Jesień dla fanów seriali to istny dylemat:
Czy warto oglądać nowe seriale/zaczynać sezony?
Czy warto jeszcze kontynuować serie, które są z nami od lat?
Czy może lepiej rzucić to wszystko i wyjść z domu?
Czy lepiej wziąć się za krótkie serie (maks 2-3 sezony) i zrobić maraton?
Stare tematy tutaj:
2013
2014
podsumowanie sezonu 2014/2015
Co teraz oglądam dla czystej rozrywki?
Nadal Once Upon a Time, jednak ten serial lepiej oglądać po 3 odcinki niż co tydzień po jednym, także jeszcze sobie poczekam. Zawiłości fabuły i miliardy bohaterów powodują, że jest co odkrywać. Poza tym nowa Mroczna ...
Kontynuuję Gotham które coraz bardziej oddala się od pierwowzoru, nadal tęsknie za Fish Mooney - niestety obecny antagonista za dużo grał czarnych charakterów. Nie dorasta jej do pięt. Za to przemiana Edwarda Nygmy - mniam!
IZombie - przestało być tak strasznie rozlazłe a aktorka która gra rolę tytułową zaskakuje mnie każdorazowo swoją przemianą charakteru. Podbija cechy charakterystyczne i udowadnia wszechstronność
Odkryciem sezonu jest dla mnie serial Scream Queens - dawno nie widziałam tak udanego pastiszu. Jak American Horror Story jest to bólu poważny krwawy i właściwie bezsensownie obrzydliwy tak Królowe Krzyku są odświeżeniem tego sztywnego gatunku. Obowiązkowy element dla każdego fana horrorów.
Obsada : znana z AHS Emma Roberts (demoniczna), Jamie Lee Curtis (zimna), Lea Michele (irytująca jak w Glee) oraz pomniejsze role amerykańskich gwiazdek: jednego z Braci Ha...Jonas, i Ariany Grande.
Jednak największa uwagę zwracam na Billie Lourd - czyli córkę Carrie Fisher. Bardzo ciekawa aktorsko z dobrym głosem - ciekawe jak się jej rola rozwinie.
Fabuły nie zdradzę za bardzo, jeżeli powiem, że w KappaGammBeta pojawia się morderca w stroju maskotki szkolnej drużyny i zaczyna się bawić.
Z nowości obejrzałam Supergirl, i odliczajac główna bohaterkę (znana z ostatnich części Glee...mam nadzieję, ze ten serial się nie odrodzi) to dla samej Calisty Flockhart (Ally McBeal) warto poświecić czasem godzinkę.
Dość ciekawie zapowiada się też odgrzebywany w stylu typowych historii Penny Dreadful - Jekyll and Hyde. Niestety za dużo będzie w tym magii, także pewnie zarzucę. Chociaż dla samego klimatu uliczek mglistego Londynu..może warto?
Przestałam oglądać American Horror Story, dwa odcinki piekielnego hotelu mnie nie przekonały a pomysły Twórców przechodzą w kolejne koszmary. Podziękuję
Właściwie na inne już nie mam czasu. Kilka czeka na lepsze dni czy mokre i zimne wieczory.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
środa, 11 listopada 2015
wtorek, 1 września 2015
The Away Days - muzyka ze wschodu
Jeszcze nie zapuszczałam się w te rejony.
Mimo tego, że słucham muzyki gdy jestem szczęśliwa, szukam muzyki gdy jestem smutna.
Znajduję odpowiednie dźwięki.
Ale żeby przypadkiem znaleźć zespół z Turcji grajacy dream pop i shoegaze?
Nie wpadłabym na to, zwłaszcza, że obecnie mam tylko skojarzenie z Sulejmanem, tą rudą Hurrem i Mahidevran. A jak zwykle na wschód patrzę jedynie na muzykę z Australii i Japonii.
Kilka słów bio:
Grupa The Away Days powstała w 2012 roku w Istambule, skład wg. wiki:
Oğuz Can Özen - wokale, gitara,
Sezer Koç - gitara, bas,
Haktan İlhan - kolejna gitara,
Orkun Atik - klawisze
Ulaş Ozbiçer perkusja
W ubiegłym roku mieli trasę koncertową po Wielkiej Brytanii
Pierwsze co na myśl przeszło mi, po przesłuchaniu utworu Best Rebellious było: znam to skadś.
I mam pewne wrażenie, że kiedyś przez gatunek i wpływy wylądują na Rojkowym OFFie. W końcu jako inspiracje wymieniaja Ride (tegoroczną gwiazdę) oraz Slowdive ( ubiegłoroczną gwiazdę OFF Festivalu)
Ich muzyka pokazuje nam pewną świadomośc, nie ślepe podążanie za modą, ale też fakt- na wschodzie jest jakaś muzyczna cywilizacja nie ograniczająca się do kałasznikowa, matrioszek czy też dramatycznego zaśpiewu muzułmanów. W wywiadach Oguz(wokalista) podkreśla, jak trudno jest być kapelą z Istambułu i zaistnieć w muzyce indie. Która zresztą zdominowana jest przez brytyjskie zespoły.
Sami opisują swoją muzykę jako senną/rozmarzoną z melodyjnym brzmieniem gitar i wokalu, popartą rytmiczną sekcją perkusyjną i prostym brzmieniem klawiszy.
Bardzo mi się podoba, i to słychać, że w pierwszej linii budują dźwięki a w procesie tworzenia utworu element wokalny i tekstowy jest dopracowywany na końcu.
Także...
Nic, tylko muzyka, i mój ulubiony kawałek:
Źródła/wywiady:
http://www.redbull.com/en/music/stories/1331709082355/turkish-rockers-the-away-days-play-a-stripped-session
http://www.itsallindie.com/2014/04/interview-with-away-days.html
http://www.subba-cultcha.com/features/exclusive-interview-jon-away-days/
https://www.facebook.com/theawaydays
środa, 8 lipca 2015
Serialowisko 2014/2015
Czas najwyższy na podsumowanie seriali z ostatniego połrocza.
Swego czasu pisałam o moim podziale na seriale Celebrowane i Obiadowe.
Teraz jednak, w gąszczu seriali o właściwie podobnej tematyce skupię się jedynie na nowościach.
Produkcje 2014/2015 lub nawet samo 2015:
Na pierwszy ogień idzie IZombie i Stitchers
Młoda dziewczyna zyskuje niezwykłą umiejętność odczytywania wspomnień zmarłych ludzi:
1. Bo zjada ich mózgi (IZombie)
2. Korzysta z najnowszej technologii przy fakcie, że cierpi na dziwną chorobę (Stitchers)
pomaga przy tym lokalnemu detektywowi w rozwijaniu zagadek kryminalnych.
Przez te zdolności jednak jest osobą aspołeczną i nie posiadającą przyjaciół. Do tego przejmuje część zachowań osoby której mózg zjadła/wszyła się.
Praktycznie identyczna fabuła dwóch seriali. Nie obiecujcie sobie jednak za wiele po Stitchers - drewniane aktorstwo (modelowa uroda głównej bohaterki nie może być lepsza od jej gry aktorskiej)
Na zabicie czasu i owszem, ale fabuła słaba, akcja ciągnie się i stosowane są zagrywki znane z seriali dla nastolatków. Mało pomysłowe.
Również same efekty specjalne bez szału.
IZombie - oprócz tego, że otoczenie głównej bohaterki jest drażniące (oprócz jednego przyjaciela jest ona uważana przez innych za medium, no bo wszyscy walczą ze złymi zombie a ona jest tym dobrym - bo karmionym) to serial da się oglądać - ale nie przy jedzeniu. Co prawda widać specjalne ograniczenie w ilości obsady (epizodyści, brak nowych, dochodzących bohaterów) a takim zabiegiem serial nie wyróżnia się niczym specjalnym. Do tego najgorsza czołówka jaką w życiu widziałam.
Sam pomysł dobry - zwłaszcza fragment o astronaucie.
Kolejnym serialem jest Outlander - historia Angielki która dziwnym zbiegiem okoliczności ( i odrobiną magii ) zostaje przeniesiona w czasie do Szkocji z okresu Jakobinów.
Serial rozwinął się nadzwyczaj dobrze, ma doskonale skrojoną muzykę, bardzo ładne zdjęcia i dobrze się ogląda facetów w kiltach. Również pozytywnie wychodzi zderzenie kultur: jak bardzo bądźmy szczęśliwe dziewczyny, że żyjemy TU i TERAZ, bez zakazów, gorsetów, i koniecznego męskiego opiekuna.
Całkowicie polecam wielbicielom historii Anglii (i Szkocji).
Największe oczekiwania mam do serialu Humans - jest to produkcja dziejąca się w niedalekiej przyszłości, gdzie sztuczna inteligencja zostaje obudzona a roboty wykonują większość prac za ludzi: opieka nad dzieckiem, gotowanie itp. zwłaszcza takich, gdzie nie trzeba podejmować decyzji.
Trafiamy do rodziny w której matka pracuje tak długo poza domem, że ojciec , nie potrafiąc sobie ze wszystkim poradzić wbrew opinii żony kupuje robota.
Z defektem
Mam nadzieje, że w tym serialu nadal będzie wątek etyczny - bardzo dobrze się ogląda. Poza tym jest to jakby kontynuacja A.I. (albo też dzieje się w tym świecie).
Znowu w lekarskim światku dzieje się Proof.
Scenarzyści i producenci stosują chwyt wielowątkowych historii, podobnie jak w przypadku American Horror Story. Zrobiony został przegląd ludzi którzy doświadczyli tzw "życia po śmierci" i na kanwie tego dzieje się historia o miliarderze opętanym chęcią dowiedzenia się "co potem" i lekko sfrustrowanej lekarce z traumą śmierci dziecka, nastoletnią córką i mężem który również jest lekarzem. Będzie obyczajowo także nie nastawiam się na kontynuacje oglądania.
The Astronaut Wives club - tylko dla tych, co lubią seriale w stylu "Gotowych na wszystko" gdzie jest dużo rożnych charakterów, ładne aktorki a wszystko to na tle historycznych zdarzeń.
Słabsza, dużo słabsza wersja Mad Men - zwłaszcza w przypadku nakreślenia fabuły i klimatu. Nie polecam. A to wszystko mimo oparcia o bestseller Lily Kopper i doskonale zachowane materiały z tych czasów (oparcie o faktyczne wydarzenia). Mam wrażenie, że to serial zrobiony "na siłę".
Swego czasu pisałam o moim podziale na seriale Celebrowane i Obiadowe.
Teraz jednak, w gąszczu seriali o właściwie podobnej tematyce skupię się jedynie na nowościach.
Produkcje 2014/2015 lub nawet samo 2015:
Na pierwszy ogień idzie IZombie i Stitchers
Młoda dziewczyna zyskuje niezwykłą umiejętność odczytywania wspomnień zmarłych ludzi:
1. Bo zjada ich mózgi (IZombie)
2. Korzysta z najnowszej technologii przy fakcie, że cierpi na dziwną chorobę (Stitchers)
pomaga przy tym lokalnemu detektywowi w rozwijaniu zagadek kryminalnych.
Przez te zdolności jednak jest osobą aspołeczną i nie posiadającą przyjaciół. Do tego przejmuje część zachowań osoby której mózg zjadła/wszyła się.
Praktycznie identyczna fabuła dwóch seriali. Nie obiecujcie sobie jednak za wiele po Stitchers - drewniane aktorstwo (modelowa uroda głównej bohaterki nie może być lepsza od jej gry aktorskiej)
Na zabicie czasu i owszem, ale fabuła słaba, akcja ciągnie się i stosowane są zagrywki znane z seriali dla nastolatków. Mało pomysłowe.
Również same efekty specjalne bez szału.
IZombie - oprócz tego, że otoczenie głównej bohaterki jest drażniące (oprócz jednego przyjaciela jest ona uważana przez innych za medium, no bo wszyscy walczą ze złymi zombie a ona jest tym dobrym - bo karmionym) to serial da się oglądać - ale nie przy jedzeniu. Co prawda widać specjalne ograniczenie w ilości obsady (epizodyści, brak nowych, dochodzących bohaterów) a takim zabiegiem serial nie wyróżnia się niczym specjalnym. Do tego najgorsza czołówka jaką w życiu widziałam.
Sam pomysł dobry - zwłaszcza fragment o astronaucie.
Kolejnym serialem jest Outlander - historia Angielki która dziwnym zbiegiem okoliczności ( i odrobiną magii ) zostaje przeniesiona w czasie do Szkocji z okresu Jakobinów.
Serial rozwinął się nadzwyczaj dobrze, ma doskonale skrojoną muzykę, bardzo ładne zdjęcia i dobrze się ogląda facetów w kiltach. Również pozytywnie wychodzi zderzenie kultur: jak bardzo bądźmy szczęśliwe dziewczyny, że żyjemy TU i TERAZ, bez zakazów, gorsetów, i koniecznego męskiego opiekuna.
Całkowicie polecam wielbicielom historii Anglii (i Szkocji).
Największe oczekiwania mam do serialu Humans - jest to produkcja dziejąca się w niedalekiej przyszłości, gdzie sztuczna inteligencja zostaje obudzona a roboty wykonują większość prac za ludzi: opieka nad dzieckiem, gotowanie itp. zwłaszcza takich, gdzie nie trzeba podejmować decyzji.
Trafiamy do rodziny w której matka pracuje tak długo poza domem, że ojciec , nie potrafiąc sobie ze wszystkim poradzić wbrew opinii żony kupuje robota.
Z defektem
Mam nadzieje, że w tym serialu nadal będzie wątek etyczny - bardzo dobrze się ogląda. Poza tym jest to jakby kontynuacja A.I. (albo też dzieje się w tym świecie).
Znowu w lekarskim światku dzieje się Proof.
Scenarzyści i producenci stosują chwyt wielowątkowych historii, podobnie jak w przypadku American Horror Story. Zrobiony został przegląd ludzi którzy doświadczyli tzw "życia po śmierci" i na kanwie tego dzieje się historia o miliarderze opętanym chęcią dowiedzenia się "co potem" i lekko sfrustrowanej lekarce z traumą śmierci dziecka, nastoletnią córką i mężem który również jest lekarzem. Będzie obyczajowo także nie nastawiam się na kontynuacje oglądania.
The Astronaut Wives club - tylko dla tych, co lubią seriale w stylu "Gotowych na wszystko" gdzie jest dużo rożnych charakterów, ładne aktorki a wszystko to na tle historycznych zdarzeń.
Słabsza, dużo słabsza wersja Mad Men - zwłaszcza w przypadku nakreślenia fabuły i klimatu. Nie polecam. A to wszystko mimo oparcia o bestseller Lily Kopper i doskonale zachowane materiały z tych czasów (oparcie o faktyczne wydarzenia). Mam wrażenie, że to serial zrobiony "na siłę".
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Na maratonie zwanym Spring Break
Minęły już ponad 24 godziny od mojego powrotu do domu pod Warszawę praktycznie pustą autostradą z Poznania (nie licząc kilku ciężarówek). Przed nieuchronną sennością obok kawy chroniła nas muzyka i poczucie dobrze spełnionego czasu i jeszcze lepszego Chilloutu.Poznań jako miasto dawał mi się poznać z różnych stron: śnieżna Malta i sylwestrowe centrum, jesienne spacery, nocne szalone wyprawy na jeden koncert.
Tym razem skorzystałam z wiosennej okazji jaką był Spring Break.
Z uwagi na naprawdę mnogość polskich (i nie tylko) zespołów słuchaliśmy ich kawałków w internecie a potem decydowaliśmy na co idziemy. Niekiedy było to pod wpływem chwili (bo koncert obok) a momentami nie dawaliśmy rady i odpuszczaliśmy. Odległości między klubami - niby niewielkie- powodowały że niekiedy udawało się trafić tylko na dwie ostatnie piosenki godzinnego koncertu (w przypadku Years &Years) a niekiedy na oklaski końcowe. Logistyka, przy realizowanym remoncie wiaduktu i ronda obok CK Zamek i trudne dla obcomiastowców odległości była utrudniona. To miał być w końcu Spring Break a nie wyścig. Co mnie niesamowicie zaskoczyło, to nagłośnienie - dawno nie miałam się do czego przyczepić w tej kwestii, było oprócz kilku niewielkich niedociągnięć, naprawdę dobrze.
Pisze same recenzje, bez opisów zespołów. Pod każdą odnośnik do ich stron oficjalnych.Miały być zdjęcia ale tak bardzo nie wyszły..
CZWARTEK:
Dojechaliśmy. Pierwsze godziny przyszło spędzić nam w dwóch przyjemnych klubach: Stare Kino - klub założony przez miłośników filmów, jak większość takich obiektów w Poznaniu- starym mieszkaniu. Pozostały sufitowe drewniane sztukaterie. ściany ozdobione plakatami i zdjęciami z kultowych filmów.
Mjut - bardzo sympatyczny zespół zebrał sporą widownię jak na wczesną godzinę (18:30), jeżeli ktoś lubi klimaty melodyjnego indie rocka którego u nas przedstawicielami są Myslovitz czy też KDZKPW. Gitarowo, czysto. Dla mnie nie jest to odkrycie w jakiś sposób muzyczne, ale na rozgrzewkę - bardzo dobre!
Tuż obok Starego Kina jest drugie miejsce. Pod Minogą Te poplątania - że wchodzi się głównym wejściem a potem schodami do oficyny i na piętro. To jest tak niesamowicie klimatyczne. Trafiliśmy lekko spóźnieni. Ale było warto.
Mokrofon - nie wiem czemu, ale drobne filigranowe dziewczyny z reguły nadrabiają głosem. Kwestia chyba stania w odpowiedniej kolejce. Zainteresowałam się przez brzmienie grupy odwołujące się do początków O.N.A. i czystego, surowego rocka. Tłumów nie było, a powinny. Chociaż to prawda że od kilku lat rock jest w odwrocie na rzecz elektroniki (jest łatwiejsza i w wykonaniu i w odbiorze). Bardzo dobrze grali i chętnie będę obserwować ich rozwój.
Tu nadchodzi kwestia wyborów, ponieważ strasznie chciałam iść na Latające Pięści a jednocześnie też strasznie chciałam iść na Oliviera Heima.Ta...
.
Jestem totalnie zachwycona lumperpunkiem
Latające Pięści - chyba jedyny jak na razie przedstawiciel tego gatunku. schludne ubrane w garniaki chłopaki śpiewające soczyste piosenki. Meat me on the love parade wsiąknęło i przykleiło mi się do mojego prawie wegańskiego mózgu.
po 15 minutach wrzącego punku i 9 minutowym marszu Olivier Heim był niczym chłodna woda kojąca nadwyrężone rockiem uszy. Usiadłam w fotelu w Scenie na Piętrze i chillowałam. Ludzi było naprawdę sporo a koncert został przyjęty również bardzo dobrze. Wydawało mi się lekko monotonnie jednak bardzo przyjemnie.
Popędziłam, korzystając z luksusu tramwaju, do Centrum Festiwalowego - Zamku Cesarskiego.
Tam też występował, przy dość szczelnie wypełnionej ludźmi sali - Król. Głęboko męski głos, ciekawe aranżacje i przede wszystkim nowe kawałki. Tak! Towarzystwo zachwycone ja mniej, bo oddechu złapać nie mogłam a tu kolejne bujania. Wybujałam się zatem.
Kolejny melodyjny głęboki czy można powiedzieć "alternatywny"? nie, prędzej folkowy klimat Skubasa. Gdzie odrobina polskiego smęcenia (w tym jesteśmy dobrzy w muzyce) przeplatała się z typowo amerykańskimi zagraniami w stylu Mumford and Sons. Nie jestem jego fanką i mimo bardzo ciepłej atmosfery koncertu nie zrobiło to tak dużego wrażenia. Może to to zmęczenie? W końcu to był już tego dnia szósty koncert.
Ponieważ kolejna była MIN t , i to daleko mimo biegu nie udało nam się niestety zdążyć. Pogubiliśmy się podczas poszukiwań słabo oznaczonego klubu Oczy(na mapce ale i też nie było widać od ulicy...), do tego, sądząc po zadowoleniu i oklaskach po ostatnim utworze- wiele straciliśmy. Drobna osoba za konsolą, totalna elektronika z wizualizacjami! Wybraliśmy zatem Zakręt a potem jednak żałowałam, że nie poszłam na moich festiwalowych pewniaków czyli Cosovel. :( (pozdrawiam z miejsca i obiecuję że nadrobię!)
Byliśmy strasznie zmęczeni. SPAĆ!
PIĄTEK
Po całym dniu chillowania na Malcie (kolejne miejsce poznańskie warte odwiedzenia) znowu rozpoczęliśmy koncertowanie od Starego Kina. Sprzyjała pogoda lenieniu się i zwiedzaniu więc dopiero o 19.30 wylądowaliśmy na...
Rusty Cage - Rockowo, ale w klimacie amerykańskiego rocka z festiwalowej półki a'la Imagine Dragons itp. wokalnie bardzo dobrze, chociaż wzięcie na warsztat piosenki Muse "Psycho" wyższa szkoła jazdy, podziwiam że się udało. Rockują dobrze, ale czy wprowadza coś nowego? Ciężko w tym temacie cokolwiek powiedzieć.
Ps. Nastawiałam się bardzo na Natalię Nykiel, ale jak zinterpretowała piosenkę Bat for Lashes bardzo szybko wykreślona została z lineupu.
Szybka przebieżka bliżej rynku czyli do Dragona na Rycerzyki - muzyka poduszkowa - kołysankowa nie zachwyciła mną jak mogłabym się spodziewać ale była wystarczająco urocza żebym chciała się zatrzymać na chwilę. I znowu pokiwać nóżka w takt muzyki.
poszliśmy jeść (strasznie dużo i dobrze tam jadłam ale to był fragment ogólnego chillu) przegapiliśmy jeden zespół. E tam. w końcu wakacje.
Spóźniliśmy się na Ten Typ Mes +live band
NO NIE! Jak nie słucham tego gatunku (hip hop), to i tłumy i mój zachwyt były chyba podobne. Wybawiłam się nieziemsko, wyskakałam, wyśmiałam i w ogóle. Coś w tym jest, że na koncerty hiphopowe chodzić mogę ale już słuchać w radio czy na odtwarzaczu średnio. Pewnie chodzi tu o charyzmę. Na wyidealizowanej wersji płytowej nie czuć charyzmy.
Także całkowicie wycieńczeni padliśmy w piąteczek.
Mieliśmy dotrzeć jeszcze do Good Time Radio na We Draw A - ale były tłumy. Nie udało się wbić.
Także wieczór zakończył się pochłanianiem piwa na Rynku i totalnie zaskakującym zbiegiem okoliczności (pozdrawiam z miejsca jak piszę!). Nie udało mi się przebrać za lisa.
SOBOTA
Dzień ostateczny.
Warunki skutecznego powrotu do domu z KAŻDEGO festiwalu: 1. trzeźwość 2. nie przesadzić z szaleństwem 3. Ostatni koncert przed północą.
wszystkie zostały spełnione aby o 4 rano smacznie spać we własnym łóżku.
Zagi - w ogrodzie różanym. Po obejrzanym video na yt spodziewałam się elektryzującej dawki szaleństwa w neonowych kolorach. Było... plumkająco, delikatnie, bez zadziorów, dziewczęco. Zachowawczo. Nuda.
Daniel Spaleniak - ten to ma głos! Opowiadałam o charyzmie? Też ma. Forma "półgodzinna" jednak widocznie stresowała wszystkich muzyków. Zdążą? Wyrobią się? Koncert w Blue Note przyjemny i na pewno pójdę jeszcze raz na pełnowymiarowy występ bez presji czasu. Zwłaszcza że nie doczekaliśmy, jak wiele innych do końca (szkoda).
Kiedy jakieś 90% ludzi pędziło pod scenę na Years &Years zgodnie (po oczywiście wcześniejszym odsłuchaniu) poszliśmy(spacer zajął 10 minut) na koncert Milky Wishlake.
Jak się rozpoczął było kilkanaście osób, potem jednak niewielki klub się zapełnił i wyszło z tego coś naprawdę fajnego i bujającego. Grają jeszcze w tym roku na Openerze. Jak trafię, to zobaczę. Jak nie trafię to będą na pewno inne wydarzenia i też zobaczę. Warto, Elektroniczny pop? Oklepane, bliżej ambientu. Bardzo dobre jednak, brzmi bardzo przemyślanie. Poza tym, fajnie znaleźć się poza mainstreamem.
Zdążyliśmy na 2,5 piosenki(!) Years&Years (resztę nadrobiliśmy w drodze powrotnej). Wiedziałam że tak będzie. Doskonały kontakt z publicznością, motyw naszej flagi i podejrzewam, że będą hitem na Openerze. Doskonała muzyka taneczna do klubów. aż dziw że tak rzadko słyszana. Lub też nie do tych miejsc już chodzę..a przepraszam, graja lata 80 jakby później disco nie istniało.
Mela Koteluk - nie wiem, ale miałam wrażenie, że jest zmęczona, poza tym bardziej podobał mi się jej koncert kiedyś tam... dawno, jeszcze przy pierwszej płycie. Ludzie nie zawiedli, najbardziej znane utwory też były. Bardzo ładna gra świateł, wszystko bez zarzutu, uroczo.
![]() |
| Jedyne zdjęcie do którego nie mogę się przyczepić tak bardzo... |
Ostatnim przystankiem na festiwalowej mapie była Jazzpospolita w Blue Note. O tak! Bardzo elektryzujący występ kwartetu(czy można tak powiedzieć w przypadku muzyki rozrywkowej?) - ludzi znających się na graniu. Żywe kawałki przeplatały się z wolniejszymi. Aż przypomniały mi się pierwsze doświadczenia z koncertami tego typu we wrocławskim klubie Rura. (długo zamkniętym)
Skoro doczytaliście do końca:
3 dni
16 zespołów na scenie i poza sceną (tak! można potem było natknąć się na nich w klubach)
trochę znanych twarzy w tłumie
lekka chrypka
totalne zmęczenie
i uczucie całkowitego wypełnienia chilloutem tej przerwy wiosennej.
BYŁO WARTO, BĘDĘ ZA ROK PRZY SPRZYJAJĄCYCH WIATRACH
piątek, 30 stycznia 2015
Dlaczego miałam przerwę....
Dwa tygodnie bez nowych przemyśleń? ależ skąd!
Testowałam nowy komputer czyli między innymi grałam w gry czy odświeżałam sobie GIMPA (i sprawdzałam pewność kreski..)
Dlatego o grach tutaj będzie. Obie to strategie, wymagające myślenia "na przód" gdzie czas ma znaczenie. Obie to gry craftingowe.
Ponieważ w wakacje miałam przyjemność być testerem gry stworzonej przez 11 Bit Studios "This war of mine" oczywiście wybór padł na nią. Przed jesienną premierą nie było wskazane, żebym opisywała grywalność czy moje wrażenia na ten temat.
Zapadłam się w depresyjny, mroczny świat, gdzie każdy wybór niesie konsekwencje, gdzie odrzucenie skutkuje wyrzutami sumienia, a czasem zdarza się dobra pomoc.(brzmi znajomo? no jak w realnym świecie). Grając trzema postaciami, żadna z nich nie ma super mocy, jedna jest silniejsza, inna umie walczyć jeszcze inna gotować.
I nagle najważniejsze jest jedzenie (utrzymywałam postacie w stanie permanentnego głodu) a potem okazuje się, że zamarzają i najważniejszy jest opał, łóżko, zabicie dziur, mini-ogródek. Mnóstwo wariantów i możliwości.
Są też postacie trzecie: handlarze, sąsiedzi, przypadkowi ludzie w ruinach, żołnierze. Niektóre miejsca są zablokowane przez śnieg, przez walki.
Najdłużej przeżyłam 31 dni. Sukces!
W przypadku tej gry dobra materialne są nieodnawialne w większości (żeby uzyskać deszczówkę trzeba wodę przefiltrować a np. w przypadku śniegu zagotować). Ważne, żeby w jakiś sposób uzyskać źródło dóbr odnawialnych, jak pułapki albo własnie takie filtry wody.
Postacie mają biografie, przemyślenia, w tle brzmią dźwięki wojny.
Gra depresyjna straszliwie.
Ciekawostką jest grafika w formie szkiców i animacji 2D i niewielka tylko liczba kolorów co pogłębia wrażenie bezmiaru smutku.
Rozrywką dla postaci jest albo muzyka w radio, albo książka wygrzebana spod gruzów, która czasem musi stać się opałem.
Druga gra to Rim World, tutaj również zaczyna się grać trzema postaciami.
Grafika również jest prosta, ale bliżej jej do pikselozy z Minecrafta (też podobna jest stylem) niż do 2D z TWoM
Lądujemy trzema kolonistami na planecie, możemy sobie wybrać i miejsce lądowania (służy ono całej rozgrywce) jak i cechy kolonistów. Ważne jest, żeby każdy umiał, albo miał smykałkę do czego innego (chociaż np. mam zapaleńca w Craftingu a mimo to jest leniem i trzeba go zmusić do pracy)
Na razie dopiero poznaję rozgrywki, gram w trybie najbardziej pokojowym.
Hoduje się tam rośliny, zabija dzikie zwierzęta, handluje z innymi koloniami a także z tubylcami.
Można też łapać więźniów i ich albo rekrutować, albo zabijać, albo sprzedawać łowcom niewolników.
Zabawy wiele, trybów również, co jest istotne w przypadku gdy chcesz mieć spokojną rozwijającą się kolonię która nie zginie bo wylądował w okolicy statek z kosmicznym robalem wysyłającym fale które powodują spadek nastroju mieszkańców.
Albo ze zjedzą kolonistów oszalałe zwierzęta.
Albo nagle napadnie kolonię zgraja bandytów.
Gra wciąga, zwłaszcza ze jest w czasie rzeczywistym (i posiada pory roku).
Bardzo lubię grać "testowo" czyli nie czytać wcześniej żadnych instrukcji, powoduje to, że sama się uczę (kosztem kolonistów), jednak w przypadku Wiedźmina musiałam trochę potrenować.
Ta gra się nadal rozwija, powstają nowe wersje (najnowsza zapowiadana jest na kwiecień 2015) i jest fundowana przez Kickstarter.
Polecam
Tak, jest trudna.
Obie gry nie należą do najłatwiejszych, ale są bardzo satysfakcjonujące i bardzo ale to bardzo ciekawe. Polecam JA.
Źródła do stron oficjalnych:
Rim World
This war of mine
Ps.A i tak nadal szukam pracy co jest równie trudnym zajęciem w naszym kraju.
Testowałam nowy komputer czyli między innymi grałam w gry czy odświeżałam sobie GIMPA (i sprawdzałam pewność kreski..)
Dlatego o grach tutaj będzie. Obie to strategie, wymagające myślenia "na przód" gdzie czas ma znaczenie. Obie to gry craftingowe.
Ponieważ w wakacje miałam przyjemność być testerem gry stworzonej przez 11 Bit Studios "This war of mine" oczywiście wybór padł na nią. Przed jesienną premierą nie było wskazane, żebym opisywała grywalność czy moje wrażenia na ten temat.
Zapadłam się w depresyjny, mroczny świat, gdzie każdy wybór niesie konsekwencje, gdzie odrzucenie skutkuje wyrzutami sumienia, a czasem zdarza się dobra pomoc.(brzmi znajomo? no jak w realnym świecie). Grając trzema postaciami, żadna z nich nie ma super mocy, jedna jest silniejsza, inna umie walczyć jeszcze inna gotować.
I nagle najważniejsze jest jedzenie (utrzymywałam postacie w stanie permanentnego głodu) a potem okazuje się, że zamarzają i najważniejszy jest opał, łóżko, zabicie dziur, mini-ogródek. Mnóstwo wariantów i możliwości.
Są też postacie trzecie: handlarze, sąsiedzi, przypadkowi ludzie w ruinach, żołnierze. Niektóre miejsca są zablokowane przez śnieg, przez walki.
Najdłużej przeżyłam 31 dni. Sukces!
W przypadku tej gry dobra materialne są nieodnawialne w większości (żeby uzyskać deszczówkę trzeba wodę przefiltrować a np. w przypadku śniegu zagotować). Ważne, żeby w jakiś sposób uzyskać źródło dóbr odnawialnych, jak pułapki albo własnie takie filtry wody.
Postacie mają biografie, przemyślenia, w tle brzmią dźwięki wojny.
Gra depresyjna straszliwie.
Ciekawostką jest grafika w formie szkiców i animacji 2D i niewielka tylko liczba kolorów co pogłębia wrażenie bezmiaru smutku.
Rozrywką dla postaci jest albo muzyka w radio, albo książka wygrzebana spod gruzów, która czasem musi stać się opałem.
Druga gra to Rim World, tutaj również zaczyna się grać trzema postaciami.
Grafika również jest prosta, ale bliżej jej do pikselozy z Minecrafta (też podobna jest stylem) niż do 2D z TWoM
Lądujemy trzema kolonistami na planecie, możemy sobie wybrać i miejsce lądowania (służy ono całej rozgrywce) jak i cechy kolonistów. Ważne jest, żeby każdy umiał, albo miał smykałkę do czego innego (chociaż np. mam zapaleńca w Craftingu a mimo to jest leniem i trzeba go zmusić do pracy)
Na razie dopiero poznaję rozgrywki, gram w trybie najbardziej pokojowym.
Hoduje się tam rośliny, zabija dzikie zwierzęta, handluje z innymi koloniami a także z tubylcami.
Można też łapać więźniów i ich albo rekrutować, albo zabijać, albo sprzedawać łowcom niewolników.
Zabawy wiele, trybów również, co jest istotne w przypadku gdy chcesz mieć spokojną rozwijającą się kolonię która nie zginie bo wylądował w okolicy statek z kosmicznym robalem wysyłającym fale które powodują spadek nastroju mieszkańców.
Albo ze zjedzą kolonistów oszalałe zwierzęta.
Albo nagle napadnie kolonię zgraja bandytów.
Gra wciąga, zwłaszcza ze jest w czasie rzeczywistym (i posiada pory roku).
Bardzo lubię grać "testowo" czyli nie czytać wcześniej żadnych instrukcji, powoduje to, że sama się uczę (kosztem kolonistów), jednak w przypadku Wiedźmina musiałam trochę potrenować.
Ta gra się nadal rozwija, powstają nowe wersje (najnowsza zapowiadana jest na kwiecień 2015) i jest fundowana przez Kickstarter.
Polecam
Tak, jest trudna.
Obie gry nie należą do najłatwiejszych, ale są bardzo satysfakcjonujące i bardzo ale to bardzo ciekawe. Polecam JA.
Źródła do stron oficjalnych:
Rim World
This war of mine
Ps.A i tak nadal szukam pracy co jest równie trudnym zajęciem w naszym kraju.
czwartek, 18 grudnia 2014
Big Eyes i Interstellar
![]() |
| Grafika ze strony: http://sand-rae.deviantart.com/ |
Czyli film na który pójdę i film na którym byłam.
Film którego oczekuję z niecierpliwością i film który miałam ominąć jak Grawitację ( z premedytacją).
Czemu kusi mnie Big Eyes?
są trzy powody:
1. Reżyser - Tim Burton - w jego całej filmografii są dwie jego produkcję, których nie przetrawiłam: Big Fish i Marsjanie atakują.
2. Christopher Waltz, którego uwielbiam za akcent komiczny w rolach złych charakterów. Jest on na tyle diaboliczny ze swoją mimiką, z gestami, że aż groteskowo. Doskonale pasuje do stylu T.B.
3. Amy Adams - nie przepadam za nią, nie wiem czemu, ale jest naprawdę znakomitą aktorką.
Kolejnym powodem jest sama historia. do czego prowadzi uzależnienie od drugiej osoby?
Historia opiera się na kanwie życia malarki Margaret Keane, która maluje niepokojące i jednocześnie piękne obrazy dzieci z dużymi oczami. Jednak cały splendor i blask przypada jej mężowi -Walterowi który jako mierny malarz przypisuje sobie autorstwo portretów.
Rzecz się dzieje na przełomie lat 50 i 60 a więc w momencie kiedy o emancypacji przycichło a kobieta miał być żoną. (tak zwane cudowne lata, których dramatyzm pokazano w wielu już filmach). W produkcji T.B. ma być pokazana walka Margaret Keane o prawa do własnych dzieł i do własnego Zachęcam do przeczytania bardzo dobrego artykułu nakreślającego historię w The Guardian.
Drugi film, który widziałam, to Interstellar Christophera Nolana.
Poleciłabym:
1. ludziom którzy chcieliby zobaczyć teorie czarnych dziur w wersji artystycznej. a najlepsze, że nikt nie może powiedzieć, że tak nie może być.
2. Osobom znudzonym powtarzalną muzyką Hansa Zimmera, w końcu stworzył oryginalną scieżkę dźwiękową - jego autoplagiaty były męczące.
3. Fanom filmów postapokaliptycznych ( do których i ja się zaliczam) jest to ciężka i smutna historia.
4. Wielbicielom efektów specjalnych, nie rozbuchanych, i fabuły ! Przede wszystkim.
Sądzę, że to jest film o kosmosie, samotności, przerażająco smutny i jednocześnie beznadziejnie optymistyczny. O bezsensowności ludzkiego działania.
Namnożyło się tych wizji apokalipsy.
5. i oczywiście tym, którzy uwielbiają Christophera Nolana (ja do fanatyków nie należę).
Miałam niewielkie skojarzenia z Odyseją Kosmiczną 2001, i podobało mi się, że właściwie efektowność zredukowana została do minimum.
Nie polecam:
1. cierpiącym na chorobę lokomocyjną, jednak widok wirującej stacji kosmicznej nie jest najprzyjemniejszy (być może dla mnie nie był, bo najadłam się słodyczy)
2. Osobom które szukają dużej ilości efektów, wybuchów, zwrotów akcji a kosmos znają tylko z Gwiezdych Wojen.
3. Fanom Matta Damona
Strasznie dużo obejrzałam w ostatnim czasie trailerów na rok 2015 i końcówkę 2014. Jeszcze nie trafiłam na film, który by mnie mógł w przyszłym roku zachwycić.
Ale zobaczymy?
Subskrybuj:
Posty (Atom)












