Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 lutego 2016

Co możemy zrobić sami...

Wskazane przez pewien czas było dążenie w jednym, ściśle określonym kierunku- specjalizacji. Czasem jeszcze węższym.  Synuś kroi żabę - o dostanie swój pierwszy skalpel i będzie chirurgiem. Synuś taki wyszczekany, polityk albo prawnik, najlepiej adwokat. Itp. itd. itp... Zarabiając pieniądze na specjalizowaniu się przeciętny człowiek nie rozwija się już w inne strony.
Nazwałabym to ograniczaniem się na własny użytek.
Ale im bardziej jesteśmy ekspertami w danej dziedzinie tym większa jest możliwość manipulacji a tym bardziej możliwość uzależnienia się od innych.
Żywym przykładem jest sytuacja, kiedy po zawieszeniu się nawigacji ludzie stają na poboczu bo nie wiedzą co dalej. Nie czytają znaków, nie wiedza przez co jadą - ot dojazd z miejsca A do miejsca B.
Kiedy nawigacja się odwiesi mogą jechać dalej.

Przykład taki: coraz mniej z nas umie szyć, bo po co, przecież materiały są drogie a szycie trudne. Owszem, potwierdzam: jest bardzo trudne, ale satysfakcja z gotowego, niepowtarzalnego dzieła jest niewspółmiernie większa, i dużo lepiej się wygląda.
Drugi: coraz więcej jemy na mieście albo odmrażanych gotowców. Ale co innego potrafić gotować i odmrażać z braku czasu, a co innego gdy ma się talent do "przypalania wody na herbatę". Drugi przypadek to typowe usprawiedliwienie osób bojących się spróbowania.
Jedzenie na mieście dla mnie jest dobre ale tylko wtedy gdy chce odkryć nowe połączenia czy smaki albo potraktować to jako pretekst do spotkania się z przyjaciółmi. Co prawda mi gotowanie idzie obecnie dobrze, ale jako 10 latka uważałam, ze jest to zajęcie dla bab i mamy a ja się będę zajmować czymś bardziej przydatnym w życiu. Kocham jeść :D
Kolejny przykład? Pochwała ignorancji albo "sadzenia" głupoty. Jeżeli nie wiem gdzie co jest to się przyznam. Nie będę udawać że wiem wszystko a nawet więcej.
Ale staram się poznawać miejsca do których jadę, pamiętać że dane miasto słynie z rogalików, inne z festiwali jeszcze inne ma cudowne Stare Miasto albo w niedalekiej odległości zamek.
Nie wszystkich to interesuje mówicie?
Nie.
Ale to nie są rzeczy po które trzeba specjalnie sięgać w otchłanie książek. Wystarczy porozmawiać.
Ilu już ludzi spotkałam w większych miastach (nie tylko w Warszawie) którzy poza swoim podwórkiem świata nie widzieli. Bo po co?
Oni są sprzedawcami, muszą wiedzieć gdzie jest najbliższa Biedra lub inny owad, gdzie pójść na melanż a gdzie jest nocny sklep z alkoholami. Czasem miejsce na wykwintną kolację z drugą połówką/szefem.
Zainteresowania; książki takie ten muzyka film..
Praktyczne zainteresowania: obgadywanie, picie piwa, oglądanie seriali, wyjście co najwyżej do baru lub do kosmetyczki. Wakacje w renomowanym miejscu oczywiście hotel najważniejszy co by ktoś nie pomyślał. Ale wódeczka musi być.

Specjalizowanie nas miało spowodować powstanie armii ekspertów. Poletkiem doświadczalnym jednak jest życie, w którym lekarz teoretyk nie wyleczy nietypowego przypadku, handlowiec nie namówi klienta ani innego człowieka żeby zrobił mu obiad.

Staram się rozwijać, nie mówię "nie" wielu rzeczom, bo mogą okazać się przydatne.
W weekend przydała mi się umiejętność analitycznego myślenia przy naprawianiu CO i umiejętność reagowania przy zalaniu łazienki. Pokonując strefę komfortu udało mi się własnoręcznie zrobić burgery z mięsa (a nie wege) umiem już zadbać o roślinki, zrobić własny ogródek ziołowy. Od kilku lat nie chodze do fryzjera, sama jestem swoją kosmetyczką i w końcu coś sobie uszyłam.
Grywam na gitarze jak się prąd skończy, wiem ile mam stopni na schodach jak zapadną egipskie ciemności. Umiem ułożyć i rozpalić ognisko. Sztuka przetrwania. potrafię naprawić komputer, wyczyścić elektronikę. Nie muszę z tym iść do specjalisty.
Nie zawsze pomaga mi wujek google - gdy mi w piątek "pomógł" zalałam łazienkę.
Staram się wiedzieć jak najwięcej rzeczy i nie przestawać uczyć i odkrywać, znać swoje możliwości i ograniczenia.
Przesuwać też granicę.
Tyle rzeczy możemy sami zrobić.... tylko niech się zechce. Prawda?

wtorek, 20 października 2015

Mdli mnie

Mdli mnie, kiedy są wybory.
Kiedy polityka wyłazi drzwiami i oknami a ja mam ochotę latać z pieczątką i markerem i zamalowywać te radosne twarze i pomarańczowo-granatową (lub niebieską) czcionkę.
Hasła wyborcze brzmią odmiennie, ale muszą być oryginalne, godzące w nasza troskę, strach, tradycję, wychowanie.
W internecie padło hasło: nie głosować na ludzi którzy zaśmiecają przestrzeń publiczną plakatami.
Tak,w mojej okolicy plakaty wiszą na słupach telefonicznych i elektrycznych, na ogrodzeniach, na ścianach budynków. Wszędzie. Rządzi tektura.
Nikt mnie nie reprezentuje.

Mdli mnie od rozmów o polityce, z każdej rozmowy wynika, że faktycznie nie ma na kogo głosować. Bo ile można głosować na mniejsze zło? Ile można wybierać między obawą, że inni będą gorsi?

Mdli mnie, kiedy trąbią o debacie politycznej, która wnosi do mojego życia tyle samo co House M.D. sezon 8 (oglądany ponownie).

Mdli mnie, kiedy szukam pozytywnych informacji w internecie, gdy poszukuję wartościowych treści a nie mielarkopapki do tego powtarzanej z zaskakującą częstotliwością.


Mdli mnie, kiedy szukam informacji o Festiwalu Chopinowskim a wszędzie same skróty - bo w końcu słucham muzyki poważnej częściej niż by ktoś podejrzewał. W tym roku wybitnie też oglądam bo fascynujący i demoniczny jest Łotysz - Georgijs Osokins, który przyciąga swoim zachowaniem nie tylko do muzyki ale i do oglądania relacji. Do tego w finale jest Polak! I tak, mam zamiar zapamiętać, kto w tym roku wygra, więc czekam na wyniki.


Mdli mnie, że jest tyle do zobaczenia i do przeczytania. Ale marketing wygrywa i pewnych rzeczy nigdy nie zobaczę na oczy. Martwi mnie brak refleksji. Czytam sobie Kapuścińskiego jadąc rano pociągiem i przeraża mnie, jak niewiele wyciąganej jest nauki z historii. Rwący nurt historii. Zapiski o XX i XXI wieku  to książka, która nigdy chyba nie była tak aktualna jak teraz i tak bardzo boli mnie to, że w komunikacji widzę 50szarychtwarzy lub inne Steele.

Nowa zabawa? Przeczytaj książkę, która została wydana więcej niż 20 lat temu. Albo chociaż podaj tytuł.
Lektury się nie liczą. Jestem na etapie nadrabiania książek Trumana Capote, teraz znane wszystkim "Śniadanie u Tiffaniego" -  mam wątpliwości, bo na razie nie znoszę Holly Golightly. Audrey była urocza..ale Holly jest irytująca. Po "Psy szczekają" jest to moje drugie spotkanie z Mr. Capote.
Zobaczymy czy udane.



niedziela, 11 października 2015

Jak znaleźć prace? Dramat w pięciu aktach.

Po długim (zwanym według urzędasów) okresie bezrobocia nadchodzi dzień, w którym znowu zajmę ciepły(mam nadzieję) fotelik przy niziutkim biureczku.

AKT I
Na początku kilka statystyk:
9 miesięcy bezrobocia,
1 umowa o dzieło
1 prawie umowa o dzieło
1 umowa zlecenie

Najniższa zaproponowana pensja: 800 zł na stażu na umowę o dzieło - za trzy miesiące pracy - za miesiąc wychodziło niecałe 300. Jeszcze pensja od efektów.
Najwyższa zaproponowana..no cóż, chyba tam zacznę zaraz pracować :)

Branże: medialna, marketingowa PR i new business, gry komputerowe, testowanie, analizy, sekretarki, asystentura, staże (płatne), project management, festiwalowa koncertowa, muzyczna, nieruchomości- raz.
Wysłanych CV/zgłoszeń/maili: podejrzewam ponad 200 nie wszystko mam na mailach ani w rekrutacjach.
Rozmów: koło 20 (jak widać, bez szału)
Źródła informacji o pracy: portale pracy, raz tzw "targi pracy", Facebook, strony firm, znajomi

AKT II
Odmówiłam (specjalnie lub przypadkiem) cztery razy:
1. Gdy zaproponowano mi te 400 zł po 2 miesiącach pracy bez możliwości negocjacji (a jeść będę powietrze)
2. Gdy uznałam, że nie podpiszę horrendalnie wysokiej kary umownej za "przypadkową utratę" - a raczej zapytałam o punkty w umowie o poufności. Dwie godziny przed podpisaniem umowy dowiedziałam się, że nie mam po co przyjeżdżać.
3. Gdy pewnego dość ciężkiego dla mnie dnia (tuż po pkt.2) zadzwonił do mnie rekruter a jak powiedziałam, że proszę o telefon później, bo nie mogę rozmawiać i muszę się przygotować ciągnął rozmowę jakby co najmniej garnki chciał mi sprzedać.
4. Gdy podczas rozmowy skajpowej padło pytanie - ile jestem w stanie zrobić dla pracy (lol) po czym okazało się, że aby zostać sekretarko-copywriterem wymaga się ode mnie założenia działalności. Jak już mam zakładać firmę to nie po to aby być zatrudnianą ale po to, aby zatrudniać.

 AKT III

Najdziwniejsze pytania które mi zadawano (zostawiam bez komentarza):
- Ile jesteś w stanie zrobić dla pracy/pracodawcy?/ Jakich granic nie przekroczysz dla pracy?
- Jak jesteś skłonna poświęcić się dla pracy?
- Czy mówiłaś, że czegoś nie zrobisz?
-  Dlaczego brała Pani udział w dodatkowych zajęciach poza pracą?

AKT IV
Szukanie pracy to najbardziej niewdzięczne zajęcie dla człowieka.
Potrafi doprowadzić do depresji, potrafi doprowadzić do znaczącego spadku samooceny, doprowadza do wycofania, zamknięcia w sobie i obudzenia demonów.
Doprowadza do tego, że masz wrażenie że trzy lata bycia "specjalistą" można sobie rozbić.
Powoduje czasem nudę a czasem wyzwala inicjatywy.
Bezrobocie przez tak długi okres pokazuje człowiekowi, albo jak niewiele jest wart, albo jak niewiele umie, albo jak bardzo ludzie są bezczelni albo jak bardzo w dupie mają innych.

 AKT V

Wnioski (a raczej dramat):
1. Nie radzę chodzić na rozmowy w tzw "Agencjach reklamowych" na staże - nie zapłacą nigdy.  Szkoda czasu i pieniędzy. Najwyższa kwota jaka mi zaproponowano na stanowisko copy - 1700 zł brutto - umowa o dzieło.
2. Warto popatrzeć, jak wygląda budynek. Jeżeli firma szczyci się dobrymi efektami PR a jak wchodzi się do budynku przez odrapane drzwi prosto do sekretiariato-pokoju...nie polecam. Do tego warto obserwować mijanych pracowników. Jeżeli suną gdzieś i są zmęczeni i nieszczęśliwi - ciężko, jeżeli robią pogaduchy - niewiele się nauczysz, musi być wypośrodkowane.
3. Nie zgadzać się na założenie działalności tylko po to, żeby zostać copywriterem (ta...) sekretarką, asystentką. Argumentowałam to, że działalność owszem, ale na swój rachunek i z dobrym pomysłem.
4. Nie otrzymałam od UP żadnej sensownej rady, oprócz comiesięcznego (!) nakazu zjawiania się w poniedziałek (bo przecież zgubię pani kartkę jak przyjdzie pani w inny dzień a w poniedziałki to pani miejscowość przychodzi). Profilowanie w UP to bzdura.
5. Targi pracy to bezsensowne wydawanie pieniędzy jedynie na PR, poszłam z zestawem CV wiosną na stadion narodowy. Okazało się, że nigdzie nie można zostawić CV, odsyłają na strony internetowe a do tego chcą, abyśmy wypełniali nic niewnoszące ankiety. Szukacie praktykantów na wakacje? Targi pracy? eee co? Staż ? TARGI PRACY?
6. Chcę zawiesić bezrobocie - muszę w UP zjawić się trzy razy - bo przecież przy umowie o dzieło musi być data od do. Firma  u której działałam podeszła super (dziękuję!)
 7. Nie brać pracy, której się człowiek będzie wstydzić.
8. Firmy/rekruterz/HR dzwonią po miesiącu- dwóch od wysłania CV. O ile dzwonią.
9. Nie iść w miejsce gdzie płacone jest jedynie za efekty a za darmo buduje się bazę. Nie masz efektów, nie masz za telefon oni mają bazę i nie muszą płacić.
10. Jeżeli firma szczyci się, że robi kampanie reklamowe dla gigantów z branży spożywczej itp. nie oznacza, że dobrze płaci.
11. Nie odzywają się po rozmowach, często jest tak, że już od razu wiedziałam, że się nie odezwą.

 EPILOG
 
Pracuję już dwa tygodnie.
Po tygodniu w obecnej robocie dowiedziałam się, że jestem pozytywnym człowiekiem.
Podobno inaczej brzmię (jak zombie z rana).
Chce mi się różne rzeczy, uczę się rozmawiać z ludźmi, odgrzebuje zapomniane talenty/
Na powrót umiem zorganizować sobie czas, chociaż jeszcze nie ogarnęłam tematu jedzenia.
Jestem niewyspana, prawie wpadłam pod pociąg.
Wyszłam z domu.
I do tego nagle okazało się, że mam wybór pracy!

niedziela, 13 września 2015

Jak zapachy giną w mrokach historii?


Stokrotki z ogródka

Nie tylko zwierzęta, czy endemiczne gatunki są zagrożone na naszej planecie.
Oglądaliście kiedyś obrazy klasycznych mistrzów - Rembrandta i innych?
Zwłaszcza martwe natury - pełne kwiatów, owoców.
Niedawno popularny był mem - gdzie z jednej z martwych natur wyzierał arbuz - nie we współczesnej formie ale właśnie takiej. Historycznej.
I tutaj trafiamy do sedna. od kilkuset lat hodowcy tworzą wielkie, piękne róże w tysiącach odmian płatków i kwiatów. Bez kolców,  pnące, do cięcia, do żywopłotów. A które teraz róże pachną? Dzikie, te co rosną przy polnej drodze. Reszta nie pachnie zupełnie albo bardzo delikatnie.
Tulipany od stuleci były przedmiotem pożądania. Za jedną cebulkę rzadkiej odmiany możni byli w stanie dać bardzo wiele. A czy ktoś wie jak pachnie tulipan?
W kwiaciarni nie ma naturalnych zapachów kwiatów. Czuć woń lilii - chociaż i tak już nie wszystkich, i delikatnych goździków. Ale z zamkniętymi oczami jesteśmy z kwiatów odróżnić tylko różę i lilię właśnie.
Zapachy, które przywołują najwięcej wspomnień są najbardziej nietrwałym elementem natury i kultury.
Starożytne perfumy możemy odkrywać tylko w grobowcach albo w zagubionych fiolkach. Jednak są one namiastką rzeczywistości. Możemy próbować powtórzyć zapachy, ale nie mamy dostępnych tych składników, które w odpowiednich proporcjach stworzyłyby perfumy dla damy.

W starożytnym Egipcie były perfumowane peruki, a ludzie myli się oliwą.
Tworzono stożki zapachowe z wosku.
W średniowieczu wierzono, że intensywne zapachy chronią przed chorobami i insektami (nawet w czasach późniejszych) dlatego bogacze chodzili z woreczkami wypełnionymi wonnościami zamiast się umyć. Mitem jest, że średniowiecze było brudne, korzystano z łaźni do momentu, kiedy własnie w takich miejscach jak łaźnie czy inne zbiorowiska nie zaczęli przychodzić ludzie chorzy i rozsiewać czarną śmierć.

Wysokie, białe pudrowane peruki były przywilejem klas wyższych. Ale czy pudrowy zapach pachniał tak samo jak obecny?

Teraz hodowane są rośliny dla wyglądu, nie dla smaku. Modyfikacje dotknęły już właściwie większości roślin jadalnych. Łatwo jest stworzyć syntetyczny substytut zapachu jabłka. Jednak ostatnio, chodząc po sklepie trafiliśmy na naprawdę pachnącą dostawę jabłek, całkowicie niespodziewaną.

Węch jest naszym najtrwalszym zmysłem. Oddychajmy głęboko.
Wspomnienia jawią nam się przez unikalną kompozycję składników, każdy dom inaczej pachnie, nie da się odtworzyć zapachów co świadczy o unikatowości. To, że w Pachnidle można było stworzyć zapach piękna (fermonowy) to też pewna teoria. Nie znalazłam w skarbnicy internetowej wiedzy opowieści o ulotności zapachów/smrodków. Jest historia perfum którą przybliżyłam oględnie. Jest historia powstania najbardziej znanych marek. Ale o samym zapachu nie ma nic. Trzeba być poetą?
Jak pachnie wczesny, jesienny wieczór w lesie? Kwaśnym zbutwiałym zapachem igliwia, wilgotną mgłą. Ziemią, czuć lekko grzyby a jeszcze mniej żywicę. Jest lekko duszący ale i świeży, lekko nijaki ale i taki cichy. Trudne.

Czy zetlałe perfumy w puzderku pachna tak samo, jak przy przygotowaniu?Nie.
Whisky nabiera mocy i smaku z latami - a jak alkoholowe perfumy mają się w tym przypadku nie zmieniać?
I tu dochodzę do sedna:
Czy kiedyś nie mieliśmy większej ilości pachnących kwiatów niż tylko lilie i frezje? Czy pogoń za pięknem zewnętrznym nie spowodowała, tak jak u róż czy jabłek, zaniku zapachu. Wszystko robi się neutralne i zunifikowane.
 Nie możemy sprawdzić, czy może fiołki alpejskie pachniały kiedyś mocno. Czy kukurydza miała jeszcze inny zapach? Czy używane w początkach do dekoracji domów kwiaty ziemniaków nie tylko wyglądały ładnie ale i pachniały.
Nie mamy szans tego sprawdzić.

Kupując teraz lilie zwracam uwagę na zapach. Przy ostatnich trzech odmianach trafiłam na jedne nie pachnące w ogóle. Różowe pachnące bardzo mocno i białe z delikatną liliową nutą.

Ulubiony kwiat? Pachnący, nie żaden słonecznik czy róża. Ma pachnieć, ma zniewalać zapachem, ma tworzyć atmosferę.
Wiosną fiołki, potem bzy, potem konwalie, lilie i chryzantemy.
Konwalie
Konwalie

Tulipany z wystawy w Muzeum w Wilanowie

Hiacynty wczesnowiosenne


niedziela, 2 sierpnia 2015

Kult ideału

Czczono kiedyś bogów, istoty uosabiające piękno swojego czasu.
Nie chodzi tu o Egipcjan - którzy czcili zwierzęta na tyle antropomorficzne, że otrzymały idealne ludzkie ciała.
Chodzi o te figury:
Grubej Wenus z ery paleozoicznej
Chude Wenus z ery Greckiej i Rzymskiej
Boginie i boginki ze średniowiecza, renesansu i kolejnych epok.
Bóstwa miały uosabiać dążenie do pewnych ideałów, nie tylko z wyglądu ale i z cech fizycznych.
Kapłanki i kapłani musieli być piękni i doskonali.
Tylko jeden bóg jak pamiętam, był brzydki, Hefajstos - ale dla równowagi żoną była najpiękniejsza z pięknych - Afrodyta.

Teraz czci się samo piękno. Ideał, cud, nieskazitelność.
Powinniśmy wyglądać jak lalki i manekiny. Lalki które oglądamy w telewizji i manekiny pokazywane na zdjęciach - żywe a jednocześnie nie. Opętane kultem ciała. Na starość wyglądające identycznie.
Jeżeli ktoś wygląda dobrze, to w większości zasługa jego ciężkiej pracy, w mniejszej genów.
Jeśli ktoś pracuje nad sobą, bo chce poprawić wygląd i kondycję - super
Jeżeli ktoś czuje się dobrze w swojej skórze (a takie osoby mogłabym policzyć na palcach jednej ręki) i nie ma zamiaru zmieniać, a jedynie utrzymać formę... jest narcyzem.
Jeśli ktoś leży i nic nie robi(a przecież może!) a narzeka na sylwetkę - jest leniwą bułą..albo pracuje na to miano.

Skąd mi się wziął ten temat?
Mnóstwo jest artykułów (nawet w pseudopoważnych portalach) jak to ktoś źle/dobrze/dziwnie/staro/grubo/chudo wyglądał nad morzem.

Osobiście:
Oddałam w czwartek krew, czyn chwalebny i zaskakujący (przerażający moich rodziców) ale mógłby się stać dla mnie też rzeczą powszednią.
I przez pewne zawirowania zrobił mi się dość znaczny krwiak na przedramieniu. Nie widać go normalnie, i właściwie, ponieważ jestem przyzwyczajona do posiadania milionów siniaków i zadrapań (nie mam talentu do omijania przeszkód) uznałam, że go nie zakrywam. 

Jednak w piątek, kiedy był najbardziej widoczny miałam kilka dziwnych spojrzeń w sklepie i jak jeździłam rowerem.. szeptów może też.
I faktycznie, niedoskonałości rażą. Nie może takie znaczne...
Ale...
jeżeli na plaży (w Polsce czy gdzieś na świecie) ludzie pojawiają się w skąpych strojach znając siebie, i czując się pewnie.
Jeżeli ktoś się dobrze czuje w obcisłych sukienkach ale jak to się mówi "nie ma figury".
Jeżeli dziewczyny ubierają się jak ich idole i nie przeszkadza im to, że wyglądają jak "sisters-in-clothes"
To dlaczego ja mam się przejmować moimi podrapanymi/posiniaczonymi nogami?
Dlaczego ktoś ma się przejmować bliznami które ma po zabiegach i operacjach?
Dlaczego ukrywać znamiona (oprócz oczywistej rzeczy żeby uważać na słońce)?
Dlaczego chować się ze swoim stylem ?
Blizny - zwłaszcza te duże, oznaczają że wygraliśmy walki ze słabościami, niektóre mogły nas zabić.
Są to najdelikatniejsze elementy na naszym ciele. Są wrażliwe, cieniutkie, są efektem zmagań człowieka i nauki z naturą.Blizny straszą, są ingerencja w nietykalne, są skazą na możliwie idealnym ciele.

Gdy ktoś robi sobie operacje plastyczną zawsze ma blizny, trudno nawet "nabyć" piękno bez blizn i wyrzeczeń.

I nie chodzi o epatowanie tym, ale akceptację, tak, mam to, widać i co z tego, to moja blizna/rana/siniak/itp patrz na swoje.
Akceptujmy pewne rzeczy, nie tolerujmy, nie znamy historii tego zdarzenia. Tolerancja oznacza, że widzimy ale nie reagujemy. Przeszkadza nam, ale milczymy, nie wiemy co to jest ale tolerujemy.
Akceptacja pozwala przyswoić i zrozumieć.



czwartek, 18 czerwca 2015

OWF w pigułce podsumowanie najbardziej znienawidzonego festiwalu na FB - plusy i minusy

Czas najwyższy opisać OWF
Moje rozwinięcie skrótu?
Olej Wielkie Festiwale
OWF się zmniejszył, może to przez mniejsze fundusze mniejszych graczy, może to przez zapraszanie mniej popularnych artystów...
Ale przepraszam bardzo, po pierwsze był bardzo dobry skład reprezentantów muzyki, kiedyś popularnej obecnie zepchniętej do garaży - czyli rocka.
Po drugie formuła na siłę masowej imprezy i samych gwiazd jest już lekko oklepana.
Po trzecie: jeśli się skład nie podoba to się nie jedzie a nie obrabia jak to słaby skład, bo by się pojechało, a się nie jedzie.

MINUSY
Ponieważ jednak dla mnie był to festiwalowy sukces to te kilka słabych rzeczy opiszę teraz:
1. Akcja z cenami biletów. Przebolałam, ale następnym razem porządnie się zastanowię, czy warto w ogóle kupować jakiekolwiek earlybird
2. Akcja z, podejrzewam, nadmierna ilością biletów na ostatni dzień. Koszmarne były godzinne kolejki wszędzie i niemniej koszmarny upał, kiedy jedynym ratunkiem stała się nędzna pianka frapee w barbarzyńskiej cenie. I to, że ludzie brali po 6 piw "na potem" żeby czekać pod scena na zespół i pić jedno po drugim.
3. Koszmarne było też to, że mimo to, że ludzie mieli karnety, w końcu kupowali je tylko dlatego, żeby iść na Muse,  nie chodzi tutaj mi już o organizatorów i ceny biletów, ale o fakt, że po co ODKRYWAĆ muzykę skoro można iść na popularnego pewniaka?
Festiwale nie są po to, żeby się lansować, słuchać muzyki którą zakatowaliśmy, ale też sprawdzać, jakie nowości pojawiły się w muzyce, jakie są trendy, czego się słucha. Co mają inni do przekazania.
Tu mi było szkoda doskonale przygotowanych zespołów o światowej sławie, gdzie pod sceną nie było tłumów. Powie się "taki mamy klimat" niestety to usprawiedliwianie rzeczywistości, do której zaczyna nam być niebezpiecznie blisko, nikomu nic się nie chce, a każdy chodzi wydeptaną lub modną ścieżką.

PLUSY
1. Organizacja: wszyscy ale to naprawdę WSZYSCY byli niesamowicie mili - zarówno obsługa jak i wolontariusze.
2. Można było wygrać płyty, gratisy, pobawić się
3. Można było trafić na część ulubionego zespołu piwkującego pod daszkiem. Artyści po koncertach wychodzili do ludzi pod główna scenę i naprawdę, było zabawnie :) (zwłaszcza pierwszy i drugi dzień).
4. Małe kolejki - dużo fajnych rzeczy można było odkryć, sprawdzić, poleżeć na leżakach - przenieść pufę z jednego końca festiwalu na drugi. I co w tym dziwnego że po drugim dniu mówiliśmy ze to off? Skojarzenie nieprzypadkowe
5. Można było z jedzeniem/piciem przyjść pod samą scenę - superaśnie!
6. Dzięki akcji "czyścicielskiej" można bylo w niespełna 10 minut uzbierac wymaganą pulę kubków.
7. Nagłośnienie! Cudownie poprawione, tylko w niektórych przypadkach (Bastille) miałabym małe uwagi, ale tak to przecudownie! FKA Twigs wijąca się - cudo.
8. Namiot - genialne posunięcie na ten upał,  przewiewnie i przyjemnie można było poleżeć w cieniu a nie tylko prażyć się na słońcu lub moknąć w piątkowej ulewie.
9. Ulewa - nic się nie zawaliło, co prawda padał,a  raczej wirował, deszcz a powietrze było tak naelektryzowane, że iskry przeskakiwały po rusztowaniach, niemniej jednak klimat był.
10. Muzyka!

MUZYKA:
Muse - dali PEWNIACKI koncert - było doskonale, chyba rozmachem przebiło mi ich koncert Coke.
Bastille - nieco słabiej niż w ubiegłym roku na Openerze, może gorsza forma, ale i tak doskonale porwali wszystkich.
FKA Twigs - jak ona się rusza! Jej wygibasy (spróbujcie się tak ruszać i nie dostać zadyszki) nie miały praktycznie wpływu na jakość śpiewu. Piękna kobieta. Cieszę sie że miałam okazję zobaczyć jej koncert.
Paloma Faith - zmiksowanie białej kobiety o czarnym głosie z naleciałościami gospel i muzyki w stylu lat 60 - coś pięknego! Układy taneczne, jej uśmiech no i cudowny kontakt z nami, człowiek momentalnie się uśmiechał oglądając i słuchając koncertu.
Chemical Brother(s)- wizualizacje, lasery, pomrukująca burza, błoto, woda wszędzie i to, że tak bardzo nie przejmowałam się zimnem i tym, że moja energia jest na wykończeniu. Taki power! i ROBOTY!!
Mark Ronson - totalny set DJ. Wiedział co zagrać, żeby wszyscy się bawili zamiast iść spać po ostatnim koncercie w namiocie. Jeszcze zmęczeni wybraliśmy się na odpoczynek na...
Baasch -bardzo pozytywne odkrycie, właściwie w stylu ostatnich głębokich męskich głosów których bez przerwy słucham
Metronomy - po bojach zimowych, żeby tylko trafić na ich koncert w końcu się udało i czułam dużą satysfakcję, koncert super!

Zarówno Papa Roach jak i Three Days Grace dali radę, jednak było dla mnie to już bardziej jak sentymentalna podróż do czasów, kiedy wykrzykiwałam emocje i pogowałam. Dali radę i namiot szalał całkowicie. Zwłaszcza na nowych kawałkach PR - mimo że lepiej znałam starsze.

Big Sean - meh, meh - facet za bardzo nie wiedział o czym gadać do nas, także uraczeni zostaliśmy wzruszajacymi historiami o Detroit i Babci B.S. - rapował bardzo dobrze ale na tle innych raperów niczym się nie wyróżnia. Dla mnie poprawny koncert.
Benjamin Clementine - tak, ale jego koncert powinien być raczej pod gwiazdami, bardzo przyjemnie gra i jeszcze lepiej śpiewa.
Noel -eeee nie bleh nic nie kojarzę
Crystal Fighters  - bez szału, byłam na czymś innym

Polskich pewniaków : Meli, Nosowskiej solo jak i z Hey nie muszę opisywać,chociaż Mela zagrała według mnie lepiej niż na Spring Break w Poznaniu.
Cosovel - jak ja ich uwielbiam, z każdym koncertem są coraz bardziej zaskakujący i cieszę się tym rozwojem. 

i największa porażka : Incubus - chciałam mieć plakat zespołu nad łóżkiem ale los chciał inaczej. Styl zespołu poprawny tylko wskazuje to, jak bardzo oddaliłam się od rockowej muzyki w tym klimacie i jak teraz trudno jest znaleźć pomysł na kontynuowanie kariery. Nie był to dla mnie porywający koncert. Jak wszystkie, ostatniego dnia zebrał tłumy widzów. Nowe piosenki nie powtórzą już sukcesu Megalomaniaca.
Seria zdjęć? proszę bardzo:

Brak tłumów przez pierwsze dwa dni był super wygodny
Chemicals Brothers with robots

Definedme
Chemical Brother(s)

Paloma Faith
Definedme
Jedyne fajne zdjęcie FKA
Definedme
Baasch

Jakie Metronomy zebrali tłumy!
Definedme
Incubus zebrali tłumy

A Muse nie dość, że zebrali tłumy to zrobili bałagan

Muse

Muse


Muse -balony!

Muse Bałagan!

czwartek, 16 kwietnia 2015

FestiwaloWIANKOwianeczka - festiwalowe FAQ

Na specjalne życzenie odkładam na później pisanie o radiu i omawiam bardzo aktualny temat.
Oczywiście festiwalowy.

Wyobraźmy sobie Ciebie i Ciebie i Jego i Ją i Ich. Nigdy nie mieli do czynienia z żadnym festiwalem. Może i by chcieli ale boją się. Może i by chcieli ale tyle pieniędzy wydać, może i tak..ale...
i teraz będę prostować to "ale".
Od razu napiszę: wpis nie jest sponsorowany przez nikogo, oprócz mojego czasu. Dlatego opowiem o tym w najprostszy możliwy sposób: odpowiadając na pytania.  Oczywiście jeżeli jakieś powstaną, możecie dopisać.

1. Nigdy nie byłam/em na festiwalu, jednak czuję, że jestem na to za stara/y.
Nigdy nie jest się za starym na festiwale! Przykładem może być najstarsza para oglądająca razem filmy,  nakręcono o nich nawet dwa filmy dokumentalne, Państwo Maria i Bogdan Kalinowscy zawsze byli mile widziani na Nowych Horyzontach we Wrocławiu.  Na muzyczne również jeżdżą nie tylko dziane nastolatki, ale i ludzie w średnim lub starszym wieku.

2. Od jakiego festiwalu zacząć?
Od tego najbliżej, ja rozpoczęłam swoją przygodę z festiwalami od Nowych Horyzontów w Cieszynie (2004 r) później działałam w wolontariacie na pierwszych pięciu edycjach we Wrocławiu. Warto patrzeć, co się dzieje w mieście i okolicy. Miałam to szczęście w nieszczęściu że brałam bierny(nigdy na widowni) udział w przygotowywaniach festiwalu Opolskiego w LO.
Jeżeli klimatem nam nie pasuje, zawsze  można spróbować nieco dalej. Warto też chodzić na mini festiwale obejmujące jeden wieczór w klubie.

3. Jestem niepełnosprawna/y ruchowo czy to nie utrudni mi odbioru festiwalu?
Oczywiście że nie! Festiwale dostosowane są dla osób niepełnosprawnych. Co prawda w salach kinowych jest tylko kilka miejsc dla osób poruszających się na wózkach, jednak są też pokazy plenerowe. Co do festiwali muzycznych, ze względu na zmienną pogodę zawsze jest przeprowadzona gdzieś utwardzona droga którą można dostać się pod odpowiednie sceny. Są też platformy gdzie w spokoju można obejrzeć koncert. Spanie na polu namiotowym oczywiście również jest możliwe.

4. Nie mam paczki znajomych z którą mogę pojechać, ewentualnie jadą dwie dziewczyny, czy to bezpieczne?
Jazda w pojedynkę jest trudna, ponieważ pewnych rzeczy nie da się przewidzieć. Warto jednak nawiązać nowe znajomości. Jeżeli jedzie się z przyjaciółką - bardzo wskazane. Pola namiotowe jak i cały festiwal objęty jest ochroną. Zdarzyło mi się samej wybrać na festiwal. Bardzo dobrze to wspominam,w przypadku Openera jednak trójka znajomych była już na miejscu. Chłopaki mogą jeździć. Zawsze ktoś przygarnie.

5. Mamy dziecko ale nie ma kto się nim zająć. Co teraz?
Zawsze można kupić bilet dzieciakowi (i słuchawki tłumiące dźwięk) co prawda bobasy nie przepadają za tłumami i hałasem, jednak w tamtym roku do Syren Artura Rojka  bardzo dobrze się bawiły. Sama na pierwszym koncercie byłam podobno jako 4 latka. Pamiętam wielką scenę, helikopter i hałas i siedzenie na trawie. Starsze dzieci mogą uznać to jako wielką frajdę. Wiadomo, wtedy nie można już tak bardzo robić tego, co się chce.

6. Jak się zabezpieczyć przed kradzieżami?
Nie ma idealnego sposobu. Na pewno nie zostawiać najcenniejszych rzeczy na polu namiotowym. Warto na poczatku kilkudniowego festiwalu zostawić swoje skarby w depozycie. Najlepiej jednak nie brać diamentowych kolczyków i złotych zegarków.

7. Czy muszę spać na polu namiotowym? 
Nie, zawsze można wynająć kawałek łóżka w hotelu czy hostelu, skorzystać z couchsurfingu czy też popytać po miejscowych znajomych/rodzinie. W przypadku zalania namiotu (było) warto mieć plan B. (całkowicie przypadkowo miałam i dziękuję !) Pole to jednak wygodna i tania opcja, zwłaszcza że powroty mogą zajmować trochę czasu.

8. Jakie są niezbędne rzeczy podczas kilkudniowego festiwalu? Zakładam że śpię pod namiotem.
Bezwzględnie: namiot, śpiwór, żel pod prysznic, dezodorant, ręcznik, zmiana ubrań na każdą pogodę(na dni wyjazdu+1), kasa, karta, ID, krem do opalania, wit.C albo jakaś inna suplementacja witamin (jeszcze nigdy nie wróciłam zdrowa z festiwalu..), tabletki na gardło (festiwal muzyczny), krople do oczu (festiwal filmowy), woreczki foliowe (zawsze), papier toaletowy, żelazna racja batoników zbożowych, cukierki, notatnik, długopis, ładowarka, powerbank(przydaje się przy minimalnej żywotności baterii telefonów i gigantycznych kolejkach do ładowania), karty do gry, plastry, buty na zmianę. Najlepiej zrobić listę przed wyjazdem.

9. Czego się wystrzegać?
Brania zbyt cennych rzeczy, uważnie wybierać nowych znajomych, nie przesadzać z używkami, Pamiętajmy o unikaniu brania ostrych narzędzi i parasoli na festiwale - mogą zostać zabrane przy wejściu (jeżeli mamy szanse, dostaną numerek i będzie do odzyskania)- filmowych festiwali to nie dotyczy.

10. Skąd mogę czerpać informacje o festiwalach?
 Obecnie są oprócz wiadomości na stronach oficjalnych, informacje na portalach społecznościowych a także można ściągać aplikacje. Osobiście lubiłam gazetki festiwalowe (bardzo) bo mogłam sobie zachować na pamiątkę. Aplikacje niestety są zbyt tymczasowe.

Jeżeli macie jeszcze jakieś pytania, chętnie odpowiem. Na razie pozostało mi przygotowywać się do Spring Break w Poznaniu. Relacje będą w przyszłym tygodniu. Nigdy nie byłam także czujnym okiem będę obserwować wydarzenie z każdej strony.

poniedziałek, 9 marca 2015

Przedwiośnie, post-zimie, post-rock! - relacja

Weekend szybciutko minął, zostawił po sobie ścianę dźwięków, i bardzo bardzo dobre wrażenie.
W sobotę, jak planowałam od kilku tygodniu, zjawiłam się na nowym dla mnie festiwalu Expect Delays Fest.
Festiwal może zbyt szumnie powiedziane, jednak słowo "przegląd" wypadło już dawno ze słownika "pozytywnych wydarzeń muzycznych".
Był to faktyczny "przegląd" zespołów polskich i zagranicznych grających muzykę post-rock
Czym charakteryzuje się ten gatunek?
- Długie utwory, czasem nawet kilkunastominutowe.
- Wokal właściwie nie występuje, jeżeli już, to w bardzo okrojonej formie.
- Wiodąca rola gitary, budowana jest ściana dźwięku z efektami (między innymi delay) oraz solówki gitarowe.
- Istotne jest zbudowanie odpowiedniego klimatu. Sama muzyka dla mnie najlepiej ilustrowałaby wszelkie produkcje postapokaliptyczne.
- Jest melancholijna, przyciężka, wciągająca, można nawet czasem powiedzieć, że depresyjna.
- Rzadko korzysta się z syntezatorów/klawiszy - bazuje jednak na pewnej surowości. Zabawa elektroniką powoduje skierowanie się stylu w stronę shoegaze.

Grupy jakie zagrały w sobotę?
Kolejno:


Niestety, jako weteran festiwalowy, nie mam pojecia dlaczego Progresja została przeniesiona do tego nowego miejsca a także, dlaczego w tak słabych warunkach odbywało się prawie 6 godzinne wydarzenie.
Miejsca - mało,co powodowało ścisk: bar obok szatni z drugiej strony baru sklepik z koszulkami i płytami a jeszcze dalej toalety (sztuk dwie) wciśnięte między scenę a sklepik.
Jedno wytchnienie dawał słup pośrodku pomieszczenia - niewielkie ale jednak, ponieważ nie było możliwości nawet żeby usiąść (chyba że podłoga grożąca zadeptaniem, bo oświetlenie wiadomo, festiwalowo-przyciemnione.  Nie wychodziłam na fajkę ale również, przez chłód nie mogłam wyjść na zewnątrz, para skraplała się na zamkniętych oknach a klimatyzacja (o ile w ogóle była bo nie zauważyłam) całkowicie nie dawała rady przy tej ilości osób.
Rozumiem, że nie wolno otworzyć okna, bo dźwięk się będzie niósł po godzinach nocnych, ale odbiór muzyki był dla mnie bardzo utrudniony bo w którymś momencie nie dało się oddychać. Także niestety następnym razem baaardzo długo będę się zastanawiać, nim trafię znów do Progresji.
Kolejny minus? - Godziny otwarcia - na biletach mieliśmy napisane 18, wpuszczali od 19 a koncerty zaczynały się o 19:30. Poza tym, dla nieznających klubu, były dwa wejścia: bar i  boczne, tam gdzie odbywał się fest: Niestety nie widziałam żadnych plakatów..(chociażby jeden) informujących, którędy do sceny).

Skupię się na muzyce, mimo pewnych problemów z komunikacją nagłośnieniowcy-muzycy.
Tides From Nebula - rewelacyjny koncert, energiczny,  fascynujący
Spoiwo - odkrycie! brzmią bardzo profesjonalnie(czy wspominałam, że post-rocka słucha się najlepiej na żywo?)

No i gwiazda wieczoru (jak dumnie):

Tides Fron Nebula

i muzyka.... polecam słuchać głośno.





sobota, 28 lutego 2015

Wiosna tuż tuż...

Piszę o tym, ponieważ w marcu jest najlepszy moment na odgrzebanie roweru, wyciągnięcie butów i rozpoczęcie biegów lub jeżdżenia rowerem po okolicy.

A ja dziś miałam spotkanie (znowu!) oko w oko z dzikim zwierzęciem.
Podczas ogrodowych, wczesnowiosennych prac podszedł do mnie bażant.
Nie bał się ani hałasującego urządzenia w okolicy, anie stróżującego kota, ani biegających nieopodal psów (które co rusz wchodziły na działkę i straszyły kota).
Podszedł i łypiąc jednym okiem w pełnej szacie przechadzał się po trawniku.
Chciałam zrobić zdjęcie, jednak ptak zorientował się chyba że próbuję podejść bliżej i przeskoczył w drugi kąt ogrodu.
Sam fakt spotykania "dzikich" zwierząt nieudomowionych tak blisko domów jest niesamowitym doznaniem i prawdziwym "łapaniem chwili" tak bardzo niepowtarzalnym i trudnym do uwiecznienia.
W tym roku dużo dzikich, a raczej nieudomowionych stworzeń było na mojej drodze.
Jadąc samochodem widywało się sarny, wspomniane bażanty uciekające z drogi lub przyczajone w rowach.
Ale wrażenie, jak na europejskim safari: jedziesz autem niby w mieście po ulicy, a obok biegnie nocą stado saren, przez kilkanaście metrów wzdłuż drogi, NIESAMOWITE!
Jesienią, podczas kolejnej wycieczki rowerowej miałam okazję widzieć łosia. Zwierz olbrzymi stał na rozdrożu dwóch leśnych duktów. Poczułam wtedy, że to nas nie powinno tam być, w końcu to jego bagna.
Kiedyś, jeszcze w gimnazjum, często przebywaliśmy na starym cmentarnym wzgórzu i tam, podczas pikniku obok nas stanęła sarna. Sarnie oczy, wiecznie zdziwione, omiotły piknik i łagodnie się wycofała.


Czego się tu bać w takim wypadku? A na pewno uważać.
Można się bać zdziczałych psów... mogą być niebezpieczne dla człowieka, okaleczone psychicznie.
O określonych porach roku trzeba uważać na dziki (zwłaszcza lochy z młodymi) a także klępy (samice łosia) z młodymi. Matki mogą chować gdzieś młode a same zaatakować.
Podczas wycieczek znalezionych sarenek NIE DOTYKAĆ ani nie ratować.Według zasad "księgi przyrody" którą kiedyś czytałam, zapach człowieka pozostawiony na takim maleństwie może doprowadzić do tego, że stado je odrzuci.
Gniazdek z ziemi nie wyjmować i nie zabierać do domu. Nie niszczyć.
Na widok biegnącego radośnie lisa nie chowającego się i nie uciekającego przed człowiekiem (a może to pies?) lepiej nie ryzykować futra i zwiewać.
Dla tych (na przykład mnie) wycieczki po byłych obiektach militarnych lub polach walk są na tyle niebezpieczne, ze w przypadku trafienia na niewybuch (niewypał) w tył zwrot i najlepiej zgłosić to odpowiednim służbom. Trudno jednak znaleźć te "odpowiednie" a także określić lokalizację wystąpienia "obiektu X".
Dużo wczesnowiosennych roślin jest pod ochroną (między innymi Zawilce). są to bardzo nietrwałe kwiaty więc nie warto ich zrywać.Przebiśniegi również.
Hodujmy Hiacynty!
Poniżej ubiegłoroczne, tegoroczne będą białe (jak wyjeżdżałam akurat zaczynały rozkwitać)
A jeżeli przekwitną zawsze można cebulki wsadzić do ogrodu (lub uciąć kwiatki zostawić do zeschnięcia i posadzić w przyszłym roku - jeżeli nie  w ogrodzie to gdzieś w parku..może zakwitną?)





sobota, 21 lutego 2015

jest pora siewu... i pora zbioru...

Prawie rok temu na zaproszenie moich dwóch festiwalowych kumpli (pozdrawiam i powodzenia!) trafiłam do Londynu. Ze względu na różnego rodzaju zawirowania i przygody przywiozłam zamiast tony ciuchów z pewnego sklepu książkę (Flavour Thesaurus),, która obiecana mi była kilka razy jako prezent, tak samo jak eclairsy. 
Pojechałam, kupiłam. Opis całej wycieczki Tu.
Podszkoliłam się w kulinarnym angielskim (najulubieńsze słowo to Parsley ).
Co prawda dużo rzeczy z tych opisanych jest oczywiste (ziemniaki z jajkiem chociażby), publikacja nie tryska pomysłami na oryginalny obiad. Niemniej jednak jest przydatną bazą do pomysłów w stylu "w lodówce mam 4 rzeczy a chcę ciasto".

A jakie smaki się łączą i smakują dobrze, chociaż nie są tak oczywiste? 
  • Zielone ogórki z orzeszkami ziemnymi - bardzo dobrze smakuje, swego czasu w przydomowym ogrodzie był taki sezon ogórkowy, że wynalazłam obok tego też zupę cytrynowo-miętową z ogórków. Do tego były ogórki curry, mizeria, ogórki pieczone, smażone, duszone z kurczakiem i orzeszkami
  • Zielone ogórki z truskawkami - nie miałam odwagi spróbować. 
  • Rozmaryn z morelami - ciekawa opcja i bardzo dobra na ciepło.
  • Mięta i czarna porzeczka - w książce proponują w formie wypieku, ja często do domowych kompotów z przepisu....zerwij i przebierz miskę owoców... dodawałam listki świeżej mięty.
  • Dynia z szałwią - prażone listki szałwii dodane do dyniowej lazanii... przepyszne!
  • Róża z hibiskusem - niby rzecz oczywista, bo w herbatkach "dzika róża" wiecej jest hibiskusa niż szlachetnego kwiatu (lub owocu), jednak w wersji czystej kwiatowej herbaty hibiskusowej (niesamowicie kwaśnej) posłodzenie syropem różanym (mój akurat przywieziony z Cypru) tworzy niesamowite wrażenie.
  • Owsianka z serkiem waniliowym - na ciepło - ostatnie moje, przepyszne odkrycie.
Nie próbowałam wszystkich, dziwacznych połączeń, jak wołowina z pomarańczą, czy kurczak z różą, Brytyjczycy nie słyną z dobrej kuchni. Mogę kręcić nosem ponieważ  w domu cała rodzina potrafi bardzo dobrze gotować i niekiedy tworzyć tak pyszne dzieła, że znikają szybciej, niż się pojawiają.


Pamiętajmy też, że jeżeli zakładamy ogródki balkonowe to ten i cały przyszły tydzień to najwyższa pora na wysiewanie nasionek.
W tym roku sieję rukolę, bazylię, pomidorki koktajlowe i mnóstwo kwiatków. Zbieram też pojemniki po jogurtach na małe doniczki i ukorzeniacze. Warto sadzić własne zioła (bazylię, tymianek, rozmaryn, miętę) szczypiorek tak dobrze nie wysiewa się z nasion.
Najważniejsze to ciepło, regularne podlewanie (nie wolno przesuszyć) i słońce.

bardzo niewyraźna wersja początkowa - rośnijcie rośnijcie!
moje ubiegłoroczne pomidorki

niedziela, 8 lutego 2015

I mamy śnieg a z nim głodomorów.



Pierwszym efektem długo leżącego śniegu było to, że ptaki rozszarpały resztkę zapomnianych owoców na drzewach a nawet dorwały więcej. Czyli zaczął się typowy zimowy głód.
Dlatego zaatakowałam najbliższy sklep ogrodniczy i kupiłam trochę karmy dla ptaków (2 kg kosztuje ok. 8 zł). no i dokarmiam.
Zlatują się głównie sójki, sikorki bogatki i wróble nasze tradycyjne (i chronione!) widuje też sierpówki.
Zniknęła gdzieś wiewiórka.
Jutro zrobię wycieczkę po słoninę dla sikorek i zawieszę.
Trzy garście karmy znikają w przeciągu dwóch godzin.

Na co warto zwracać uwagę przy dokarmianiu? Z moich doświadczeń wynika że:
1. Kupować niesolone nasiona, najlepiej właśnie w sklepach ogrodniczych (50 kg kosztuje jakies 70 zł..ale jeżeli nie obskakujemy całej okolicy ani nie mamy zwierząt domowych to lepiej nie, mole uwielbiają nasiona)
2. Bezwzględnie nie karmić surowym ryżem, no chyba ze chce się (podobno) zamordować trochę gołębi - ryż puchnie w żołądkach ptaków do tego je kalecząc.
3. Nie karmić bułkami i chlebem, jak sami wiemy, chleb jest coraz gorszy i pozbawiony składników odżywczych, rozepcha tylko żołądki.
4. Ja mam mnóstwo przejrzałych jabłek, jeżeli nie są spleśniałe idealnie się nadadzą, przejrzałe owoce (jabłka, gruszki itp) RODZIME dadzą się zjeść.
5. Miejsce - z dala od kotów. Ja mam podwyższenie do którego żaden kot nie powinien doskoczyć, ale zastanawiam się nad przeniesieniem karmika na balkon. mimo tego, że tam większy wiatr i jest mniejszy komfort. Ewentualnie parapet tez może być.
6. Wszędzie jest powtarzane, że jeżeli zaczęliśmy karmić ptaki, to musimy je dokarmiać do końca śniegów - dlatego akcja musi być przemyślana i nie doraźna.
 7. Warto też osłonic miejsce karmienia przed dużymi ptakami jak gawrony czy gołębie. Ja za nimi nie przepadam.
8. Dla wiewiórek warto w zupełnie INNYM miejscu rozsypać nieco orzechów, również trochę owoców, one sobie lepiej radzą.

Oczywiście takim czymś nie oswoimy zwierząt, jednak wystarczy przejść się do Łazienek Królewskich żeby znaleźć półoswojone wiewiórki, wszędobylskie myszy, kaczki i ptactwo.

Pewnie wybiorę się na spacer, jak pogoda pozwoli, żeby dokarmić kaczki nad rzeką.
We Wrocławiu karmienie wróbli skończyło się dla mnie kiedyś ptakiem na każdym palcu wydziobującym ziarno z zagłębienia ręki. Ot taka miejska magia, której do dzisiaj nie udało mi się powtórzyć.

Efekty?
W lecie mam nadzieję, że ptaki zeżrą pasożyty, ślimaki i inne paskudztwa.