beats Festival - seria wydarzeń dziejących się w różnych miastach Europy ( od 28 marca koncerty grały w Pradze, teraz Warszawa, potem : Bratysława, Kolonia i Bonn) nie jest to trasa koncertowa jednego wykonawcy ale pokazanie różnorodności muzyki.
A to się na pewno udało wczorajszego wieczora.
Pierwsze wrażenie :

CO TO ZA FESTIWAL GDZIE SĄ MIEJSCA SIEDZĄCE? 
1. 
Pierwszy na deskach teatru zaprezentował się polski projekt KRÓL - znanego z Kawałek Kulki i UL/KR Błażeja Króla. Gitara elektryczna, gitara basowa niewielka konsola ustalająca rytm.
Muzyka którą zagrali była przestrzenna, wciskała się w każdy kąt sali, melancholijna a jednak bujająca. Nadal psioczyłam na krzesła (ale wstać się nie chciało, zawsze inna forma odbioru). Na plus w przypadku tego projektu jest to, że jest śpiewane po polsku. A w obecnych czasach wiadomo, trudniej jest napisać piosenkę po polsku nie ocierającą się o kicz czy przesadne udziwnienia. Ściany burzyły również momenty elektroniczne.
Koncert okazał się zdecydowanie za krótki. 
2. 
Kolejnym, dla mnie czystym odkryciem, bo nie byłam nigdy przesadną fanką Ólafura Arnalds, muzyka z Islandii jest nadal terra incognita, mimo poznania muzyki Bjork, Monsters And Men, Emiliany Torrini czy Sigur Rós.
Co mnie zachwyciło, to moje ulubione połączenie romantyczne: instrument klawiszowy (fortepian) za którym zasiadał Ólafur w połączeniu z dwiema parami skrzypiec, w tym prowadzącymi altówką oraz wiolonczelą. Szczypty ekstrawagancji dodawały partie grane na puzonie. 
Jakby tu opisać dźwięki...
Skrząca się i perląca partiami fortepianu. Wibrująca strunami skrzypiec, łagodzona zawodzeniem wiolonczeli. Występ oszczędny w wizualnej formie jednak pełna kaskada dźwięków wybrzmiewała i porywała na meandry myśli. Specjalny gość Arnor Dan, który swoim wokalem przypomina mi nieco Kristera Lindera doskonale panował nad głosem i uzupełnił występ. 
3.
Ostatni, był oczekiwany najbardziej Jose Gonzales jeden z moich ulubionych głosów i najlepszy towarzysz długich podróży. Jego muzyka jest wprost stworzona żeby gdzieś jechać czy biec.
Jest on wirtuozem gitary i właściwie do momentu kiedy nie usłyszałam jego muzyki,  nie wiedziałam, że takie dźwięki można wydobyć z gitary. I jeszcze jednocześnie śpiewać!
Nie zrobił takiego wrażenia jak poprzedni występ. Należy on do kategorii miodu na serce.
Od razu człowiek chciał się otulić kocykiem (i tutaj już wiedziałam po co te krzesła) zrobić gorącej herbaty, albo pod wrażeniem rytmicznej gitary i spokojnego głosu Jose przenieść się przy ognisko. O tak! to byłby koncert!! nie w sali koncertowej ale w przestrzeni przy ognisku! Tylko liczba fanów zgniotłaby biednego artystę i tyle by było...

Brak efekciarstwa i skupienie na muzyce brak niepotrzebnych gestów, słów czy dźwięków. I doskonałe nagłośnienie dla siedzącej praktycznie pośrodku sali Malwy.
Tak

wtorek, 1 kwietnia 2014

Nadchodzi Wiosna Filmów na Pradze!



W niedzielę zbliża się kolejna Wiosna Filmów w kinie Praha w Warszawie. 
Trzeba się spieszyć! Jest to bardzo atrakcyjna alternatywa dla filmów multipleksowego nurtu zwłaszcza, że bilety a siódemkę wręcz gwarantują pełne sale ludzi żądnych doznań Migawek. Do tego można sobie zrobić przegląd dobrych filmów z różnych krajów. Niestety po raz kolejny ze względu na godziny (12!!) omijam strefę Scenarzysty. 

W tym roku, na liście obrazów o których bilety muszę zawojować w tym tygodniu i koniecznie zobaczyć na dużym ekranie są tematy nieco ciężkie (wojenne zawieruchy, choroba i przemijanie),ale wydaje mi się, że mogą być ciekawie opowiedziane. 

1. Japoński Piesek - Câinele japonez - podejrzewam obraz o zderzeniu starego z nowym, tego co "obce" i tego co "nasze". Historia Ojca który po długiej rozłące z Synem nie dość że przezywa odwiedziny marnotrawnej latorośli to i jego żony - Japonki. Zderzenie kulturowe pewne a i kino rumuńskie nie jest często gościem na ekranach kin.

2.Duży zeszyt  - A nagy füzet - może być to mądra historia o okrucieństwie wojny i jej bezsprzecznego wpływu na najbardziej wrażliwych, młodych ludzi.  Temat coraz modniejszy i coraz częściej goszczący w filmografii nie tylko Polskiej ale i naszych sąsiadów.

3. Wielkie piękno - podejrzewam dzikie tłumy ponieważ film nominowany do Oscara BAFTA zdobywca Złotego Globu, ale chcę go obejrzeć głównie z uwagi na grę Rzymu w tle , coś mam wrażenie że będzie to jak Dolce Vita, ale czy będzie warte 2,5 godzin w kinie? zobaczymy.

4. Dziś jestem blondynką - Heute bin ich blond - temat bardzo na czasie, bo szczęśliwców, którzy nie zmierzyli się jeszcze z tematem choroby nowotworowej jest coraz mniej. Bardzo ważny temat o "odczarowaniu" postaci czy też archetypu śmiertelnie chorego, mam nadzieję, że uda się autorom nie przesłodzić obrazu ani przesycić morałami. Punkt najbardziej obowiązkowy.
5. Biegnij chłopcze Biegnij - kolejny temat żydowskiego chłopca, interesuje mnie najbardziej obraz Polski przedstawionej jako tło, a także spektrum postaw ludzi podczas tej ekstremalnej sytuacji.
Informacje szczegółowe tutaj:
Wiosna Filmów

Jeszcze w piątek wybieram się na 1/2 festiwalu Electronic Beats Festival 2014 (bilety wyprzedane), wystąpią:
José González
Olafur Arnalds
Król
i piosenką tego ostatniego, zakończę temat:


wtorek, 18 marca 2014

Poznaję Mazowsze - plany 2014

Nareszcie mam sprawne auto i mogę wyruszać w trasy. W tym roku, ze względu na brak psa a więc brak obowiązków związanych z byciem niedaleko domu i regularnymi wizytami u weta.(chociaż brak zwierzaka odczuwalny niesamowicie) uznałam że pora pozwiedzać najbliższą okolicę.
Na Mazowszu jest tyle ciekawych rzeczy! jednak wymagają one dłuższych podróży ponieważ jest Warszawa...średnio 80 km drogi i kolejna ciekawa rzecz.
na tegorocznej liście na wiosnę, wyciągnęłam kilka, myślę że świetnych miejscowości:
1. Grodzisk Mazowiecki - chcę zobaczyć typowo polski dworek, przejść się po kolejnym( po cieszyńskim) cmentarzu żydowskim i zobaczyć niska mazowiecką zabudowę i cudowne wille.(kościoły też)
2. Nasielsk - właściwie chodzi też o okolice ponieważ znajduje się tam duze zagęszczenie dworków w różnym stylu. Obejrzenie nawet z pewnej odległości dworów w lepszym niż dolnośląskie stanie (na pewno) a także przejście się po parkach i zabudowaniach dworski - tak tak!. A podobno okolica idealna na rowery(i tutaj przydałby się bagażnik rowerowy..)
3. Nieborów  i park Arkadia - obowiązkowy punkt wycieczkowy najlepiej na cały dzień piknikowania! urocza okolica no i w bardzo francuskim stylu. Byłam jakoś 10 lat temu i chętnie zobaczyłabym co się zmieniło. Byłam co prawda tylko w parku. dlatego muzeum jeszcze muszę zobaczyć. 
4.Ciechanów - bo dworek! bo ZAMEK! I chętnie bym została na dłużej bo to miejsce produkcji jednego z bardziej rozpoznawalnych oryginalnych piw - Ciechana (albo pamiątki!)
5. Dziadkowskie - folwark! tak! taki w stylu Polskim nie niemieckim z którym do tej pory najwięcej miałam do czynienia. Stary dwór drewniany...miejmy nadzieję, że jeszcze stoi, w ogóle w stronę Podlasia zrobiłabym "wycieczkę w nieznane"
6. Krubki- Górki - chyba najbliżej, pozostałości parku krajobrazowego (podworskiego) i ruiny (czyli to co historycy lubią najbardziej)
7. Chajęty - park i obowiązkowy dworek w stylu polskim - również bliziutko
8. Jadów  - jak wyżej dworki dworki! (gdyby drogi były lepsze, znaczy miały pobocze to tą okolice dałoby sie zwiedzić rowerem..a tak zostaje samochód niestety)
9.Wola Rasztowska - pałac!

Niewiele więcej wiem, w ramach wycieczek podejrzewam, poznam te miejsca, no i nawet będę chciała do niektórych wrócić. 
Oczywiście, temat otwarty i zbieram chętnych na wycieczki :)

poniedziałek, 24 lutego 2014

Zimny drań ma 80 lat!


W roku 1934 dokładnie 24 lutego miała miejsce premiera polskiego filmu "Pieśniarz Warszawy"
Film był i nadal jest aktorskim popisem przedwojennego amanta kinowego Eugeniusza Bodo nie umniejszając pozostałej trupie aktorskiej.

Młody panicz Juliusz Pagórski chcąc być wolnym wyrzeka się rodziny i doprowadza do skandalu, śpiewając na ulicach i w podwórkach Warszawy. Na swojej drodze spotyka piękną "papierośniczarkę" Zosię i zakochuje się z wzajemnością. Podczas niefortunnej ucieczki przed milicją trafia na ofertę pracy w rewii.
Wuj -kawaler dowiedziawszy się o planowanym mezaliansie za wszelką cenę chce pokrzyżować plany Julka zatrudnia detektywa-rozdzielacza pana Krópkę...

Film zbiera artystów rewiowych z Teatru Morskie Oko oraz Qui pro Quo - przedwojennych miejsc kulturalnych skupiających śmietankę śmietanki towarzyskiej ówczesnej Warszawy. Poza wspomnianym Eugeniuszem Bodo z filmowej obsady, które również występowała na deskach tych teatrów można wymienić grającą Zosię - Barbarę Gilewską.

Zajmę się tutaj fenomenem przedwojennego kina Polskiego - było ono bardzo popularne a o gwiazdach szumiało bardziej niż dziś.
W dużej liczbie były to komedie muzyczne - lekkie przeniesienie rewii - popularnych w latach  20 XXw. w Paryżu oraz teatrów muzycznych na ekran. Komponowali do tego artyści tacy jak Fryderyk Jarosy, Ludwik Starski i Henryk Wars, teksty pisał między innymi Jerzy Jurandot. Dzieli swoją prace między film a teatr.
Większość tych utworów była potem śpiewana po ulicach, w teatrach, przerabiana, wykonywana w setkach jeżeli już nie tysiącach wersji. Kiedy jeszcze oglądałam benefisy w telewizji bardzo często był "Zimny drań"

Śpiewał to Eugeniusz Bodo w Pieśniarzu Warszawy, później Mieczysław Fogg..a kolejnych przeróbek nie zliczyć, wystarczy wejść na YT.

W Pieśniarzu.. zostały wykorzystane efekty specjalne (tak tak!)
Myślicie, że pierwszy film, w którym zastosowano zmniejszenie postaci ludzkich do rozmiaru krasnoludka to Kingsajz? - otóż nie!
a może świeżą rzeczą jest nałożenie animacji na grę aktorską? Oo..to tez już ma przynajmniej 80 lat.
A może wyimaginowane postacie biegające wokół bohatera i śpiewające dziwne piosenki - coś w stylu ptaszków wokół oszołomionego uderzeniem typa spod ciemnej gwiazdy?

Wszystkie te rzeczy są w naszej polskiej, rodzimej komedii z delikatnym Lwowskim zaśpiewem.
A gdyby jeszcze dodać, że reżyserem był Michał Waszyński  - spod którego oka wyszedł też Znachor i 35 innych filmów? A scenarzysta Ludwik Starski i Eugeniusz Bodo? Oglądać! Pamiętać co nasze!

Te nazwiska powodowały walenie drzwiami i oknami do kin..a teraz okrojoną, zgrzytającą wersję ogląda się z nutką nostalgii... jaką to potęgą filmową byśmy byli...




Źródła:
http://www.filmpolski.pl/
wikipedia-a jakże
 wspomnienia Stefanii Grodzieńskiej "Nie ma się z czego śmiać"
no i oczywiście FILM :) (do obejrzenia na You Tube w 6 częściach)

sobota, 11 stycznia 2014

Rozmowy w pociągu i znowu o wysokich...

Zdarza mi się wracać pociągiem do domu (rzadko ale jednak) i czasem słyszę ciekawe rozmowy.
Tak było tym razem, kiedy jadać sobie pociągiem mimochodem słuchałam rozmowę dwóch chłopaków i dziewczyny. Rozmowa tak jakby dotyczyła mnie i wszystkich wysokich dziewczyn.
Otóż omawiali oni swojego kolegę, który miał dziewczynę bardzo wysoką (około 180 cm wzrostu) i przez to, jak ona ubierała szpilki była wyższa.
Rozmowa, której niestety nie słyszałam, była krzywdząca.
Jak ona śmiała być taka wysoka? Czy nie jest jej z tego powodu głupio (What!?)
Dziewczyna w tej trójce rozmawiających broniła jej.
Faceci uznali, ze to nienormalne, żeby ktoś był tak wysoki, w końcu jeden z nich miał 174 a drugi 178 . I że ten kolega którego dziewczyna jest taka wysoka ma przerąbane bo go przewyższa.

O tej rozmowie przypomniałam sobie dzisiaj rano, trochę się zirytowałam. Chociaż sama zwróciłam uwagę na to, że warszawska populacja nie jest zbyt wysoka, nawet przyjezdna, ja ze swoim 182 na większości koncertów wystaje i nie mam zbyt często problemów z widzeniem sceny i jadąc autobusem rzadko spotykam ludzi swojego wzrostu, to nie uważam, że to powoduje inność.
Fakt, na sylwestra z koleżanką nie założyłyśmy szpilek bo by się okazało, że jesteśmy najwyższe a na domówce to trochę niewygodnie.
Bycie wysokim ma bardzo dużo zalet, właściwie więcej niż bycie niskim/średniego wzrostu.
Jak jest się wysokim to nie ma problemu z sięganiem do szafek, ściąganiem ubrań z górnego wieszaka w sklepach (nie musimy prosić o to obsługi..uff..) Rzadko też korzystamy ze stołka.
Wspomniane już koncerty - również doskonale, jak też inne wydarzenia.
Co prawda w przypadku wysokich działa też prawo Murphy'iego - jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że ktoś jeszcze wyższy stanie przede mną.
Automatycznie mam dłuższe palce - daje to możliwość szybszego pisania na klawiaturze, większego rozcapierzenia łap na gitarze itp. Chociaż nadal mam wrażenie "wielołokciowości" to zaakceptowałam to.
Niestety mimo to, nadal największym problemem jest kupowanie ubrań zimowych.
Płaszcz, w którym nie wyglądam jak "stara maleńka" lub ludzik Michelin i nie szeleszczę z odpowiednio długimi rękawami i pasem we właściwym miejscu jest dla mnie NIEOSIĄGALNY!
Jesienią kupiłam AŻ trzy bluzki/nie swetry/nie golfy z długim rękawem. W tym jedną w dziale dla gimnazjum ( z angrybirds)
Problem?
PROBLEM.
Ale przynajmniej nie ma zimy..


Ps. Poza tym śniło mi się, że znalazłam artykuł na temat swojego bloga: za dużo przecinków, za długie zdania, za dużo wielokropków mimo interesującej treści. Czas nad sobą popracować.

piątek, 15 listopada 2013

Jak mi odpadły nogi, czyli spacer po Warszawie.

10 listopada poszłam sobie na spacer, była ładna pogoda, właściwie nikt nie miał zamiaru z niej korzystać. Uznałam, że skoro tak, to idę na spacer.
Ponieważ jednak w mojej mieścinie nie ma za dużo scieżek, których nie przeszłam lub nie przejechałam uznałam,że zrobię sobie spacer po Warszawie.
Wsiadłam w pociąg, wysiadłam na Dworcu Wileńskim i zaczęłam iść.

Na pierwszy rzut poszły widoczki z mostu Śląsko-Dąbrowskiego, na którym, jak co weekend było więcej samochodów niż ludzi.
Widok na  Warszawski Manhattan


Widzicie to słońce? śliczne prawda? Jednak nie aspirowałam, żeby dotrzeć do centrum ze szkła i stali. Chciałam pochodzić uliczkami, bez dużej ilości ludu... Więc dreptałam przez most, wymijając nieliczne jednostki.. i szłam... aż natrafiłam na iście nietypowe oblężenie! Zamek atakowany był ze wszystkich stron przez Ludzi dobijających się do obejrzenia wyższej kultury. Plakat nad głównym wejściem na dziedziniec ogłaszał Wersal za czasów Córki Stanisława Leszczyńskiego - Marii która została Królową Francji i gospodarowała na Wersalu.
Człowieków jak mrówków


Królowa zaprasza do środka swoich poddanych
Przeszłam szybkim krokiem hałaśliwy Plac Zamkowy z całkowitym zamiarem wędrówki wzdłuż lewego brzegu Wisły bez konkretnej trasy.po prostu iść. o 14:45 byłam umówiona na Marymoncie z qmplem na zwiedzanie Żoliborza według instrukcji z Miejskiej Ścieżki więc miałam jeszcze prawie godzinę..
Wędrówka obfitowała w oglądanie, że lodowisko już się buduje, że mnóstwo knajpek świeci pustkami, że ludzi jak na lekarstwo, ze w centrum są szeregówki(!)  i detale....mnóstwo ślicznych detali i podwórek :)
Rybki!

Znalazłam dom, który na mnie patrzy!!

Co prawda spacer wykończył mnie strasznie, potem jeszcze chodziliśmy po zaułkach blokowisk Żoliborza, ale trochę słabsza ta ścieżka była niż myślałam, bo liczyłam na to, że zapędzimy się w modernistyczne wille i ciasne podwórka. ale i tak było zabawnie.
Warszawę można lubić samotnie, ale nie z okien tramwaju czy domu czy też samochodu, nie w tłumie ludzi, gdzie każdy gdzieś biegnie, nie w bandzie ignorantów, którzy zamykają się na świat.
Wiem co mówię...spacer zajął mi około półtora godziny... plus późniejsza ścieżka. W ciągu tego czasu przeszłam prawie 7,5 kilometrów!

I co skorzystałam, to moje. A że przez następne dwa dni czułam nogi bo bez żadnego przygotowania to jak maraton? Oj tam oj tam ;)